Zapomniani Bohaterowie

WSPARCIE STRONY
Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie na facebook
FUNDACJA ''PAMIĘTAMY''
MUZEUM ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH w Ostrołęce
WIL3 SZLAK
THE DOOMED SOLDIERS
Freedom And Independence
NATIONAL ARMED FORCES
Instytut Pamięci Narodowej
Zeszyty Historyczne WiN-u
GLAUKOPIS - Pismo Społeczno-Historyczne
Historia miejscowości Gminy Urszulin
ENDECJA.pl
Brygada Świętokrzyska NSZ

Leopold Okulicki
GRH Ogniowcy
Pamięci Żołnierzy Wyklętych
KAMPANIA WRZEŚNIOWA 1939


www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
ALBUM POLSKI - Nasze Małe Ojczyzny
Witryna poświęcona twórczości i życiu Józefa Mackiewicza (1902 - 1985)
Łysiakmania
WOLNI i SOLIDARNI
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem
13grudnia.org.pl
Żarowska Izba Historyczna
Strony Patriotyczne
SURGE POLONIA
Prawy Prosty. Niezależny Magazyn Informacyjny
Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
Ogrody Wspomnień
wtorek, 27 grudnia 2016
Konferencja popularnonaukowa - Leon Taraszkiewicz "Jastrząb"
Konferencja popularnonaukowa - Leon Taraszkiewicz "Jastrząb", legenda polskiego podziemia niepodległościowego.



W imieniu organizatorów, z okazji zbliżającej się 70. rocznicy śmierci Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia", zapraszam na konferencję popularnonaukową pt. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb", legenda polskiego podziemia niepodległościowego, która odbędzie się 3 stycznia 2017 r. o godz. 16.00 w Miejskiej Bibliotece Publicznej we Włodawie.
 
Wystąpienia

Z tej okazji warto przypomnieć trzy z wielu [kalendarium działań bojowych oddziału "Jastrzębia", część: 1>, 2>, 3>], najbardziej spektakularne akcje, jakie wykonał oddział pod dowództwem por. "Jastrzębia" w 1946 r., a mianowicie zajęcie Parczewa, atak na Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie i bitwę pod Świerszczowem. Wprawdzie była jeszcze bezprecedensowa akcja uprowadzenia rodziny B. Bieruta, ale o tym można przeczytać tutaj:
Więcej o walce por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i jego brata ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" czytaj:
Strona główna>
Prawa autorskie>
wtorek, 14 czerwca 2016
Wyklęci - Niepokonani Lubelszczyzny: "Żelazny"
Wyklęci - Niepokonani Lubelszczyzny w TVP3 Lublin: Edward Taraszkiewicz "Żelazny"


Ppor. Edward Taraszkiewicz "Żelazny", "Grot" - ur. 22 stycznia 1921 r. w Duisburgu. W 1925 r. rodzina Taraszkiewiczów powróciła z Niemiec do Polski osiedlając się we Włodawie.  W latach 1940-45 przebywał na przymusowych robotach w Niemczech. W okresie 1945-47 działał w strukturach Obwodu Włodawa Inspektoratu Chełm AK-DSZ-WiN. Od lipca 1945 r. był adiutantem zastępcy komendanta włodawskiego obwodu DSZ-WiN por. Klemensa Panasiuka "Orlisa" a następnie zastępcą dowódcy w oddziale partyzanckim Obwodu WiN Włodawa pod dowództwem brata – Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia". Po śmierci brata w akcji w Siemieniu 3 stycznia 1947 r., przejął funkcję komendanta oddziału. Nie skorzystał z amnestii i wiosną 1947 r. ponownie utworzył lotny oddział złożony z kilku żołnierzy. Prowadził akcje bojowo-dywersyjne i likwidacyjne, między innymi z oddziałem kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, sierż. Józefa Struga „Ordona” oraz Stanisława Kuchciewicza „Wiktora”. Wiosną 1948 r. rozpoczął budowę siatki terenowej, która działała do 1951 r. 25 października 1949 r. podczas akcji na pociąg w Stulnie zdobyto 1,5 mln. zł. oraz teczkę z tajnymi dokumentami UB zawierającymi wykazy agentów i informatorów z Podlasia. Był jednym z najbardziej poszukiwanych żołnierzy podziemia na Lubelszczyźnie. Rozpracowywało go 76 pracowników operacyjnych, oficerów śledczych i 372 informatorów. Zginął 6 października 1951 r. w Zbereżu pow. Włodawa w walce z grupą operacyjną UB i KBW. W 2009 r. pośmiertnie odznaczony  Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski – Polonia Restituta.

Ppor. Edward Taraszkiewicz "Grot", "Żelazny", "Tomasz". Zima 1946/1947.

Więcej o walce ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" i jego brata Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" czytaj w kategorii Im poświęconej:
Czytaj również:
Strona główna>
Prawa autorskie>
wtorek, 07 czerwca 2016
Wyklęci - Niepokonani Lubelszczyzny: "Jastrząb"
Wyklęci - Niepokonani Lubelszczyzny w TVP3 Lublin: Leon Taraszkiewicz "Jastrząb"



Leon Taraszkiewicz "Jastrząb" - dowódca oddziału partyzanckiego WiN na Polesiu Lubelskim. Reportaż zrealizowano we Włodawie i Siemieniu, gdzie w 1946 roku zginął i gdzie znajduje się jego grób. We Włodawie wokół pomnika żołnierzy WiN gromadzi się młodzież harcerska, grupa miłośników historii na koniach i kombatanci. Mówią oni o ofierze jaką ponieśli partyzanci. O brawurowych akcjach oddziału Jastrzębia np. ataku na UB we Włodawie, opowiada Grzegorz Makus - historyk, autor strony: "Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie".

Ppor. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb", "Zawieja" (1925-1947)

Goście w studio: Mariusz Zańko, włodawski radny - organizator imprez sportowych poświęconych pamięci Żołnierzy Wyklętych i młodzież włodawska, która w zabezpieczaniu tych imprez uczestniczy. Rozmowa koncentruje się wokół inicjatywy przeniesienia ciała Leona Taraszkiewicza do Włodawy - jego rodzinnego miasta oraz historii imprez sportowych poświęconych braciom Taraszkiewiczom.

Przy tej okazji chciałbym przypomnieć trzy z wielu [kalendarium działań bojowych, część: 1>, 2>, 3>], najbardziej spektakularne akcje, jakie wykonał oddział pod dowództwem ppor. "Jastrzębia" w 1946 r., a mianowicie zajęcie Parczewa, atak na Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie i bitwę pod Świerszczowem. Wprawdzie była jeszcze bezprecedensowa akcja uprowadzenia rodziny B. Bieruta, ale o tym można przeczytać tutaj:
Więcej o walce ppor. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i jego brata ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" czytaj:
Strona główna>
Prawa autorskie>
poniedziałek, 23 maja 2016
"Jastrząb" powróci do Włodawy!
Ppor. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb" powróci do Włodawy...
 


Ostatni sylwester "Jastrzębia"

Nocą z 31 grudnia 1946 r. na 1 stycznia 1947 r. oddział Obwodu WiN Włodawa pod dowództwem ppor. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” wspólnie z połączonymi oddziałami radzyńskiego Obwodu WiN, wziął udział w jednej z największych akcji polskiego antykomunistycznego podziemia, kiedy to ok. 350-osobowe zgrupowanie partyzanckie przeprowadziło atak na komunistyczne organy represji w Radzyniu Podlaskim.


Ppor. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb", "Zawieja" (1925-1947)

Kontakty pomiędzy Obwodami WiN Włodawa i Radzyń Podlaski zapoczątkowano na początku grudnia 1946 r. Przez komendanta placówki Miłków [gm. Siemień pow. radzyński], Józefa Stanisławskiego „Trutnia”, ppor. „Jastrząb” nawiązał kontakt z komendantem rejonu w Obwodzie WiN Radzyń Podlaski, por. Jerzym Skolincem „Krukiem”, dzięki któremu w połowie grudnia 1946 r. doszło do spotkania z komendantem radzyńskiego Obwodu WiN  kpt. Leonem Sołtysiakiem ps. James. Tak opisał je na kartach swojego pamiętnika brat i zastępca dowódcy Edward Taraszkiewicz „Żelazny”:
„[...] Na spotkaniu tym przedstawił „Dżems” [„James”] swój projekt zaatakowania UB w Radzyniu i uwolnienia więźniów politycznych. Według jego słów, akcja ta miała się odbyć w noc sylwestrową. „Jastrząb” nie odmawia prośby udzielenia pomocy, obiecując przyjechać na umówiony punkt autem. Otrzymaliśmy hasło w największej tajemnicy, brzmiące pasująco do wym[ienionej] akcji, a mianowicie „Północ-Pożar”[...]”.

Kpt. Leon Sołtysiak "James", "Znachor", Komendant Obwodu WiN Radzyń Podlaski.

Zgodnie z ustaleniami, choć spóźniony z powodu problemów z samochodami, oddział „Jastrzębia” przybył na miejsce koncentracji wieczorem 31 grudnia 1946 r. Dalszy rozwój wypadków znany jest z pamiętników „Żelaznego”:
„[...] Na lotnisku w pobliżu Radzynia, na punkcie koncentracyjnym czekało już ok. 300-350 ludzi z całego Obwodu. Była to prawie cała „armia” jak to określił „Jastrząb”.  „Dżems” [„James”] czekał też już na nas. Brakowało jeszcze dwóch dużych grup konspiracyjnych z dalszych okolic pow. radzyńskiego, mających przyjechać autami, które zawiodły w podobieństwie naszych [...]”.
Po przybyciu oddziału „Jastrzębia” odbyła się ostatnia odprawa. Dowodzący wszystkimi grupami kpt. „James” przedstawił na niej plan opanowania miasta, według którego w pierwszej kolejności postanowiono zaatakować i rozbroić PUBP i KPMO oraz ok. 50-osobowy oddział KBW. Przedstawiony plan wzbudził jednak kontrowersje, a zastrzeżenia co do jego niektórych punktów  przedstawił „Jastrząb”, który zaproponował, by podstępem rozbroić wartowników i wydobyć od nich hasło, co pozwoli niepostrzeżenie i bez walki opanować budynek PUBP. Niestety, plan „Jastrzębia” został odrzucony, co - jak się później okazało - było błędem.

Styczeń 1946 r. Część oddziału ppor. „Jastrzębia”. Dowódca siedzi przy rkm-ach.

