Zapomniani Bohaterowie

WSPARCIE STRONY
Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie na facebook
FUNDACJA ''PAMIĘTAMY''
MUZEUM ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH w Ostrołęce
WIL3 SZLAK
THE DOOMED SOLDIERS
Freedom And Independence
NATIONAL ARMED FORCES
Instytut Pamięci Narodowej
Zeszyty Historyczne WiN-u
GLAUKOPIS - Pismo Społeczno-Historyczne
Historia miejscowości Gminy Urszulin
ENDECJA.pl
Brygada Świętokrzyska NSZ

Leopold Okulicki
GRH Ogniowcy
Pamięci Żołnierzy Wyklętych
KAMPANIA WRZEŚNIOWA 1939


www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
ALBUM POLSKI - Nasze Małe Ojczyzny
Witryna poświęcona twórczości i życiu Józefa Mackiewicza (1902 - 1985)
Łysiakmania
WOLNI i SOLIDARNI
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem
13grudnia.org.pl
Żarowska Izba Historyczna
Strony Patriotyczne
SURGE POLONIA
Prawy Prosty. Niezależny Magazyn Informacyjny
Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
Ogrody Wspomnień
poniedziałek, 15 marca 2010
Kapelan Wyklęty - część 1/3
Ks. Władysław Gurgacz ps. "Sem" - kapelan Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców

"Maluczko i skończy się ścieżka zarośnięta cierniem..."

Artykuł, autorstwa Dawida Golika i Filipa Musiała z IPN Kraków, ukazał się pierwotnie w nr 1-2 (108-109) styczeń-luty 2010 "Biuletynu Instytutu Pamięci Narodowej". Dziękuję autorom za udostępnienie tekstu do publikacji.

W 1948 r. do działającej na Sądecczyźnie Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców przystąpił jezuita ks. Władysław Gurgacz. Za swój obowiązek uznał roztoczenie opieki duszpasterskiej nad partyzantami. Komuniści za odprawianie polowych Mszy św. i nauczanie partyzantów życia zgodnego z nakazami katolickiej wiary skazali go na śmierć.

Ks. Władysław Gurgacz (1914-1949).

Władysław Gurgacz pochodził z Jabłonicy Polskiej, położonej między Brzozowem a Krosnem. Urodził się w 1914 r. W wieku siedemnastu lat wstąpił do nowicjatu księży jezuitów w Starej Wsi. Kształcił się kolejno w Starej Wsi i Pińsku na Polesiu, gdzie złożył egzamin maturalny. W 1937 r. zamieszkał w Kolegium Jezuitów w Krakowie, gdzie rozpoczął studia filozoficzne. Dwa lata później w Wielki Piątek 7 kwietnia 1939 r. złożył na Jasnej Górze „Akt całkowitej ofiary” za Ojczyznę w potrzebie. Deklarował wówczas: Przyjm, Panie Jezu Chryste ofiarę, jaką Ci dzisiaj składamy, łącząc ją z Twoją Najświętszą Krzyżową Ofiarą. Za grzechy Ojczyzny mojej: tak za winy narodu całego jako też i jego wodzów przepraszam Cię Panie i błagam zarazem gorąco, byś przyjąć raczył jako zadość uczynienie całkowitą ofiarę z życia mego.

Kleryk Władysław Gurgacz po dwuletnim nowicjacie w 1933 r. złożył pierwsze śluby zakonne. Fotografia z początku lat 30.

W Towarzystwie Jezusowym

Po wybuchu wojny wyruszył na wschód wraz z innymi klerykami; w obliczu sowieckiej agresji i następujących po niej represjach powrócili do Starej Wsi, a więc na teren okupacji niemieckiej. W czasie wojny Władysław Gurgacz kontynuował studia filozoficzne w Nowym Sączu, a później, w Starej Wsi i Warszawie, studia teologiczne. W sierpniu 1942 r. z rąk bp. Teodora Kubiny przyjął na Jasnej Górze święcenia kapłańskie. Wiosną 1944 r. pogarszający się stan zdrowia zmusił go do opuszczenia Warszawy i powrotu do Starej Wsi – uratowało go to zapewne przed śmiercią w masakrze, jaką Niemcy przeprowadzili w warszawskim Kolegium Jezuitów w czasie Powstania.

Pamiątkowa fotografia wykonana po Mszy Świętej prymicyjnej 6 IX 1942 r.

Po kilku miesiącach spędzonych w Starej Wsi, wiosną 1945 r. przeniesiono ks. Gurgacza do Gorlic, gdzie został duszpasterzem w tamtejszym szpitalu powiatowym, a zarazem kapelanem sióstr służebniczek Starowiejskich; jednocześnie był poddawany intensywnemu leczeniu. Dał się poznać jako zaangażowany duszpasterz, otaczający opieką szczególnie wątpiących i tych, którzy od wiary odeszli. Roztaczał opiekę duchową także nad „leśnymi”, dzięki swojej dyskrecji zyskując ich zaufanie. Dotarł wówczas do niego m.in. Stanisław Pióro „Mohort”, „Emir” – przywódca i jeden z twórców Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców, nazywanej też Polską Podziemną Armią Niepodległościową. Powstała ona jesienią 1947 r. i w założeniu miała być organizacją cywilną. Początkowo w jej działania zaangażowana była przede wszystkim młodzież z Nowego Sącza i okolic. W tym czasie w organizacji kładziono nacisk na samokształcenie i krzewienie idei patriotycznych. Z czasem w ramach PPAN powstał pion zbrojny – oddział leśny „Żandarmeria”, który miał ochraniać działaczy organizacji i zdobywać fundusze (głównie w drodze akcji konfiskacyjnych) na jej działalność.

Stanisław Pióro ps. "Emir" i ks. Władysław Gurgacz ps. "Sem", zima 1948/1949 r.

Z czasem, ks. Gurgacz coraz bardziej zdecydowanie zabierał głos w sprawach społecznych – krytykował materializm, bezbożnictwo i sobiepaństwo totalitarnej władzy. W czasie nauk rekolekcyjnych przed Wielkanocą 1948 r. szczególnie mocno podkreślał rozbieżności między nauką Chrystusową a rzeczywistością komunistyczną. Prawdopodobnie dlatego dwukrotnie podjęto próbę zamordowania księdza. Pierwszą z prób opisywał w liście do swego ojca duchowego, jezuity ks. Józefa Pachuckiego:
Gdy wracałem z kościoła, napadł mnie pijany komendant MO z pobliskiej wioski i bez pytania strzelił z pistoletu. Był jednak niewypał... Puścił mnie i znowu strzelił – ale tym razem niecelnie [...].
Wkrótce sytuacja powtórzyła się, z tym, że do jezuity strzelał trzeźwy „stróż prawa”.
W obliczu bezpośredniego zagrożenia życia, namawiany przez partyzantów do objęcia opieki duchowej nad organizacją, ks. Gurgacz podjął decyzję o ucieczce z miejsca zamieszkania. Początkowo schronił się we Wróbliku Królewskim u por. AK Jana Matejaka „Brzeskiego”, z którym zaprzyjaźnił się jeszcze w czasie pracy w Gorlicach. Ponieważ miał zdolności plastyczne, oficjalnie uchodził za duchownego, który przybył do parafii aby namalować obraz do ołtarza głównego. Wkrótce, po rozmowach ze Stanisławem Pióro, ks. Gurgacz podjął decyzję o przyłączeniu się – wraz z Matejakiem – do „Żandarmerii”. „Brzeski”, ze względu na akowską przeszłość, objął dowództwo nad oddziałem; ks. Gurgacz miał otoczyć partyzantów duchową opieką, a przede wszystkim dbać o to, by prowadzone przez nich działania nie były sprzeczne z zasadami etyki katolickiej.

Ksiądz Władysław Gurgacz w czasie odprawiania Mszy Świętej polowej dla partyzantów PPAN; z prawej strony Stanisław Pióro ps. "Emir", maj 1949 r.

Na rozstajach

Ukrywając się, duchowny wszedł jednak w konflikt z regułą Towarzystwa Jezusowego – starał się więc przekazać informację o miejscu swego pobytu przełożonym zgromadzenia. Z Wróblika Królewskiego wysłał list do ks. Antoniego Kuśmierza, rektora kolegium jezuickiego w Nowym Sączu. Poinformował go o tym, że zaczął się ukrywać, a także o podjętej decyzji przyłączenia się do konspiracyjnej organizacji. Adresat otrzymał ten list z kilkutygodniowym opóźnieniem. Podobnej treści list ks. Gurgacz wysłał także do przełożonego Małopolskiej Prowincji Towarzystwa Jezusowego, ks. Wojciecha Krupy. Później udało mu się skontaktować z ks. Kuśmierzem, który zalecił mu rozmowę z prowincjałem. Ksiądz Gurgacz, za pośrednictwem „Brzeskiego”, pytał ks. Krupę (przebywającego wówczas w Starej Wsi) o możliwość pozostania w oddziale. Odpowiedź była negatywna; ks. Gurgacz udał się więc do swego przełożonego osobiście. Jak zeznawał w czasie śledztwa: Prowincjał stanowczo powiedział mi, że ja sam powinienem wiedzieć co mam robić, a mianowicie, że mam słuchać swej władzy przełożonej, przy czym proponował mi wyjazd do Częstochowy w charakterze rekolektanta.
Jak wyjaśniał w czasie rozprawy, widział się z ks. Krupą jeszcze jeden raz, wówczas prowincjał powiedział: nie mogę pozwolić O[jcu], by należał do organizacji i przebywał w lesie, gdyż jest to niezgodne ze stanowiskiem duchownym, partyzantka obecnie nie ma sensu i nie słyszałem by taka istniała. Miejsce O[jca] wśród młodych w lesie nie jest odpowiednie. Nie mogę narażać całości zakonu dla widzimisię Ojca.

Jednoznaczne stanowisko prowincjała wzmogło rozterki duchowe młodego jezuity: znalazłem się, może po raz pierwszy w życiu, w bardzo trudnej sytuacji, gdyż z jednej strony winieniem to, co ślubowałem, a więc bezwzględne posłuszeństwo swoim przełożonym, z drugiej strony dręczyła mnie obawa, że skoro pozostawię bez opieki moralnej i bez właściwego nadzoru tę grupę partyzantów, do której werbowano mnie na kapelana, to ludzie znajdujący się w tej grupie mogą zejść na manowce. Kapelan podjął decyzję o odejściu z oddziału. Jednak po powrocie do Krynicy, skąd miał zabrać swoje rzeczy, postanowił uzyskać listowną opinię z kurii prymasowskiej. List w tej sprawie przekazał za pośrednictwem jednego z gorlickich księży, który wyjeżdżał do Warszawy. W nadesłanej odpowiedzi anonimowy teolog moralny zwracał uwagę na konieczność sprawowania opieki duchowej nad partyzantami, która powinna być połączona z próbą wyprowadzenia ich z konspiracji. Zaznaczył, że duchowny może korzystać z wszelkich dyspens udzielonych przez Ojca Świętego w 1939 r.

W czerwcu 1948 r. ks. Gurgacz wysłał list do ks. Krupy informujący, że w zgodzie z własnym sumieniem zdecydował o pozostaniu w ugrupowaniu partyzanckim. Zbiegło się to w czasie z formalnymi działaniami prowincjała zmierzającymi do usunięcia ks. Gurgacza ze zgromadzenia. Ponieważ nie podporządkował się on nakazom przełożonych, 1 czerwca 1948 r. prowincjał Małopolskiej Prowincji Towarzystwa Jezusowego napisał do generała zgromadzenia ks. Jana Janssensa:
[...] skoro o. Władysław Gurgacz nieostrożnie wmieszał się w sprawy wewnętrzne i do domu zakonnego nie wraca po otrzymaniu zaleceń, proszę Waszą Ojcowską Władzę, ażeby zechciała łaskawie udzielić mi władzę odprawy, jeżeli rzecz na to pozwala.
Odpowiedź nadeszła 14 czerwca, ks. Janssens pisał:
[...] przestrzegając, to co prawo nakazuje, udzielam Waszej Wielebności władzę zwolnienia z Towarzystwa [Jezusowego] Władysława Gurgacza. Tłumaczył jednocześnie, że dymisjonowanemu nie wręcza się listów zwalniających dopóki nie znajdzie życzliwego biskupa, który go przyjmie po prostu, albo na próbę trzechletnią, albo pozwalając mu odprawiać Msze. Przy samym wręczaniu listu, Wasza Wielebność nie omieszka go pouczyć, że ma prawo apelować do Stolicy Apostolskiej, ale tylko w terminie 10-dniowym […]. Wasza Wielebność postara się o pilne przechowanie w archiwum tego mojego pisma i świadectwa o przyjęciu lub wręczeniu listów zwalniających, razem z napisanym podaniem o zwolnienie i innymi dokumentami tyczącymi się sprawy. Przy zwolnieniu baczy się na przepisy konstytucji [Towarzystwa Jezusowego] […], a zwłaszcza na rzecz jego wiecznego zbawienia.

Po tej wymianie korespondencji, 28 czerwca ks. Krupa zawiadomił wszystkich, których to może dotyczyć i do których listy te dojdą, iż: świadczymy, że Władysław Gurgacz żył pewien czas w naszym Towarzystwie, ślubów wieczystych jednak nie złożył, tym łatwiej jest prawnie zwolnionym, wolnym od ślubów i wszelkiego zobowiązania względem Towarzystwa. Jednak nie powinien, co się tyczy wyznania, wykonywać funkcji świętych dopóki nie znajdzie sprzyjającego mu biskupa. Na świadectwo tej sprawy wręczamy Władysławowi Gurgaczowi to pismo, własnoręcznie przez nas podpisane i opatrzone pieczęcią naszego Urzędu.
Po ujęciu ks. Gurgacza, ks. Krupa podjął starania „odcięcia się” od swego współbrata, by jego działalność nie stała się pretekstem do uderzenia w Towarzystwo Jezusowe. Przedkładając dobro zgromadzenia nad lojalność wobec jednego z jego członków, wysłał do Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie pismo informujące o dymisji ks. Gurgacza z Towarzystwa Jezusowego z dniem 28 czerwca 1948 r. Apelował jednocześnie o zaprzestanie używania wobec niego określenia „jezuita”. Przygotowano także komunikat, który miał być odczytywany w kościołach jezuickich: [...] w związku z pojawieniem się w prasie wiadomości o ks. Władysławie Gurgaczu wyjaśniamy, że ks. Władysław Gurgacz był wprawdzie kiedyś członkiem naszego zakonu, lecz już przeszło rok temu został z zakonu usunięty dla niesubordynacji.

Partyzanci PPAN przed Mszą Święta polową: Franciszek Mizgała "Promień", Julian Twardowski "Jeremi", "Rogacz", Józef Witowski "Roland", Adam Legutko "Młodzik", "Student", Bolesław Ziaja "Sokół", Alojzy Legutko "Arion", Tadeusz Fida "Lwowiak", "Szpunder", Marian Stanek "Zorro", Michał Cabak "Kuna", Adolf Cecur "Lew", Leon Nowakowski "Góral", Stanisław Szajna "Orzeł", ks. Władysław Gurgacz "Sem", maj 1949 r.

Ksiądz Gurgacz wybrał dobro partyzantów i konieczność roztoczenia nad nimi opieki duchowej, a więc troskę o zbawienie młodych ludzi, którzy pozostawieni bez wsparcia w trudnych warunkach leśnych mogliby pogubić się moralnie. Z punktu widzenia prowincjała, młody duchowny swym działaniem lekkomyślnie narażał na represje całe Towarzystwo Jezusowe, co w realiach końca lat czterdziestych mogło grozić nawet likwidacją zgromadzenia przez komunistyczną władzę.
Problemem pozostaje nadal kwestia dymisji ks. Gurgacza z Towarzystwa Jezusowego. Choć bowiem w oficjalnych wystąpieniach jezuitów oraz dokumentach personalnych duchownego zaznaczano, że z dniem 28 czerwca 1948 r. został z jego szeregów wykluczony, to jednak wydaje się, że formalnej dymisji nie było. Władze zgromadzenia nie zdołały dopełnić warunków zwolnienia ks. Gurgacza z Towarzystwa, nie ma bowiem śladów potwierdzających doręczenie mu pisma informującego o dymisji, nie zapewniono mu też możliwości apelacji w tej sprawie do Stolicy Apostolskiej. Wbrew nakazowi ks. generała Jannsensa, nie zadbano również o to, by duchowny przed dymisją ze zgromadzenia znalazł się pod opieką biskupa. Zdawał sobie z tego sprawę także ks. Gurgacz, który powiedział podczas rozprawy:
Opuściłem zakon bez zgody władz przełożonych. Nie byłem jednak zbiegiem w znaczeniu prawa kościelnego, gdyż nie było okoliczności potrzebnych do Fugitivus [czyli uznania za zbiega z zakonu – przyp. aut.].

