Zapomniani Bohaterowie

WSPARCIE STRONY
Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie na facebook
FUNDACJA ''PAMIĘTAMY''
MUZEUM ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH w Ostrołęce
WIL3 SZLAK
THE DOOMED SOLDIERS
Freedom And Independence
NATIONAL ARMED FORCES
Instytut Pamięci Narodowej
Zeszyty Historyczne WiN-u
GLAUKOPIS - Pismo Społeczno-Historyczne
Historia miejscowości Gminy Urszulin
ENDECJA.pl
Brygada Świętokrzyska NSZ

Leopold Okulicki
GRH Ogniowcy
Pamięci Żołnierzy Wyklętych
KAMPANIA WRZEŚNIOWA 1939


www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
ALBUM POLSKI - Nasze Małe Ojczyzny
Witryna poświęcona twórczości i życiu Józefa Mackiewicza (1902 - 1985)
Łysiakmania
WOLNI i SOLIDARNI
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem
13grudnia.org.pl
Żarowska Izba Historyczna
Strony Patriotyczne
SURGE POLONIA
Prawy Prosty. Niezależny Magazyn Informacyjny
Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
Ogrody Wspomnień
środa, 22 marca 2006
Zdjęcia dotyczące walki ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego"

Magazyn broni grupy Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" odkryty przez funkcjonariuszy PUBP we Włodawie 16.04.1948 r. - Wołoskowola, pow. Włodawa.


Zabity przez funkcjonariuszy PUBP we Włodawie żołnierz grupy Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" i Stanisława Kuchcewicza "Wiktora" - Ignacy Zalewski ps. "Lin" - fot. 12 II 1951 r.


Zdjęcie wykonane 6 X 1951 r. na dziedzińcu PUBP we Włodawie. Zabici przez grupę operacyjną UB-KBW w Zbereżu nad Bugiem pow. Włodawa (od lewej) Stanisław Torbicz "Kazik", Edward Taraszkiewicz "Żelazny"; między nimi siedzi ujęty Stanisław Marciniak "Niewinny", stracony razem z Józefem Domańskim "Łukaszem" na Zamku w Lublinie 12 I 1953 r.


Zabity przez grupę operacyjną UB-KBW w Zbereżu nad Bugiem pow. Włodawa ppor. Edward Taraszkiewicz "Żelazny" - fotografia wykonana 6 X 1951 r. na dziedzińcu PUBP we Włodawie.
wtorek, 14 marca 2006
Uprowadzenie rodziny Bolesława Bieruta przez oddziały „Jastrzębia” i „Boruty”
17 lipca 1946 roku w zasadzkę urządzoną pod Chełmem przez oddziały antykomunistycznej konspiracji Leona Taraszkiewicza (Jastrzębia) oraz Stefana Brzuszka (Boruty) wpadła siostra ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta. Ten mało znany, a niewątpliwie ciekawy epizod przypadkowego pojmania rodziny Bieruta mówi wiele o rzeczywistych zachowaniach antykomunistycznego podziemia na Chełmszczyźnie i w kraju.

17 lipca 1946 r. z Chełma do Lublina przyjechała siostra ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta – Julia Malewska wraz z mężem Bolesławem. Po krótkim pobycie, w czasie którego odwiedzili znajomych i zrobili zakupy na targu, udali się następnego dnia w drogę powrotną. W tym czasie operujące na Chełmszczyźnie połączone oddziały antykomunistycznej konspiracji Leona Taraszkiewicza (Jastrzębia) oraz Stefana Brzuszka (Boruty) w sile kilkudziesięciu ludzi (według danych UB – 54) urządziły zasadzkę 18 km od Chełma. Zatrzymywały samochody udając wojskową grupę kontrolną i to na tyle skutecznie, że według specjalnego raportu szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie Franciszka Piątkowskiego „z idącej kolumny samochodów sowieckich żaden oficer nie domyślił się, że to są bandyci”. O całej akcji aparat bezpieczeństwa dowiedział się przypadkiem – jeden z funkcjonariuszy UB był świadkiem rozmowy skontrolowanego kierowcy. Poinformowany o wszystkim szef WUBP w Lublinie nakazał wysłanie grupy operacyjnej w celu sprawdzenia, kto przeprowadza kontrolę (wojsko czy „bandyci”). Posłano 25-osobową grupę funkcjonariuszy UB i MO, na czele której stanął szef PUBP w Chełmie Bolesław Rycerz. Od okolicznych gospodarzy dowiedzieli się oni, że zatrzymano rodzinę Malewskich oraz zarekwirowano jeszcze trzy inne samochody. Po krótkim pościgu oddział Rycerza w obawie przed zasadzką zawrócił do Chełma.

Grzecznie prosimy
Podczas legitymowania przez „wojskową grupę kontrolną” Julia Malewska poinformowała, że jest siostrą Bieruta. Przyniosło to oczywiście efekt zgoła inny od oczekiwanego – partyzanci postanowili zabrać ze sobą prezydencką rodzinę. W pierwszych godzinach, według późniejszych relacji porwanych, obchodzono się z nimi „dość ostro”. Za to już następnego dnia zaczęto traktować „bardzo grzecznie”. W „gościnie” u partyzantów nie zabawili długo. Mogli poruszać się swobodnie po całym obejściu, a nawet udawać się na brzeg lasu. Nieustannie towarzyszyła im jakaś dziewczyna uzbrojona w pistolet TT. Do posiłków zasiadali razem. Partyzanci z obstawy zachowywali się wobec jeńców z grzecznym dystansem, ale dla przekory wymusili na nich, że rano przed śniadaniem musieli odśpiewać „Kiedy ranne wstają zorze”, natomiast przed kolacją – „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Już 21 lipca o świcie oddano prezydenckiej rodzinie samochód, odprowadzono do szosy Chełm–Lublin i wypuszczono. Przed zwolnieniem Julii Malewskiej wręczono jej list do brata (Bolesława Bieruta – przyp. red.), który zawierał prośbę/żądanie uwolnienia „aresztowanych rodzin ściganych politycznie”. Podobno zobowiązała się ona w imieniu zatrzymanych, że „dołożą wszelkich starań ze swej strony”, aby do tego doprowadzić. Charakterystyczne było zachowanie Julii Malewskiej po uwolnieniu. Kategorycznie odrzuciła propozycję złożenia zeznań przed funkcjonariuszami UB twierdząc, że „opowie wszystko Prezydentowi”. Nie znamy przebiegu tej rozmowy. Wiemy jednak, że – o ile oczywiście doszła do skutku – nie przyniosła żadnych efektów dla rodzin „bandytów”.