Ostatecznie uzgodniono, iż oddział „Jastrzębia” będzie atakował główny, najtrudniejszy cel – budynek PUBP, grupy Jerzego Skolińca „Kruka” i Jana Grudzińskiego „Płomienia” budynek szkoły obsadzony przez KBW, a bojówka Antoniego Grochowskiego „Kuli” miała zająć pocztę i zniszczyć centralę telefoniczną. Plutony pod dowództwem por. Wacława Stelmaszuka „Marnego” z rejonu VIII oraz por. Piotra Waszczuka „Roli” z rejonu II, stanowiły ubezpieczenie od strony Łukowa, Radzynia, Międzyrzeca i Parczewa. Atak miał nastąpić o północy, jednak do akcji ruszono z dwugodzinnym opóźnieniem, bez dwóch grup, którym nie udało się dotrzeć. Ok. godz. 4.00 żołnierz stojący na warcie przy Urzędzie Pocztowym zauważył wchodzących partyzantów z rejonu VI. Natychmiast powiadomił o tym kwaterującą w szkole załogę punktu kontrolnego KBW. Dowódca tego punktu por. Pudłowski ogłosił alarm. Doszło do wymiany strzałów. Nie udało się również zdobyć budynku PUBP. Podłożona pod murem budynku UB mina wyrwała zbyt mały otwór. Następny, 9-kilowy ładunek nie wybuchł, gdyż miał przemokniętą spłonkę. Ostrzał budynku także nie przyniósł spodziewanego efektu. Drobny sukces odniosły grupy atakujące budynek szkoły, w którym bronili się żołnierze KBW, bez strzału zaś opanowano jedynie budynek poczty.

Dawna siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Radzyniu Podlaskim przy ul. Warszawskiej 5 i 5a.

O świcie dowodzący akcją kpt. Sołtysiak zarządził odwrót zgrupowania. Kolejno, w kierunku swoich rejonów, wycofywały się poszczególne grupy. Oddział „Jastrzębia” odszedł z placu boju w kierunku Marynina jako jeden z ostatnich. W ogólnym rozrachunku akcja okazała się nieudana, nie zdobyto strategicznych punktów, jednak pokazała komunistom, że nadal nie mogą się czuć bezpiecznie nawet w dużych miastach powiatowych.

Podczas odskoku z Radzynia 1 stycznia 1947 r. „Jastrząb” zorganizował pod Okalewem [gm. Milanów] zasadzkę na 40-osobową pościgową grupę operacyjną UB-KBW, w trakcie której zniszczone zostały strzałami z rusznicy dwa samochody, zginęło 4 żołnierzy KBW, referent UB z Radzynia Podlaskiego Jan Smoraczewski, do niewoli wzięto 7 żołnierzy. Spośród partyzantów zginął Stefan Kucharuk „Ryś II” i Kazimierz Kłosiński „Biały”, ranny zaś został Stanisław Łuć „Żandarm”. „Jastrząb” kazał uwolnić szeregowców, zaś plut. Władysława Klimsa zlikwidowano, a powodem była - jak zapisał „Żelazny” -  „pełna pierś medali za walkę z bandami”.

Po akcji w Okalewie,  nocą z 1 na 2 stycznia 1947 r., oddział wycofał się do kolonii Sarnów [gm. Stanin, pow. łukowski], gdzie doszło do kolejnego spotkania z oficerami radzyńskiego Obwodu WiN: zastępcą por. Skolinca - Januszem Traczem „Kłosem” oraz Józefem Stanisławskim „Trutniem”. Podczas narady podjęto decyzję o rozbrojeniu, liczącego 29 żołnierzy, oddziału „ludowego” WP stacjonującego w nieodległym Siemieniu [pow. radzyński]. Późnym wieczorem 2 stycznia 1947 r. partyzanci ruszyli do akcji, która okazać się miała jedną z najtragiczniejszych w historii oddziału.

Zdecydowano, by jedną grupą podejść do budynku szkoły, w którym kwaterowali żołnierze i wezwać ich do złożenia broni. Na wypadek oporu zastosowano manewr okrążenia, który miała wykonać grupa pod komendą „Żelaznego”. Początkowo wszystko przebiegało zgodnie z planem. Pierwsza grupa pod osobistym dowództwem „Jastrzębia”, udając oddział wojska, zaczęła zbliżać się do szkoły. Tuż przed budynkiem partyzanci zostali wezwani przez wartownika do zatrzymana się i podania hasła. W trakcie krótkiej wymiany zdań, niespodziewanie padły strzały. Po krótkiej wymianie ognia i szturmie, budynek szkoły został zdobyty przez partyzantów. Żołnierzy rozbrojono i rozstrzelano kilku z nich: komendanta grupy - sierż. Stefana Rabendę, kaprala Magdziaka za odznaczenia „za walkę z bandami”, strzelca Hamala, gdyż telefonował po pomoc do UB oraz strzelca Uruska, gdyż powiadomił dowódcę o zbliżaniu się partyzantów. Następnie wyprowadzono żołnierzy na zewnątrz, zdjęto z nich mundury i kazano położyć się na ziemi, po czym „Żelazny” wygłosił przemówienie, w którym nawoływał ich do przyłączenia się do partyzantki. Atakujący, oprócz mundurów, zdobyli 3 rkm, 21 PPSz i 4 kb. Akcja rozpoczęła się o godz. 1.00 i trwała 45 minut. Jedynym poszkodowanym wśród partyzantów był dowódca oddziału ppor. Leon Taraszkiewicz „Jastrząb”. Został on ciężko ranny w brzuch, w wyniku czego po kilku godzinach, podczas transportowania go przez Janusza Tracza „Kłosa” na placówkę terenową, zmarł 3 stycznia 1947 r.


Por. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb" (1925-1947). Zdjęcie ze stycznia 1946 r.

Do dzisiaj nie są jasne okoliczności ranienia „Jastrzębia”. Według jednej z wersji, został on postrzelony przez domniemanego agenta UB o ps. "Bolek-Łapka" [N.N.], ulokowanego w oddziale. Śledztwo przeprowadzone przez ppor. „Żelaznego” miało rzekomo potwierdzić te podejrzenia i niedługo później agent został zlikwidowany przez patrol podległy kpt. Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi”, pod komendą Stanisława Kuchciewicza „Wiktora”.

Wersja ta budzi jednak spore wątpliwości, chociażby w świetle raportu Naczelnika Wydziału I Departamentu III MBP mjr. Łanina z dnia 10 stycznia 1947 r., w którym pisał:
„[...] kiedy banda podeszła pod budynek [...], „Jastrząb” rozkazał wszystkim bandytom rozsypać się w tyralierę i lec na ziemi, a sam podszedł do wartownika na odległość paru metrów. Na krzyk wartownika »stój, kto idzie« „Jastrząb” odpowiedział »Wojsko Polskie«. Wartownik zapytał wtedy o hasło, na co „Jastrząb” nie odpowiedział nic i począł się zbliżać do wartownika. Wtedy wartownik otworzył ogień z PPsz i trafił 4-ma kulami w brzuch „Jastrzębia”, z których dwie przeszły na wylot, a dwie pozostały w ciele [...]”.
Podobnie zapamiętał to zdarzenie, biorący udział w tej akcji Jan Jarmuł „Wąż”, który tak relacjonował okoliczności ranienia swojego dowódcy:
„[…] Zawsze Leon pierwszy, w każdej akcji... nie to, że ludzi posyłał - on pierwszy szedł. Wartownik stał przy szkole na warcie i on [„Jastrząb”] krzyczy do wartownika »ręce do góry« - to słyszeliśmy. Wartownik do strzału się mierzy... i równocześnie jeden drugiego trzasnął. Ten wartownik Leona tu [po brzuchu] przejechał, a Leon jego na śmierć położył... wymiana strzałów była. Ja to tak widziałem”.
Ppor. Leon Taraszkiewicz „Jastrząb” spoczął na cmentarzu w Siemieniu. Dzięki temu, że jego koledzy pochowali go potajemnie, jako jeden z nielicznych dowódców antykomunistycznego podziemia spoczywa we własnym grobie, choć do 1990 r. na prostym brzozowym krzyżu mógł widnieć jedynie tajemniczy napis „Leon”. Dopiero po 44 latach, 30 czerwca 1991 r., mogły odbyć się oficjalne uroczystości pogrzebowe i poświęcenie jego mogiły, w której spoczywa do dziś. Być może niedługo jego szczątki powrócą do rodzinnej Włodawy...

Grób por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" na cmentarzu w Siemieniu.


Grzegorz Makus
historyk, twórca strony
"Żołnierze Wyklęci – Zapomniani Bohaterowie"

Strona główna>
Prawa autorskie>
piątek, 14 października 2011
Obchody 60. rocznicy śmierci ppor. "Żelaznego"
Obchody 60. rocznicy śmierci ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" - Włodawa, 23 października 2011 r.



STAROSTA POWIATU WŁODAWSKIEGO
WIESŁAW HOLACZUK
zaprasza
na uroczyste obchody 60. rocznicy śmierci
ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego"
które odbędą się we Włodawie
23 października 2011 roku

PROGRAM:
PRELEKCJE:
  • Grzegorz Makus (PTH O/Włodawa), Geneza i przebieg ataku oddziału por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” na PUBP we Włodawie 22 X 1946 roku;
  • Artur Piekarz (IPN O/Lublin), Ostatnia walka ppor. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”  6 X 1951 r. w świetle dokumentów UB i KBW;




Plan dojazdu do Muzeum we Włodawie [kliknij w mapę]

Strona główna>
wtorek, 01 lutego 2011
Atak "Jastrzębia" na Parczew w 1946 r. - część 1/2
Zajęcie Parczewa przez oddział por.  Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia", 5 lutego 1946 r. Obsesje "pogromców antysemityzmu" kontra prawda historyczna.

Wiele brawurowych akcji przeprowadzonych przez oddział partyzancki włodawskiego Obwodu WiN por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia", walczący z komunistycznym zniewoleniem w pierwszych latach powojennych, miało charakter samoobrony i chroniło społeczeństwo ziemi włodawskiej przed bezprawiem nowej władzy. Jednym z przykładów takich działań było rozbicie 22 października 1946 r. Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie i uwolnienie ok. 70 więźniów. Nie mniej spektakularne działania tego typu oddział przeprowadził kilka miesięcy wcześniej, kiedy to 5 lutego 1946 r. na kilka godzin opanował Parczew, zamieszkały wówczas w przeważającej części przez społeczność żydowską.

Propaganda komunistyczna zrobiła z tej akcji wręcz wzorcowy przykład na antysemityzm oddziałów niepodległościowego podziemia, a kłamstwo to do tego stopnia wrosło w świadomość społeczną, że do dzisiaj jeszcze powielane jest przez znaczną część społeczeństwa. Fakt ten przestaje aż tak bardzo dziwić, gdy przypomnimy, że wątpliwy zaszczyt - w kontekście tej akcji - spotkał braci Taraszkiewiczów również ze strony byłego aparatczyka PZPR (później SLD, a obecnie SDPL) Marka Borowskiego, który w marcu 2001 roku z trybuny sejmowej* bez skrępowania rzucał stare oszczerstwa, które miały być kontrargumentem w dyskusji o uznaniu żołnierzy WiN bohaterami walczącymi o niepodległy byt Państwa Polskiego.

* Przeczytaj wystąpienie M. Borowskiego w Sejmie 14.03.2001 r. - [Stenogram z posiedzenia Sejmu - PDF] oraz artykuł K. Krajewskiego i T. Łabuszewskiego, w którym autorzy m.in. dają odpór jego argumentacji - ["Z orłem w koronie"].


Styczeń 1946 r. Część oddziału por. Leona Taraszkiewicza Jastrzębia". Dowódca siedzi przy RKM-ie; czwarty od lewej: Ryszard Jakubowski ps. "Kruk".