Kapelan Wyklęty - część 2/3>
Strona główna>
Kapelan Wyklęty - część 2/3
W Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców

Podejmując decyzję o pozostaniu w PPAN, ks. Gurgacz brał pod uwagę przede wszystkim dobro „chłopaków” – jak zwykł był mówić o partyzantach. Obawiał się, że bez jego opieki oddział może zatracić swe oblicze ideowe i stać się zwykłą grupą rabunkową. Z pewnością obecność duchownego pozwalała na trzymanie partyzantów w większej karności. Partyzanci nazywali go „Ojcem”, sam zaś ksiądz przybrał pseudonim „Sem” – wywodzący się zapewne od inicjałów „SM”, którymi podpisywał malowane przez siebie obrazy. Inicjały z kolei były skrótem od łacińskiego „Servus Mariae” – „Sługa Maryi”.

Partyzanci PPAN, wiosna 1949 r. Od lewej: Stanisław Szajna "Orzeł", Julian Twardowski "Rogacz", ks. Władysław Gurgacz "Sem", Stefan Balicki "Bylina", Adolf Cecur "Lew", Leon Nowakowski "Góral", Stanisław Pióro "Emir".

W organizacji duchowny pełnił zwyczajną posługę kapłańską, odprawiał Msze św., spowiadał, nauczał Pisma, wygłaszał pogadanki i wykłady o tematyce religijnej, moralnej i społecznej. Rozstrzygał wszelkie wątpliwości moralne, jakie pojawiały się w związku z podejmowanymi działaniami. Oddział, początkowo nieliczny, szybko zaczął rosnąć, co było konsekwencją rozbicia pionu cywilnego PPAN. Jego działacze, którzy nie zostali aresztowani, schronili się w lesie, dołączając do partyzantów. Wśród ujętych znalazł się także Jan Matejak. Po jego aresztowaniu dowództwo nad „Żandarmerią” na krótko objął Mieczysław Rembiarz „Orlik”, następnie przejął je Pióro, który, sam zagrożony aresztowaniem, wraz z innymi „spalonymi” schronił się w lesie.

Maj 1949 r. Partyzanci PPAN w obozie, przy zaimprowizowanej kaplicy.

Ksiądz Gurgacz niestrudzenie niósł duchową pociechę ściganym i coraz silniej osaczanym przez bezpiekę konspiratorom. Im gorsza była sytuacja, tym większy kładł nacisk na to, by działania partyzantów były zgodne z etyką chrześcijańską. Wydaje się, że działania ojca „Sema” były skuteczne – członkowie PPAN unikali starć zbrojnych, nie przeprowadzali w zasadzie akcji represyjnych wymierzonych w działaczy komunistycznych, a rekwizycji pieniędzy i towarów na rzecz oddziału dokonywali tylko w instytucjach państwowych – nigdy na szkodę osób prywatnych. Jak tłumaczył w śledztwie ks. Gurgacz:
Do tego zagadnienia podchodziłem analogicznie jak za czasów okupacji niemieckiej, kiedy to partyzanci utrzymywali się na skutek dokonywanych napadów na mienie znajdujące się we władaniu okupanta. Ponieważ nasza organizacja PPAN, do której ja należałem, działała nie z pobudek osobistych i nie z chęci zysku, lecz na skutek impulsu natury i przekonania, że obecny rząd polski nie jest wyrazem opinii większości społeczeństwa polskiego i nie stara się o interesy wszystkich obywateli, dlatego też uważałem, że zabierając mienie państwowe czy spółdzielcze nie popełniamy przestępstwa.

Wiosną 1949 r. okazało się, że liczący niemal dwudziestu ludzi oddział „Żandarmerii”, już prawie nie miał środków do prowadzenia dalszej działalności. Nękały go także coraz częstsze obławy UB i wojsk KBW, które przeczesywały lasy wokół Hali Łabowskiej, zapuszczając się w bezpośrednie sąsiedztwo partyzanckich kryjówek. Zdecydowano się wówczas na podzielenie oddziału na trzy grupy, co ułatwić miało jego przetrwanie. Pierwszą, najliczniejszą, dowodził odtąd „Emir”, drugą – Mieczysław Rembiarz „Orlik”, trzecią – ppor. Stefan Balicki „Bylina”. To właśnie w pododdziale „Byliny” znalazł się ks. Gurgacz oraz blisko z nim związany st. sierż. Stanisław Szajna „Orzeł”.

Ks. Władysław Gurgacz "Sem" i Stanisław Szajna "Orzeł". Wiosna 1949 r.

W tropienie partyzantów zaangażowanych było kilkudziesięciu funkcjonariuszy bezpieki. W terenie sprawę o kryptonimie „Malaga” (później zmieniono go na „Karpaty”) prowadzili funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Sączu, wspierała ich i nadzorowała grupa operacyjna Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, kierowana przez naczelnika Wydziału III, Stanisława Wałacha.
Podział grupy nie poprawił trudnej sytuacji organizacji – nadal brakowało pieniędzy, które potrzebne były przede wszystkim do „zalegalizowania” na Ziemiach Zachodnich nowego życia jej członków. Ksiądz Gurgacz postanowił przeprowadzić – przy pomocy mieszkającego w Krakowie znajomego kleryka jezuickiego, Michała Żaka – jednorazową rekwizycję pieniędzy należących do państwowego banku. Akcję kilkakrotnie odkładano, ostatecznie zaplanowano ją na 2 lipca 1949 r. Dowodził nią Balicki, a „Sem” i Żak obserwowali ją z pewnej odległości. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem – niosący pieniądze woźni stawili opór, doszło do pościgu i strzelaniny, w wyniku której ujęto wszystkich członków grupy. Ksiądz Gurgacz miał szansę wyjechać z Krakowa, ale nie zdecydował się na opuszczenie współtowarzyszy. Tłumaczył: Nie uciekłem po napadzie, który miał miejsce w dniu 2 lipca 1949 r., ponieważ nie chciałem pozostawić członków organizacji i tak samo jak i oni chciałem ponieść odpowiedzialność.

Pozostałe dwie grupy PPAN nie przetrwały dużo dłużej. Mieczysław Rembiarz „Orlik” zginął w zasadzce bezpieki 11 czerwca 1949 r., a 13 lipca, na podstawie doniesień jednego z informatorów, UB w obławie zlikwidował trzech kolejnych partyzantów jego grupy. Z kolei oddział dowodzony przez „Emira” został wciągnięty przez funkcjonariuszy polskiej i czechosłowackiej bezpieki do gry operacyjnej; w jej wyniku rozbito go w zasadzce podczas fikcyjnego przerzutu grupy do Austrii. W Czechosłowacji, 14 sierpnia 1949 r., zginęli od kul komunistów Adolf Cecur „Lew” i Michał Cabak „Kuna”. Śmierć poniósł także „Emir”, który mając świadomość, że dał się podejść agentom UB i nie uchronił od aresztowania swoich ludzi, strzałem z pistoletu odebrał sobie życie.

W łapach bezpieki

Przesłuchania ks. Gurgacza rozpoczęły się tuż po jego zatrzymaniu. W pierwszym etapie śledztwa starali się wydobyć z niego informacje funkcjonariusze operacyjni z PUBP w Nowym Sączu oraz WUBP w Krakowie: Jan Bądek oraz Adam Błażejczyk i Bolesław Tomiak. Później księdza przekazano do dyspozycji Wydziału Śledczego, gdzie dalsze przesłuchania prowadzili Tadeusz Ziarko i Henryk Capiga. Ponieważ bezpieka miała już sporą wiedzę o organizacji – głównie dzięki działalności sieci agenturalnej oraz zeznaniom kilkudziesięciu wcześniej ujętych działaczy, a drużyna „Byliny” została ujęta na „gorącym uczynku” – śledztwo przebiegało niezwykle szybko. Pierwsze przesłuchanie ks. Gurgacza przeprowadzono tuż po aresztowaniu, nocą z 2 na 3 lipca. Podprokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie Stanisław Węglarz już 7 lipca przeprowadził przesłuchanie podsumowujące stawiane mu zarzuty. Następnego dnia funkcjonariusz śledczy Jan Zborowski sporządził „postanowienie o pociągnięciu do odpowiedzialności karnej”, a naczelnik Wydziału Śledczego WUBP w Krakowie Franciszek Gałuszka przygotował akt oskarżenia, zaakceptowany przez prokuratora (szefa) WPR w Krakowie Piotra Smolnickiego.

Ks. Władysław Gurgacz. Zdjęcie wykonane w celach propagandowych w WUBP w Krakowie. Dla kompromitacji duchownego celowo wyeksponowano pistolet "Vis", który kapłan co prawda nosił, ale nigdy go nie użył.

Ujęcie ks. Gurgacza stało się pretekstem do przygotowania rozprawy „ze szczególnym rozgłosem”. Sprawa pododdziału PPAN dowodzonego przez Stefana Balickiego „Bylinę” stała się „procesem księdza Gurgacza”, ponieważ pasowało to do politycznego scenariusza pisanego przez komunistów. Ksiądz na czele „bandy”, ksiądz z mszałem i pistoletem, ksiądz zachęcający do „rabunków” państwowego mienia…
W akcie oskarżenia podkreślono więc, że celem większego sfanatyzowania członków »Żandarmerii« osk. ks. Gurgacz odprawiał Msze św. Przedstawiając tendencyjnie stosunki panujące w Państwie Polskim i ich perspektywę rozwoju, osk. ks. Gurgacz wpajał w członków »Żandarmerii« nienawiść do obecnego ustroju i wolę do obalenia go.

Kapelan Wyklęty - część 3/3>
Strona główna>

Kapelan Wyklęty - część 3/3
Przed komunistycznym trybunałem

Rozprawa grupy dowodzonej przez Stefana Balickiego „Bylinę”, nazywana „procesem ks. Gurgacza”, a w prasie także „procesem bandy ks. Gurgacza”, stała się pretekstem do rozpętania nagonki na Kościół katolicki. Przeprowadzono ją w sali nr 16 Sądu Okręgowego przy ul. Senackiej 1, choć w sprawie orzekał Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie. Przewodniczącym składu został szef WSR w Krakowie Stanisław Stasica, wspierał go – słynący z dyspozycyjności wobec partii – „sędzia” Ludwik Kiełtyka, a skład uzupełniał ławnik Mieczysław Motyczko. Oskarżycielem był szef WPR w Katowicach Henryk Ligięza – zaprawiony w rozprawach ze szczególnym rozgłosem. Proces szeroko relacjonowano w radio i prasie, okraszając teksty fotografiami oskarżonych, kąśliwymi komentarzami dyspozycyjnych dziennikarzy, a także – często zafałszowanymi „cytatami” z zeznań.

Wycinek z ówczesnej prasy tendencyjnie relacjonującej proces ks. Gurgacza i żołnierzy PPAN.

W czasie procesu ks. Gurgacz starał się pomagać współoskarżonym i bronić ich przed stawianymi zarzutami. Bronił także idei PPAN, mając świadomość, że prowokuje tym samym władze reżimu do podjęcia decyzji o wysokim wymiarze kary. Mówił m.in.: [...] ocenę polityczną, którą podałem, podtrzymuję nadal, a słowo organizacja istnieje dla mnie nadal, ponieważ nie tworzyliśmy bandy. Dodawał także: [...] słyszałem, że wybory [z 19 stycznia 1947 r.] nie były po myśli całego narodu i uważam, że spełniała się ta zasada »vox populi, vox Dei«. Kościół jest obojętny na uznawanie systemu politycznego, byleby był oparty na etyce katolickiej.
Możemy jedynie domyślać się, jak mocno ks. Gurgacz musiał walczyć na sali rozpraw, skoro zmusił komunistów do sfałszowania protokołu rozprawy głównej. 13 sierpnia 1949 r., w ostatnim dniu procesu, po wystąpieniu prokuratora żądającego kary śmierci m.in. dla ks. Gurgacza, duchowny wygłosił ostatnie słowo. W protokole rozprawy zapisano: osk. ks. Gurgacz Władysław – nie oświadcza się. Niemniej biograf kapelana – Danuta Suchorowska – na podstawie relacji osób obecnych na procesie streściła niezwykle mocne ostatnie słowo księdza. Odnalezione niedawno zapiski anonimowego funkcjonariusza pionu śledczego bezpieki, potwierdzają tamte relacje. Ubek zapisał:
Ost[atnie] słowo Gurgacz – do oddz[iału] nie należał z przyczyn polit[ycznych], jest niewinny jako kapłan, zakonnik i Polak. Niewinny dlatego – bo działał w dobrej wierze. Niewinny wobec Kościoła. Do lasu został zabrany – przymus fizyczny i moralny. Zrobił błąd. Nie tylko może, lecz i powinien udać się do lasu, aby przeciwdziałać większemu złu [dopisek na marginesie: moralista]. Zamienił sukienkę duchowną na mundur polskiego żołnierza. Przeciwdziałał rozwojowi organizacji (gdyby nie on, byłoby nie 20, a cały batalion, całe Podhale). On chłopców umoralniał. Uważa, że wyraża przekonania większości narodu. Nie uznaje władz obecnych. Uważa się za przeds[tawiciela] 24 milj[onów] Polaków, którzy nie zgadzają się z obecną rzeczyw[istością] i modlą się o wolność. Iudica me deus [sic!] et discerne causam meam [łac.: Osądź mnie Boże i rozstrzygnij sprawę moją].

Według relacji zebranych przez Danutę Suchorowską, ks. Gurgacz miał w ostatnim słowie wypowiedzieć jeszcze kilka, niezwykle istotnych zdań: [...] ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD. Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?… Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę.

Stanisław Szajna ps. "Orzeł". Żolnierz oddziału "Żandarmeria" PPAN. Skazany na śmierć i stracony  14 IX 1949 r.

Dzień później 14 sierpnia 1949 r. WSR w Krakowie wydał wyrok. Na śmierć skazano ks. Gurgacza, Stefana Balickiego „Bylinę” i Stanisława Szajnę „Orła”. Skazanych osadzono następnie w tzw. bloku śmierci Centralnego Więzienia Montelupich w Krakowie. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski, o którą zresztą ks. Gurgacz nie prosił. Wyrok został wykonany 14 września 1949 r. na podwórku więzienia przy ul. Montelupich. Według relacji naocznego świadka egzekucji wykonano ją „strzałem katyńskim”, w tył głowy. Należy zatem uznać, że katem wykonującym wyrok komunistycznego trybunału był Władysław Szymaniak, wpisany w protokole jako „dowódca plutonu egzekucyjnego”. Obecni przy wykonaniu wyroku byli: prokurator WPR w Krakowie Zenon Grela, naczelnik więzienia Władysław Pestka oraz – stwierdzający zgon, lekarz więzienny Eryk Dormicki.

Protokół wykonania kary śmierci na ks. Władysławie Gurgaczu w dniu 14 IX 1949 r.

Kapelan został pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, natomiast miejsce jego wiecznego spoczynku miało pozostać nieznane. Ktoś jednak odszukał i oznaczył mogiłę, a w latach 60. dotarli do niej były kleryk Michał Żak – skazany wraz z ks. Gurgaczem oraz jezuita ks. Stanisław Szymański, który stał się też pierwszym biografem swego współbrata.
Dopiero po 1989 r. możliwe stało się przypomnienie losów bohaterskiego kapelana, któremu poświęcono kilka tablic pamiątkowych, a w Krakowie i Krynicy jego imieniem nazwano ulice.

Tablica pamiątkowa przy ul. Ks. Władysława Gurgacza w Krakowie.

W 2008 r. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie ks. Gurgacza Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Uroczystość przekazania orderu odbyła się 14 czerwca 2008 r. w kościele jezuickim w Nowym Sączu, a order trafił ostatecznie do muzeum jezuitów w Starej Wsi. W okolicznościowym liście Lech Kaczyński napisał m. in.: „Ojciec Gurgacz wiedział, że przystępując do Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej, zamyka przed sobą wszelkie możliwości powrotu do normalnego życia. W imię miłości Boga i Ojczyzny wybrał los ludzi wyklętych przez komunistyczną propagandę i wyjętych spod prawa, nieustannie tropionych przez aparat bezpieczeństwa, zaciekle zwalczanych, a w razie aresztowania okrutnie torturowanych i skazywanych na śmierć. I nie zawahał się pójść tą drogą aż do samego końca”.