Wielka obława
Powiadomiony następnego dnia rano o porwaniu szef WUBP w Lublinie po konsultacji z dowódcą okręgu i szefem sztabu Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego opracował plan operacji przeciwko partyzantom. Dzięki agenturze uzyskano informację, że nocowali oni w miejscowości Świerszczów. Postanowiono rozdzielić siły obławy. Pierwszą grupę (szkołę WUBP i 25 funkcjonariuszy MO) wysłano do Macoszyna, gdyż leśniczówka tam położona służyła za miejsce postoju dla oddziału Boruty; grupę 150 żołnierzy WP do Świerszczowa w celu przeszukania lasu, w którym nocowali partyzanci; grupę żołnierzy WBW do Rogóźna, a ostatnią, złożoną z funkcjonariuszy UB i 49 Pułku Piechoty WP, do Sosnowicy. Grupy te miały się następnie połączyć i okrążyć okolice Wereszczyna, gdzie na miejscowych błotach miał kryjówki oddział Boruty. W wyniku rewizji gajówki w Macoszynie odnaleziono pistolet KBK typu Mauser, dubeltówkę i lufę do RKM. Zatrzymano gajowego i czterech innych „podejrzanych osobników”. We wsi Hańsk została zatrzymana łączniczka Jastrzębia, która „dała dalsze kontakty na wieś Dubeczno, Stary Majdan i Bartoszycha”, gdzie zatrzymano dalsze trzy osoby. W nocy z 21 na 22 lipca przeprowadzono akcję we wsi Krasne, w wyniku której „zatrzymano placówkę Jastrzębia pod dowództwem niejakiego Wodnickiego Czesława”. W czasie śledztwa zeznał on, że oddział wraz z zatrzymanymi siedmioma osobami znajduje się w kolonii Krasne, a porwani są przetrzymywani w piwnicy mieszkania komendanta placówki Władysława Borysika (Krwawego). Ponadto „wskazał miejsce magazynu broni i wydał do 100 ludzi z placówek i band”. Nie jest jednak do końca pewne, czy to jego zeznania doprowadziły obławę do miejsca, gdzie była przetrzymywana prezydencka rodzina. Według innego raportu UB informację, że porwani członkowie prezydenckiej rodziny przetrzymywani są w miejscowości Krasne, uzyskano dzięki doniesieniom agenturalnym. Jeszcze inną wersję podaje w swoich zapiskach z 1950 r. brat Jastrzębia Edward Taraszkiewicz (Żelazny): „Przyczyną zdrady miał być jeden z tych ludzi aresztowanych w przeddzień wypadku na zabawie w pobliskiej wsi Uścimów Nowy”.
Nie wiadomo, która z tych wersji jest prawdziwa. W każdym razie 22 lipca w godzinach popołudniowych przeprowadzono operację w kolonii Krasne. W czasie walki zginęło dwóch partyzantów – Mieczysław Sawicki (Kruk) oraz Tadeusz Garłoch (Zimny). Według relacji zatrzymanego wówczas innego żołnierza tego oddziału Władysława Kobylańskiego (Jeża) (w materiałach UB przypisywany jest mu pseudonim Jerzyk) ciężko ranny Sawicki przed śmiercią został poddany przesłuchaniu, a następnie dobity strzałami w tył głowy. Łącznie z Kobylańskim zatrzymano piętnaście osób, w tym Władysława Borysika wraz z rodziną. Kobylański zeznał, że rodzina Bieruta rzeczywiście była przetrzymywana w domu Borysika, ale że została zwolniona w nocy z 20 na 21 lipca. Ponadto uzyskano od niego dane o liczebności oddziału Jastrzębia (18 osób) i Boruty (22 osoby), a także informację, że oddział udał się w kierunku wsi Krzczeń. W wyniku operacji w tej miejscowości zabito członka oddziału Uskoka – Mazowieckiego (Murzyna). Ogółem, jak wynika z raportu specjalnego szefa PUBP we Włodawie Mikołaja Oleksy, w czasie obławy (w dniach 21–23 lipca) „zostało zabitych bandytów z bronią w ręku 4-ry osoby, zatrzymanych faktycznych bandytów 16-tu, wszystkich zatrzymanych 49 osób”.
Po uwolnieniu prezydenckiej rodziny szef WUBP w Lublinie Franciszek Piątkowski w
swym raporcie specjalnym wyraził obawę, iż „rodzina Prezydenta znalazła się w otoczeniu wrogów”. Do takich wniosków skłonił go po pierwsze fakt, że prezydencka rodzina nie korzystała z ochrony organów Bezpieczeństwa. Po drugie – dziwne zachowanie zawiadowcy stacji, który rano w dniu uwolnienia porwanych zgłosił się wraz z synem Malewskiej Romanem do WUBP i zadawał „tajemnicze pytania” (wyraził przekonanie, że prezydencka rodzina nie zostanie zamordowana i pytał, co ma zrobić w przypadku, gdy „bandyci zwrócą się do niego z jakąś propozycją”).
Piątkowskiemu podejrzane wydało się również zachowanie szwagierki Wacława Malewskiego Berty Sadz. Otóż miała ona w czasie przesłuchania zachowywać się „tak, jakby ją nic nie obchodziło porwanie”. Ponadto kilka miesięcy wcześniej została zatrzymana na podstawie skierowanego do niej listu przechwyconego przez UB. W liście tym „przywódca bandy z Pomorza” chwalił się zabijaniem funkcjonariuszy UB i członków Polskiej Partii Robotniczej. Na jej niekorzyść przemawiał również fakt, iż „miała ona [w czasie wojny] restaurację tylko dla Niemców”. Szefowi WUBP przyszło nawet na myśl, że Wacław Malewski wyjeżdżając z Chełma mógł zabrać ze sobą „większą ilość złota i kosztowności” i zadawał sobie pytanie, czy „środowisko, w jakim się znajduje nie zapragnęło go [złota] posiąść”.
W innym piśmie, skierowanym do ministra bezpieczeństwa publicznego, szef PUBP w Lublinie pozwolił sobie nawet na „zwrócenie uwagi na ludzi, którzy kręcą się wokół krewnych ob. Prezydenta, gdyż łatwowierność ob. Prezydenta może przynieść szkodę”. Nic dziwnego, że jego przełożeni nie wiedzieli, co z takim raportem zrobić!
Tymczasem wszystko wskazuje, że nikt nie urządził zasadzki na prezydencką rodzinę, lecz na samochody UB, którymi byli przewożeni aresztowani w Siedliszczu ludzie podziemia.

Prezydencie, uwolnij
17 sierpnia 1946 r. został zlikwidowany oddział Boruty. Na początku następnego roku został ciężko ranny w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach Leon Taraszkiewicz (Jastrząb). Zmarł w trakcie transportu do lekarza. Nie przeżył go drugi z dowódców oddziału, który porwał prezydencką rodzinę – Stefan Brzuszek (Boruta). W czasie likwidacji swego oddziału, otoczonego przez grupę operacyjną UB-KBW we wsi Kulik, popełnił samobójstwo. Przy jego zwłokach odnaleziono oświadczenie podpisane przez porwanych (niestety, nie zachowało się najprawdopodobniej w aktach b. Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego) oraz pismo skierowane przez „grupę partyzancką” do Bieruta
Oto ono:
„Zatrzymaną rodzinę Pańską wypuszczamy na wolność całych i zdrowych. Gdybyśmy chcieli zastosować wobec rodziny Pana metody jakie stosuje Urząd Bezp[ieczeństwa] Publ[icznego] wobec rodzin aresztowanych politycznie Polaków – winniśmy rodzinę Pańską zmasakrować, powybijać zęby, wyłamać ręce. Nie zrobimy tego, nam obce są bestialstwo i rozpasanie, nie zatraciliśmy etyki chrześcijańskiej, walczymy tylko z tymi, którzy mają umazane ręce w niewinnej krwi bratniej. My nie chcemy przelewu krwi bratniej, a do tego rozpaczliwego kroku pcha Urząd Bezp[ieczeństwa] Publ[icznego]. Wypuszczamy Pańską rodzinę na wolność – nie żądając za to nic – uważamy jednak, że podobnie postąpi Pan Panie Prezydencie i każe Pan zwolnić aresztowane rodziny ściganych politycznie”.