Niestety, tę z gruntu nieprawdziwą opinię nadal lansują w swoich publikacjach również niektórzy z autorów. Koronnym przykładem jest tutaj książka  Jana Tomasza Grossa Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści (Kraków 2008), w której autor, dopasowując fakty do z góry założonej tezy, korzystając jedynie z publikacji pod redakcją  Aliny Całej i Heleny Datner-Śpiewak Dzieje Żydów w Polsce 1944-1968. Teksty źródłowe (Warszawa 1997), wydanej przez Żydowski Instytut Historyczny, wyrwał z kontekstu kilka zdań pochodzących z kroniki oddziału pisanej przez Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego", opatrzył je odpowiednim komentarzem i w ten sposób stworzył wypaczony obraz parczewskich wydarzeń z 5 lutego 1946 r.

Jednak o ile jeszcze można próbować zrozumieć postępowanie autora Strachu..., który niejako programowo zajmuje się szkalowaniem Polski i Polaków, i który - jak stwierdził w jednym z wywiadów prof. Norman Finkelstein, autor głośnej książki "Przedsiębiorstwo holokaust" - w pewnym momencie zrozumiał - tak jak wiele innych osób - że podejmowanie tematu antysemityzmu jest intratnym zajęciem, o tyle dziwi brak rzetelności i dobór argumentów służących opisaniu celu podjęcia tej samej akcji, przedstawiony przez historyka, kierownika Działu Naukowego Państwowego Muzeum na Majdanku, Dariusza Libionkę w swoim koreferacie Polskie podziemie niepodległościowe a mniejszości narodowe, zamieszczonym w publikacji IPN Polskie podziemie niepodległościowe na tle konspiracji antykomunistycznych w Europie środkowo – wschodniej w latach 1944 – 1956 (Warszawa-Lublin 2008).

Tekst ten był odpowiedzią na referat Piotra Łapińskiego, w którym to autor zwrócił uwagę, że niektóre działania represyjne polskiego podziemia w stosunku do społeczności żydowskiej są wyraźnie przejaskrawione, jak np. atak oddziału "Jastrzębia" na Parczew, który wręcz przedstawiany jest jako "pogrom Żydów". Dariusz Libionka napisał, że nie wie na czym to przejaskrawienie miałoby polegać, jak też dziwi się zakwalifikowaniu tego incydentu do działań represyjnych. Przytacza też, podobnie jak  J.T. Gross, odpowiednio wyselekcjonowane fragmenty dwóch zdań z kroniki "Żelaznego" ([...] rozgromienie zamieszkałych tam Żydów [...], którzy złapali w swoje ręce całkowity handel nie dając życia innym drobnym kupcom i handlarzom polskim [...] Przy okazji tej można się było dobrze podreperować na żydowskich sklepach [...]), które mają udowodnić, że atak miał podłoże jedynie ideologiczne i praktyczne (zaopatrzeniowe). Co więcej, Pan Libionka nadinterpretuje owe fragmenty pisząc, że nie ma więc mowy o walce z agenturą, poplecznikami systemu czy jego przedstawicielami (choć przy okazji zastrzelono czterech uzbrojonych członków samoobrony żydowskiej, to nie o nich tu chodziło). Celem akcji w Parczewie było sterroryzowanie Żydów i  zagarnięcie ich mienia.[...].

Jakby tego było mało, w kolejnych zdaniach swojego koreferatu autor orzekł:

[...] Incydent ten zaważył fatalnie na obrazie podziemia niepodległościowego, lecz cel swój spełnił – ocaleni z Zagłady Żydzi wkrótce opuścili Parczew, a wielu z nich Polskę. Odniesienia do tego wydarzenia pojawiają się w każdym tekście dotyczącym Żydów w powojennej Polsce.

Jako że Pan Libionka jest sędzią we własnej sprawie, więc być może brakuje mu obiektywizmu by dostrzec, że to nie sam "incydent" zaważył fatalnie na obrazie podziemia, ale sposób jego przedstawiania, najpierw przez komunistów, a po 1989 r. przez – wydawałoby się – niezależnych historyków, którzy nie wiedzieć czemu powielają te stereotypy do dziś. Jednak nawet komuniści nie posunęli się do stawiania tak karkołomnej tezy, jaką w dalszej części cytowanego zdania postawił autor, który nawet gdyby wnikliwie zapoznał się z całością pamiętników "Żelaznego" (a nie z dwoma jego zdaniami), nie znalazł by tam jednego słowa, pozwalającego mu na tak kuriozalne stwierdzenie, że jakoby celem ataku partyzantów na Parczew było zmuszenie zamieszkujących tam Żydów do opuszczenia miasta. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że nie w każdym tekście dotyczącym Żydów w powojennej Polsce, obraz wydarzeń z lutego 1946 r. w Parczewie, jest odmalowany w podobny sposób.

W ostatnim akapicie Dariusz Libionka napisał coś, co może zakrawać na ponury żart:

[...] Rozbieżności w ocenach są normalne dla naukowej aktywności. Można zbliżać stanowiska i niwelować krańcowe nawet  interpretacje tych samych wydarzeń. Warunkiem koniecznym jest jednak nie tylko poważne traktowanie źródeł, ale i partnerów w dyskusji.

Nie jest moim zamiarem deprecjonowanie dorobku naukowego Pana Libionki, trudno bowiem przeceniać jego wkład w upamiętnianie martyrologii narodu żydowskiego podczas II wojny światowej, jednak doprawdy zaczyna brakować słów, gdy ktoś kto na podstawie dwóch zdań wyrwanych z kilkustronicowego źródłowego opisu zdarzenia oszkalował ludzi walczących i ginących za niepodległość Polski, domaga się "poważnego traktowania źródeł". Być może nadmiar obowiązków nie pozwala autorowi z należytą atencją pochylić się nad ogromną ilością materiału źródłowego do dziejów antykomunistycznego podziemia w Polsce, niemniej może w myśl własnego apelu warto byłoby bardziej zadbać o poważne traktowanie partnerów w dyskusji (bo coś kiepsko z tym: 1>, 2>[str. 98-109 PDF]), miast  obcesowo nawoływać do przestrzegania zasad, które samemu ma się w niewielkim poważaniu.

Wnioski zawarte w wyżej przytaczanych publikacjach przestają zbytnio dziwić, gdy przyjrzymy się sposobowi wykorzystania źródła, jakim są pamiętniki Edwarda Taraszkiewicza  "Żelaznego", przez Alinę Całą, na której opracowanie powołują się wspomniani wyżej autorzy. Na stronie Żydowskiego Instytutu Historycznego, w dziale "Edukacja", Pani Cała opublikowała artykuł pt. Kształtowanie się polskiej i żydowskiej wizji martyrologicznej po II wojnie światowej, gdzie w rozdziale Żydzi jako „winni” przywołała fragmenty pamiętnika "Żelaznego", które miały - według niej - uzasadniać tezę o antysemityzmie niepodległościowego podziemia. Z bardzo obszernego opisu akcji w Parczewie, sporządzonego przez tego dowódcę, autorka dobrała odpowiednio wyselekcjonowane zdania i zestawiła je w taki sposób, by mogły potwierdzić jej obsesje.
Szczególnie żenującym jawi się jednak zabieg, w którym by podeprzeć swój wywód, iż podziemie - jak napisała - w garstce ocalonych widziało zagrożenie, którym usprawiedliwiało wrogość oraz akty przemocy, zarówno te z pobudek politycznych, jak i na tle rabunkowym, Pani Cała usunęła z cytowanego zdania -  które w oryginale brzmi: rozgromienie zamieszkałych tam Żydów w ilości około 500 osób [podkr. autora] - fragment mówiący o tym, że nie o taką wcale "garstkę ocalonych" chodziło w Parczewie. Przytaczam poniżej fragment z pamiętnika "Żelaznego" już  po manipulacjach Pani Całej, by czytelnicy sami mogli porównać go z obszerniejszymi fragmentami zapisków tego dowódcy, które zamieszczam w dalszej części tekstu: 

"Jastrząb" [...] i ja proponowaliśmy "Orlisowi" uderzenie na miasto Parczew i rozgromienie zamieszkałych tam Żydów [...], którzy złapali w swoje ręce całkowity handel nie dając życia innym drobnym kupcom i handlarzom polskim [...] Przy okazji tej można się było dobrze podreperować na żydowskich sklepach, a przeważnie na obuwiu, które nam było bardzo potrzebne [...] Plan akcji był następujący: grupa "Dąbka" z około 10 ludźmi miała opanować most [...] Koło tego mostu stała zwykle warta złożona z żydowskich ormowców, którzy pilnowali kompleks[u] budynków zamieszkałych przez Żydów [...] "Dąbkowi" udało się pięknie podejść i bez strzału rozbroić wartę koło mostu, złożoną z dwóch Żydków z automatami i pistoletami. Jednym z nich był sierżant z UB nazywany popularnie "Bocian", a było to dość podłe Żydzisko w stosunku obejścia z Polakami [...] Młodzież parczewska, przeważnie uczniowie z gimnazjum miejscowego, brawurowo pomaga nam w szukaniu Żydów, ładowaniu samochodów itp.

Myślę również, że w tych okolicznościach nie warto rozwodzić się zbytnio nad takim "drobiazgiem", iż rękopisy pamiętników "Żelaznego", złożone w Archiwum Państwowym w Lublinie - a właśnie z nich korzystała  Alina Cała w swoich pracach - znajdują się w tym samym zespole akt co cytowany niżej fragment sprawozdania komendanta rejonu WiN Włodawa Jana Mazurka "Wrzosa", a dotyczący zatrzymania  przez oddział "Jastrzębia" Abrama Rozenberga. Czyż może jeszcze kogoś dziwić, że Pani Cała "nie odnalazła" tego dokumentu...

Warto więc może w tym miejscu przypomnieć kilka faktów, które być może "umknęły" wspomnianym autorom.  W drugiej połowie stycznia 1946 r. z-ca komendanta Obwodu WiN Włodawa por. Klemens Panasiuk ps. "Orlis" wydał rozkaz, by część oddziału, w sile 8-10 ludzi pod dowództwem "Jastrzębia", udała się w rejon podległy Czesławowi Kuszykowi ps. "Biały", czyli do gm. Uścimów i Ostrowa Lubelskiego, z zadaniem poskromienia działających tam silnych grup złodziejskich oraz nałożenia kontrybucji i wymierzenia kary chłosty niektórym mieszkańcom Ostrowa Lub., którzy wbrew ogłoszeniu władz konspiracyjnych bezprawnie wchodzili w posiadanie majątków ludności żydowskiej. Wprawdzie zadania tego nie udało się wykonać, ponieważ - jak napisał  w pamiętniku "Żelazny" - gdy wkroczyliśmy do Ostrowa, wszyscy podani na liście zwieli, najwidoczniej już to oni dobrze wiedzieli o naszym przyjeździe, jednak już sama próba ukarania winnych tego procederu jest jednym z wielu faktów, które przeczą utrwalanemu przez lata komunistycznemu kłamstwu o rzekomym antysemityzmie polskiego podziemia.