Dawid Golik, Filip Musiał, IPN Kraków

Kapelan Wyklęty - część 1/3>
Strona główna>
czwartek, 03 lipca 2008
„WIARUSY” - Strzelanina w siedzibie UB
Jak likwidowano „Wiarusów”

27 czerwca 1949 roku dowódca oddziału „Wiarusy” Stanisław Ludzia "Dzielny", "Harnaś" oczekiwał na przybycie por. „Henryka” – przedstawiciela sztabu krakowskiego Okręgu Ruchu Oporu Armii Krajowej. Partyzanci od kilku lat tkwili w lesie. UB zadawał im kolejne ciosy, a ich sytuacja była coraz trudniejsza. Była to pozostałość jednego z najaktywniejszych pododdziałów zgrupowania partyzanckiego Józefa Kurasia „Ognia”. Zaklasyfikowana jako 3. Kompania jednostka ta w latach 1945 – 1946 dowodzona była przez chor. Henryka Głowińskiego „Groźnego”. Po jego śmierci w walce z KBW w listopadzie 1946 roku, dowództwo objął pochodzący z Wileńszczyzny plut. Antonii Wąsowicz „Roch”. Śmierć „Ognia” w lutym 1947 roku oznaczała ostateczny rozpad zgrupowania.

Klęczy Dymitr Zasulski "Czarny", przy rkm-ie leży Mieczysława Łysek "Grandziarz".

„Wiarusy”

„Roch” nie zamierzał się ujawnić – kontynuował walkę zbrojną na Podhalu. Od tej pory on, jego podkomendni i następcy używali kolejno nazw: III Kompania AK, „Wiarusy”, „Znicz”.
W maju 1947 roku wraz z dwoma podkomendnymi próbował przez zieloną granicę przedostać się do amerykańskiej strefy w Austrii. Nie udało się. Pod Wiedniem wpadli w ręce NKWD. Po kilkumiesięcznym śledztwie i procesie „Rocha” stracono w więzieniu bezpieki. Po nim oddziałem dowodził Józef Świder „Mściciel”. Jednak już po kilku miesiącach, w lutym 1948 roku zginął w walce z UB w miejscowości Lubień (pod Myślenicami). Kilka dni później poległ w walce z UB jego następca Dymitr Zasulski „Czarny”. Kolejny dowódca Tadeusz Dymel „Srebrny” przetrwał zaledwie do jesieni 1948 roku. 21 października zginął w zasadzce zorganizowanej przez UB w Chabówce koło Rabki. Ludzia został ciężko ranny, ale i tak miał więcej szczęścia: wraz z Edwardem Skurnogiem „Szatanem” zdołali się wymknąć obławie. Zaczął się rok 1949. Po rozprawie z opozycją i utworzeniu PZPR komuniści szybko przystąpili do budowy państwa powszechnego terroru i strachu.

Fotografia Józefa Świdra „Mściciela” zastrzelonego przez UB w walce 14 lutego 1948 r., wraz z opisem sporządzonym przez bezpiekę.

Mimo braku nadziei na rychłe zmiany oddział „Dzielnego” był skazany na dalszą walkę. Partyzanci zdawali sobie sprawę, że teren jest coraz bardziej nasycony konfidentami i informatorami UB. Powrót do zwykłego życia – po kilku latach walki z komunizmem – wcześniej czy później oznaczałby prosty scenariusz: aresztowanie, śledztwo, tortury i pewną śmierć. Oddział mógł przetrwać jedynie w górach i leśnych ostępach.

Dlatego wiosną 1949 roku wracający do zdrowia „Dzielny” i jego podkomendni powrócili po zimie do kwater i obozów ulokowanych na gorczańskich szczytach. Mieli mundury, broń, świetnie znali teren. Wiedzieli jednak, że jako mały oddział nie są w stanie samodzielnie wpłynąć na losy kraju. Tym bardziej zależało im na włączeniu się w szerszy nurt niepodległościowego oporu przeciw komunizmowi. Powiązanie z ogólnopolską organizacją konspiracyjną, kontakt z Londynem dawałby im z jednej strony zaplecze dla działalności, z drugiej poczucie sensu walki w ramach podziemnego wojska. Liczyli także na pomoc organizacyjną, informacyjną. Potrzebowali rozkazów i wytycznych działania.

Pieczęć „Wiarusów" – III Kompania AK.

Porucznik „Henryk”

Poszukiwali kontaktu z dowództwem istniejących w kraju organizacji konspiracyjnych. W tym celu „Dzielny” zwrócił się o pomoc do Stefanii Kruk ps. "Teściowa". Była to od lat osoba sprawdzona. Miała duży staż konspiracyjny sięgający bliskiej współpracujący z partyzantką „Ognia” jeszcze od czasów Konfederacji Tatrzańskiej, czyli pierwszych lat okupacji niemieckiej. W „terenówce” „Ognia” była również po 1945 roku, kiedy Ludzia był jednym z adiutantów Kurasia.
W maju 1949 roku Kruk przyniosła „Dzielnemu” upragnione informacje: jest szansa na nawiązanie bliskich kontaktów z dużą organizacją konspiracyjną. Tym bardziej że właśnie tworzy ona swoje zaplecze wojskowe i poszukuje kontaktów z jeszcze funkcjonującymi oddziałami zbrojnymi.
Dlatego spotkanie 29 czerwca 1949 roku było w pełni przygotowane przez „Teściową”. W Gorcach nad wsią Waksmund czekał Stanisław Ludzia, Mieczysław Łysek „Grandziarz”, Edward Skurnóg „Szatan” oraz Kazimierz Kolasa. Kruk wraz z siostrą Kolasy Marią po półtoragodzinnym marszu przyprowadziła por. „Henryka” ze sztabu ROAK w Krakowie. Spotkanie spełniło oczekiwania partyzantów. Otrzymali informacje o krajowej siatce konspiracyjnej i łączności z Londynem. Dostali egzemplarze wolnej prasy: podziemnego „Orła Białego” oraz wydawanego w Londynie „Dziennika Żołnierza”.

Oddział "Wiarusy" w 1947 r. - pierwszy z lewej dowódca Józef Świder "Mściciel", drugi z-ca dowódcy Dymitr Zasulski "Czarny", za nim Mieczysław Łysek "Grandziarz". Klęczy od lewej Adam Półtorak "Wicher", N.N.

Nie stawiali warunków. Z miejsca zadeklarowali pełną gotowość podporządkowania się operacyjnego dowództwu Ruchu Oporu AK. Szansa uzyskania statusu oddziału bojowego ROAK oznaczała dla nich zupełnie nowy charakter działalności. „Henryk” przyjął sprawozdanie oddziału. Nakreślił cele i zadania ROAK. Nakazał sporządzić wykaz osób współpracujących z oddziałem oraz zlokalizowanych konfidentów UB w terenie. Ustalone zostały zasady łączności z dowództwem Okręgu w Krakowie.
Kolejne spotkanie odbyło się 2 lipca. „Henryk” wręczył „Wiarusom” kolejne egzemplarze wydawnictw niepodległościowych. Zapowiedział, że dowództwo organizacji bierze pod uwagę przerzut najbardziej zaufanych ludzi na Zachód. Tam mieli przejść profesjonalne przeszkolenie wywiadowczo-dywersyjne, aby, po jego zakończeniu powrócić do kraju.

Dwa dni później za pośrednictwem łączniczki przekazano dla oddziału fundusze, polecenia i instrukcje działania. Już 7 lipca „Henryk” potwierdził gotowość do organizacji przerzutu za granicę. Akcja miała się odbyć przy wykorzystaniu samochodu ambasady angielskiej pod pretekstem przewozu chorych obywateli brytyjskich. Odbyło się także spotkanie ze zwierzchnikiem „Henryka” kpt. „Antonim”. Omówiono dodatkowe szczegóły. Na prośbę dowództwa partyzanci zobowiązali się dopomóc w zamelinowaniu w terenie angielskiej radiostacji.

Przerzut na Zachód

Przygotowano fałszywe dokumenty. Wytypowani do drogi pożegnali się z rodzinami oraz ze Stefanią Kruk, bez której pomocy nie mieliby szans na rozpoczęcie nowego etapu działalności konspiracyjnej. 16 lipca 1949 roku pod osłoną nocy rozpoczęto operację. W pierwszej grupie wyjeżdżał Ludzia, Łysek i Skurnóg. Około godziny 22.15 w umówione miejsce pod drewnianym kościółkiem na Obidowej przy trasie Kraków – Zakopane podjechała sanitarka na brytyjskich numerach rejestracyjnych i angielskim napisem „Brytyjska Pomoc dla Polski. Oddział w Katowicach”. Wszystko przebiegło bez żadnych zakłóceń. Uzbrojeni w broń krótką partyzanci wsiedli do auta. „Henryk” żegnał ich osobiście. Na pamiątkę otrzymał od nich góralską ciupagę.

Jeszcze tej samej nocy okazało się jednak, że samochód nie zmierza w kierunku granicy. Nieprzeczuwający niebezpieczeństwa partyzanci zamiast do bezpiecznej kwatery trafili do… siedziby krakowskiego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. O tym, że wszyscy zostali oszukani, Ludzia zrozumiał dopiero w budynku, kiedy jego „przewodnik z ROAK”, a w rzeczywistości ubowiec pomyłkowo wprowadził go do innego niż zaplanowany pokój. Ludzia błyskawicznie wyciągnął broń i ostrzeliwując się, próbował uciekać. Jego strzały zaalarmowały dwóch pozostałych kolegów. Podjęli walkę, ale nie mieli szans. Strzelanina nie trwała długo. Wokół nich stali ubowcy z bronią gotową do strzału. Zginęli na miejscu.

Także Ludzia był w matni – lekko ranny, został obezwładniony i skuty kajdankami. Dopiero w śledztwie zrozumiał skalę prowokacji, w której uczestniczył. Zarówno „Henryk”, jak i „Antoni”, byli podstawieni przez UB. „Sztab ROAK”, kontakty z zagranicą i rzekomą organizację wymyślono na potrzeby rozbicia oddziału, do którego UB, mimo zadawanych strat, przez długi czas nie miało dostępu. „Henryk” to w rzeczywistości Marian Strużyński, zdrajca – były żołnierz AK i WiN, a od 1947 roku jeden z najbardziej złowrogich agentów UB. Wewnątrz resortu posługiwał się pseudonimem 7, i już wcześniej miał duże „zasługi” w rozbijaniu struktur Zrzeszenia WiN w powiecie olkuskim. Kpt. „Antoni” to oddelegowany do tej roli funkcjonariusz krakowskiego WUBP por. Leon Niklas. Całą operację koordynowali osobiście niegdysiejsi AL-owcy: zastępca szefa WUBP Franciszek Szlachcic i naczelnik Wydziału III płk. Stanisław Wałach.

Marian Strużyński vel Reniak. Zdrajca i agent UB, sprawca aresztowań i śmierci wielu wybitnych żołnierzy Niepodległościowego Podziemia.

Jednak prawdziwy szok Ludzia musiał przeżyć, kiedy zrozumiał, że agentem zwerbowanym przez UB była także Stefania Kruk. To niewątpliwie jej sumienie w największym stopniu obciążało śmierć kolegów z partyzantki, których świadomie wydała w ręce ubowskich oprawców. Cynicznie i świadomie wykorzystała ich młodość, trudną sytuację, poszukiwania kontaktu ze środowiskami niepodległościowymi i pełne do niej zaufanie.
Ludzia nie wiedział, że Kruk, mimo pięknej karty konspiracyjnej w latach 40., zdradziła swoich kolegów i dowódców jeszcze za życia „Ognia”, w 1946 roku. Ceną było wypuszczenie z więzienia jej syna. Za wolność zapłaciła – już jako TW „Wanda”, „S-21”, później „Konrad” – życiem co najmniej kilkunastu kolegów z partyzantki.

Major „Maciej”

Wydarzenia w WUBP były finałem tylko pierwszego etapu likwidacji „Wiarusów”. Sprawę trzymano w ukryciu, a o kulisach nocnej strzelaniny w WUBP nie wiedział nikt poza UB. Teraz bezpieka zamierzała zlikwidować dalszą część oddziału – pozostałe cztery osoby.

Żołnierze poakowskiego oddziału III kompania AK (ROAK, "Wiarusy", "Znicz")

W dalszym ciągu podtrzymywano pozory funkcjonowania sztabu ROAK. Znowu skorzystano z usług Stefanii Kruk i agenta „7”. Na dzień 26 lipca 1949 roku wyznaczono partyzantom spotkanie z przedstawicielem sztabu ROAK mjr „Maciejem” (jego rolę grał Szlachcic) i grupą ochraniającą radiostację w miejscowości Surówki koło Rabki. W rzeczywistości ową „grupą ochraniającą” byli przebrani ubowcy i żołnierze KBW. Partyzantów poinformowano, że „Dzielny”, „Grandziarz” i „Szatan” bez przeszkód trafili do celu. „Maciej” odebrał od nich meldunki i polecił przejść do specjalnie przygotowanych kwater we wsi. Wszystkich rozlokowano, tak aby w jednym pomieszczeniu na każdych dwóch partyzantów przypadało sześciu ludzi bezpieki. Na umówiony sygnał – hasło „Niech żyje rząd londyński!” – wszyscy rzucili się na partyzantów. Obezwładniono ich bez kłopotu: skuto kajdankami i wywieziono do Krakowa. W ręce UB dostali się Jan Jankowski „Zbieg”, Henryk Machała „Gryf”, Leon Zagata „Złom” i Stanisław Janczyk „Prut”.

Oddział „Wiarusy” przestał istnieć. Przez Podhale przetoczyła się fala aresztowań wśród wszystkich, którzy mieli kontakty z „Wiarusami”. Rozpoczęły się przesłuchania, bicie, wymuszanie zeznań.
Proces przed komunistycznym sądem był już tylko formalnością. Wszyscy – łącznie z Ludzią – zostali skazani na karę śmierci. Wyroki wykonano 12 stycznia 1950 roku.

Stanisław Ludzia ps. "Harnaś". Zdjęcie z aresztu WUBP w Krakowie, wykonane w drugiej połowie 1949 r.

Była to kolejna tego typu akcja UB. W 1949 roku można mówić już o dużym doświadczeniu resortu w organizacji podobnych „przerzutów partyzanckich”. Wszak już w 1946 roku udało się podczas takiej operacji wymordować stu kilkudziesięciu żołnierzy zgrupowania Henryka Flamego „Bartka”. Zarówno Stefania Kruk, jak i Strużyński w dalszym ciągu wiernie służyli mocodawcom z UB. Ten ostatni pod pseudonimem Marian Reniak publikował w PRL wysokonakładowe „bohaterskie” książki. W wolnej Polsce nikt go nie pociągnął do odpowiedzialności za udział w zbrodniach, a po śmierci w 2004 roku „Gazeta Policyjna” opublikowała nekrolog na temat jego „zasług dla Polski”, zakończony jak na urągowisko: „Cześć Twojej Pamięci, Marianie!”.

Dr Maciej Korkuć, IPN O/Kraków

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w "Rzeczpospolitej" z 19.11.2007 r. W artykule wykorzystano referat Tomasza Gołdyna pt. „Likwidacja oddziału »Wiarusy« w aktach UB” oraz materiały z zasobów archiwalnych krakowskiego Oddziału IPN.

Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
“Wiarusy” Underground Partisan Unit - The Firefight at the UB (Polish Secret Police) District Headquarters.>

Strona główna>
środa, 21 maja 2008
Śmierć kapitana „Uskoka” - część 1
Poniższy artykuł został przygotowany specjalnie na 59 rocznicę śmierci kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka". Autorem jest Artur Piekarz, historyk lubelskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, któremu bardzo dziękuję za udostępnienie tekstu i zgodę na publikację !

Śmierć kapitana „Uskoka”

Kapitan Zdzisław Broński ps. „Uskok” należał do najaktywniejszych i najbardziej bezkompromisowych dowódców antykomunistycznej partyzantki na Lubelszczyźnie. W latach 1944-47 jego oddział przeprowadził wiele głośnych akcji przeciwko siłom reżimowym, stając się bez wątpienia najgroźniejszym przeciwnikiem entuzjastów „nowej władzy” na pograniczu powiatów lubartowskiego i lubelskiego.