Kontrastuje ono ze stwierdzeniem syna Bolesława Bieruta Jana Chylińskiego, który w biografii swego ojca pisał o „działalności terrorystycznej zbrojnego podziemia”, mordującego bezlitośnie swych przeciwników politycznych „nawet za sam udział w zabawach świątecznych – bo były to święta nie uznawane przez opozycję”. Chyliński pisze, że „spora część dokonanych zabójstw posiadała znamiona okrucieństwa, niekiedy wręcz szokującego. Musiały być dziełem ludzi przesiąkniętych ślepą nienawiścią, a czasem nawet po prostu psychopatów”.
Ale nawet włos z głowy nie spadł jego ciotce i jej rodzinie.

Artykuł ukazał się w tygodniku Polityka, nr 33/2003 (2414)
środa, 08 marca 2006
por. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb" i ppor. cz.w. Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (część 1)
"JASTRZĄB" i "ŻELAZNY" - PARTYZANCCY BRACIA

W powstaniu antysowieckim nie było drugiej pary takich braci - tak bohaterskich i tak znienawidzonych przez komunistów. Propaganda PRL przedstawiała ich nie tylko jako "andersowców" na żołdzie imperializmu, to była wówczas normalka, i nie tylko jako "antysemitów", lecz także jako Niemców-folksdojczów, a nawet esesmanów i oprawców z Majdanka (!).

Starszy z braci Taraszkiewiczów, ten z rocznika 1921, miał na imię Edward, młodszy, z 1925 - Leon. Dowódcą oddziału WiN walczącego na ziemi chełmsko-włodawskiej był najpierw, jakby wbrew tradycji, młodszy z braci, noszący pseudonim "Jastrząb". Po nim dopiero, w niezwykle dramatycznych okolicznościach, oddział przejmie starszy - "Żelazny". W powstaniu antysowieckim nie było drugiej pary takich braci - tak bohaterskich i tak znienawidzonych przez komunistów.

Czerwiec 1947. Od lewej: Henryk Wybranowski "Tarzan" (+ XI 1948), Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (+ X 1951), Mieczysław Małecki "Sokół" (+ XI 1947), Stanisław Pakuła "Krzewina"

Wykładnia kłamstw komunistycznych
Propaganda PRL przedstawiała Taraszkiewiczów nie tylko jako "andersowców" na żołdzie imperializmu, to była wówczas "normalka", i nie tylko jako "antysemitów", to też była "normalka", tyle że przeznaczona dla zachodnich dziennikarzy, lecz także jako Niemców - folksdojczów, a nawet esesmanów i oprawców z Majdanka (!). Od komunistów dostało się też ich ojcu, Władysławowi, który zgodnie z tym, co głosili spece od moskiewskiej propagandy, na początku lat trzydziestych chodził razem z synami rozbijać strajki chłopskie, a w latach wcześniejszych i późniejszych znęcał się nad biedotą wiejską, miejską i starozakonną. Za wysługiwanie się "faszystowskim rządom Piłsudskiego" starego Taraszkiewicza dosięgnął jednak słuszny gniew ludu. Został powieszony w lesie na skórzanych lejcach i przez trzy dni - jak wyliczyła komunistyczna propaganda - szczerzył zęby, wisząc na sośnie. Były to oczywiście kłamstwa, do których, zgodnie z metodą komunistów, dokładano ziarnko prawdy.
Ojciec „Jastrzębia” i „Żelaznego”, Władysław Taraszkiewicz urodził się 18 IV 1896 r. we Włodawie. Był synem Franciszka i Agaty z domu Haciuk ze wsi Przewłoka koło Parczewa. Z zawodu był stolarzem - kołodziejem.
Matka, Róża Klara urodziła się 31 VIII 1902 r., była córką Piotra Syblili i Jadwigi z domu Matuszewska. Piotr Sybilla, dziadek przyszłych partyzantów, pochodził z Kościan w woj. poznańskim, a babka Jadwiga, z oddalonej ok. 10 km. wsi Zadory, również w woj. poznańskim, jednak w tamtych czasach był to jeszcze ziemie polskie włączone do zaboru pruskiego.
W poszukiwaniu pracy Piotr i Jadwiga Sybilla wyjechali do Duisburga, miasta położonego w zachodniej części Niemiec w Zagłębiu Ruhry.
Władysław Taraszkiewicz, wraz z jeńcami rosyjskimi i francuskimi został wywieziony w 1914 r. do Niemiec, do kopalni węgla w Zagłębiu Ruhry. Tam też poznał swoją przyszłą żonę Różę Klarę Sybilla. W Niemczech działał w organizacji „Sokoły”, do której później przystąpili również szwagrowie jego żony: Jaskowiak i Czekała.
Również w Niemczech, w Duisburgu urodziło się trzech ich synów: Edward - 22 stycznia 1921 r., Władysław - 9 lipca 1922 r. i Leon - 13 maja 1925 r. W sierpniu 1925 r. całą rodziną wrócili do Polski i zamieszkali we Włodawie.

Na tym jednak wątek niemiecki rodziny Taraszkiewiczów się nie kończy. W czasie okupacji hitlerowskiej Edward i Leon zostali wywiezieni na roboty do Niemiec. Edwarda tylko podejrzewano o jakąś nielegalną robotę i wysłano go "profilaktycznie"; u Leona, dosłownie pod łóżkiem, znaleziono materiały wybuchowe - wydał go szkolny kolega, niejaki Muszyński. Najpierw Niemcy chcieli go zamknąć w obozie, potem ze względu na młody wiek (16 lat!) zmieniono decyzję i Leon Taraszkiewicz został wysłany na roboty pod Kwerfurt, na zach. od Halle. Nawiasem mówiąc, do tego samego bauera, u którego pracował już starszy z braci.