Innym przykładem obalającym wspomniane zarzuty niech będzie zdarzenie z 23 maja 1946 r., kiedy to  oddziały "Jastrzębia"  i Stefana Brzuszka "Boruty" z NSZ wjechały na stację kolejową w Stulnie [pow. Włodawa], gdzie zatrzymano pociąg relacji Włodawa – Chełm. Rozbrojono tam 25 żołnierzy WP, przejęto teczkę z bardzo ważnymi dokumentami UB, którą wiózł funkcjonariusz PUBP we Włodawie Jan Pieszakowski, którego jednak nie udało się odnaleźć w tłumie pasażerów. Partyzanci odjechali w kierunku wsi Kosyń zabierając ze sobą włodawskiego Żyda Abrama Rozenberga i kolejarza Władysława Przygalińskiego, członka Egzekutywy Komitetu Powiatowego PPR w Chełmie, a przed wojną członka KPP. Po przesłuchaniu, w okolicy wsi Kołacze Abram Rozenberg został puszczony wolno, a kolejarz rozstrzelany.
W sprawozdaniu dla Komendy Obwodu WiN Włodawa, komendant rejonu obejmującego miasto Włodawa Jan Mazurek "Wrzos", wyjaśniając powody likwidacji napisał:

[...] zabrany pod Stulnem kolejarz był ławnikiem sądu specjalnego w Chełmie z ramienia PPR i zawsze dawał głos za skazaniem.

W dalszej części tego samego sprawozdania "Wrzos" napisał, że:

[...] zabrany z pociągu pod Stulnem Żyd wrócił i opowiada [zapewne w odpowiedzi na pytania, czy nie obawiał się, że nie wróci] "co ja miał nie wrócić jak tam z Włodawy było trzech chłopaków, [i] to oni kazali sołtysowi coby mnie nakarmił i odwiózł z furmanką do miasta".
(APL, WiN, syg. 91, Sprawozdanie Komendy Obwodu Włodawa z 28 V 1946 r., k. 1)

By rozwiać wątpliwości i wskazać jak nieprawdziwe są wszystkie powyższe oskarżenia dotyczące akcji represyjnej w Parczewie, na początku należy przede wszystkim przedstawić czytelnikom obszerniejsze fragmenty kronik "Żelaznego", a także posłużyć się większą ilością źródeł, w tym relacjami świadków.

Wybór Parczewa na cel ataku nie był przypadkowy. Już od pierwszych miesięcy po tzw. "wyzwoleniu"  zwykli jego mieszkańcy byli terroryzowani przez przedstawicieli nowej władzy, której szeregi (Miejski Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, Milicja Obywatelska, administracja partyjno-państwowa) licznie zasiliła zwłaszcza ludność żydowska, częściowo ocalona z holocaustu (i obciążona traumatycznymi przeżyciami), a częściowo - już odpowiednio uformowana - przybyła z ZSRR wraz z Armią Czerwoną i NKWD. Polityczny monopol wkrótce przyczynił się do opanowania przez nich wszystkich istotnych sfer życia społeczno - gospodarczego w mieście i powzięcia przekonania o własnej bezkarności.

Widok fragmentu Parczewa w 1939 r. [fot. www.szukamypolski.com]

Jak pisze prof. Marek Jan Chodakiewicz w książce Po zagładzie. Stosunki polsko – żydowskie 1944-1947 (Warszawa 2008), nie ukazała się jak dotąd żadna praca na temat powojennych stosunków między komunistami a Żydami w Parczewie, jednak o faworyzowaniu społeczności żydowskiej przez "władzę ludową" mówi m.in. Raport sytuacyjny Komendy Okręgu AKO-WiN Białystok za październik 1945, w którym możemy przeczytać, że w B[iałym]stoku wszyscy Żydzi handlujący zostali zwolnieni z podatków magistrackich.

O tym, że zamieszkujący Parczew Polacy nie pałali specjalną sympatią do przedstawicieli miejscowej społeczności żydowskiej możemy dowiedzieć się m.in. z protokołu przesłuchania Szmula Kupersztejna (żydowski mieszkaniec Parczewa), sporządzonego 11 lutego 1946 r., tuż po ataku na miasto. Na pytanie funkcjonariusza UB, kogo podejrzewa z mieszkańców Parczewa, że wspólnie z partyzantami brał udział w akcji, odpowiadał on:

Specjalnie to podejrzewać nie podejrzewam nikogo, ale wiem o tym, że tak każdy jeden jest zły na nas [Żydów] i mógł brać udział w tym napadzie.

Niestety zeznający nie zechciał sprecyzować (a funkcjonariusz UB zapytać), za co "każdy jeden" z mieszkańców Parczewa miał być zły na Żydów, jednak sporo światła na kwestię stosunków polsko - żydowskich w powiecie włodawskim rzuca dokument  z 10 września 1945 r. zawierający Stanowisko Starostwa [Powiatowego] we Włodawie na rozporządzenie wojewody lubelskiego w kwestii powojennego antagonizmu polsko – żydowskiego, w którym Starosta Powiatowy w piśmie skierowanym do Wydziału Społeczno – Politycznego Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie informował:

W związku z powołanym wyżej zarządzeniem, które w odpisie otrzymałem przy piśmie z dnia 4 bm. SP.II/1266/45, donoszę, że aktów zorganizowanej akcji antysemickiej nie było dotąd na terenie powiatu. Spostrzega się jednak w społeczeństwie szeroką niechęć do żydów, a źródło takiego nastawienia wypływa stąd, że żydzi w pierwszych miesiącach niepodległości byli zbyt agresywni do pozostałej ludności, nie potrafią z nią współżyć, a już jeżeli chodzi o pozostających na stanowisku w Milicji, czy w Urzędzie Bezpieczeństwa, to stosunek ich do innej nacji był wręcz wrogi. Na terenie miasta [Włodawa] przed kilku miesiącami zginęło 2-ch aryjczyków z rąk milicjanta żyda, a fakty takie nie wytwarzają harmonijnego współżycia w duchu demokratycznym.
Pocieszającym jest objaw zmniejszenia na miejscowym terenie obywateli narodowości żydowskiej w kadrach Milicji Obywatelskiej i więcej pozytywny stosunek pozostałych do ogółu obywateli.
(APL, Urząd Wojewódzki Lubelski 1944-1950, Wydział Społeczno-Polityczny, sygn. 50, k. 29)

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie dziwi fakt, że do Komendy Obwodu WiN Włodawa wkrótce zaczęły docierać meldunki i skargi parczewian na zaistniałą sytuację, co w efekcie doprowadziło do podjęcia środków zaradczych. "Żelazny" tak opisywał powody podjęcia akcji represyjnej:

"Jastrząb" jak również "Ryś" [Zdzisław Kogut], "Tygrys" [Piotr Popielewicz]  i ja  proponowaliśmy "Orlisowi" [Klemens Panasiuk, z-ca Komendanta Obwodu WiN Włodawa] uderzenie na miasto Parczew i rozgromienie zamieszkałych tam Żydów w ilości około 500 osób, którzy złapali w swoje ręce całkowity handel nie dając życia innym drobnym kupcom i handlarzom polskim. Milicja i UB składało się tam z około 25 ludzi, których w nocy można było łatwo zaszachować przy pomocy 2-3 erkaemów. Przy okazji tej można się było dobrze podreperować na żydowskich sklepach, a przeważnie na obuwiu, które nam było bardzo potrzebne, gdyż staliśmy pod tym względem źle. [...] Parczew był miastem dość dużym, a Żydkowie też posiadali broń, i to prawie że każdy. [...].

Już przytoczenie tylko powyższego fragmentu wskazuje na to, że głównym celem partyzantów miało być przede wszystkim przywrócenie porządku i ukrócenie samowoli uzbrojonych żydowskich mieszkańców Parczewa i funkcjonariuszy aparatu przemocy, a cele zaopatrzeniowe miały być realizowane niejako "przy okazji". Potwierdzenie tego faktu znajdziemy również bez trudu w dalszej części zapisków z-cy dowódcy, gdzie zwraca uwagę opis przydzielonych poszczególnym grupom zadań oraz rozwój wydarzeń podczas działań w Parczewie:

Plan był następujący: grupa "Dąbka" [Piotr Kwiatkowski] z około 10 ludźmi miała opanować most na drodze od rynku w kierunku stacji. Koło tego mostu stała zwykle straż złożona z żydowskich ormowców, którzy pilnowali kompleksu budynków zamieszkanych przez Żydów. Następnie grupa "Dąbka" miała udać się z przewodnikiem na rynek w pobliżu post. MO, gdzie w tym czasie będzie już prawdopodobnie ze swą grupą sam "Jastrząb", który udał się inną drogą celem zaatakowania posterunku z dobranemi w tym celu chłopakami. Trzecia [druga] grupa złożona z 4 ludzi, w której był "Wacek" [Karol Mielniczuk], miała zadanie opanować pocztę wraz z centralą telefoniczną. Czwarta [trzecia] grupa złożona z trzech ludzi [...] miała zadanie wpaść do prywatnego mieszkania kom. UB z Parczewa. Czwartą grupą w sile 5-ciu ludzi kierowałem ja, miałem za zadanie ubezpieczać ze swoją "suką" [niemiecki ręczny karabin maszynowy, w tym przypadku - MG 13 lub MG 42 (oddział posiadał  oba modele)], jako najpewniejszą bronią, szosę z kierunku Włodawy, celem powstrzymania ewentualnej pomocy stamtąd, gdyż akcja była obliczona na parę godzin. […]


Luty 1946 r. Pierwszy od lewej: dowódca oddziału por. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb", pierwszy od prawej: Piotr Kwiatkowski "Dąbek".

Atak "Jastrzębia" na Parczew w 1946 r. - część 2/2>
Strona główna>

Atak "Jastrzębia" na Parczew w 1946 r. - część 2/2
Jak już wspomniano uderzenie nastąpiło we wtorkowy wieczór 5 lutego 1946 r. O godz. 17.30 ok. 50-osobowy oddział "Jastrzębia", wspierany przez kilku ludzi z placówki Dębowa Kłoda [pow. Włodawa], pod dowództwem Piotra Kwiatkowskiego "Dąbka" wkroczył do miasta. Tak opisywał rozwój wypadków "Żelazny":

[...] "Dąbkowi" udało się pięknie podejść i bez strzału rozbroić wartę koło mostu, złożoną z dwóch Żydków z automatami i pistoletami. Jednym z nich był sierżant z UB nazywany popularnie "Bocian", a było to dość podłe Żydzisko w stosunku do obejścia z Polakami. Idąc dalej w kierunku posterunku złapał i trzeciego Żydka z bronią. Nie robiąc strzałów, zgodnie z rozkazem posuwa się dalej i wkracza do budynku, gdzie spodziewał się zastać, zgodnie z planem, "Jastrzębia", który miał przybyć tam wcześniej. Przez winę przewodnika, który ze strachu jakoś zbłądził i przez to opóźnił przybycie "Jastrzębia" z grupą na posterunek, dwóch chłopaków od "Dąbka" wchodzi spokojnie do pierwszego pokoju na parterze, a tam w najlepsze zajadają sobie kolację milicjanci. Nasi zobaczywszy tylu milicjantów na raz, a nie spodziewanych tam swoich, dostają tremy, robią w tył zwrot i uciekają na dwór, a milicjanci zorientowawszy się, że coś tu nie pasuje, drugiemi drzwiami pobiegli na drugie piętro, gdzie mieścił się posterunek i chwycili za broń. W tym czasie przybywa "Jastrząb", próbuje opanować posterunek, lecz w korytarzu na drugim piętrze otrzymuje silny ogień z diegtiarowa [radziecki ręczny karabin maszynowy DP - Diegtiariow Piechotnyj],  z którego strzelał sierżant UB Adolf Konasiuk, rodem ze wsi Makoszka [zginął w zasadzce zorganizowanej przez "Żelaznego" 22 IV 1947 r. pod wsią Białka]. Bezpośrednie zdobycie posterunku staje się niemożliwe. Zniszczyć go można by, bo w tym celu chłopcy przynieśli skądś kanister benzyny, lecz "Jastrząb" żałuje cywilnych ludzi i aptekę znajdującą się w tym samym domu na parterze. Wobec tego zostawia paru chłopaków na obstawie celem powstrzymania ubeków w budynku, a sam udaje się do dalszej akcji.[...].