Rola Brońskiego jako dowódcy znacznie wzrosła po 1947 r. Ogłoszona przez komunistów amnestia dokonała znacznych wyłomów na konspiracyjnej mapie Lubelszczyzny i spowodowała masowy odpływ ludzi z partyzantki. „Uskok” należał jednak do tych dowódców, którzy zdecydowanie opowiedzieli się przeciwko ujawnieniu. Poglądy te podzielała większość jego podkomendnych, gdyż z dowodzonego przez niego 40-osobowego oddziału z amnestii skorzystało zaledwie pięciu żołnierzy.

Grupa żołnierzy z oddziału "Uskoka" podczas koncentracji w lasach kozłowieckich (Stary Tartak) w lipcu 1944 r. Na pierwszym planie stoją: czwarty od lewej - ppor. cz.w. Zdzisław Broński ps. "Uskok", piąty - sierż. Kocyła ps. "Jastrząb", szósty - Zygmunt Libera ps. "Babinicz"; siedzą: pierwszy z prawej - Jan Mendel ps. "Czarny".

12 września 1947 r. rozkazem Komendy Okręgu Lublin WiN kpt. Zdzisław Broński „Uskok” został mianowany dowódcą oddziałów partyzanckich na terenie byłego Inspektoratu Lublin. Rozkaz - w zastępstwie inspektora - przesłał „Uskokowi” mjr cc Hieronim Dekutowski „Zapora”, dotychczasowy komendant oddziałów leśnych na terenie inspektoratu. Oprócz ustalenia podległości grup zbrojnych, wytyczne Komendy Okręgu regulowały również zasady dowodzenia oddziałami w terenie. Obszar byłego inspektoratu podzielona na dwie części: komendę nad grupami zbrojnymi operującymi na północ od Lublina objął bezpośrednio kpt. „Uskok”, na południe od Lublina – ppor./por. Mieczysław Pruszkiewicz „Kędziorek”, sprawujący do tej pory dowództwo nad niedobitkami oddziału „Renka” (Jana Szaliłowa). Rozkaz Komendy Okręgu precyzował również jasno jakie zadanie stoi przed nowym komendantem. „Uskok” miał zabronić przeprowadzania jakichkolwiek akcji zaczepnych na całym podległym mu terenie, a co za tym idzie ograniczyć się wyłącznie do samoobrony. Było to o tyle zrozumiałe, że po akcji amnestyjnej i wiosenno-letnich uderzeniach formacji resortowych w oddziały zbrojne operujące w Lubelskiem (szczególnie ucierpiały patrole „Strzały” i „Wiktora” podlegające bezpośrednio „Uskokowi”), stan grup mjr. „Zapory” stopniał do zaledwie kilkudziesięciu żołnierzy i o jakichkolwiek akcjach ofensywnych na wielką skalę nie mogło być już mowy.

W nowych warunkach jakie wytworzyły się po kwietniu 1947 r., pozostającym w dalszym ciągu w konspiracji nielicznym już żołnierzom podziemia pozostały w zasadzie dwa wyjścia: trwać w dalszym ciągu w terenie i czekać na ewentualny wybuch nowego konfliktu lub próbować przedostać się na Zachód. Z tej drugiej możliwości postanowił skorzystać m.in. „Zapora”, który zamierzał w kilku turach przerzucić na „drugą stronę” najbardziej spalonych żołnierzy dawnego zgrupowania. Jednakże zdecydowana większość „niezłomnych” - w tej grupie „Uskok” - zdecydowała się pozostać na miejscu.
W przypadku Brońskiego decyzja ta zapadła zapewne już kilka miesięcy wcześniej o czym świadczą podjęte przez niego kolejne kroki, polegające na zmianie stylu dowodzenia własnym oddziałem. Przede wszystkim zdecydował się na wybór stałej kwatery dla siebie i swego sztabu, a co za tym idzie zrezygnował z bezpośredniego dowodzenia grupą zbrojną w terenie. Sam oddział podzielił na trzy patrole, którymi dowodzili ppor. cz. w. Stanisław Kuchcewicz „Wiktor”, st. sierż. Walenty Waśkowicz „Strzała”, sierż. Józef Franczak „Lalek”/”Laluś”. Grupy te, zazwyczaj liczące po kilku partyzantów, działały w południowo-wschodniej części pow. Lubartów, północno-wschodniej części pow. Lublin, zachodniej części pow. Włodawa, Chełm i Krasnystaw. Broński co pewien czas zwoływał odprawy organizacyjne z podległymi mu dowódcami patroli (kontakt bywał często ograniczony ze względu na ciągłą obecność licznych formacji resortowych w terenie). Taki styl dowodzenia powodował, że podlegli mu dowódcy mieli bardzo dużą swobodę w prowadzeniu działalności partyzanckiej.

Od lewej: Zdzisław Broński "Uskok", Stanisław Kuchcewicz "Wiktor".

Jeszcze jesienią 1946 r. lub najpóźniej wczesną wiosną 1947 r. „Uskok”, wraz z „Wiktorem” oraz szefem swego oddziału ppor. cz. w. Zygmuntem Liberą „Babiniczem”, przystąpili do budowy podziemnego bunkra w stodole Wiktora i Mieczysława Lisowskich w Dąbrówce, koło Łęcznej. Miała to być od tej pory główna kwatera Brońskiego. Wybór miejsca nie był przypadkowy. Gospodarstwo znajdowało się na uboczu, usytuowane na pofałdowanym wzniesieniu, porośniętym drzewami i krzewami. Od najbliższych zabudowań dzieliło je ok. 100 metrów. U stóp wzniesienia rozciągała się rozległa dolina rzeki Wieprz, do której można było dostać się przez pobliski wąwóz. Taka lokalizacja utrudniała obserwację z zewnątrz, a jednocześnie dawała realną szansę ucieczki w przypadku niezbyt szczelnego pierścienia obławy. Jednakże głównym czynnikiem, przesądzającym o wyborze miejsca pod budowę bunkra był fakt, że gospodarze – Wiktor i Katarzyna Lisowscy oraz ich syn Mieczysław (ps. „Żagiel”) – byli wieloletnimi i zaufanymi współpracownikami oddziału, a ich zabudowania już wcześniej służyły jako miejsce kwaterowania żołnierzy „Uskoka”.

Po aresztowaniu mjr. „Zapory” (16 września 1947 r.), WUBP w Lublinie przystąpiło do rozpracowywania poszczególnych grup zbrojnych pozostających nadal w podziemiu. W pierwszej kolejności podjęto działania zmierzające do likwidacji jego następcy. Broński był uznawany za dowódcę znacznie bardziej niebezpiecznego od innych „niezłomnych”, gdyż mając olbrzymie doświadczenie konspiracyjne i bojowe sięgające jeszcze 1939 r., cieszył się powszechnym szacunkiem i poparciem znacznej części ludności wiejskiej powiatów lubelskiego i lubartowskiego. Jego autorytet uznawali też inni dowódcy oddziałów partyzanckich, w tym współpracujący z nim Edward Taraszkiewicz „Żelazny” i Józef Strug „Ordon”.

Działania podejmowane przez funkcjonariuszy WUBP w Lublinie i PUBP w Lubartowie przez niemal dwa lata nie przynosiły jednak spodziewanych rezultatów. Jakkolwiek zadano spore straty grupom podlegającym bezpośrednio „Uskokowi”, to sam Broński pozostawał aż do wiosny 1949 r. nieuchwytny.
Rozstrzygnięcie walki UB z „Uskokiem” nastąpiło dopiero w dniach 19-21 maja 1949 r. Było ono wynikiem pozyskania do współpracy z resortem byłego żołnierza jego oddziału – Franciszka Kasperka ps. „Hardy”, który ujawnił się w 1947 r. Metodyczna praca z informatorem „Janek” – bo taki nadano mu pseudonim - przyniosła ostateczny efekt w postaci wykrycia kryjówki „Uskoka”.

Franciszek Kasperek ps. "Hardy" - informator "Janek".

28 grudnia 1948 r. referent PUBP w Lubartowie, Bolesław Gol, przyjął oficjalne doniesienie od Franciszka Kasperka w którym samorzutnie podał on przypuszczalne miejsca lokalizacji bunkrów oraz nazwiska osób, które udzielały pomocy ukrywającym się partyzantom. Informacje te okazały się na tyle interesujące, że zdecydowano się wykorzystać go jako informatora. Kasperek został pozyskany do współpracy 7 stycznia 1949 r. przez st. ref. PUBP w Lubartowie Mariana Radomskiego w obecności szefa PUBP – Lucjana Łykusa. Informator „Janek” stał się kluczową osobą w operacji przeciwko „Uskokowi”. Do 14 maja 1949 r. złożył 14 doniesień, które co prawda nie przyniosły spodziewanych informacji o miejscu pobytu „Uskoka”, ale już dwa dni później sytuacja legła zmianie.

16 maja 1949 r. st. ref. PUBP w Lubartowie Marian Radomski przyjął kolejne doniesienie od „Janka”:
„Dnia 13 V 1949 r. „Babinicz” wysłał Gąsiora Józefa, zam[ieszkałego] Ziółków, do Lublina celem naładowania elektrycznością akumulatora do radiostacji i dopiero powrócił z Lublina dnia 14 V 1949 r., tj. w sobotę. Dnia 14 V 1949 r. wieczorem udałem się do Gąsiora Józefa, by stwierdzić, po co i gdzie jeździł. Po przybyciu do Gąsiora oświadczył mi, że był w Lublinie, skąd przywiózł kwasy i materiały fotograficzne oraz akumulator. Po upływie około jednej godziny czasu do Gąsiora przyszedł z jego starszym bratem „Babinicz”, Libera Zygmunt, ubrany po cywilnemu, w butach z cholewami, uzbrojony w dwa pistolety […] Następnie popiliśmy gdzie ja dałem cztery sztuki amunicji dla „Babinicza” do pepeszy, gdzie „Babinicz” oświadczył mi, że odczuwają brak amunicji i granatów. Na te słowa ja zaproponowałem mu, że gdy przyjdzie, mogę [dać] granat i trochę amunicji, bo przynieść nie chcę, gdyż obawiam się, na co „Babinicz” zgodził się i oświadczył, że przyjdzie , tylko pierw musi się porozumieć z „Uskokiem”. W trakcie rozmowy powiedział mi, że w nocy z niedzieli na poniedziałek pójdzie do „Uskoka”, to około czwartku czy piątku, tj. dnia 19-20 V 1949 r., przyjdzie sam lub z „Uskokiem”, przy tym pytali się mnie, którędy będzie najbezpieczniej udać się do mnie, na co ja powiedziałem i z małymi poprawkami powiedział mi, że będzie najlepiej od Gąsiora przejść pomiędzy lasem a Janoszówką przez pole do granicy Wólka Nowa-Radzic I i moją miedzą. Następnie nakazał mi, by w te dni pies był schowany, by nie szczekał […]”.1

Szef PUBP Lubartów, por. Lucjan Łykus, otrzymał owe dane (lub postanowił je wcielić w życie) prawdopodobnie dopiero 19 maja 1949 r. Powiadomił o tym dowódcę Grupy Operacyjnej „W”, który przekazał tę informację dalej - do sztabu 3. Brygady KBW. Do Lubartowa wyjechał natychmiast kierownik Sekcji Operacyjno-Rozpoznawczej, celem opracowania wspólnego planu działania.
W trakcie rozmów z szefem PUBP i dowódcą G.O. „W” postanowiono zorganizować dwie zasadzki w miejscowości Wólka-Nowa Kijańska, rozstawiając je:
- pierwszą, w sile 1+5 oraz jeden pracownik UB, pod dowództwem por. Superczyńskiego na łące przy strumyku,
- drugą, w sile 1+4 oraz dwóch pracowników UB, pod dowództwem st. sierż. Dryły w stodole, w zabudowaniach Franciszka Kasperka.
Odwód dowódcy w sile 6 ludzi wraz z radiostacją rozlokowano na skraju lasu od strony wioski Wólka-Nowa Kijańska.
Dnia 19 maja o godz. 22:00 wymienione podgrupy zajęły stanowiska i były gotowe do działań.

Przypisy do części 1:

1. IPN Lu 020/48, Sprawa obiektowa Stanisława Kuchcewicza, Doniesienie informatora ps. „Janek”, 16 V 1949, k. 56-57.


Śmierć kapitana „Uskoka” - część 2>
Strona główna>

Śmierć kapitana „Uskoka” - część 2
O godz. 23:40 do zabudowań Kasperka przybył tylko „Babinicz”, który – tak jak było wcześniej umówione - wszedł do stodoły. Na umówiony z góry sygnał (kasłanie) na Liberę rzuciło się dwóch żołnierzy KBW (strz. Władysław Orlicki, strz. Stanisław Bereziński) i funkcjonariusz PUBP w Lubartowie (Marian Wójtowicz), próbując za wszelką cenę schwytać go żywcem. „Babinicz”, uzbrojony w dwa pistolety, stawił zacięty opór, wystrzelił kilkakrotnie, raniąc przy tym lekko strz. Orlickiego w ramię i udo. Gdy został powalony na ziemię, próbował jeszcze rozerwać granat obronny, który miał w kieszeni, mówiąc przy tym do Wójtowicza: „Ja zginę i ciebie szlag trafi”. Ostatecznie uległ przewadze, wytrącono mu broń z ręki i obezwładniono. Przy schwytanym znaleziono dwa pistolety (Nagan i Colt), jeden granat obronny oraz 52 sztuki amunicji.

Por. cz.w. Zygmunt Libera "Babinicz". Aresztowany 20 V 1949 r. Zamordowany 28 V 1950 na Zamku w Lublinie, na mocy wyroku WSR Lublin.

Akcję zakończono dnia 20 maja o godz. 3:00, po czym grupa powróciła do Lubartowa, gdzie przekazano „Babinicza” wraz ze zdobyta bronią do siedziby PUBP. Na miejscu funkcjonariusze tamtejszego urzędu (Bolesław Gol, Marian Radomski i wspomniany Wójtowicz) poddali go rewizji osobistej i – jak się wydaje – przewieziono go natychmiast do WUBP w Lublinie (taki wniosek nasuwa lektura wspomnień Artura Jastrzębskiego, ówczesnego szefa tego urzędu, o czym niżej). Libera został poddany bardzo intensywnemu, brutalnemu śledztwu. Bestialsko katowany, wydał ostatecznie miejsce pobytu swojego dowódcy, podając szczegółową topografię zarówno gospodarstwa Lisowskich i okolicy, jak również samego bunkra:
„W m. Dąbrówka gm. Wólka pow. Lublin zamieszkuje Lisowski Mieczysław u którego w stodole znajduje się wspomniany bunkier. Mieszkanie Lisowskiego znajduje się około 300 metrów od rzeki Wieprz od stodoły w odległości 50 mtr znajdują się krzaki (grabina, ciągnące się jakieś 100 mtr wzdłuż wąwozu). Po jednej stronie stodoły jest ogród i krzaki, po drugiej stronie żyto (prawie do pasa) za żytem znajduje się kępa krzaków. Mieszkanie od stodoły znajduje się w odległości 15 metrów, płotu niema a są jedynie krzaki bzu itp. Jest u Lisowskiego dwa psy które gdy ktoś obcy zbliża się, szczekają.
Wchodząc do stodoły bunkier znajduje się po lewej stronie zasłonięty wialnią, otwór wielkości 70x70 cm zatkany jest 3-ma deskami. od „zapalnicy” wejście jest po schodkach (3 schodki z desek) korytarz długości dwa metry, szerokości 70-80 cm, wysokości 1.40 cm. bunkier znajduje się po lewej stronie korytarza. wielkości (może się zmieścić 4 ludzi) Tam się znajduje cała kancelaria „Uskoka”, dwa radioaparaty i magazyn broni. ciężka broń znajduje się pod podłogą, natomiast na wierzchu „Uskok” ma dwa pistolety, jeden „Kolt” i TT, 1 automat PPSz i 6 magazynków zapasowych pełnych, 1 M.P. plus 3 magazynki, 1 C.K.M. (suka) plus 1 bemben amunicji i 2 granaty 1 obronny i zaczepny.
Najlepsze dojście jest od m. Nowogród gm. Wólka pow. Lublin idąc od Wieprza (nie ma żadnej drogi) następnie wzdłuż Wieprza jedem kilometr dochodząc do wąwozu. Wąwozem można dojść do mieszkania na odległość 30 metrów”.
1


Stodoła Lisowskich w Dąbrówce (Nowogrodzie), w której znajdował się bunkier kpt. "Uskoka".