Ucieczka z Zamku w Lublinie
Latem 1942 r. Leonowi udaje się uciec z Niemiec, resztkami sił dociera aż pod Radom. Tutaj drwale współpracujący z AK najpierw go dokarmiają, potem organizują mu rekwizyty malarza pokojowego, z którymi - niby do pracy - wędruje przez Polskę aż do Chełma. Na chełmskiej stacji przeżywa kolejną przygodę: aresztowanie i pobicie przez współpracującą z Niemcami ukraińską służbę ochrony kolei. Nie traci jednak fantazji i dosyć pomysłowo podaje się za swojego znajomego z Włodawy, nazwiskiem Blimke, który właśnie legalnie przyjeżdża z Niemiec na urlop do rodziny i któremu, czasem tak bywa, zginęły po drodze dokumenty. Jeszcze z Chełma Leon przesyła do matki autentycznego Blimkego gryps, ta zgadza się potwierdzić jego tożsamość. Nie jest pewne, czy zdążyło dojść do konfrontacji, gdyż tymczasem Leon zostaje przewieziony do więzienia na Zamku w Lublinie. Na przesłuchania Niemcy przeprowadzają go do siedziby gestapo. Podczas jednego z powrotów Leon rzuca się do ucieczki, zostaje postrzelony w rękę przez żandarma - udaje mu się jednak zaszyć w ruinach przy Bramie Krakowskiej. Potem czas jakiś ukrywa się u Stefana Koropczuka - ojca chrzestnego swej młodszej siostry. W pisanym po latach oświadczeniu Koropczuk wspomina: Nie mogłem go poznać, tak był pobity, obszarpany i ranny w rękę. Ślady pobicia dowodzą, iż podczas przesłuchań Taraszkiewicza poddawano torturom. Zawiadomiona przez Koropczuka matka przywozi Leonowi ubranie, co ułatwia mu dalsze ukrywanie się przed Niemcami. Nie chcąc narażać krewnych, Leon Taraszkiewicz szuka schronienia w lesie i zbiegiem okoliczności trafia do sowieckiego oddziału partyzanckiego "Anatola". Po wejściu Armii Czerwonej może robić karierę jako "utrwalacz władzy ludowej", może służyć w UB i MO - odmawia i zostaje znów aresztowany, tym razem przez "wyzwolicieli".

Początki konspiracji powojennej
W połowie grudnia 1944 r. zostaje aresztowany przez UB i ponownie trafia do więzienia na Zamku w Lublinie, skąd zostaje przewieziony do filii tegoż więzienia - obozu NKWD i UB w Błudku koło Suśca. Od jesieni 1944 roku do końca marca 1945 roku w wyniku katorżniczej pracy w kamieniołomach w pobliskich Nowinach i Józefowie zmarło ponad dwustu więźniów -żołnierzy AK, wielu zostało rozstrzelanych. Obóz został rozbity 25 marca 1945 roku przez oddziały Inspektoratu Zamojskiego AK Konrada Bartoszewskiego ps. "Wir" i Mariana Wardy ps. "Polakowski". Wcześniej wywiad Armii Krajowej ustalił, że w Błudku są więzieni żołnierze i oficerowie AK. "Żyli w strasznych warunkach, byli głodni i chodzili ubrani w worki po cemencie" - wspomina były żołnierz AK Antoni Danielewicz ps. "Lew". Niestety gdy nadszedł dzień odbicia obozu, okazało się, że wszyscy więźniowie zostali wywiezieni, na dwie godziny przed planowanym odbiciem.
Pod koniec marca 1945 r., przyszły "Jastrząb", wieziony z obozu w Błudku, transportem na wschód, wyskakuje z pociągu i wraca do rodzinnej Włodawy. Ukrywa się, szuka kontaktów, udaje mu się dotrzeć do dowódcy rejonu AK "Orlisa" (Klemens Panasiuk) i po zaprzysiężeniu wchodzi w skład leśnego oddziału "Sępa" (Tadeusza Bychawskiego). Tak wyglądał pierwszy rozdział życiorysu rzekomego esesmana i "kapo" z Majdanka - jak określała go propaganda PRL. Równie "prawdziwe" były dziennikarskie rewelacje na temat ojca Władysława Taraszkiewicza. Ani nie rozbijał wespół z synami strajków chłopskich (synowie mieli wtedy 11 i 15 lat), ani nie został przed wojną powieszony przez "gniewny lud", ani nie szczerzył zębów, wisząc na drzewie. Władysław Taraszkiewicz, syn Franciszka, po prostu ciągle żył, dożył lat 66 i zmarł w roku 1964 w Malborku. Jako ciekawostkę warto dodać, że Taraszkiewicze wywodzili się ze szlachty Księstwa Litewskiego, że optowali za wolną (od Rosjan) Białorusią, związaną jakąś unią z Polską. Starszy brat Franciszka, a stryjeczny dziadek obydwu partyzantów, Bronisław Taraszkiewicz, był jednym z twórców i animatorów kultury białoruskiej. Napisał pierwszą gramatykę języka, który uznał za ojczysty, przekładał też na białoruski Iliadę i Pana Tadeusza. Jako przywódca "Hromady" wpadł w konflikt z prawem polskim, został skazany na więzienie i w ramach wymiany więźniów politycznych zgodził się lekkomyślnie na wyjazd do ZSRR. Zmarł w łagrze sowieckim w 1938 roku.

"JASTRZĄB" i "ŻELAZNY" - Partyzanccy Bracia - część  2>
Strona główna>

por. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb" i ppor. cz.w. Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (część 2)

"Jastrząb"
Druga i ostatnia część biografii Leona Taraszkiewicza - to historia "Jastrzębia". Od wiosny 1945 r. Taraszkiewicz dowodzi samodzielnie małym oddziałkiem partyzanckim, bierze udział w rozbiciu siedziby MO w Wytycznie, a 2 czerwca rozpoczyna słynny rajd, podczas którego powstańcy rozbijają posterunki w Dubecznie (gdzie przy okazji rozpędzono gminne koło PPR), Sosnowicy i Pieszowoli. Dwa ostatnie posterunki żołnierze "Jastrzębia" zdobyli, podając się za oddział ścigający "bandy". Według oficjalnych raportów, w Pieszowoli partyzanci rozbroili grupę "ormowców". Jest to interesujące o tyle, iż oficjalnie Ochotnicza Rezerwa MO nie została jeszcze powołana. Było to więc ORMO przed ORMO! Po prostu tego czteroliterowego skrótu używano już wcześniej, dla określenia aktywistów PPR zbrojonych i szkolonych do walki z partyzantką AK i ludnością cywilną. Warto o tym pamiętać, słuchając SLD-owskich "uczonych" oskarżających niepodległościową partyzantkę o mordowanie bezbronnych, "szarych" członków PPR. Nie tylko pepeerowcy gorliwie wysługiwali się nowym okupantom, również sporo młodzieży ukraińskiej widziało swoją przyszłość we współpracy z UB i MO, choć bardzo często współpracę z "resortem" traktowali jako okazję do prześladowania Polaków.

Oddział Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" nad zwłokami Stefana Kucharuka "Rysia" - 1946 r.