Piotr Kwiatkowski ps. "Dąbek".

Jak widać podział zadań i ich późniejsza realizacja wyraźnie wskazują, że celem ataku były przede wszystkim struktury komunistycznego aparatu represji. Potwierdza to również ponad wszelką wątpliwość relacja żołnierza oddziału "Jastrzębia", biorącego udział w tej akcji, Ryszarda Jakubowskiego "Kruka", który tak opisywał zasadnicze motywy podjęcia decyzji o  uderzeniu na Parczew:

Parczew był obsadzony przez milicję żydowską. Jarmarki odbywały się w każdy wtorek w Parczewie i kto chciał sobie coś kupić, jakieś produkty rolnicze, czy świnię, to do Parczewa jechał, bo nie było żadnego zaopatrzenia i chaos cały czas wszędzie panował. Ludzie zaczęli przychodzić i  mówić, że AK-owców lub sympatyków AK-owców łapią tam Żydzi, biorą na przesłuchania i leją. Żydzi ci wywodzili się z tego terenu, więc znali poszczególnych gospodarzy. "Jastrząb" zatrzymał któregoś z PPR-owców  z Pieszowoli [pow. Włodawa] i przez niego przekazał do resortu parczewskiego list: "nie czepiajcie się ludzi, nie maltretujcie gospodarzy, którzy przyjeżdżają zaopatrzyć się w Parczewie, bo jeżeli będziecie przetrzymywali, śledztwa prowadzili, bili, to rozliczymy się inaczej". Oni na odwrocie tego listu odpisali "Jastrzębiowi", że będą nadal aresztować ludzi, nawet teraz kilku mają, i jak jest taki mocny, to niech przyjdzie i sam sobie ich weźmie. W końcu doszło do tego, że parczewscy milicjanci i ubecy zamordowali jednego z członków placówki WiN z Wołoskowoli, i to spowodowało, że "Jastrząb" ruszył na Parczew.
(Relacja z dnia 21.06.2008 r., nagranie w zbiorach autora)


Styczeń 1946 r. Od lewej: z-ca dowódcy oddziału Edward Taraszkiewicz "Żelazny"  († 6 X 1951), Zdzisław Kogut "Ryś" († 24 XII 1946). Przed nimi stoi niemiecki rkm MG 42.

Gdyby autorzy zarzucający partyzantom działania nacechowane antysemityzmem, w momencie pisania swoich tekstów "poważnie traktowali źródła", zapoznaliby się zapewne ze wszystkimi trzema pamiętnikami "Żelaznego", których rękopisy złożone są w Archiwum Państwowym w Lublinie (w 2008 r. rękopisy te zostały opracowane naukowo i wydane przez IPN), a których dokładna lektura mogłaby ich skłonić – dum spiro, spero - do nieco innych wniosków.
Pierwszy z pamiętników, noszący tytuł "Wilkołak nr 635 AK i Bojówka Obwodowa. Pamiętnik ogólnych prac", doprowadzony jest do końca stycznia 1946 r. i wpadł w ręce UB 8 lutego 1946 r. W drugim pamiętniku, nazwanym "Krótka chronologia oddziału „Jastrzębia”", autor odtworzył wcześniejsze wydarzenia i kontynuował zapiski aż do przejęcia ich przez UB w maju 1949 r. To właśnie w nim "Żelazny" opisał bardzo dokładnie, na kilku stronach, okoliczności zajęcia Parczewa, i to właśnie z tej wersji korzystali wspomniani autorzy. Po 1949 r. Edward Taraszkiewicz, na ile mógł, odtworzył ponownie wcześniejsze zapiski w trzecim pamiętniku, tym razem nazwanym "Obwód Nr 324. Krótka chronologia akcji przeprowadzonych przez oddział „Jastrzębia” i dalej", a który wpadł w ręce komunistów po śmierci "Żelaznego", 6 października 1951 r.
W trzeciej wersji autor pozostawił jeszcze jeden, niedługi, ale na tyle sugestywny zapis dotyczący akcji w Parczewie, że po jego lekturze dalsze upieranie się przy wcześniej cytowanych zarzutach, zakrawać będzie raczej na  aberrację umysłową, niż na "krańcową nawet  interpretację tych samych wydarzeń".
W trzeciej wersji pamiętnika, pod pozycją nr 4, "Żelazny" zapisał:

W miesiącu lutym (2–3) [5] 1946 r. dokonano akcji zbrojnej na post[erunek] UB w Parczewie pow. włodawskiego. Sam post[erunek] nie został zdobyty z powodu tego, że mieścił się na drugim piętrze. Na skutek przedwczesnych strzałów jednej z grup uderzeniowych pod komendą kom[endanta] "Dąbka" ubeki pod komendą porucznika UB, niejakiego Konasiuka Adolfa zam. we wsi Makoszka gm. Dębowa Kłoda, pow. włodawski, zaczęli się bronić i nie dopuścili do zdobycia posterunku. Posterunek trzymano jednak w szachu przez kilka godzin, dopóki nie załadowano materiałów ze spółdzielni na samochody. W akcji tej w Parczewie zabito 5 [3] członków UB, którzy znajdowali się akurat na mieście. Byli to wyłącznie Żydzi z drużyny Żyda nazwiskiem Bocian, który był w stopniu st[arszego] sierżanta UB, który też zginął.[...].

Wiele równie ciekawych, wcześniej nieznanych szczegółów wydarzeń w Parczewie można odnaleźć w aktach sprawy lubelskiej Prokuratury Okręgowej, przechowywanych w Archiwum Państwowym w Lublinie Oddział w Radzyniu Podlaskim [zespół akt: Sąd Grodzki w Parczewie, sygn. 636]. Według informacji tam zawartych, partyzanci "Jastrzębia" najpierw zajęli budynek Urzędu Pocztowego oraz Spółdzielni Rolniczo - Handlowej "Rolnik" w Parczewie. Wg zeznań telefonistki pocztowej Janiny Nowickiej, napastnicy kazali jej połączyć się z posterunkiem MO, w którym swoją siedzibę miała również placówka Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Telefon odebrał funkcjonariusz UB Marian Jędra, który w słuchawce usłyszał głos najprawdopodobniej samego "Jastrzębia": Komendant dwutysięcznego oddziału partyzanckiego każe wam się zdać [poddać] bez boju, bo inaczej zginiecie jak psy. Tymczasem w budynku parczewskiej "bezpieki", poza Jędrą, znajdował się tylko jeden milicjant - plut. Wacław Rydzewski. Komendant Posterunku MO Jan Pawlina był co prawda na miejscu, lecz w momencie ataku zmuszony został do zajęcia się żoną, która po usłyszeniu pierwszych strzałów zaczęła mdleć. Komendant opuścił plac boju i schronił się wraz z żoną w prywatnym mieszkaniu, znajdującym się w tym samym budynku. W tym czasie rozgorzał bój o piętro, na którym ostrzeliwali się Jędra i Rydzewski. W czasie walki, na schodach zastrzelony został Rydzewski. Ubek ostrzeliwujący się na piętrze zdołał się obronić, partyzanci nie zdołali wedrzeć się na górę.

Przebieg epizodu jasno wskazuje na odwetowy charakter ataku, mający za zadanie skarcenie samowoli milicji, UB i tzw. ochrony miasta, w skład której wchodzili miejscowi Żydzi. Nic zatem dziwnego, że to właśnie oni, w momencie ataku przebywający pod bronią w Klubie Partyzanckim, padli jego ofiarą. Właśnie to miało później zrodzić pogłoski o "pogromie żydowskim". Jeśli był to pogrom, to tylko siepaczy komunistycznej mniejszości, która przy pomocy sił przymusu próbowała objąć totalną władzę nad obcym im ideologicznie społeczeństwem. W działaniach partyzantów widać natomiast wyraźne nastawienie na poszukiwanie funkcjonariuszy MO, UB i ludzi z nimi współpracujących. A tymi byli w Parczewie przeważnie Żydzi.

Wszystkich podejrzanych ludzie "Jastrzębia" zatrzymali i zgromadzili w sklepie Stanisława Pawłowskiego przy ulicy 11 Listopada 2. Znalazło się tam około 20 osób. Byli wśród nich, zatrzymani z bronią, Abram Zysman vel Bocian - komendant ochrony miasta oraz członkowie ochrony: Dawid Tempel vel Tępa i Mendel Turbiner. Partyzanci zatrzymali także milicjanta Władysława Michalskiego, który miał czapkę z orzełkiem. W sklepie wylegitymowali wszystkich. Michalski zdołał ukryć resortowe dokumenty, a zapytany o to czy jest z milicji, odpowiedział, że nie, a czapkę z orzełkiem ma dlatego, iż właśnie wrócił z wojska. Zysman, Tempel i Turbiner zostali rozpoznani jako funkcjonariusze komunistycznych organów terroru, wyprowadzeni na zewnątrz i rozstrzelani. O tym, że to głównie oni byli celem ataku świadczyć może scena zapamiętana przez Ewę Golecką - w sklepie Pawłowskiego jeden z WiN-owców miał poklepać Bociana po ramieniu i rzec: O, ty jesteś u nas notowany.
Dalsze działania w Parczewie tak opisywał "Żelazny":

[...] Ze spółdzielni "Społem" rekwiruje ["Jastrząb"] dwa samochody ciężarowe, na które ładuje towar ze sklepów żydowskich, a paru chłopakom poleca udać się do mieszkań ważniejszych asów żydowskich, aby ich pojąć. Grupa ta w jednym budynku otrzymuje ogień z pepeszy, lecz wdziera się mimo tego do budynku, ale Żydkowie rzucają broń i kryją się gdzieś bez śladu. Miejscowa ludność zorientowawszy się co się dzieje, nie bacząc na strzały wychodzi radośnie na ulice, by zobaczyć chłopaków "z lasu". Młodzież parczewska, przeważnie uczniowie z gimnazjum miejscowego, brawurowo pomaga nam w szukaniu Żydów, ładowaniu samochodów, itd. Po 4-5 godzinach, na umówione sygnały rakietowe zbierają się wszyscy. Nasza grupa oraz grupa "Dąbka" lokuje się na auta, "rezerwa" otrzymuje fury, któremi ma rozkaz jechać do swoich domów. Wyjeżdżamy w wesołym nastroju z Parczewa. Deszcz jednak nie ustaje, przez co drogi rozmarzają. Dojeżdżamy do wsi Uhnin, gdzie jeden z samochodów psuje się i nie chce jechać. Nie ma rady, bierzemy towar; z tego auta na pierwsze, a "Dąbek" otrzymuje rozkaz wziąć fury i furami jechać do Wołoskowoli [...].