Po uzyskaniu owych danych funkcjonariusze WUBP nie tracili więcej czasu. Informację o miejscu pobytu „Uskoka” przekazano natychmiast do sztabu 3. Brygady KBW. Bardzo szybko zorganizowano grupę operacyjną, której członkowie mieli – o ile to możliwe – ująć Brońskiego żywcem.
20 maja o godz. 18:40 z Garnizonu Lublin wyjechała G.O. w sile 140 ludzi, wyposażona w 4 radiostacje i 3 psy służbowe, pod dowództwem mjr. Wasilkowskiego – dowódcy 3. Brygady KBW. Grupa, wraz z aresztowanym „Babiniczem”, udała się samochodami do Nowogrodu, gdzie nastąpił rozładunek i podział całości na dwie podgrupy w sile 1+52 ludzi każda. Dodatkowo zorganizowano dwa odwody (w sile: 1+10 i 1+20), po czym podgrupy udały się marszem ubezpieczonym do Dąbrówki, z zadaniem okrążenia meliny i bunkra „Uskoka”.

O godz. 20:10 gospodarstwo Lisowskich zostało zamknięte dwoma pierścieniami obławy, natomiast odwód w sile 1+10 przeprowadził kontrolę zabudowań i zatrzymał wszystkich domowników. W owym czasie, oprócz przebywającego w bunkrze „Uskoka”, w obrębie zabudowań znajdowały się trzy osoby: Katarzyna Lisowska (matka Mieczysława) i jej wnuczki - Helena i Irena Dybkowskie. Nie jest przy tym do końca jasne, gdzie w owym czasie przebywał gospodarz - Mieczysław Lisowski. W relacji składanej po latach Henrykowi Pająkowi stwierdził, że wieczorem 20 maja przebywał w obrębie zabudowań i po zauważeniu żołnierzy KBW, zdołał powiadomić jeszcze „Uskoka” o grożącym niebezpieczeństwie (Broński znajdujący się wówczas na zewnątrz bunkra miał krzyknąć „Ty uciekaj, ja zostaję!”), po czym udało mu się wymknąć poza obręb obławy. Z kolei w swoich zeznaniach składanych po aresztowaniu, tłumaczył się, że był wówczas na majówce w kościele w Kijanach. Podczas powrotu z nabożeństwa, zauważył żołnierzy i postanowił ukryć się w życie nieopodal domu.

Zatrzymane kobiety zgromadzono w domu. Skonfrontowano je natychmiast z „Babiniczem”. Funkcjonariuszom UB zależało na ostatecznym potwierdzeniu informacji uzyskanych w toku śledztwa od Libery o pobycie „Uskoka” w bunkrze pod stodołą. Obraz skutego i potwornie skatowanego więźnia wywarł przygnębiające wrażenie na siostrach Dybkowskich. „Babinicz” poinformował je o wydaniu miejsca pobytu swego dowódcy. Jakiekolwiek zaprzeczanie nie miało już w tym momencie sensu – domowniczki potwierdziły fakt lokalizacji bunkra „Uskoka” w obrębie zabudowań.

Warto w tym miejscu przytoczyć relację członka Komisji Historycznej ZG ZBoWiD Artura Jastrzębskiego (vel Ritter) pochodzącą z 1978 r. Pełniąc w 1949 r. funkcję szefa WUBP w Lublinie, odpowiadał bezpośrednio za likwidację „Uskoka”, a także uczestniczył we wstępnym przesłuchaniu „Babinicza”. Po latach Jastrzębski tak wspominał „konfrontację” z Liberą:
„Zastępca „Uskoka” [sic] został zatrzymany przypadkowo, po czym przewieziono go do mnie. Wystarczyło kilka godzin rozmowy przy herbacie i papierosach, by ten młody chłopak [sic] podszedł do mapy i ujawnił swój bunkier. Znamienne jest to, że on dopiero w rozmowie ze mną, w gabinecie szefa WUBP dowiedział się o tym, że władza ludowa działa w interesie chłopa i robotnika, a nawet o tym, że jego ojciec od tejże władzy ludowej otrzymał na własność ziemię z reformy rolnej. Po prostu on siedział w lesie i o tym wszystkim nie wiedział.”2

Pomijając sam fakt, że relacja szefa WUBP w Lublinie jest pełna nieścisłości odnośnie osoby samego „Babinicza” (funkcja w oddziale, wiek zatrzymanego), to w części opisującej „traktowanie” po aresztowaniu szefa sztabu „Uskoka, brzmi już zupełnie niewiarygodnie. Po latach Irena Dybkowska wspominała:
„Gdy wprowadzili „Babinicza” do domu dziadków Lisowskich, poznałam go z trudem. I nawet nie jego opuchnięta, posiniaczona twarz najbardziej mnie zszokowała. Przeraził mnie wygląd jego bosych stóp. Były to dwie kłody! Tak spuchnięte, że chyba nie istniały na świecie buty, w które by weszły te stopy! Domyśliłam się wszystkiego…”.3

Nie wiadomo w którym momencie i jak członkom grupy operacyjnej udało się ostatecznie potwierdzić fakt obecności Brońskiego w jego kryjówce (w chwili pojawienia się grupy przeszukującej w obrębie zabudowań, członkowie sztabu akcji nie byli do końca pewni czy „Uskok” przebywa w bunkrze, czy też - podobnie jak „Żagiel” - zdołał opuścić gospodarstwo). Po stwierdzeniu, że kryjówka nie jest pusta, przystąpiono do działań.4
O godz. 22:30 grupa znajdująca się w obrębie zabudowań pozorowała odejście (liczono się z próbą opuszczenia bunkra przez Brońskiego po „uspokojeniu się” terenu), lecz grupy okrążające pozostały na miejscu. W międzyczasie przebywający w domu funkcjonariusze próbowali uzyskać od zatrzymanych informacje na temat codziennych zwyczajów „Uskoka” (tj. rozkład dnia, godziny spożywania posiłków), które pozwoliłyby „wywabić” lokatora z kryjówki, względnie – po uśpieniu jego czujności - dostać się do środka bunkra grupie szturmowej.

Przypisy do części 2:

1. Cyt. za: H. Pająk, „Uskok” kontra UB, Lublin 1992, s. 144 (pisownia jak w oryginale),
2. W walce o utrwalenie władzy ludowej. Stan badań. Materiały z sympozjum odbytego w Ryni k. Warszawy w dniach 25-26 października 1978 r., red. W. Góra, Warszawa 1979, s. 197,
3. H. Pająk, op.cit., s. 134,
4. Być może wprowadzono wówczas do akcji przewodników wraz z psami służbowymi.


Śmierć kapitana „Uskoka” - część 3>
Strona główna>

Śmierć kapitana „Uskoka” - część 3
Przesłuchane na tę okoliczność kobiety zeznały, że „Uskok” jeszcze nie spożywał kolacji. Jego wieczorny posiłek ograniczał się zazwyczaj tylko do mlecznej kawy, którą dostarczano mu do stodoły albo bezpośrednio do bunkra. Uzyskane informacje dawały funkcjonariuszom UB-KBW nadzieję na ujęcie „Uskoka” żywcem. Natychmiast przygotowano kawę do której wsypano środek usypiający. Do bunkra miała ją dostarczyć Irena Dybkowska. Przedtem została odpowiednio „poinstruowana” na temat zachowania przez funkcjonariuszy:
„Odchylasz te trzy deski, co maskują właz do bunkra. Po obydwu twoich stronach będziemy stać z bronią gotową do strzału. Pamiętaj: bez żadnych kawałów, ostrzeżeń dla „Uskoka”! Wywołasz „Uskoka”, podasz mu tę kawę. I ani słowa o tym, co dzieje się na wierzchu! Zrozumiałaś? Jedno słowo, a łeb podziurawimy ci kulami!”.1

Pomimo całej grozy sytuacji dziewczyna zachowała zimną krew. Po uchyleniu deski zapolnicy, które maskowały właz do bunkra, powiedziała: „Przyniosłam panu kawę”. Dybkowska ostrzegła tym samym „Uskoka” o grożącym niebezpieczeństwie, bowiem obie siostry zwracały się do niego zwyczajowo „wujku”. Broński szybko zrozumiał grę słów (miał zapytać: „Irenko! Jest źle?”) i zamknął wewnętrzną klapę bunkra.
Trudno jednoznacznie stwierdzić w którym momencie członkowie obławy doszli do wniosku, że „Uskok” wie o obecności żołnierzy w zabudowaniach Lisowskich. Niemal z całą pewnością nie zdawali sobie sprawy, że Dybkowska ostrzegła Brońskiego. W ciągu nocy bowiem trzykrotnie doprowadzano ją pod bronią pod właz bunkra, by sprawdziła czy środek nasenny był skuteczny, lecz za każdym razem „Uskok” odpowiadał na jej wezwania.

Kpt. Zdzisław Broński "Uskok", lipiec 1947 r.

Nie jest też do końca jasne jakie dalsze działania (poza próbą podania środka usypiającego) podjęto przed świtem 21 maja. Według Henryka Pająka, który opierał się na relacjach sióstr Dybkowskich, funkcjonariusze UB-KBW starali się wykorzystać cały wachlarz metod by schwytać „Uskoka” żywcem. Początkowo próbowano wykorzystać „Babinicza” jako emisariusza, by przemówił swemu dowódcy „do rozsądku”, a gdy ta próba zawiodła, postanowiono zalać bunkier wodą (sprowadzeni na miejsce akcji strażacy mieli odmówić wykonania zadania). Niestety trudno zweryfikować te informacje, gdyż w raportach szefa WUBP w Lublinie, dotyczących likwidacji „Uskoka”, brak o nich wzmianki.

Ostatecznie około godziny 5:00 przystąpiono do akcji. Do stodoły weszła grupa szturmowa, by dostać się do zablokowanego otworu bunkra. „Uskok” odpowiedział strzałami, jednocześnie pytając: „Kto jest?”.2
Na żądanie by się poddał, Broński zaczął zwlekać z odpowiedzią, prowadząc ogień z pistoletu i rzucając granaty (być może wówczas wykorzystano „Babinicza” jako emisariusza, który miałby odwrócić uwagę „Uskoka” od działań żołnierzy KBW). Szturm zakończył się niepowodzeniem.

Około godziny 7:00 członkowie obławy usłyszeli silną detonację w bunkrze. Funkcjonariusze zaczęli natychmiast nawoływać Brońskiego, lecz z wnętrza kryjówki nikt nie odpowiadał. Wobec braku pewności czy „Uskok” żyje, postanowiono przez podkopanie z zewnątrz do stodoły wysadzić ścianę trotylem, by dostać się do wnętrza bunkra. O godzinie 9:00 wysadzono ścianę i odnaleziono zmasakrowane ciało. Broński leżał na ziemi bez głowy i prawej ręki, z czego wynikało, że popełnił samobójstwo, detonując granat.
W bunkrze znaleziono m.in. 31 sztuk broni (oględziny wykazały, że wszystkie były sprawne), kilkaset sztuk amunicji karabinowej i pistoletowej, radioodbiornik „Philips”, radiostację niemiecką oraz walizkę z różnymi dokumentami. W tej ostatniej znajdowały się zapiski „Uskoka” i „Żelaznego”.
Z domu sprowadzono aresztowane kobiety i „Babinicza”, celem identyfikacji zwłok. Wszyscy potwierdzili, że krwawe szczątki, to ciało „Uskoka” (ostateczne wątpliwości rozwiał „Babinicz” wskazując na postrzał w kolano, jaki dwa lata wcześniej otrzymał jego dowódca).3 Zwłoki załadowano na ciężarówkę i wywieziono w nieznanym kierunku. Miejsce pochówku „Uskoka” pozostaje nieznane.

Obławę zwinięto około południa. Zaraz po jej zakończeniu funkcjonariusze UB aresztowali Katarzynę Lisowską. Wyrokiem WSR w Lublinie z dn. 21 stycznia 1950 r. została skazana na 10 miesięcy więzienia i przepadek mienia, mimo opinii biegłego o zaburzeniach psychicznych. Ostatecznie zwolniono ją 21 lipca 1950 r. Jej wnuczki zostały aresztowane 28 maja 1949 r. Irena Dybkowska została skazana przez WSR w Lublinie w dn. 15 listopada 1949 r. na 5 lat więzienia. 2 stycznia 1953 r. ten sam sąd złagodził jej wyrok do 2 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności (cztery dni później została zwolniona).
Helena Dybkowska wyrokiem WSR w Lublinie z dn. 15 listopada 1949 r. została skazana na 8 lat więzienia. 3 lipca 1953 r. karę zmniejszono do 5 lat i 4 miesięcy. Wyrokiem WSR w Lublinie z 15 października 1953 r. została zwolniona warunkowo (więzienie w Fordonie opuściła pięć dni później).

Właściciel gospodarstwa - Mieczysław Lisowski „Żagiel” – w dn. 20 maja 1949 r. zdołał się wydostać poza pierścień obławy. Niedługo potem nawiązał kontakt ze Stanisławem Kuchciewiczem „Wiktorem”. Od września do grudnia 1949 r. ukrywali się razem, później melinował się samodzielnie. W czerwcu 1950 r. wstąpił do oddziału „Wiktora” i pozostawał jego członkiem do 27 października 1951 r., kiedy został aresztowany na kwaterze w Zezulinie. W dn. 20 listopada 1952 r. został skazany przez WSR w Lublinie na karę dożywotniego więzienia. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Lublinie z 18 czerwca 1956 r. (na podstawie amnestii z 15 kwietnia 1956 r.) złagodzono mu karę do 12 lat więzienia. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Bydgoszczy z 20 lutego 1958 r. został zwolniony warunkowo z odbycia pozostałej części kary. Pięć dni później opuścił więzienie w Potulicach.

Szef sztabu „Uskoka” i współlokator bunkra - Zygmunt Libera „Babinicz” – został skazany przez WSR w Lublinie w dn. 23 marca 1950 r. na 13-krotną karę śmierci. Prezydent Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok wykonano 28 maja 1950 r. w podziemiach budynku administracyjnego na Zamku w Lublinie.

Po zakończonej akcji w Dąbrówce funkcjonariusze PUBP w Lubartowie podjęli działania kamuflujące, mające ukryć rzeczywisty mechanizm operacji przed opinią publiczną. Pracownikom resortu zależało na zdezorientowaniu miejscowej społeczności, kto przyczynił się do śmierci „Uskoka” i ochronie Franciszka Kasperka. 24 maja 1949 r. informator „Hałas” otrzymał następujące zadanie:
„Rozgłaszać wiadomość że „Uskok” wcale nie jest zabity a to tylko pogłoska puszczona przez samego „Uskoka”.4

Zasługi informatora „Janka” zostały wysoko ocenione przez jego mocodawców z UB. Za pomoc w aresztowaniu „Babinicza” otrzymał 20 maja 1949 r. 20 tys. złotych tytułem „nagrody za pracę”. Później jeszcze kilkakrotnie odbierał drobne sumy za aktywną współpracę z resortem. 6 lipca 1949 r. oficer prowadzący przydzielił mu rewolwer, automat PPS i granat. Nie uchroniło to jednak Kasperka przed rozliczeniem ze strony partyzantów. Stanisław Kuchciewicz „Wiktor”, poprzez siatkę swoich współpracowników, zebrał materiał dowodowy obciążający „Hardego” i 1 września 1950 r. Kasperek został zabity dziewięcioma strzałami z broni maszynowej.

Napis sporządzony przez funkcjonariuszy UB na jednej z desek zapolnicy po zakończeniu operacji w Dąbrówce, 21 V 1949 r.

Po zakończonej akcji w Dąbrówce funkcjonariusze UB napisali na jednej z desek zapolnicy: „Bunkier i „Uskoka” szlak [sic] trafił”. Mieli rację - ich kilkuletnie „polowanie” zakończyło się wielki sukcesem. Likwidacja „Uskoka” oznaczała bowiem koniec zorganizowanego oporu zbrojnego na środkowej Lubelszczyźnie. Podlegający mu żołnierze jeszcze przez kilka lat kontynuowali walkę w grupach „Wiktora” i „Żelaznego”, ale w ich działaniach dawał się wyraźnie odczuć brak centralnego ośrodka decyzyjnego i autorytetu dowódcy tej klasy co „Uskok”. Z czasem więzy miedzy oddziałami uległy rozluźnieniu, co wynikało z zarówno ze względów ambicjonalnych ich dowódców, ale przede wszystkim z ogromnej przewagi komunistów w terenie i niemożliwości utrzymania się w polu z większą grupą, niż patrole 2-3 osobowe. Przez kolejne lata nieliczni już partyzanci „Uskoka” byli tropieni i likwidowani z całą bezwzględnością.
6 października 1951 r. zginął „Żelazny”, półtora roku później „Wiktor” (10 lutego 1953 r.). Ostatni żołnierz „Uskoka” – Józef Franczak „Lalek” – poległ w walce dopiero 21 października 1963 r.