Komendantem Sosnowicy, znanym z bestialskiego znęcania się nad schwytanymi partyzantami, był Ukrainiec Łuć; również jego zastępca (czy może raczej protegowany ze względu na narodowość) Mikołaj Dmitruk cieszył się sławą oprawcy. Latem 1945 "Jastrząb" urządził rajd, podczas którego odwiedził trzy "czerwone" wsie ukraińskie: Hołowno, Górki i Zienki. W tych wsiach większość mężczyzn należała do PPR, a uzbrojona została jeszcze przez NKWD. Scenariusz pacyfikacji był we wszystkich przypadkach taki sam: wieś otaczano, ryglując drogi erkaemami, potem do środka wpadało kilku partyzantów na koniach, których galop wokół zabudowań terroryzował ludność i zarazem stwarzał wrażenie większej liczebności oddziału. Mieszkańców wyganiano z domów i trzymano pod bronią na środku wsi - w tym czasie partyzanci przeprowadzali rewizje. Znalezioną broń rekwirowano - pozostawiając jednak Ukraińcom kilka karabinów dla obrony przed zwykłymi bandziorami. Na końcu "Jastrząb" wygłaszał ostrzegawcze przemówienie, wspominał, że wszyscy razem mieszkają na tej samej ziemi polskiej, ostrzegał, że komunizm wcześniej czy później upadnie i wtedy wszyscy zdrajcy zostaną rozliczeni, po czym oddział opuszczał wieś. Mieszkańcy, którzy liczyli się już z utratą życia, żegnali partyzantów czasem z autentyczną serdecznością, obiecując "poprawę", a nawet zaopatrując ich w prowiant. Akcje w tych i kilku innych wsiach odniosły znakomity efekt propagandowy. Gorliwiej od Ukraińców współpracowali z komunistami tylko Żydzi. "Kuźnią" ubeckich kadr na Lubelszczyźnie były m.in. Parczew i Włodawa, miasteczka, w których Żydzi już przed wojną stanowili ponad połowę mieszkańców. Wielu z nich przeżyło okupację dzięki pomocy Polaków bądź w ZSRR. Przyjmowali obywatelstwo "sowieckie", pracowali przeważnie w milicji, NKWD i administracji partyjno-państwowej. Po "wyzwoleniu" w sposób niejako naturalny zostawali pracownikami okupacyjnego aparatu i włączali do tej pracy rodziny. W miastach takich jak Parczew Polacy byli ludźmi drugiej kategorii, gołosłowne oskarżenia o antysemityzm i nacjonalizm wystarczały do wyrugowania ich z własności, a często do wywózki i fizycznej likwidacji. Atak na siedziby UB/MO w tych i kilku innych miejscowościach stawał się z konieczności atakiem na budynki, w których "pracowali" Żydzi - dlatego antypolska propaganda na Zachodzie mogła przedstawiać je jako akty antysemityzmu.

Zajęcie Parczewa
Atak na posterunek i areszt MUBP w Parczewie skończył się połowicznym sukcesem. Oddział "Jastrzębia" zajął całe miasto i... tylko pół budynku UB, który znajdował się na piętrze, nad apteką, której zniszczenia "Jastrząb" chciał uniknąć. Z góry ostrzeliwało się kilku ubowców, którymi dowodził niejaki Konasiuk, ubowiec oddelegowany z Włodawy. Ofiary jego przesłuchań wyławiano z pobliskiego stawu ze śladami tortur na ciele i rękami skrępowanymi kolczastym drutem. Nie mógł mieć złudzeń, jaki los go spotka, gdy wpadnie w ręce polskich partyzantów. "Jastrząb" zostawił kilku ludzi, by ogniem ryglowali górę posterunku, zaś sam z resztą oddziału udał się demonstracyjnie do kościoła, potem pilnował rekwizycji. Towary zabierano ze spółdzielni "Społem", ale także z prywatnych sklepików - wybierając co bardziej "czerwonych" właścicieli. A ponieważ dziwnym trafem większość prywatnych kupców komunistycznego Parczewa pochodziła z narodu wybranego - rekwizycje też mogły zostać uznane za "pogrom". Po załadowaniu niezbędnych towarów, głównie wiktuałów, partyzanci opuścili miasto. W efekcie akcji w Parczewie zginęło pięciu milicjantów i ubowców - okazało się potem, że byli to sami Żydzi. Należy jednak podkreślić, że nie ginęli oni jako przedstawiciele takiego czy innego narodu, lecz jako funkcjonariusze okupacyjnego aparatu terroru. Konasiuk, któremu udało się ujść cało, nie uniknął jednak sprawiedliwości. Dwa lata później będzie dowodził pacyfikacyjną ekspedycją UB-KBW i pod Dębową Kłodą wpadnie w zasadzkę, urządzoną przez drugiego z braci Taraszkiewiczów - Edwarda. Zginie od kuli wystrzelonej w walce, śmiercią żołnierską, na którą nie zasłużył.

1946 r. - od lewej: Stefan Kucharuk "Ryś", Piotr Kwiatkowski "Dąbek", Leon Taraszkiewicz "Jastrząb"

Rok 1946 przyniósł partyzantom "Jastrzębia" walki z ekspedycjami NKWD i KBW. Duży rozgłos przyniosło jego żołnierzom zwycięstwo nad grupą NKWD i UB w Gródku - 8 czerwca 1946, jeszcze większy - wzięcie do niewoli rodziny Bolesława Bieruta. Przypadek ten zdarzył się 17 lipca 1946 roku. Tego dnia oddział "Jastrzębia" przygotowywał zasadzkę pod Chełmem na samochody miejscowego UB. By szybko opuścić miejsce akcji trzeba było zarekwirować jakiś samochód. Nagle szosą nadjechał elegancki, ogromny chevrolet. Po zatrzymaniu okazało się, że w limuzynie jedzie czworo komunistów. Zdanie "pan nie wie kto ja jestem" należało do najczęściej powtarzanych. Okazało się, że w chevrolecie siedziała siostra Bieruta - Zofia Malewska z mężem oraz ich syn z żoną. A więc rodzina Bieruta - superagenta sowieckiego, rodzina, która korzystała z wszystkich dobrodziejstw okupacji sowieckiej, których symbolem był ów luksusowy samochód! O mistyfikacji nie mogło być mowy - następnego dnia do Włodawy przyjechało ponad 50 aut pełnych funkcjonariuszy UB i KBW oraz dwa pociągi, to znaczy 72 wagony - wojsk KBW. "Jastrząb" przewiózł rodzinę Bieruta do wsi Krasne, nieoczekiwanych "gości" przetrzymywano dwie doby w domu komendanta placówki AK, Władysława Borysika. Malewscy chodzili po obejściu, a pod lufami pistoletów nawet do pobliskiego lasu. Widząc, że nic jej nie grozi, a może chcąc zjednać partyzantów, siostra Bieruta powtarzała: Mój brat był taki spokojny, porządny człowiek przed wojną. Do kościoła chodził w każdą niedzielę. Teraz jest z komunistami, ale z przymusu (H. Pająk: Oni się nigdy nie poddali, 1997, s. 108). Słysząc tego rodzaju credo partyzanci "Jastrzębia" kazali tej "polskiej" i "katolickiej" rodzince śpiewać przed śniadaniem "Kiedy ranne wstają zorze" a po kolacji "Wszystkie nasze dzienne sprawy". To były jedyne "tortury" jakim poddano rodzinę czerwonego namiestnika. Zasady odpowiedzialności zbiorowej partyzanci nie stosowali. Po dwóch dniach pociotkowie Bieruta zostali odwiezieni do pobliskiej gajówki, gdzie podstawiono chevroleta.