Powyższe fragmenty wyraźnie pokazują, że parczewscy Żydzi byli uzbrojeni i stawiali opór, a rekwizycja dokonana w spółdzielni "Społem" i sklepach prokomunistycznie nastawionych mieszkańców nie była niczym wyjątkowym. Podobne akcje represyjne przeprowadzane były przez wszystkie oddziały partyzanckie wielokrotnie, zarówno w miejscowościach zamieszkałych przez skomunizowaną ludność tak polską, jak i ukraińską czy białoruską, więc absurdem jest mówienie w tym kontekście o antysemityzmie (podobnie jak nie mówi się o "antyukrainizmie", czy "antybiałorusizmie") tylko dlatego, że akurat Parczew był zamieszkały w sporej części przez społeczność żydowską. Trudno się również dziwić radości polskich mieszkańców Parczewa, dla których jedynie "chłopcy z lasu" stanowili ratunek przed rozpasaniem i bezkarnością terroryzujących ją komunistycznych funkcjonariuszy i ich popleczników, przeciwko którym przede wszystkim wymierzona była ta akcja.

Styczeń 1946 r. Żołnierze oddziału por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia". Od lewej stoją: Ignacy Zalewski "Lin", Zdzisław Kogut  "Ryś", Zygmunt Majewski "Lenin", Witold Zieliński, Ryszard Jakubowski "Kruk", Piotr Kwiatkowski "Dąbek", Tadeusz Wawszczuk "Groźny", Adam Mielniczuk "Fryc".

Teza mówiąca, że atak był pogromem Żydów parczewskich, została podana przez żydowskich członków ochrony miasta, którym udało się zbiec i ukryć: Zygmunta Goldmana, Edwarda Elbauma, Lejba Frajberga oraz wspomnianego wyżej Szmula Kupersztejna. Pomimo ich zaangażowania w komunistyczny internacjonalizm, w chwili zagrożenia jak z rękawa wyjęli przede wszystkim pobudki rasowe ataku. Wymienieni funkcjonariusze podczas zeznań składanych po zajściach twierdzili, że to ich polscy - użyjmy modnego ostatnio określenia - "sąsiedzi" wydawali ofiary partyzantom. Z tym, że "ofiary" poruszały się z automatami w rękach, a na wezwanie zatrzymania, zaczęły się ostrzeliwać.

Śledztwo nie potwierdziło oskarżeń wysuniętych wobec mieszkańców Parczewa: Henryka Dejneki, Ryszarda Naruska, Stanisława Pawłowskiego, Ireny Chwaluk i Jana Domańskiego, którzy jakoby mieli wskazywać partyzantom żydowskie mieszkania. Dochodzenie przeciwko mieszkańcom miasta pomagającym rzekomo w "pogromie" zostało umorzone. We wniosku o umorzeniu śledztwa prokurator napisał m.in.:

Podejrzenia [...] opierały się na zeznaniach świadków: Goldmana, Elbauma, Kupersztejna i Frajberga, którzy powtórnie nie mogli być przesłuchani, gdyż wyjechali w nieznanym kierunku. Wątpliwe jest, by w powstałym popłochu w czasie zajścia świadkowie ci mogli zaobserwować dokładnie wskazane przez nich osoby; zresztą osoby te mogły znaleźć się tam wówczas pod przymusem ze strony napastników. W każdym razie ustalone zostało, że [...] świadkowie ci się mylą lub zeznają nieprawdę.

W obliczu przedstawionych faktów teza o pogromie w Parczewie w lutym 1946 r. jest absolutnie nie do obrony. Nikt poza funkcjonariuszami komunistycznego aparatu represji nie zginął tego lutowego wieczoru w Parczewie. Partyzanci zdemolowali kilka mieszkań osób wysługujących się czerwonemu reżimowi, a także zarekwirowali potrzebne im rzeczy z paru sklepów i instytucji (na które zresztą wystawili pokwitowania) i zapakowawszy je na samochody, odjechali w stronę pobliskiej Sosnowicy.

Resort bezpieczeństwa natychmiast wysłał w pościg grupę operacyjną pod dowództwem oficera o nazwisku - nomen omen - Rozenker, z którą oddział "Jastrzębia" między 6 a 12 lutego 1946 r. starł się trzykrotnie - pod Marianką, Wielkim Łanem oraz Łowiszowem, zadając jej ciężkie straty.
Poznawszy już logikę wywodów "pogromców antysemityzmu" oraz ich dbałość o prawdę historyczną, nie bądźmy zatem zanadto zdziwieni, jeżeli niebawem potyczki te również wejdą do kanonu argumentów, mających zaświadczać o antysemityzmie polskiego podziemia niepodległościowego.

Atak "Jastrzębia" na Parczew w 1946 r. - część 1/2>
Strona główna>
niedziela, 26 września 2010
Polonia Restituta dla "Jastrzębia" i "Żelaznego"
Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski dla por. "Jastrzębia" i ppor. "Żelaznego"

Dopóki będę Prezydentem tego państwa, to będę ze swoich uprawnień do przywracania pamięci korzystał.

Prezydent RP Lech Kaczyński


25 września 2010 r. w Wytycznie [pow. Włodawa] w trakcie uroczystości związanych z obchodami 71 rocznicy bitwy stoczonej 1 października 1939 r. pod tą miejscowością przez oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza  z Armią Czerwoną doszło do wyjątkowej ceremonii.

Przedstawiciel Kancelarii Prezydenta RP wręczył oficjalnie, nadane postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego z dnia 20 sierpnia 2009 r. - pośmiertnie, Krzyże Wielkie Orderu Odrodzenia Polski, Polonia Restituta dwóm braciom, legendarnym dowódcom oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa por. Leonowi Taraszkiewiczowi ps. "Jastrząb" († 3 I 1947) i ppor. Edwardowi Taraszkiewiczowi ps. "Żelazny" († 6 X 1951).

[kliknij w zdjęcie aby powiększyć]

Styczeń 1946 r. Część oddziału por. „Jastrzębia”. Dowódca siedzi przy rkm-ach.

[kliknij w zdjęcie aby powiększyć]

Czerwiec 1947. Od lewej: Henryk Wybranowski "Tarzan" († 6 XI 1948), Edward Taraszkiewicz "Żelazny" († 6 X 1951), Mieczysław Małecki "Sokół" († 11 XI 1947), Stanisław Pakuła "Krzewina" (skazany na wieloletnie więzienie).

[kliknij w zdjęcie aby powiększyć]

Te, jedne z najwyższych polskich odznaczeń państwowych, nadane za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, odebrała w imieniu poległych dowódców ich siostra Pani Rozalia Taraszkiewicz - Otta.
Kilka słów podziękowania w imieniu rodziny, żołnierzy i współpracowników oddziału wygłosił adiutant i ostatni z żyjących podkomendnych ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego", mjr Stanisław Pakuła ps. "Krzewina".

Przedstawiciele Kancelarii Prezydenta RP z Krzyżami Wielkimi Orderu Odrodzenia Polski dla por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego", nadanymi im pośmiertnie postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego z dnia 20 sierpnia 2009 r.

Wytyczno, 25 IX 2010 r. Oficjalne wręczenie Krzyży Wielkich Orderu Odrodzenia Polski, Polonia Restituta na ręce siostry dowódców, Pani Rozalii Taraszkiewicz-Otta.

Rozalia Tarszkiewicz-Otta, siostra por. "Jastrzębia" i ppor. "Żelaznego".


Siostra "Jastrzębia" i "Żelaznego" Rozalia Taraszkiewicz-Otta i mjr Stanisław Pakuła ps. "Krzewina".


Mjr Stanisław Pakuła ps. "Krzewina", adiutant i ostatni z żyjących podkomendnych ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego".

GLORIA VICTIS !

Więcej o walce por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" czytaj tutaj:
Zainteresowanych epopeją oddziału "Braci Wyklętych" zapraszam również do pobrania i lektury publikacji "JASTRZĄB" i "ŻELAZNY" ostatni partyzanci Polesia Lubelskiego 1945 - 1951 [kliknij w okładkę]>


Strona główna>
czwartek, 30 lipca 2009
Śmierć por. Józefa Struga - część 1
Okoliczności śmierci por. Józefa Struga „Ordona” - Sęków, 30 lipca 1947 r.

Po akcji likwidacyjnej połączonych oddziałów partyzanckich Stanisława Kuchcewicza „Wiktora”, Józefa Struga „Ordona” i Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, wykonanej na ludziach podejrzanych o współpracę z komunistami w nocy z 2/3 lipca 1947 roku w Puchaczowie, stało się jasne, że priorytetem władz, a w szczególności urzędów bezpieczeństwa, stanie się znalezienie sprawców.

Por. cz.w. Józef Strug ps. "Ordon" (1919-1947).

Z polecenia ministra Stanisława Radkiewicza przeciwko patrolom „Uskoka” rzucono siły, liczącej 486 ludzi, Grupy Operacyjnej "Puchaczów", która powstała z połączenia grup operujących w pow. Lubartów i Włodawa, wydzielonych z 10. Samodzielnego Batalionu Operacyjnego WBW - Lublin. Działalność jednostek KBW nadzorował mjr Włodzimierz Kożan, natomiast funkcjonariuszy UBP – szef WUBP w Lublinie mjr Jan Tataj. Grupa Operacyjna powstała już w dn. 3 lipca 1947 r., a więc de facto uprzedzono formalny rozkaz Radkiewicza o jej powołaniu (z 6 VII 1947), a pierwsze akcje przeprowadziła w dniu następnym. Za większość akcji odpowiadał kpt. Józef Lipiński - d-ca 10 SBO (w czerwcu 1956 r. poznańska jednostka KBW dowodzona przez Lipińskiego pacyfikowała to miasto). Grupa stacjonowała w Puchaczowie, gdzie również znajdował się areszt. Według Karty przeprowadzonych operacji Grupy Operacyjnej "Puchaczów" w okresie od dnia 4 VII do 19 VIII 1947 r. przeprowadzono 53 operacje, w trakcie których zatrzymano 302 osoby, zabito zaś 7.