Śmierć kpt. Brońskiego nie oznaczała dla komunistów kresu walki. Jego fizyczna likwidacja była tylko jej częścią. Kolejnym etapem była walka z jego legendą i z pamięcią o zasługach dla lokalnej społeczności. Dlatego też przez następne czterdzieści lat stanowił cel ataku reżimowych historyków, określających go – jak i jemu podobnych – mianem „zaplutych karłów reakcji”, „reakcjonistów”, „degeneratów”, a przede wszystkim „bandytów”.

Artur Piekarz, IPN O/Lublin

Przypisy do części 3:

1. H. Pająk, op.cit., s. 136,
2. Tak wynika z raportu szefa WUBP w Lublinie. Można zatem przyjąć hipotezę, że „Uskok” do świtu 21 maja 1949 r. nie zdawał sobie sprawy ze swego położenia i próba szturmu bunkra była dla niego zaskoczeniem. Warto jednak zaznaczyć, że raporty te są sprzeczne z informacjami podawanymi przez siostry Dybkowskie,
3. „Uskok” został poważnie ranny 12.01.1947 r. w Kol. Łuszczów, podczas starcia jego grupy z kilkuosobowym patrolem MO i ORMO. Miał go postrzelić przez pomyłkę żołnierz z jego oddziału – Jerzy Marciniak „Sęk”,
4. IPN Lu 08/123, t. 1, Sprawa obiektowa krypt. „Eskadra” – banda „Uskoka” wywodząca się z AK-WiN, Doniesienie informatora ps. „Hałas”, 24 V 1949, k. 59.

Anglojęzyczna wersja tekstu znajduje się na stronie The Doomed Soldiers. Polish Underground Soldiers 1944-1963 - The Untold Story

Śmierć kapitana „Uskoka” - część 1>
Strona główna>

niedziela, 18 listopada 2007
Atak na Grajewo - część 1
Pierwszy dzień zwycięstwa w Grajewie

9 maja 1945 r. był utrwalany przez komunistów w świadomości Polaków jako Dzień Zwycięstwa i zakończenia II wojny światowej. Paradoksalnie, dla partyzantów podziemia poakowskiego z okolic Grajewa i Łomży był dniem największego zwycięstwa nad powstającym tam aparatem władzy komunistycznej.
Z 8 na 9 maja 1945 r. około 200-osobowe zgrupowanie mjr. Jana Tabortowskiego „Bruzdy” opanowało Grajewo.


Mjr Jan Tabortowski "Bruzda" (zdjęcie powojenne)

Zdecydowana większość terenów powiatów Grajewo i Łomża została zajęta przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 r. Mieszkańcy tego obszaru doskonale pamiętali okres „za pierwszego Sowieta" - do dnia dzisiejszego funkcjonuje tam takie rozróżnienie - terror, aresztowania, tortury, rozstrzeliwania, deportacje w głąb Związku Sowieckiego. Dlatego panowało przekonanie, że Sowieci będą chcieli dokończyć to, czego nie udało im się zrobić w czasie pierwszej okupacji od września 1939 r. do czerwca 1941 r. Niestety, już pierwsze posunięcia Sowietów oraz komunistów obejmujących władzę w Polsce potwierdzały te przypuszczenia. Więzienia i areszty zapełniły się konspiratorami, którzy przez ostatnie lata walczyli najpierw z okupantem sowieckim, a następnie niemieckim.

Wkroczenie Sowietów zbiegło się z dotarciem na Białostocczyznę rozkazu gen. Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka” o rozwiązaniu Armii Krajowej. Dowodzący Okręgiem Białystok AK podpułkownik Władysław Liniarski „Mścisław” nie wykonał go; wydał rozkazy, na mocy których kontynuowano działalność konspiracyjną pod zmienionym szyldem - Armia Krajowa Obywatelska (Obywatelska Armia Krajowa).

Z nastaniem wiosny oddziały partyzanckie oraz patrole samoobrony przystąpiły na terenie Białostocczyzny do działań mających na celu sparaliżowanie nowo powstającego aparatu władzy komunistycznej: rozbijania posterunków MO, zarządów gminnych, likwidowania milicjantów, funkcjonariuszy i agentów UB oraz walki z plagą bandytyzmu. Doprowadziło to do zjawiska dwuwładzy, w której cały teren znalazł się pod kontrolą „chłopców z lasuę, wyjątek stanowiła stolica województwa i miasta powiatowe, choć te ostatnie nie były dla partyzantów niezdobytymi „twierdzami”. Podobnie sytuacja wyglądała na terenie Rejonu „D”, taki kryptonim w strukturach AKO nosił były Inspektorat Łomża AK.

Przygotowania i koncentracja

W ostatniej dekadzie kwietnia 1945 r. Józef Karwowski „Bystry”, dowodzący Narodowymi Siłami Zbrojnymi w powiecie Grajewo, powiadomił dowódcę Obwodu Grajewo AKO por. Franciszka Warzyńskiego „Wawra”, że planuje atak na Grajewo, rozbicie tamtejszego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i uwolnienie przetrzymywanych w nim więźniów. O powyższym „Wawer” zawiadomił dowódcę I Rejonu „D” mjr. Jana Tabortowskiego „Bruzdę”, prosząc go o wytyczne w tej sprawie. Ten wyraził zgodę. Dowództwo NSZ zobowiązało się do jej wykonania w ciągu sześciu dni. Okazało się jednak, że, z powodu zbyt szczupłych sił i środków, NSZ nie były zdolne do takiej operacji. Wobec powyższego mjr Tabortowski zwołał specjalną odprawę. Odbyła się ona na początku maja 1945 r. w zabudowaniach Dominika Obryckiego w Klimaszewnicy koło Radziłowa. Wzięli w niej udział por. „Wawer” i szef wywiadu obwodu ppor. cz.w. Zygmunt Mazurek „Kuba”. Major „Bruzda” zadecydował, że zdobycie Grajewa przeprowadzą oddziały Rejonu „D”.


Por. rez. Franciszek Warzyński "Wawer", od października 1944 r. do stycznia 1946 r. komendant/przewodnik/prezes Obwodu AK AKO WiN Grajewo (zdjęcie powojenne)

Szef wywiadu miał za zadanie przeprowadzenie rozpoznania w miasteczku; sporządzenia dokładnego planu budynków, które miały być zdobyte, oraz ustalenie sił tam stacjonujących.
Za atakiem na miasteczko przemawiało kilka poważnych argumentów. Pierwszym z nich był fakt, że nadarzała się okazja zademonstrowania siły organizacji przed „władzą ludową".
Drugi powód był bardzo podobny - chodziło o pokazanie swojej wyższości organizacyjnej nad NSZ, tym bardziej, że stosunki między obiema organizacjami nie układały się na tym terenie zbyt dobrze, a podobna próba podjęta przez NSZ zakończyła się niepowodzeniem.
Przede wszystkim jednak akcja pozwalała na uwolnienie ludzi więzionych w aresztach PUBP i Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej. Przebywali tam liczni członkowie AKO i NSZ. Operacja pozwalała również na czasowe sparaliżowanie agend „władzy ludowej” w Grajewskiem.

Najpewniej 6 maja 1945 r. doszło do kolejnej odprawy, na której przedyskutowano wstępny plan operacji. Po jej zakończeniu „Wawer” rozesłał gońców do wyznaczonych kompanii z podpisanymi przez siebie rozkazami. Według nich poszczególne oddziały miały stawić się na miejscu zbiórki z 6 na 7 maja. Punkt zborny wyznaczono w lesie koło miejscowości Żebry, niedaleko Wąsoszy. Siły obwodu grajewskiego były zbyt słabe do tego typu akcji, dlatego w tym samym dniu rozkazy do dowódców kompanii z terenu obwodu Łomża rozesłał mjr Tabortowski. Oddziały z poszczególnych kompanii miały stawić się jeszcze tego samego dnia w Przytułach. Według wytycznych każda z wyznaczonych kompanii wystawić miała kilkunastu partyzantów uzbrojonych w broń palną. Cała operacja miała być wykonana w pełnej tajemnicy.

Zbiórka oddziałów obwodu łomżyńskiego odbywała się do wieczora 6 maja. Wieczorem zgrupowanie liczące ok. 100-120 partyzantów, dowodzone przez mjr. Tabortowskiego oraz ppor. Stanisława Marchewkę „Rybę”, dowódcę samoobrony Rejonu „D”, przemaszerowało do lasu w pobliżu Żebrów. Nad ranem 7 maja na miejsce zbiórki dotarł sztab obwodu Grajewo: por. „Wawer”, jego drugi zastępca ppor. Antoni Kurowski „Olszyna” oraz przewodnicy wywiadu ppor. „Kuba” i propagandy st. sierż. Józef Rutkowski „Adam”. Wszyscy partyzanci otrzymali zakaz rozchodzenia się, było to spowodowane tym, że po pobliskich drogach poruszały się patrole sowieckie i milicyjne, należało więc zachować szczególną ostrożność.


Por. cz. w. Antoni Kurowski "Olszyna", do czerwca 1945 r. zastępca przewodnika Obwodu AKO Grajewo (zdjęcie więzienne z 1953 r.)

Pobyt w lesie żebrowskim trwał do nocy z 7 na 8 maja. Równocześnie przez cały czas w Grajewie funkcjonowała komórka wywiadowcza, która miała za zadanie obserwację aktualnej sytuacji i przekazywanie meldunków. Sprawujący nad tym pieczę plut. Franciszek Waszkiewicz „Wicher” wysyłał do miejsca postoju zgrupowania swoich łączników. Wieczorem 7 maja całość biwakująca pod Żebrami została postawiona w stan gotowości. Na apelu ppor. „Ryba” odczytał rozkaz dowódcy zgrupowania, na jego podstawie nastąpiły przydziały kolejnych pododdziałów do poszczególnych grup uderzeniowych. Po apelu partyzanci rozpoczęli przygotowania do wymarszu. Nocą przemaszerowali ok. 20 km i dotarli do miejscowości Kolonia Uścianki, gm. Bogusze, pow. Grajewo. Kwaterę założono w jednym z gospodarstw. Wioska oddalona była od celu ataku o około 4,5 km w kierunku zachodnim. Żołnierze kwaterowali w zabudowaniach, w stodole, na podwórzu, a sztab w mieszkaniu. Tam też odbywały się narady dotyczące zbliżającej się akcji. Przeczekano tam przez cały dzień 8 maja, wieczorem do miejsca postoju przybyli po raz kolejny łącznicy od plut. „Wichra”. Przed wymarszem mjr „Bruzda” zarządził zbiórkę, na podwórzu stanęły poszczególne pododdziały. „Ryba” zdał raport, dowódca dokonał krótkiego przeglądu pododdziałów, po czym przemówił do swoich żołnierzy. Sens tych kilku słów sprowadzał się do tego, że cały czas trwa wojna. Sowieci chcą zrobić z Polski kolejną republikę, a oni, żołnierze AK, muszą pokazać światu, że się z tym nie zgadzają.

W tym samym czasie do Uścianek przybyli przewodnicy przysłani przez plut. „Wichra”. Mieli oni doprowadzić zgrupowanie do miasta tylko sobie znanymi ścieżkami. Partyzanci opuścili wieś ok. godz. 21, maszerowali łąkami, rozciągnięci „gęsiego” na przestrzeni ponad 100 m. Podczas marszu obowiązywał zakaz prowadzenia rozmów i palenia papierosów. Na „szpicy” podążała grupa por. „Wawra”. Na peryferiach miasta do zasadniczej części dołączył pododdział z kompanii grajewskiej pod dowództwem plut. „Wichra” oraz pododdział kompanii rajgrodzkiej. W sumie było to ok. 30 partyzantów, którzy wcześniej kwaterowali w miejscowości Koty-Rybno, w odległości 5 km od Grajewa, w kierunku południowo-wschodnim.

Przydziały

Głównym wojskowym celem akcji było opanowanie miasta i rozbicie znajdujących się tam urzędów. Ówczesne Grajewo było typowym prowincjonalnym miasteczkiem, liczącym ok. 6 tys. mieszkańców. Jego rangę podnosił fakt, że biegła tędy linia kolejowa z Białegostoku w kierunku Prus Wschodnich. Miasto stanowiło „skrzyżowanie” dróg, z jednej strony biegnącej od Łomży, a dalej przez Rajgród do Augustowa; z drugiej natomiast od Białegostoku przez Ełk i dalej w kierunku Prus Wschodnich. Było więc ważnym węzłem komunikacyjnym w tamtym rejonie. Jego centralnym punktem był plac Wolności. W jego północnej części stał kościół, po jego prawej stronie biegła dzisiejsza ul. Niepodległości. Przy niej znajdował ciąg budynków, w którym, w odległości 60 m. od kościoła, stał dwupiętrowy budynek będący siedzibą PUBP. Trudno podać dokładną liczbę funkcjonariuszy znajdujących się w nim w dniu ataku. Pewną wskazówkę co do liczebności obsady urzędu stanowi meldunek przewodnika wywiadu obwodu Zygmunta Mazurka „Kuby” z 30 kwietnia 1945 r. dotyczący sił przeciwnika na terenie obwodu grajewskiego. Według tych danych załogę urzędu stanowiło 23 pracowników (w tym sześciu oficerów, podoficer i 16 szeregowych). Kierownikiem urzędu był chor. Henryk Dubaniewicz. Bezpośrednio przed wkroczeniem partyzantów z miasteczka wyjechała grupa operacyjna dowodzona przez st. sierż. Janusza Wojtulewskiego (zginął w starciu z oddziałem podziemia 26 czerwca 1945 r.). Jeden z ubowców twierdził, że w chwili ataku PUBP broniony był tylko przez siedmiu ubowców. Mówił też, że wyjazd grupy operacyjnej pod dowództwem Wojtulewskiego był wcześniej uzgodniony z partyzantami.
Przy ul. Ełckiej swoją siedzibę miała KP MO, według cytowanego wyżej meldunku liczyła ona 100 milicjantów (dwóch oficerów, 16 podoficerów i 82 szeregowych), ponadto w mieście była Milicja Miejska złożona z 19 ludzi (trzech podoficerów i 16 szeregowych) i Milicja Kolejowa w sile 39 szeregowych. Dodatkowo przy ul. Kopernika znajdowała się siedziba sowieckiej komendantury wojennej i placówka NKWD, było tam ok. 60 żołnierzy sowieckich.

Ppor. Stanisław Marchewka ps. "Ryba", dowódca samoobrony Rejonu "D" (krypt. Inspektoratu Łomża).

Pod względem wojskowym zgrupowanie zostało podzielone na trzy zasadnicze grupy uderzeniowe. Pierwsza z nich pod dowództwem ppor. „Ryby” miała być skierowana pod budynek PUBP, aby go zdobyć i uwolnić aresztowanych. W sumie liczyła ona 80 ludzi. Druga, dowodzona przez por. „Wawra”, miała udać się pod siedzibę KP MO, a jej liczebność wynosiła 50 żołnierzy. Trzecia grupa miała udać się pod sowiecką komendanturę wojenną, dowodził nią ppor. Antoni Kurowski „Olszyna”. Jej zadaniem było zablokowanie żołnierzy sowieckich, tak aby nie mogli udzielić pomocy atakowanym urzędom. Został również wydzielony specjalny pododdział, który miał zablokować i ubezpieczać wszystkie drogi wylotowe z miasta. Pododdział składał się z żołnierzy miejscowej kompanii grajewskiej. Dowodził nim Władysław Rzeniewicz „Dąb”, zastępca dowódcy tej kompanii. Ponadto uzgodniono, że w momencie rozpoczęcia akcji grupa żołnierzy pod dowództwem plut. „Wichra” miała przerwać wszelkie połączenia telefoniczne, a sam „Wicher” odciąć dopływ prądu.