Zdobycie Włodawy
Jeszcze w 1946 roku - 22 października partyzanci "Jastrzębia" odnieśli spektakularny sukces: zdobycie Włodawy, zajęcie posterunku MO, rozbicie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (obecnie Komenda Policji) i uwolnienie 65 więźniów. Potem było wiele mniejszych potyczek i pechowe zakończenie roku. W wigilię 1946 roku UB i KBW urządziły obławę i - dzięki donosowi - odnalazły dom, w którym zasiedli do kolacji partyzanci "Jastrzębia". UB-owcy zaatakowali, nie spodziewając się oporu, a tym bardziej ognia z broni maszynowej. Oddział "Jastrzębia" stracił w walce dwóch ludzi, a to, że UB-owcy ponieśli większe straty (5-7 funkcjonariuszy), było niewielką pociechą. Partyzanci zaplanowali odwetowe uderzenie na Radzyń. Nad ranem 1 stycznia żołnierze "Jastrzębia" wraz z oddziałami obwodu WiN Radzyń Podl. (razem ok. 300 ludzi) weszli do miasteczka. Niestety nie udało się zdobyć siedziby UB/MO - zawiódł ładunek wybuchowy, który miał utorować drogę do "ubojni". Rozpoczęła się wymiana ognia, która mogła trwać nazbyt długo - komuniści zapewne od początku alarmowali o odsiecz, teren pełen był wojsk NKWD i KBW. "Jastrząb" nakazał odwrót. Jakby dla zadośćuczynienia do partyzantów uśmiechnęło się szczęście. Radzyńskie szefostwo UB wysłało grupę pościgową, która wpadła na partyzantów w Okalewie. UB-owcy stracili co najmniej 5 zabitych, w tym powiatowego referenta UB Radzyń. Kilku dostało się do niewoli, Do niewoli dostało się też 7 żołnierzy KBW, których "Jastrząb - po rozbrojeniu - uwolnił. Rozstrzelano jedynie dowódcę plutonu, który wedle relacji jednego z partyzantów - miał pełną pierś medali za walkę z bandytami (tamże, 125 ). Tak więc odwet za krwawą Wigilię w końcu się udał. Nie było to ostatnie zwycięstwo oddziału, choć ostatnie zwycięstwo "Jastrzębia".


Padł w ataku na Siemień...
3 stycznia 1947 r. Leon Taraszkiewicz dowiedział się, że w Siemieniu pod Parczewem stacjonuje oddział KBW przysłany do ochrony "wyborów". Ponieważ żołnierze z tych jednostek nie wykazywali wielkiego ducha bojowego, postanowił podejść pod budynek i wezwać do złożenia broni. Na ogół to wystarczało, kabewiści wiedzieli, że szybkie podniesienie rąk gwarantuje im przeżycie. Tym razem jednak miało być inaczej. Do Siemienia wkroczono o zmierzchu. Gdy partyzanci byli kilkanaście metrów od budynku - nagle rozległy się strzały. Nie padły jednak od strony komunistów. Wystrzelił któryś z partyzantów, wkrótce i pozostali - w biegu - zaczęli strzelać do okien. Zaskoczeni kabewiści na odgłos pierwszych strzałów podnieśli ręce, nie wzięli nawet broni ze stojaków. Partyzanci zajęli budynek i dopiero wtedy zorientowano się, że nie ma wśród nich "Jastrzębia". Wniesiono go po chwili. Padł na samym początku ataku.. Początkowo myślano, że od strzału z okna. Nikt nie wiedział, że opatrującemu go koledze, "Wackowi" Mielniczukowi, "Jastrząb" zdążył szepnąć To mi zrobił "Bolek", potem stracił przytomność. Chwilę później do zdobytego budynku wszedł "Żelazny", który nie wiedząc jaki był przebieg wydarzeń, na krótko przejął dowództwo. Potem jednak przekazał je "Bolkowi" (nazwisko do dziś nie jest pewne) uchodzącemu za zastępcę i przyjaciela "Jastrzębia". Partyzanci zabrali trochę zdobycznej broni i amunicji, rannego "Jastrzębia" położono na furmankę i oddalono się w stronę lasów włodawskich. Mniej więcej po godzinie "Jastrząb" skonał. Miał 22 lata. Został w tajemnicy pochowany na cmentarzu w Siemieniu i do 1992 r. jedyną informacją na jego grobie był lakoniczny napis "Leon". Stopień wojskowy nie jest pewny. Po prostu był komendantem zgrupowania partyzanckiego WiN obwodu włodawskiego.

"JASTRZĄB" i "ŻELAZNY" - Partyzanccy Bracia - część  3>
Strona główna>

por. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb" i ppor. cz.w. Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (część 3)

Komendant "Żelazny"
Dopiero po pewnym czasie "Żelazny" z "Wackiem" uświadomili sobie, że to "Bolek" był mordercą "Jastrzębia". Czy powodowała nim ambicja, chęć dowodzenia legendarnym oddziałem, czy był nasłanym agentem? - sprawa do dzisiaj nie została rozstrzygnięta. Obydwaj partyzanci skłaniali się ku drugiej z tych myśli, podobnie uważa dziś znawca problemów partyzanckich Henryk Pająk. Przyjęcie, że w oddziale był agent bezpieki i że był nim właśnie ów "Bolek", pozwalało wyjaśnić wiele tajemniczych wydarzeń. Już raz podczas potyczki podobnie jak "Jastrząb" został ostrzelany jeden z partyzantów - wtedy skończyło się na przestrzeleniu czapki, więc chociaż wydawało się, że strzały padły z boku - sprawę zlekceważono. Teraz strzały też padły z boku, z okien chyba w ogóle nikt nie zdążył strzelić. Przypomniano sobie po czasie różne tajemnicze zniknięcia "Bolka" z oddziału, jak i to, że właściwie nie bardzo było wiadomo, skąd przybył. Podobno miał pochodzić zza Buga - ale nie miał na to żadnych świadków. (Potem zaczęło się wyjaśniać, że pochodził z chełmskiego, jednak jego tożsamość do dzisiaj nie jest pewna). "Żelazny" z "Wackiem" wtajemniczyli w sprawę dowódcę sąsiedniego oddziału, zresztą przyjaciela "Jastrzębia" - Stanisława Kuchcewicza - "Wiktora". Ponieważ "Bolek" jako dowódca cieszył się dużym posłuchem - postanowiono, że likwidacji dokona właśnie oddział "Wiktora". Jako komendant oddziału włodawskiego "Bolek" otrzymał wezwanie do oddziału "Wiktora" - rzekomo po odbiór rozkazów od dowódcy całego zgrupowania - majora "Zapory". Upewnił się jedynie (co dodatkowo przypieczętowało podejrzenia!), że u "Wiktora" nie będzie "Żelaznego" i zgodził się pojechać po zapowiedziane rozkazy. Po przybyciu do kwatery "Wiktora" "Bolek" został zlikwidowany. Dowódcą został Edward Taraszkiewicz -"Żelazny", który walczył na czele oddziału jeszcze ponad cztery i pół roku. Sprawa "Bolka" do dzisiaj nie została wyjaśniona. Na pewno był mordercą, czy jednak był agentem od początku? Czy może raczej zdrajcą, który w pewnym momencie zaczął kontaktować się z UB? Czy zamordowanie dowódcy nie miało być "wpisowym" przy przejściu byłego patrioty na stronę czerwonych?