Brzemienne w skutkach mogło być doniesienie agenta o pseudonimie „Lis”, który 27 lipca 1947 r. przekazał informacje, że oddział Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” i Józefa Struga „Ordona” przebywa w zagajniku we wsi Lipniak gm. Wola Wereszczyńska. Operacja przeprowadzona przez GO w rejonie Woli Wereszczyńskiej i wsi Lipniak nie przyniosła jednak oczekiwanych rezultatów, gdyż jedna z grup przepuściła 4 partyzantów, którzy wyszli cało poza pierścień obławy.
Tragicznym dniem okazał się 29 lipca 1947 r. Niezwykle cenną informację przekazał informator „Sołtys”, który doniósł, że żołnierz oddziału „Ordona” – Ludwik Szmydke „Czarny Jurek” jest narzeczonym Wandy Łukaszewicz, córki nauczycielki ze wsi Pieszowola, którą często odwiedza. Wykorzystując ten fakt  postanowiono ująć „Jurka”, zakładając „kocioł” w dniu 29 lipca 1947 roku. Operacja skończyła się pełnym sukcesem. Aresztowanego „Czarnego Jurka” przewieziono do Puchaczowa, gdzie został poddany błyskawicznemu i niezwykle brutalnemu śledztwu. Funkcjonariuszom UB zależało przede wszystkim na wydobyciu bardzo cennej informacji – gdzie przebywają poszukiwani dowódcy „band” – „Wiktor”, „Żelazny” i „Ordon”.

Stoją od prawej: Józef Strug "Ordon", Ludwik Szmydke "Czarny Jurek", Jan Belcarz "Dżym". Kwiecień/maj 1947 r.

Już po pierwszych godzinach przesłuchania, z pomocą wyrafinowanych tortur, udało się ubekom zdobyć niezwykle cenne informacje.  W pierwszej kolejności celem przesłuchania było ustalenie składu grupy odpowiedzialnej za likwidację w Puchaczowie. W ciągu następnej fali brutalnego śledztwa „Czarny Jurek” wskazał Witolda Matuszaka jako członka oddziału „Ordona”, który także brał udział w pacyfikacji Puchaczowa. Podał też miejsce ukrycia rzeczy zarekwirowanych w Puchaczowie.
Najcenniejszą jednak informacją wydobytą od przesłuchiwanego Ludwika Szmydke „Czarnego Jurka” było wskazanie miejsca, w którym ukrywał się Józef Strug „Ordon” – tj. zagajnik w pobliżu wsi Sęków.  Informacja była o tyle aktualna, gdyż miejsce to „Czarny Jurek” opuścił rankiem poprzedniego dnia, wysłany z misją sprawdzenia co się dzieje z żoną „Ordona” – Salwiną. „Czarny Jurek” wykorzystując okazję chciał odwiedzić swoją narzeczoną. Wtedy właśnie wpadł w założony u niej kilka godzin wcześniej kocioł.
Zajście to zostało opisane w zbiorze wspomnień pracowników resortu bezpieczeństwa pt. „XX lat w służbie narodu”. Funkcjonariusz UB podpisany inicjałami M.S.  w sposób mocno fantastyczny i przygodowy przedstawił swoją wersję zdarzeń:
„[…] Pojechaliśmy do końca wsi. Przy studni ciągnęła wodę jakaś dziewczyna. Gdy zobaczyła nas wysiadających z samochodu, odstawiła wiadro i przyglądała się z wyraźnym zainteresowaniem.
Podeszliśmy do niej.
- Dzień dobry panience – rzekłem. […] - A może pani czeka na jakiegoś kawalera z miasta? – zagadnął Kurdesz.
- Z miasta? – ożywiła się. – Pewnie, miastowy lepszy… Było tu nawet trzech takich, przedwczoraj chyba, w mundurach. Wojskowe, tak jak i wy. I jeden chciał się ze mną żenić – zaśmiała się. – Ale dobrze, że się nie zgodziłam…
- A co nie podobał się pani? – spytałem.
- E, nie. Podobać to się podobał. Blondyn, taki nieduży, nogi ma trochę „szybiste”, ale chłop byle od diabła ładniejszy, to już ładny.
- Więc dlaczego się pani nie zgodziła?
- Właściwie to się zgodziłam, tylko ten drugi wojskowy zaraz powiedział, że teraz gorąco, to i tak się nie ożeni, a ten trzeci powiedział, że ma narzeczoną, córkę nauczycielki, a innym dziewczynom głowę zawraca. Więc się nie zgodziłam… [...].
- A gdzie mieszka ta nauczycielka z córką? – zapytałem.
- A bo ja wiem? Nie mówili. Tylko z rozmowy wywnioskowałam, że to wdowa, czy też chłop ją rzucił… Pewnie nic dobrego i jedna i druga.
- A jak się nazywa ten kawaler, nie wie pani?
- Mówili do niego i po nazwisku i po imieniu, ale nie zapamiętałam. Na imię miał Jurek, a nazwisko jakieś takie niemieckie.[…]
Postanowiliśmy jechać do Parczewa. W pobliżu Kołacza [Kołacze], w miejscowości Lijno [Lejno] zauważyłem niedaleko drogi murowany budynek. Pewnie szkoła. Zatrzymujemy się. Podchodzimy. Dwie kobiety pielą buraki. Jedna starsza, druga młoda.[...]
- Chciałem mówić z kierownikiem szkoły.
- To właśnie ja – powiedziała starsza. – Słucham?
Powiedziałem, że poszukujemy pokoju na jakiś czas na kwaterę i ten pretekst pozwolił nam na nawiązanie rozmowy. Po niedługim czasie już wiedziałem to, że nie mieszka ona z mężem.[...]
Dziękujemy, wychodzimy. Wracamy do Urszulina. Po drodze zastanawiamy się, w jaki sposób dobrać się do owego narzeczonego. Niejasne przeczucie oparte na kilku niekompletnych skojarzeniach podpowiada mi, że jesteśmy na właściwym tropie.[…] Kończyłem pić drugie jajko, gdy od strony Włodawy usłyszałem warkot samochodu. Wyszedłem na drogę. Zatrzymałem wóz. Był to samochód spółdzielni komunikacyjnej z Lublina. Gdy otworzyłem drzwi, pierwszym człowiekiem, który zwrócił moją uwagę był niski blondyn, o krzywych trochę (tak: szybistych!) nogach… Rysopis niby się zgadzał, a;e przecież nie jeden blondyn w powiecie.
- Pańska godność? – spytałem na wszelki wypadek.
- Szmitke.[Szmydke]
- Szmitke? – powtórzyłem zaskoczony, bo i nazwisko było zgodne z opisem podanym przez dziewczynę, rzeczywiście jakby niemieckie. – Miejsce zamieszkania? – indagowałem dalej.
- Lijno [Lejno] – odpowiadał nadal bardzo spokojnie.
To mnie jeszcze bardziej utwierdziło w przekonaniu, że to ten… Zrewidowałem go i mimo, że nic nie znalazłem, poleciłem mu wysiąść z samochodu. Był zdziwiony, ale nie zaniepokojony.
Odprowadziłem go do żołnierzy, którym nakazałem postawić bagnety i pilnować zatrzymanego.
- Jeśli ucieknie, to marny wasz los – zagroziłem im na wszelki wypadek.
Sprawdziliśmy z Kurdeszem dokumenty pozostałych pasażerów i zwolniliśmy samochód.
Szmitke zaczął się denerwować. Wprost nachalnie przedstawiał nam swoich znajomych z Urszulina, sekretarz gminy i wójta, którzy na pewno poświadczą o jego uczciwości. Oczywiście i wójt i sekretarz ręczyli za niego, twierdzili, że to człowiek wyjątkowej wprost uczciwości. Aż mi się podejrzane wydały te hymny pochwalne. Gdy go wsadzaliśmy do samochodu, sekretarz i wójt wprost wyrywali nam go z rąk.
- Taki uczciwy człowiek – biadali – najlepszy z klasyfikatorów w skupie zwierząt, a panowie na nic nie patrzą?
Zabrakło  nam cierpliwości i razem ze Szmitke zabraliśmy ze sobą także dwóch jego, aż nazbyt gorliwych obrońców. Po przybyciu do Puchaczowa natychmiast wziąłem się do przesłuchania zatrzymanego. W międzyczasie nasi pracownicy zebrali kilkunastu mieszkańców Puchaczowa, którzy widzieli morderców i którzy mogliby ewentualnie rozpoznać Szmitkego.
Początkowo przesłuchanie nie  dało mi żadnego punktu zaczepienia. Szmitke składał wyjaśnienia spokojnie, brzmiały one prawdopodobnie, wiązały się w logiczną całość. Od miesiąca – zeznał – pracuje jako klasyfikator we Włodawie. Jechał właśnie na spęd do Łęcznej. Bardzo mu zależało żeby tam zdążyć i zależy mu w dalszym ciągu, więc prosi, byśmy go jak najprędzej zwolnili.
- Jeśli panom, coś ode mnie potrzeba – mówił – to się zgłoszę po spędzie, a teraz muszę już tam jechać…
Uspokoiłem go zapewnieniem, że nie zatrzymamy go ani chwili dłużej niż to będzie potrzebne, a równocześnie dałem koledze krótką notatkę, by sprawdził okoliczności podane przez zatrzymanego – szczególnie wszystko, co dotyczy spędu w Łęcznej i konieczności uczestnictwa tam klasyfikatora z Włodawy. Następnie zacząłem wypytywać Szmitkego o pracowników obrotu zwierząt rzeźnych i o inne uboczne, a nie związane z jego osobą sprawy.
W trakcie przesłuchania polecono sprowadzonym już mieszkańcom Puchaczowa obserwować zza kotary zatrzymanego. Niestety, mimo że niektórzy z nich znali go jako klasyfikatora, żaden nie rozpoznał w nim członka bandy, która dokonała mordu.
Powiadomiono mnie o tym i po raz pierwszy od momentu zatrzymania Szmitkego, zacząłem wątpić w celowość tego posunięcia. Kontynuowałem jednak przesłuchanie.
- Ile zarabiacie? – spytałem nagle.
- Około sześciu tysięcy miesięcznie – padła odpowiedź.
Po raz któryś w ciągu tego czasu ogarnąłem wzrokiem jego postać. Ubrany był przeciętnie, dość skromnie. Na ręku miał zegarek – i tu aż skarciłem swe myśli, że wcześniej na to nie wpadłem – taki sam jakie niedawno zostały zrabowane w jednej ze spółdzielni.
Trzeba było kuć żelazo póki gorące. W ciągu pół godziny obliczyłem razem ze Szmitke jego ostatnie zarobki i wydatki – dokładnie, ze szczegółami, niemal co do grosza. Gdy to zakończyliśmy, znów przeszedłem na sprawy uboczne, a potem znienacka zapytałem go o godzinę. Odpowiedział.
- O, macie ładny zegarek! Nowy?
Skinął potakująco głową.
- Gdzie go kupiliście?
- W spółdzielni w Uszczelinie [Urszulinie] – odpowiedział bez namysłu. – Dałem osiemset złotych. Jeśli pan chce, mogę dla pana kupić taki sam. Mam tam znajomego.
Ja też miałem znajomego w spółdzielni w Uszczelinie, zaglądałem przecież do niej często, gdy wraz z grupą operacyjną czekałem w Cycowie na „Żelaznego”. Dlatego też wiedziałem na pewno, że w spółdzielni tej nigdy nie sprzedawano żadnych zegarków.
Był to pierwszy punkt zaczepienia. Na drugi nie musiałem już długo czekać. Kolega, który wszedł właśnie do pokoju, położył przede mną notatkę: „Spęd w Łęcznej odbywa się tylko w poniedziałki, najbliższy za cztery dni. Administracyjnie Łęczna nie należy do powiatu włodawskiego, lecz do lubelskiego.”
Teraz wszystko było proste. Odczytałem Szmitkemu odpowiedni fragment jego wyjaśnień, a następnie tę notatkę. Był zaskoczony, lecz widać było, że jeszcze usiłuje wymyślić jakąś wykrętną odpowiedź. Wtedy wytknąłem mu kłamstwo z zegarkiem. To dobiło go do reszty. Przestał panować nad sobą. Rozpłakał się.
- Dajcie mi spokój – wykrztusił zmienionym głosem. – Czego ode mnie chcecie? Nie mam nic wspólnego z napadem w Puchaczowie, nigdy tam nie byłem.
- Przecież nie pytałem was o Puchaczewo – powiedziałem spokojnie. – Jeszcze nie pytałem – dodałem po chwili – lecz i o tym porozmawiamy. A teraz powiedzcie…
Dalsze przesłuchanie poszło już w miarę gładko. Szmitke potwierdził, że to on właśnie był w Czarnym Lesie razem z „Żelaznym” i drugim bandytą i rozmawiał z dziewczyną. Przyznał też, że jego zegarek pochodzi z rabunku, i że dostał go za udział w napadzie na spółdzielnię, choć sam w sklepie nie był, bo stał z erkaemem na obstawie. Wypierał się tylko udziału w napadzie na Puchaczewo, ale udzielił informacji o niektórych jego – znanych mu jakoby z rozmów z członkami bandy – okolicznościach. Między innymi wyjaśnił, którędy uciekła jedna z grup bandyckich po napadzie i podał  nazwiska kilku jej członków.[…]
Szmitke został ujęty przez nas w momencie, kiedy jechał na kolejne spotkanie z „Ordonem”.
W śledztwie Szmitke zeznał wszystko. Zdradził nawet kryjówkę „Ordona”.
Natychmiast skontaktowałem się telefonicznie z WUBP i w dniu 30.VII.1947 r. przy współudziale jednostki KBW z Lublina zorganizowano obławę na „Ordona” i zlikwidowano go w potyczce.”