Atak na Grajewo - część 2>
Strona główna>
Atak na Grajewo - część 2
Opanowanie miasta

Około godz. 22 od strony stacji kolejowej partyzanci wkroczyli do Grajewa, zgrupowanie podzieliło się według wcześniej przygotowanego planu i poszczególne grupy uderzeniowe skierowały się pod wyznaczone budynki. Grupa ppor. „Ryby” przemaszerowała pod PUBP za kościołem, od strony plebanii. Ponieważ siedziba ubowców znajdowała się w ciągu budynków, możliwości ataku i ucieczki ograniczały się do dwóch kierunków. Partyzanci zajęli pozycje od frontu budynku, po przeciwnej stronie ulicy. Major Tabortowski decydując, że tył budynku nie będzie obstawiony, dał funkcjonariuszom możliwość ucieczki.
„Bruzda” wraz z kilkoma ludźmi zajął pozycję na placu przed kościołem, tu mieścił się punkt dowodzenia na czas akcji, tu docierali łącznicy z poszczególnych stron miasta z aktualnymi meldunkami.

Obecny widok dawnej siedziby Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Grajewie, ul. Mikołaja Kopernika 17.

Po dojściu w pobliże budynku PUBP, bez strzału zlikwidowano wartownika, który nie zdążył nawet zareagować. Partyzanci zajęli dogodne pozycje do ataku. Około godz. 22:30 na sygnał „Bruzdy” w kierunku siedziby powiatowej „bezpieki” otworzono zmasowany ogień z posiadanej broni. Po kilkuminutowej nawale ogniowej, podczas której obrońcy nie mogli oddać żadnego strzału, wydzielona grupa szturmowa, licząca pięciu, sześciu ludzi, obrzuciła PUBP granatami, a następnie zaczęła się wdzierać do środka. W chwili, gdy atakujący przebiegali ulicę, a ich ogień na moment ucichł, ze strony broniących się funkcjonariuszy zaczęły padać strzały, ale nie trwało to długo. Sam szturm został przeprowadzony szybko, więcej czasu zajęło likwidowanie poszczególnych punktów oporu na kolejnych kondygnacjach. Przy zdobywaniu budynku brało udział ok. 30-40 partyzantów. Po godzinie PUBP został opanowany. W piwnicach znajdowały się cele, z których uwolniono więźniów.

Obecny widok cel dla więźniów w piwnicy PUBP w Grajewie.



Napisy wyryte przez więźniów na drzwiach celi w PUBP w Grajewie (stan obecny).

Wśród odbitych znajdowało się dwóch funkcjonariuszy PUBP przetrzymywanych tam za przewinienia dyscyplinarne. Jeden z nich - Henryk Zyskowski - został odnaleziony i zabity przez więźniów na dziedzińcu za to, że podczas przesłuchań wyróżniał się wyjątkową brutalnością. Drugi z nich został uprowadzony przez zgrupowanie i potem rozstrzelany. Zabrano wszystkie dokumenty, część z nich spalono. Zabrano parę koni i wóz, na który załadowano zdobyte rzeczy oraz ciało zabitego partyzanta. Podczas ataku na PUBP obsługiwał on rkm i został trafiony w trakcie wymiany ognia.

W momencie, kiedy rozpoczął się ostrzał budynku „bezpieki”, dowodzący grupą rozlokowaną w pobliżu KP MO por. „Wawer” wydał rozkaz ostrzału siedziby milicji, a następnie obrzucenia jej granatami. Początkowo milicjanci próbowali się bronić, jednak opór nie trwał długo i zaczęli wychodzić z podniesionymi rękami. Partyzanci wdarli się do środka, uwolnili aresztowanych i zdemolowali pomieszczenia. Strat w ludziach nie było po żadnej ze stron, ranny został milicjant Franciszek Łapiński, drugi - Gostomski - został pobity przez partyzantów już po zdobyciu gmachu.

Gdy rozpoczęły się walki wokół siedzib PUBP i KP MO, oddział ppor. Antoniego Kurowskiego „Olszyny” był rozlokowany wokół sowieckiej komendantury wojennej. Dowódca partyzantów miał rozkaz nieatakowania Sowietów, jednak w chwili, gdy rozległy się pierwsze strzały w mieście, żołnierze sowieccy próbowali wydostać się z budynku, a wtedy zostali ostrzelani. W wyniku walki zostali zabici: lejtnant Lebiediew (dowódca grupy operacyjnej) i jeden z bojców. Po tym „ostrzeżeniu” już do końca akcji nie podejmowali kolejnych prób.
W zajętym miasteczku zdemolowano siedzibę Starostwa Powiatowego i Urzędu Skarbowego, z tego ostatniego zabrano ok. 270 tys. zł. Oprócz tego zdobyto: radioodbiornik, maszynę do pisania, cztery pary koni, trzy wozy, bryczkę i dokumenty z rozbitych urzędów.

Szybkie wyroki

Gdy zaczęło świtać, dowodzący zgrupowaniem mjr Tabortowski wystrzelił rakietę. Był to sygnał dla żołnierzy, aby zbierali się w wyznaczonym miejscu i przygotowywali do odwrotu. Około godz. 4 w szyku uporządkowanym zgrupowanie wyruszyło z Grajewa. Prowadzono uwolnionych więźniów, zatrzymanych funkcjonariuszy UB i sześciu milicjantów. Z aresztu bezpieki i milicji uwolniono od 90 do 120 aresztowanych. Zgrupowanie po opuszczeniu Grajewa skierowało się na południe i przez miejscowości Elżbiecin, Kacprowo i Lipnik dotarło do wyznaczonego miejsca postoju w lesie, między wsiami Okół i Modzele. Było ono oddalone od Grajewa o 10 km. Tam biwakowano przez cały dzień 9 maja. Postój ubezpieczały trzyosobowe patrole na skrajach lasu. W trakcie odpoczynku zniszczono część zabranych dokumentów, rozpoczął prace sąd polowy pod przewodnictwem mjr. Tabortowskiego. Miał on na celu „wyłowienie” z szeregów uwolnionych więźniów dawnych agentów gestapo i „pomocników” nowej władzy. Zygmunt Mazurek „Kuba” posiadał przy sobie wyroki WSS z czasów okupacji niemieckiej, skazujące ich na śmierć za współpracę z okupantem. Po zakończonym dochodzeniu i odnalezieniu poszukiwanych, odczytano im wyroki, po czym wszyscy zostali rozstrzelani. Najprawdopodobniej wykonano pięć lub sześć wyroków. Przesłuchiwano też schwytanych milicjantów, a po przysiędze, że więcej nie będą pracowali w aparacie bezpieczeństwa, wieczorem zwolniono.

Wycinek mapy Grajewa i okolic (WIG 1929 r.) z zaznaczoną czerwoną linią trasą odwrotu po akcji. Czerwonym okręgiem oznaczono las między wsiami Okół i Modzele, gdzie zgrupowanie partyzanckie mjr. "Bruzdy" biwakowało przez cały dzień 9 maja 1945 r., po wycofaniu się z Grajewa. [kliknij w miniaturkę mapy].

Podczas biwakowania oddziału, w pobliżu wsi Łojki, odległej od miejsca postoju o 2,5-3 km zlikwidowano sowiecki bunkier łączności. Około 15-18 partyzantów dowodzonych przez ppor. „Rybę” otoczyło i ostrzelało bunkier. Jego obsługa odpowiedziała ogniem. Według relacji jednego z uczestników akcji, „Ryba” podczołgał się pod bunkier i otworem kominowym wrzucił granaty. Kilku ludzi z obsługi miało zginąć, a kilku wzięto do niewoli. Doprowadzono ich do miejsca postoju zgrupowania, gdzie zostali osądzeni i skazani przez sąd polowy na karę śmierci. Rozstrzelano wówczas: oficera, sierżanta, czterech szeregowców i telefonistkę.

Ponadto w trakcie pobytu partyzantów w lesie wjechał tam samochód. Kiedy został zatrzymany, okazało się, że przyjechał nim komendant sowieckiej komendantury wojennej w Szczuczynie. Był to oficer w stopniu lejtnanta. Jak należy przypuszczać, jechał on do rozbitego przez „Rybę” punktu łączności w Łojkach. Sowiet został przesłuchany przez dowódcę operacji, a następnie rozstrzelany. Po południu 9 maja 1945 r. mjr Tabortowski wydał rozkaz rozwiązania zgrupowania, a żołnierze otrzymali polecenie powrotu do domu, poszczególne pododdziały rozeszły się na macierzyste tereny.

Ppor. Stanisław Marchewka ps. "Ryba" (zdjęcie z 1950 r.)

Operacja przeprowadzona w Grajewie nie była jedyną tego dnia. Również z 8 na 9 maja w Dąbrowie Tarnowskiej około 40-osobowy oddział Tadeusza Musiała „Zarysa” rozbił miejscowe więzienie i uwolnił ok. 80 więźniów. Z kolei 9 maja 1945 r. w odległym o 100 km Białymstoku grupa więźniów opanowała część budynku więzienia i wydostała się z niego. Dzięki tej akcji wolność odzyskało ponad 100 więźniów, członków AK-AKO, NOW i NSZ. Analizując akcje polskiego podziemia niepodległościowego w okresie powojennym, można stwierdzić, że rozbijanie aresztów i więzień oraz uwalnianie tam więzionych było specjalnością oddziałów partyzanckich.

Dr Sławomir Poleszak, IPN O/Lublin

Powyższy tekst, autorstwa dr Sławomira Poleszaka - historyka, kierownika Referatu Badań Naukowych Biura Edukacji Publicznej IPN Oddział w Lublinie, ukazał się w Niezależnej Gazecie Polskiej Nr 7(17)/2007.
Bardzo dziękuję autorowi za wyrażenie zgody na publikację artykułu.

Zdjęcia byłego PUBP w Grajewie pochodzą ze strony: IPN. ŚLADAMI ZBRODNI.

Anglojęzyczna wersja testu znajduje się na stronie www.doomedsoldiers.com: V-E Day in Grajewo>

Atak na Grajewo - część 1>
Strona główna>
piątek, 01 czerwca 2007
Braterska zdrada - część 1
"Braterska zdrada" - rozbicie oddziału ppor. Tadeusza Orłowskiego "Or-Ota"

13 czerwca 1946 r. grupa operacyjna Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Grajewie osaczyła w leśniczówce Sojczyn Borowy kilkunastoosobowy oddział partyzancki dowodzony przez ppor. Tadeusza Orłowskiego „Or-Ota", byłego żołnierza II Korpusu. Najbardziej zatrważające było to, że do rozbicia oddziału przyczynił się brat dowódcy, który później podjął pracę w UB.

Kim byt Tadeusz Orłowski „Or-Ot"?

Tadeusz Orłowski urodził się 17 lipca 1917 r. w Woźnej Wsi nad Jeziorem Rajgrodzkim w powiecie Grajewo. Pochodził z rodziny chłopskiej. Przed wojną ukończył cztery klasy gimnazjum zawodowego i wyuczył się zawodu masarza. Po walkach w wojnie obronnej 1939 r. przedostał się na Zachód. Tam służył między innymi w II Korpusie gen. Władysława Andersa. Walczył pod Monte Cassino. Został odznaczony Krzyżem Walecznych i dosłużył się stopnia podporucznika. Po demobilizacji w 1945 r. powrócił do Polski, a w październiku tego roku podjął służbę w Komendzie Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Ełku jako oficer śledczy. Szybko zorientował się jednak, że formacja ta nie spełniała zadań porządkowych, lecz była wykorzystywana do zwalczania podziemia niepodległościowego i wprowadzania porządków komunistycznych. Po kilku tygodniach zdezerterował i zaczął się ukrywać w doskonale sobie znanych stronach rodzinnych - w okolicach Rajgrodu - korzystając z pomocy znajomych gospodarzy. W grudnia 1945 r. rozpoczął organizowanie oddziału zbrojnego. Jako konspirator przyjął pseudonim „Or-Ot". W kwietniu 1946 r. oddział liczył już pięć osób.

Grupa miała „siatkę" współpracowników i informatorów, która - według danych dowódcy - obejmowała około stu osób. Grupie udzielały one kwater i zaopatrywały ją w żywność, ale także informowały i ostrzegały o ruchach resortu bezpieczeństwa. „Or-Ot" chciał ze swoim oddziałem pełnić funkcje porządkowe w okolicy. Wszelkie przewinienia członków oddziału oraz ludności cywilnej miały być karane najwyższym wymiarem kary. Tak samo miało być traktowane donoszenie na oddział do UB.
Na tydzień przed rozbiciem grupy, 7 czerwca 1946 r., „Or-Ot" zarządził mobilizację mężczyzn ze wsi Stoczek i Woźna Wieś. Tym samym oddział zwiększył swoją liczebność do trzynastu partyzantów.

Formy walki

Oddział przeprowadzał akcje zbrojne w okresie kwiecień - czerwiec 1946 r. W tym czasie partyzanci dokonali kilkunastu akcji, w tym: jednej akcji likwidacyjnej (14 kwietnia 1946 r. rozstrzelali leśniczego Józefa Klepackiego ze wsi Woźna Wieś; przy zabitym pozostawiono wyrok, z którego wynikało, że został zabity za „sumienne pełnienie obowiązków służbowych", co zagrażało bezpieczeństwu oddziału), rozbrojenia posterunku MO we wsi Dręstwo, uprowadzenia współpracownika UB; resztę stanowiły akcje ekspropriacyjne, mające na celu zdobycie zaopatrzenia. Partyzanci prowadzili również szeptaną propagandę antykomunistyczną, a po zdobyciu maszyny do pisania rozpoczęli również kolportaż ulotek.

Rozpracowanie i likwidacja

PUBP w Grajewie zdobył pierwszą wiarygodną informację na temat oddziału dopiero w maju 1946 r., kiedy podczas obławy aresztowano Stanisława Jankowskiego ze wsi Budy. Wcześniej wszystkie akcje tej grupy zapisywane były na konto miejscowych oddziałów Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. W trakcie brutalnego śledztwa, jakiemu go poddano, przyznał on, że w kwietniu 1946 r. był członkiem oddziału, podał również jego częściowy skład osobowy. Cztery dni później, 7 maja 1946 r., do siedziby PUBP w Grajewie zgłosiła się siostra aresztowanego Helena Jankowska, która chciała zobaczyć się z bratem i przekazać mu paczkę żywnościową. Funkcjonariusze UB wykorzystali tę okoliczność. Poddano ją przesłuchaniu, w trakcie którego potwierdziła przynależność brata do oddziału, a sama przyznała się, że jest kochanką „Or-Ota". Według szybko ustalonego planu przeprowadzono zakończony powodzeniem werbunek i nadano jej kryptonim „Lilia". Miała za zadanie skontaktować się z oddziałem, ustalić jego skład osobowy, uzbrojenie, plany dalszej działalności oraz wykaz współpracujących z nim osób. Próba zakończyła się niepowodzeniem. Tydzień później, 14 maja 1946 r., na posterunek MO w Bełdzie zgłosili się jej rodzice, którzy oświadczyli, że w nocy uprowadzili ją nieznani uzbrojeni osobnicy. Znaleźli też kartkę o treści: „Sąd doraźny konfidentów UB. Podaje się do wiadomości ogólnej, że w dniu 16 maja 1946 r. o godzinie 12.00 została rozstrzelana konfidentka UB pod ps. Lilia. [P]odpisano: Dowódca »Or-Ot«".
Później ubowcy ustalili, że świeżo zwerbowana natychmiast o wszystkim poinformowała „Or-Ota". Dowódca, nie chcąc zrywać z nią łączności, postanowił upozorować jej uprowadzenie. Po wstąpieniu do oddziału Jankowska obrała sobie ps. „Dziulia". Aby zmylić aparat bezpieczeństwa, „Or-Ot" nakazał jej rodzicom zgłoszenie „porwania" na posterunku MO. We wsi rozklejono też ulotki o wykonaniu na niej wyroku śmierci.
Po tym niepowodzeniu pracownicy UB w Grajewie, mimo usilnych starań, nie potrafili początkowo zdobyć żadnych szczegółowych informacji dotyczących oddziału. Nie pomogło im nawet aresztowanie w charakterze zakładników jego rodziców i siostry. Kolejne działania operacyjne skierowano wobec brata „Or-Ota". Postanowiono go zwerbować do współpracy, a następnie wprowadzić do oddziału.