Akcja w "małej Moskwie"
Z licznych wyczynów "Żelaznego" na szczególną uwagę zasługuje akcja przeprowadzona nocą 2-3 lipca 1947 r. w "Małej Moskwie", czyli w Puchaczowie. Przeprowadzono ją wspólnymi siłami połączonych oddziałów "Żelaznego", "Ordona"-J. Struga i "Wiktora"-S. Kuchcewicza ". Akcja ta nagłaśniana była przez komunistyczną propagandę jako "masakra" przeprowadzana przez "bandytów z WiN" bądź "bandytów z AK". Jest faktem, że w Puchaczowie partyzanci urządzili obławę na działaczy PPR; według oficjalnej wersji spośród złapanych stracono 21 osób. Komuniści twierdzili oczywiście, iż byli to ludzie niewinni, a podpierając się dokumentami, stwierdzali, że tylko 8 ze straconych było członkami PPR. Sprawę tej dziwnej akcji wyjaśnił Henryk Pająk w znakomicie udokumentowanej pracy Uskok kontra UB (1992, s. 114 - 115). W aktach UB trafił on na dokument z 25 czerwca 1952 r. podpisany przez sekretarza PZPR z Lublina, Goraja Hipolita. Jego osoba nie była i nie jest ważna, istotny jest fragment, w którym podając nazwiska 13 spośród 21 straconych w Puchaczowie, sekretarz ów podawał, iż wszyscy wyżej wymienieni byli członkami PPR, natomiast formalnie nie byli ujęci w ewidencji członków PPR. Pokrętnie brzmiący cytat to klucz pozwalający rozszyfrować i tę tajemnicę, i tajne, zbrodnicze działania komunistów.

Tajne formacje PPR
"Żelazny" i "Uskok" (po aresztowaniu mjr cc Hieronima Dekutowskiego "Zapory", kpt. Zdzisław Broński "Uskok" dowodził zbrojnym podziemiem na całej Lubelszczyźnie do 21 maja 1949, kiedy to otoczony przez UB i MO w swojej kryjówce [kolonia Dąbrówka gm. Łuszczów, pow. Łęczna] popełnił samobójstwo rozrywając się granatem.) wielokrotnie otrzymywali informacje o dziwnych zachowaniach mieszkańców Puchaczowa - o ich wyjazdach "W Polskę", o partyjnych przyjęciach w Lublinie, podczas których mieszkańcy tej wioski dostawali nagrody i gratyfikacje. Idąc na akcję partyzanci wiedzieli, że będą mieli do czynienia z czerwonymi aktywistami - nie wiadomo, na ile się orientowali, że trafili na gniazdo "tajnych członków" PPR. Tajne formacje PPR zostały powołane rozkazem szefa resortu bezpieczeństwa, Stanisława Radkiewicza, wydanym 4 grudnia 1945 r. Rozkaz polecał kierownikom placówek UB, aby w jak największej tajemnicy przygotowali akcję, mającą na celu likwidowanie działaczy stronnictw, którzy sympatyzowali z konspiracyjną działalnością antypaństwową. Na mocy tego rozkazu werbowano grupy tajnych członków PPR, które używane były do morderstw i akcji terrorystycznych w odległych miejscowościach - zwłaszcza w okresie tzw. wyborów. Krwawe ślady działania tych czerwonych szwadronów śmierci odnaleziono też w Rzeszowskiem i na Mazowszu. Na co dzień członkowie tych formacji udawali normalnych ludzi, no, może trochę intensywniej parali się donosicielstwem. Ci z Puchaczowa aroganckim zachowaniem złożyli donos na samych siebie. Pewni swej bezkarności przestali zachowywać ostrożność. Jeździli do Lublina całą grupą, przechwalali się prezentami, opowiadali o bandyckich wyczynach. A w Puchaczowie sypali jeden drugiego. Rzeczywiście tylko 8 spośród zabitych było jawnymi członkami PPR. Ale 13 straconych należało do tajnej formacji morderców i chyba wyłowieniu tej grupy służyły nocne przesłuchania w Puchaczowie. Wyrok wydany przez "Żelaznego" był surowy, ale sprawiedliwy.

Likwidacja agentury komunistycznej

Innym wyczynem zasługującym na uwagę była likwidacja tajnej agentury we Włodawskiem - w październiku 1949 r. Rolę inspiratora odegrał tu przypadek. Podczas akcji ekspropriacyjnej na stacji w Stulnie (chodziło o 1,5 mln złotych wiezionych przez grupę 2 milicjantów i 3 ormowców z Włodawy!) "Żelazny" przejął wraz z pieniędzmi teczkę z dokumentami włodawskiego UB przeznaczonymi dla szefostwa w Lublinie. O jej znaczeniu świadczy fakt, że władze natychmiast spuściły ze smyczy około 10 tysięcy żołnierzy KBW i ubeków, by jak najszybciej wytropić partyzantów i odzyskać te dokumenty. Najważniejszą ich część stanowił bowiem spis tajnych szpiclów. Pogoń za teczką nie przyniosła jednak efektów. A kiedy odwołano już ekspedycję, partyzanci - według list UB - zaczęli likwidować komunistyczną agenturę we Włodawskiem. "Żelazny" stał się legendą nie tylko włodawskiego, lecz całej wschodniej Polski. I postrachem zdrajców.

Wpadł wskutek zdrady...
Walka Edwarda Taraszkiewicza z okupacją sowiecką trwała w sumie 7 lat. Od 1944 do 1951 roku. Jeszcze w połowie 1951 r. skutecznie atakował aparatczyków i agenturę komunistyczną, a likwidacją przewodniczącego komisji budowlanej przy WRN Ludwika Czugały i późniejszym rajdem po powiecie włodawskim, podczas którego wykonał wyroki na szczególnie groźnych szpiclach UB doprowadził władze do białej gorączki. Przysłany do lubelskiego WUBP sowiecki major Wołkow, wprawiony w likwidacji polskiego podziemia w innych regionach kraju, przeprowadził czystkę we włodawskim UB, podejrzewając, że część funkcjonariuszy sprzyja podziemiu i od tej pory pętla zaczęła się zaciskać wkoło "Żelaznego" i jego trzech ostatnich żołnierzy. Wpadł wskutek zdrady. Jedną z jego łączniczek była "Lilka" (Regina Ozga) - narzeczona Józefa Domańskiego - "Łukasza", partyzanta, który u boku "Żelaznego" wytrwał do końca. "Lilka" mieszkała w Lublinie u niejakiej Marii Wagnerowej, która także podobno sprzyjała partyzantom. Z przesłuchań wynika, że kiedyś napiekła "bandytom" racuchów, kiedy indziej przesłała im kurczaka.

Ogólnie jednak nie była to osoba godna zaufania. Z wywiadu środowiskowego (przeprowadzonego na jej temat przez milicję) wiadomo, że "...po śmierci męża i syna trudniła się pijaństwem..." Nie był też chyba godny zaufania lokator Wagnerowej, Władysław Wójcik, chociaż też niby sprzyjał partyzantom, a nawet przesyłał im różne przedmioty zakupione za własne pieniądze. Jak potem się okazało, częściej kupował na rachunek firmy, w której pracował, a robił to nie tyle z patriotyzmu, ile z chęci przypodobania się "Lilce". Łączniczka czasem przewoziła do oddziału, a czasem przesyłała na wskazane adresy czasem medykamenty, a czasem np. latarki - wszystko co było akurat potrzebne partyzantom i co dało się przesłać paczką bez wzbudzania podejrzeń. A ponieważ naprawdę kochała "Łukasza" - gdy oboje byli już w celach śmierci, chciała wziąć z nim ślub - pozostaje poza podejrzeniami. A jednak zdrada musiała wyjść stamtąd, z mieszkania Wagnerowej. Nie wiadomo, czy donosicielką była sama gospodyni, czy może jej lokator, czy raczej ktoś z kręgu ich znajomych, komu nieopatrznie zaufali. Równie dobrze oboje mogli dojść do wniosku, że trzeba "wkupić się" w łaski komunistów i zadziałali podobnie jak "Bolek", tylko innymi metodami. Faktem jest, że "Lilkę" aresztowano, gdy poszła nadawać paczkę. Na przesyłce był adres: Stanisław Kaszczuk, Zbereże - bezpieka postanowiła sprawdzić ten trop. Do Zbereża nad Bugiem wysłano kilka samochodów KBW.