Mieczysław Orłowski w czasie okupacji niemieckiej był aresztowany za uchylanie się od pracy „szarwarkowej". Po ucieczce od 1943 r. był członkiem AK. W ramach akcji „Burza" był żołnierzem odtwarzanego przez Obwód Grajewo AK 9. Pułku Strzelców Konnych (spieszonego). Po rozbiciu pułku przez Niemców 8 września 1944 r. w bitwie na Osowych Grzędach, mimo ran, przedarł się przez linię frontu i dotarł do oddziałów sowieckich. Wcielono go do organizowanego przez komunistów Wojska Polskiego. Po zakończeniu działań wojennych pełnił służbę w 54. Sudeckim Pułku Artylerii Lekkiej stacjonującym w Ełku. Tam dotarli do niego pracownicy UB. 1 czerwca 1946 r. przewieziono go z Ełku do siedziby PUBP w Grajewie. Na miejscu poddano go zapewne „zabiegom" mającym go przekonać do współpracy „[...] wyjaśniono mu, że skutkiem działalności »Or-Ota« było między innymi aresztowanie jego rodziców i najbliższej rodziny. Przekonywano go, że wcześniej czy później oddział zostanie rozbity, a im wcześniej to się stanie, to zaoszczędzi to dalszych strat i cierpień niewinnej ludności, jak też los ojca, matki i najbliższej rodziny. [...] do działalności oddziału odniósł się negatywnie. Mocno ubolewał i przeżywał fakt aresztowania starszych wiekiem osób i pod warunkiem ich zwolnienia wyraził zgodę na współpracę z Organami BP, zobowiązując się do doprowadzenia do aresztowania oraz likwidacji całej grupy bandyckiej [...]".

Do współpracy w charakterze agenta o kryptonimie „Rak" zwerbował go zastępca szefa miejscowego UB chor. Wacław Szataniak. Miał on udać się w rejon operowania oddziału, nawiązać łączność, a następnie wejść w jego skład. Kolejnym etapem było ustalenie pełnego składu osobowego, uzbrojenia, najbliższych planów oraz danych pomocników. Pracownicy UB poinstruowali go, aby w trakcie rozmowy z bratem zasugerował konieczność nawiązania kontaktu z organizacją konspiracyjną, w której oddział znalazłby oparcie w dalszej działalności. Ponadto miał się starać, aby próbę nawiązania łączności powierzono właśnie jemu. W zamysłach ubowców miało mu to ułatwić możliwość spotykania się z pracownikiem UB i przekazywania zdobytych informacji. Przed rozpoczęciem operacji przygotowano agentowi tzw. legendę. Swoją „dezercję" z wojska miał tłumaczyć tym, że członek sztabu jego jednostki uprzedził go, iż za przynależność krewnego do oddziału, UB aresztował już całą jego rodzinę, a wkrótce ma aresztować również jego.
Jeszcze tego samego dnia w godzinach popołudniowych agent „Rak" przedostał się w rejon operowania oddziału, a kontakt z dowódcą nawiązał już 4 czerwca we wsi Woźna Wieś. Według informacji przekazanych później funkcjonariuszom UB, „Or-Ot" był bardzo zadowolony z przybycia brata, a agent, przedstawiając przygotowaną „legendę", zdobył sobie zaufanie jego i pozostałych partyzantów. Od dowódcy otrzymał pistolet maszynowy PPSz i obrał sobie pseudonim „Or-Miecz", a co więcej, już dzień później miał zostać zastępcą dowódcy oddziału.

Operacja rozwijała się bardziej obiecująco, niż planowali sami ubowcy. Agent dokładnie rozpoznał stan osobowy, uzbrojenie, historię dotychczasowej działalności oraz plany na przyszłość. Według pozyskanych przez niego informacji, „Or-Ot" zabiegał o zdobycie większej ilości broni, co wskazywało na to, że planował rozbudowę oddziału.
Zgodnie z założeniami operacji, po pewnym czasie agent przystąpił do realizacji jej drugiej części. W rozmowach z dowódcą zaczął sugerować konieczność nawiązania kontaktu z działającą na terenach gmin Grabowo i Lachowo organizacją podziemną, w której mógłby zdobyć oparcie. Zaproponował też, aby wykonanie tego zadania powierzono jemu. „Or-Ot" zgodził się na tę propozycję, Przygotował trzy dokumenty adresowane do komendanta organizacji podziemnej. W pierwszym, zatytułowanym „Życiorys »Or-Ota«", pisał:
„Od grudnia 1945 r. zaczął[em] działać na terenie Grajewa. Działanie zacząłem od jednej PPSzy. Po nie jakimś czasie zdobyłem 1 kb. Gdy miałem tą broń zdobyłem nią większą ilość i z każdym dniem pododdział wzrasta. W obecnej chwili liczy już szwadron bojowy. Do obecnej chwili nigdzie nie zgłaszałem się do wyższych władz AK bo nie wiedziałem czy będę w stanie poprowadzić pododdział. Więc gdy poznałem ludzi swoich zarówno ludność miejscową i oparłem się na faktach pewnych, że jestem w stanie utrzymać pododdział, który mógłby walczyć o wolną i niepodległą Polskę. Ja jak zarówno moi współpracownicy są zapatrywań PSL. Proszę by pododdział był przyjęty pod rozkazy wyższego dowództwa AK".
W drugim dokumencie deklarował dalszą działalność zbrojną oraz możliwość organizowania kolejnych pododdziałów bojowych. W ostatnim dokumencie przedstawił listę przeprowadzonych przez swój oddział akcji bojowych. Prosił również, by zaraz po nawiązaniu kontaktu komendant wydelegował do jego oddziału kilku podoficerów, aby przeprowadzili przeszkolenie nowych żołnierzy. Na wykonanie tego zadania agent „Rak" otrzymał od dowódcy pięć dni.

Oddział por. Tadeusza Orłowskiego "Or-Ota". Leżą zabici por. Tadeusz Orłowski "Or-Ot", Helena Jankowska "Dziulia" (w środku) i Czesław Kisielewski "Niewiadomski" zastępca d-cy oddziału. Z tyłu stoją ujęci partyzanci. Zdjęcie z 13 VI 1946 r., prawdopodobnie przed budynkiem PUBP w Grajewie.

"Braterska zdrada" - część 2>

Braterska zdrada - część 2
Wyruszył 5 czerwca. Natychmiast po opuszczeniu oddziału udał się do siedziby PUBP w Grajewie i przekazał tam dokumenty przygotowane przez „Or-Ota". Otrzymawszy powyższe materiały, grajewska bezpieka postanowiła rozpocząć grę operacyjną z dowódcą oddziału. O operacji mieli wiedzieć tylko sowiecki major NKWD (tzw. doradca), szef urzędu, jego zastępca oraz sekretarka przepisująca doniesienie. W założeniach operacji przyjęto, że „Rak" zostanie zaopatrzony w dokument potwierdzający nawiązanie kontaktu z „nielegalną organizacją" i ponownie skierowany do oddziału, aby go sprowadzić w miejsce rzekomego spotkania z „grupą nielegalnej organizacji". Miejsce to miało być dogodne do urządzenia zasadzki, w której wszyscy zostaliby ujęci, a przy niesprzyjających okolicznościach - zlikwidowani.

Zgodnie z umową agent powrócił do oddziału po pięciu dniach, 10 czerwca 1946 r. Zaopatrzony był w przygotowany przez funkcjonariuszy PUBP pisemny rozkaz od „Komendanta Obwodu NSZ Grajewo". Według ustaleń podjętych z ubowcami, po przekazaniu tegoż rozkazu w trakcie rozmowy z „Or-Otem" oświadczył mu, że komendant organizacji, z którym nawiązał łączność, żądał ścisłego przestrzegania zawartych w piśmie ustaleń. Po dotarciu w pobliże wyznaczonego w rozkazie miejsca spotkania agent miał zasugerować dowódcy krótki postój w celu rozpoznania trasy przemarszu, aby uniknąć ewentualnych spotkań z wojskiem lub UB, które w związku ze zbliżającym się tzw. referendum ludowym aktywnie penetrowały teren powiatu. Krótki postój „Rak" miał wykorzystać do przekazania informacji pracownikowi UB.

Dzień później - 11 czerwca - zastępca szefa grajewskiej bezpieki chor. Wacław Szataniak przygotował plan operacji. Zgodnie z nim spotkanie wyznaczono na 15 czerwca o godzinie 4.00 we wsi Wólka Brzozowa w gminie Ruda, w zabudowaniach Józefa Organka. Położone były one na uboczu i z trzech stron otoczone lasem. 14 czerwca w godzinach popołudniowych do gospodarstwa tego w grupach trzy-, czteroosobowych w przebraniu partyzantów mieli docierać funkcjonariusze UB. Z domu miano nikogo nie wypuszczać. Wewnątrz planowano pozostawić pięciu, sześciu ubowców, a dwudziestu żołnierzy na zewnątrz miało stanowić ubezpieczenie. Z tej dwudziestki chciano poza tym sformować pięcioosobową grupę rezerwową i umieścić ją w sąsiednim pokoju. Całością miał dowodzić sam Szataniak, który miał mieć dystynkcje majora i podawać się za Józefa Karwowskiego „Bystrego", komendanta Powiatu NSZ Grajewo. W rzeczywistości „Bystry" przestał pełnić tę funkcję w listopadzie 1945 r., ale „Or-Ot" nie mógł o tym wiedzieć.

Po dotarciu oddziału „Or-Ota" dalszy scenariusz miał być następujący: „Or-Ot" wraz z łącznikiem (miał nim być agent „Rak"), po pozostawieniu broni na zewnątrz, mieli wejść do mieszkania na rozmowy z „delegacją NSZ". Następnie planowano obezwładnić „Or-Ota", tak aby nie wezwał pomocy; natomiast jego łącznik miał wyjść i doprowadzić resztę oddziału, nakazać pozostawienie broni i zaprosić ich do mieszkania. Wtedy ubowcy obstawiliby wszystkie okna i aresztowaliby ich.
Niestety, dla UB powyższy plan stał się nieaktualny, kiedy nocą z 12 na 13 czerwca 1946 r. agent „Rak" ponownie dotarł do siedziby UB w Grajewie i przekazał informacje, że „Or-Ot" po otrzymaniu rozkazu od „komendanta NSZ" i wysłuchaniu ustnej relacji agenta zarządził koncentrację oddziału i nie mogąc się doczekać wyznaczonego terminu spotkania, wyruszył na wyznaczone miejsce. Nocą 12 czerwca oddział dotarł do wsi Sojczyn Borowy w gminie Bełda i zajął kwatery u gajowego Antoniego Leguny. Wtedy dowódca wysłał swojego brata-agenta aby sprawdził stan liczebny jednostki WP stacjonującej w pobliskiej Rudzie. Umówili się, że jeśli agent nie powróci do piątej rano, oddział zmieni miejsce postoju. Oddział liczył wtedy 13 ludzi, w tym jednego rannego. Miejsce jego postoju ochraniały dwa partyzanckie posterunki. Agent poinformował UB o hasłach używanych przez posterunki.

Wobec zmienionej sytuacji w PUBP w Grajewie podjęto decyzję o rozpoczęciu akcji likwidacyjnej. Zorganizowano grupę operacyjną w sile siedmiu referentów PUBP, 12 funkcjonariuszy Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Grajewie oraz 70 oficerów i żołnierzy z 54. Sudeckiego Pułku Artylerii Lekkiej z Ełku. Znając podane przez agenta hasła, planowano obezwładnić wartowników, a następnie, korzystając z zaskoczenia, rozbroić i ująć żywcem pozostałych partyzantów.
O godzinie 3.00 w nocy 13 czerwca 1946 r. grupa operacyjna kilkoma samochodami dojechała do wsi Ruda. W czasie krótkiego postoju dotarło tu dwóch członków oddziału „Or-Ota": Narcyz Krzyżewski „Łoś" i Wincenty Czajko „Skiba", którzy zbiegli z posterunków wartowniczych. Udzielili oni dodatkowych informacji o lokalizacji oddziału i ubezpieczeniu. O godzinie 4.30, okrążając gajówkę, partyzanci spostrzegli czających się żołnierzy. Doszło do walki, w trakcie której polegli: Tadeusz Orłowski „Or-Ot". Czesław Kisielewski „Niewiadomski" i Helena Jankowska „Dziulia". Ujęci zostali: Józef Jaworski „Faszyna", Józef Koniecko „Lis" (obaj ranni), Narcyz Jakuć „Cybulski", Marian Kisielewski „Smolak", Eugeniusz Mierzykowski „Nietupski", Stanisław Maśliński "Wróbel", Wincenty Żelachowski „Fryc" i Jan Rutkowski „Ryba". Między znalezionymi rzeczami było 238 sztuk deklaracji PSL in blanco, w tym 12 wypełnionych na członków oddziału. Zdobyto całe uzbrojenie oddziału.
Jeszcze tego samego dnia na podstawie informacji uzyskanych od zatrzymanych aresztowano trzech najbliższych współpracowników oddziału, a następnego dnia Tadeusza Muczyńskiego „Orłowskiego", rannego partyzanta, który leczył się na kwaterze. Z dwunastu aresztowanych dwóch skazano na karę śmierci, dwóch na 15 lat więzienia, dwóch uniewinniono, trzem uchylono areszt, a trzech nie objęto aktem oskarżenia.

Podsumowanie

Podporucznik Tadeusz Orłowski, wracając do Polski po sześciu latach walki, chciał rozpocząć normalne życie. Liczył na to, że szeregi organizowanej Milicji Obywatelskiej będą dobrym miejscem do kontynuowania służby. Szybko przekonał się, że metody pracy w MO mu nie odpowiadają. Porzucił służbę i postanowił walczyć z porządkami wprowadzanymi przez komunistów.
Liczył na to, że uda mu się podporządkować wraz z oddziałem Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość" lub Narodowemu Zjednoczeniu Wojskowemu. Posiadane przez członków oddziału legitymacje Polskiego Stronnictwa Ludowego świadczyły, że raczej bliżej mu było do idei WiN. Rozpoczynając działalność, „Or-Ot" wcześniej czy później musiał się zderzyć z brutalnością komunistycznego aparatu represji. Ponieważ był nieuchwytny dla komunistów, ci zastosowali wobec niego najprostsze metody: aresztowano jego starych rodziców i siostrę, dając do zrozumienia, że jeśli zakończy swoją działalność, zwróci wolność swoim najbliższym. Kiedy ten zabieg nie przyniósł rezultatu, ubowcy postanowili wykorzystać przeciwko niemu jego brata. Bracia nie widzieli się przez cały okres wojny, być może spotkali się na krótko na którejś z przepustek Mieczysława. Ten ostatni postawiony przed alternatywą: wydanie brata w ręce UB w zamian za wolność dla swoich najbliższych, wybrał zdradę. Być może łudził się, że brat Tadeusz zostanie „tylko" aresztowany.

W rozgrywce z „Or-Otem" ubowcy z Grajewa zastosowali sprawdzoną metodę z wprowadzeniem w szeregi grupy agenta, którego zadaniem było jej rozpracowanie i „wystawienie na strzał" UB. Rozszyfrowanie agenta było tym trudniejsze, że był to brat dowódcy oddziału, który miał do niego bezgraniczne zaufanie. Tę sytuację wykorzystali pracownicy PUBP w Grajewie, co więcej, zarówno w tym okresie, jak i w późniejszych latach, komunistyczny aparat represji stosował podobne metody, a za cenę uniknięcia kary lub zachowania życia zdrajcami stawali się towarzysze walki, najbliżsi członkowie rodzin i przyjaciele...

Epilog

Po doprowadzeniu do zagłady oddziału swojego brata Mieczysław Orłowski powrócił do służby w macierzystej jednostce wojskowej. W nagrodę awansowano go do stopnia starszego sierżanta. W 1947 r. został zdemobilizowany. Od 1948 r. rozpoczął służbę w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Olsztynie. Do 1950 r. pracował między innymi w PUBP w Braniewie. W 1950 r. skierowano go do Szkoły Oficerskiej Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, z której zrezygnował z powodów zdrowotnych. Zwolniono go również z UB.

Dr Sławomir Poleszak, IPN O/Lublin

Powyższy tekst, autorstwa dr Sławomira Poleszaka - historyka, kierownika Referatu Badań Naukowych Biura Edukacji Publicznej IPN Oddział w Lublinie, ukazał się w Niezależnej Gazecie Polskiej Nr 2(12)/2007 i powstał na podstawie artykułu „Działalność i likwidacja oddziału ppor. Tadeusza Orłowskiego »Or-Ota« (grudzień 1945 - czerwiec 1946)", opublikowanego w „Zeszytach Historycznych WiN-u", 2003, nr 19-20.
Bardzo dziękuję autorowi za wyrażenie zgody na publikację artykułu.

"Braterska zdrada" - część 1>
Strona główna>
 
1 , 2