Przed świtem 6 października 1951 roku UB i KBW zaczęło otaczać zabudowania Kaszczuka - lecz ujadanie psów zbudziło gospodarza. Kaszczuk, też zresztą członek konspiracji (ps. "Daleki") wszedł do stodoły, gdzie spał "Żelazny" i trzej jego partyzanci. UB otacza zabudowania - rzucił półgłosem. Partyzanci błyskawicznie się ubrali, wypadli ze stodoły i pomimo ostrzału przedarli się przez pierścień obławy. Niestety za tym pierwszym pierścieniem był drugi - żołnierze KBW czekający przy samochodach. Jeden z partyzantów- "Niewinny" (Marciniak) postanowił się ukryć w zaroślach, "Żelazny" z dwoma pozostałymi, podbiegł do samochodów i krzycząc: Samochód dla rannego żołnierza! wskoczył do najbliższego gazika. Pozostali partyzanci, "Kazik" i "Łukasz" (ten narzeczony "Lilki") - za nim. Terroryzując kierowcę automatem "Żelazny" kazał ruszać. Po chwili trafili jednak na grupę dowodzenia obławą wraz z psami. W napisanym po akcji raporcie ów kierowca, niejaki Ciemięrzewski, przypisuje sobie przemyślny plan dowiezienia "Żelaznego" w rejon działania KBW, z którego dowiadujemy się, że po wjechaniu na miejsce dowodzenia obławą, kierowca zawiadomił krzykiem, że w samochodzie jest "banda", po czym wysprzęglił, skręcił kierownicę w lewo i wyskoczył z samochodu, który wjechał w środek grupy operacyjnej UB-KBW.

Wyskakiwali w biegu, strzelali w biegu i padali w biegu... Edward Taraszkiewicz został podczas tej szarży zabity strzałem w serce. Zabity został także drugi z partyzantów, "Kazik" (Stanisław Torbicz). Jednak nie padli bez walki, zanim zginęli zabili jeszcze ubeka i kilku żołnierzy KBW. "Łukasz" został ranny, uciekał w głąb lasu, ale został złapany. Schwytany został też "Niewinny", który wcześniej się ukrył i nie brał udziału w szarży samochodu. W pokazowym procesie w sierpniu 1952 roku obydwaj otrzymali wyroki śmierci. Wyroki wykonano.

Październik 1951. Dziedziniec PUBP we Włodawie [zdjęcie zrobione przez UB]. Leżą zabici: Kazimierz Torbicz "Kazik" (od lewej) i Edward Taraszkiewicz "Żelazny". W ubraniu poszarpanym przez milicyjne psy siedzi Stanisław Marciniak "Niewinny". Skazany na karę śmierci, zamordowany 29 stycznia 1953 na Zamku Lubelskim.


Jeszcze kilka zdań o pozostałych osobach dramatu. Na karę śmierci skazana została także "Lilka", która w ostatnim słowie nie wyraziła skruchy, lecz oświadczyła: Byłam i jestem wrogiem Polski Ludowej (...). Wobec Boga i Ojczyzny, i ludzi mam czyste sumienie, bo nikomu nic złego nie zrobiłam. Kary nie wykonano, zmieniono na dożywocie. Dożywocie otrzymał także Stanisław Kaszczuk, w którego stodole "Żelazny" się ukrywał. Jego rodzinne gospodarstwo zrównano z ziemią. Oboje rodziców zabito podczas obławy. Jego brat Józef, który wiedział, a nie doniósł, dostał 12 lat. Pozostałe osoby, które kontaktowały się z oddziałem, otrzymały od 9 do 12 lat więzienia. Wspominam o tym, bo wysokość wyroków może być kluczem do rozwiązania zagadki tamtej zdrady. Otóż: sąsiedzi "Lilki", którzy także jakoś wspomagali "Żelaznego", otrzymali zaskakująco niskie wyroki. Wójcik, który kupował dla partyzantów różne rzeczy (czasem za zdefraudowane pieniądze!), otrzymał po odwołaniach ostatecznie 15 miesięcy - tyle, ile przesiedział w śledztwie. Co dziwne, sąd polecił go natychmiast wypuścić z aresztu. Niski wyrok - 2 lata - otrzymała też Wagnerowa, więc wyszła niedługo po Wójciku. Czy wyroki te były wynikiem wcześniejszej współpracy z UB, czy może wylewnych zeznań w czasie śledztwa - trudno dziś odpowiedzieć, na pewno warto o tych szczegółach pamiętać.

Kończąc opowieść, dopowiedzmy, że po zwycięstwie ok. 800 funkcjonariuszy nad czterema partyzantami w Zbereżu nad Bugiem przeprowadzono rewizje i aresztowania wśród współpracowników "Żelaznego". Jeszcze w tym samym dniu, 6 października 1951 r. w domu Romana Dobrowolskiego (skazany na śmierć i stracony) znaleziono archiwum i pamiętniki "Żelaznego", a wśród notatek napisaną jego ręką modlitwę:
Modlitwa żołnierzy Armii Podziemnej
Panie Boże Wszechmogący, daj nam siły i moc wytrwania w walce o Polskę, której poświęciliśmy nasze życie. Niech z krwi przelanej naszych braci, pomordowanych w lochach gestapo i czeki, niech z łez naszych matek i sióstr, wyrzuconych z odwiecznych swych siedzib, niech z mogił naszych żołnierzy poległych na polach całego świata powstanie Wolna Polska. O Maryjo, królowo Korony Polskiej, błogosław naszej pracy i naszemu orężowi. O spraw, miłościwa Pani, Patronko naszych rycerzy, aby wkrótce u stóp Jasnej Góry i Ostrej Bramy zatrzepotały Polskie Sztandary z Orłem Białym i Twoim Wizerunkiem . Amen.
Być może komuś tekst ten wyda się niezbyt sprawny literacko, może nazbyt egzaltowany. Nim jednak zacznie krytykować, niech uświadomi sobie jedno: ci, którzy tę modlitwę odmawiali, dali dowody największego bohaterstwa, walczyli - kiedy inni utracili nadzieję, walczyli - kiedy inni wybierali zdradę. Walczący do jesieni 1951 roku oddział autora tej modlitwy, "Żelaznego" - Edwarda Taraszkiewicza, był jednym z najdłużej walczących oddziałów Powstania Antysowieckiego.

Bohdan Urbankowski, NASZA POLSKA NR 22/2001