Śmierć por. Józefa Struga ''Ordona'' - część 2>
Strona główna>

Śmierć por. Józefa Struga - część 2
Informacja o miejscu pobytu „Ordona” postawiła na nogi cały sztab grupy operacyjnej znajdującej się w Puchaczowie. Tylko błyskawicznie zorganizowana zasadzka dawała szanse na uchwycenie jednego z najbardziej poszukiwanych dowódców podziemia zbrojnego na Lubelszczyźnie. Do kolonii Sęków, gdzie według słów Szmydkego przebywał „Ordon” wysłano grupę operacyjną KBW pod dowództwem majora Antoniego Kondraciuka. Tam nad ranem 30 lipca 1947 r. natknięto się na 3 osobowy oddział „Ordona”, w którym oprócz samego Struga znajdowali się Tadeusz Paluch „Dąb” oraz Zygmunt Pękała „Śmiały”.

Zygmunt Pękała „Śmiały”

Tutaj należałoby prześledzić ostatnie godziny życia Józefa Struga „Ordona”. Przesłuchiwany przez Jana Karpińskiego, naczelnika Wydziału Śledczego WUBP w  Lublinie, Ludwik Szmydke zeznał:
„Po spotkaniu z Flisiakiem, któremu oświadczyłem, że przychodzę do „Ordona”, a skierował mnie Wakuła, Flisiak wtedy wskazał mi miejsce pobytu „Ordona”, które miejsce znajdowało się w krzakach i udając się do tych krzaków podając sygnał gwizdkiem, na który to odgłos pokazał się w krzakach „Tadek”. Ja doszedłem do niego i okazało się, że są tam „Ordon”, „Tadek”, „Paweł”, „Gienek”  i jeden jest z nimi także Zygmunt Pękała z Kulczyna, który ukrywa się za popełnione rabunki. Przywitałem się z nimi, oddałem „Ordonowi” 4.850 zł, które dał wójt oraz powiedziałem, że u Kameli jest dla nich litr wódki i zakąska. „Ordon” zwrócił się do mnie z prośbą, ażeby przeprowadzić wywiad co się dzieje z jego żoną i wiadomość dostarczyć w to samo miejsce w jak najprędszym czasie. Wraz z „Ordonem” i jego ludźmi udałem się potem do pobliskiego domu Wesołowskiego Stanisława w kol. Sęków, gdzie zjedliśmy kolację, którą naszykowała Wesołowska, a po kolacji „Ordon” poszedł z dwoma członkami z powrotem do krzaków, a ja wyszłem z Tadkiem, gdzie mieliśmy iść po wódkę do Kameli. Po drodze rozmyśleliśmy się i poszliśmy nocować do Flisiaka. Na drugi dzień udałem się z Tadkiem pod Wereszczyn. W jednej z kolonii pod Wereszczynem „Tadek” pozostał a wysłał ze mną po wódkę do Kameli jakiegoś nieznajomego chłopca, który miał jednocześnie odszukać Pękałę, którego wysłał Tadek po żywność. Ja nie mogłem się doczekać u Kameli na owego chłopca i oświadczyłem Kamelowej, że jak przyjdzie chłopiec i będzie chciał wódkę, żeby mu wydać. A ja zabrałem marynarkę swoją i udałem się do domu.”

Wydarzenia przedstawione przez „Czarnego Jurka”  mogły mieć miejsce 28 i 29 lipca 1947 r. Nieco inaczej opisuje dzisiaj te wydarzenia Zygmunt Pękała „Śmiały”. W zasadzie potwierdza on powyższe, jednak kategorycznie zaprzecza jakoby „Czarny Jurek” widział go wtedy w lesie. „Śmiały” stwierdza, że do lasu przybył około południa 28 lipca, wtedy gdy „Jurka” już nie było, a o wizycie ww. dowiedział  się od „Ordona”. Potwierdzają to także zeznania aresztowanego „Śmiałego”. Wieczorem 29 lipca 1947 r. „Ordon”, „Dąb” i „Śmiały” udali się do p. Wawrzyckich zam. w Wereszczynie, skąd  po kolacji odeszli do lasu w kierunku Sękowa. „Ordon” mimo dziwnego przeczucia swoich żołnierzy uparł się by zostać w tym miejscu, gdyż w ciągu kilku dni mieli zjawić się tutaj jego żołnierze - Stanisław Marciniak „Niewinny” oraz Eugeniusz Arasimowicz „Gienek”, „Mongoł”. Zaproponowane pozostawienie kontaktu u Lucjana Flisiuka zostało przez „Ordona” odrzucone. W związku z tym żołnierze postanowili spędzić noc w okolicy Sękowa.
Inaczej przedstawia to zdarzenie Salwina Strug – żona „Ordona”, która uważa, że grupa ta, składająca się nie z trzech a z czterech partyzantów (czwarty jest nieznany), odeszła dopiero nad ranem, po śniadaniu spożytym u Flisiuków, gdzie nastąpił alarm. Relację tę należy jednak wykluczyć, gdyż Salwina Strug przebywała wówczas w areszcie w Puchaczowie więc nie mogła wiedzieć dokładnie o składzie oddziału i godzinie jego odejścia.

Grupa Operacyjna KBW, która miała za zadanie okrążyć szczelnym pierścieniem niespodziewających się niczego partyzantów składała się z 385 żołnierzy KBW oraz 30 pracowników UB oraz MO. Została ona podzielona przez dowódcę mjr. Antoniego Kondraciuka na 4 podgrupy.
Pierwsza podgrupa w sile 113 ludzi pod dowództwem ppor. Kalinowskiego odpowiedzialna była za zabezpieczenie terenu od południa i wschodu.
Druga podgrupa w sile 120 ludzi pod dowództwem por. Jana Lewandowskiego miała za zadanie zabezpieczyć teren od strony zachodniej.
Obie te podgrupy miały za zadanie szczelnym pierścieniem zabezpieczyć teren przed ewentualnym przedarciem się partyzantów oraz nie przepuszczać nikogo w teren przeprowadzanej akcji.
Trzecia podgrupa w sile 130 ludzi pod dowództwem kpt. Józefa Lipińskiego, jako grupa uderzeniowa miała za zadanie ruszyć ze styków obstaw dwóch pierwszych podgrup z kierunku północnego w kierunku południowym. Głównym celem jej działania było dokładne przeczesanie wyznaczonego terenu z szczególnym naciskiem na naturalne kryjówki w postaci kęp, krzaków, zabudowań, rowów itp. Partyzantów chciano złapać żywcem i tylko w razie oporu miano ich zlikwidować.
Czwarta grupa będąca odwodem pozostawała w rejonie kol. Józefin pod bezpośrednim dowództwem majora Kondraciuka.
Przepłoszeni przez nadchodzącą tyralierę wojsk podgrupy trzeciej pod dowództwem kpt. Lipińskiego partyzanci próbowali wydostać się poza pierścień okrążenia uciekając w kierunku południowym. Nie widząc szans na przebicie ukryli się w krzakach skąd ostrzelali z odległości około 4 kroków nadchodzących żołnierzy KBW. W czasie wymiany ognia ranni zostali szer. Jan Kuzlak oraz kpr. Ryszard Teper, który zmarł potem w szpitalu. W tym też czasie szer. Józef Gastoł oraz kpr. Józef Korajczyk oddali serię strzałów w kierunku Józefa Struga „Ordona” zabijając go na miejscu. Pozostali partyzanci rzucili się do ucieczki, w czasie której jeden z nich został postrzelony.

Prawdopodobne rozmieszczenie obławy: I podgrupa - kolor zielony; II podgrupa - kolor niebieski; III podgrupa - kolor czerwony. Czarnym kolorem zaznaczone miejsce noclegu partyzantów oraz trasę ucieczki do miejsca śmierci "Ordona". [Aby powiększyć mapę kliknij w miniaturkę].

Inną wersję zdarzeń podaje uczestnik tej akcji Zygmunt Pękała „Śmiały”, według którego wydarzenia z tamtego feralnego dnia przebiegały następująco:
Józef Strug „Ordon” i jego dwaj żołnierze spędzili noc w na skraju lasu w wyschniętym rowie w okolicach wsi Sęków niedaleko wsi Karczunek. Wczesnym rankiem 30 lipca 1947 r. partyzanci zauważyli idącą w odległości ok. 70 metrów tyralierę wojsk KBW. Niezauważeni wycofali się do lasu, gdzie dowódca „Ordon” postanowił obejść grupę wojska od tyłu i bezpiecznie się wycofać poza teren działania grupy operacyjnej wojsk KBW. Po wybiegnięciu na polanę zostali ostrzelani przez leżącą na pozycjach inną podgrupę wojsk operacyjnych, wtedy też ranny został „Dąb”. Wycofali się więc w kierunku drogi Wereszczyn – Sawin. Tam też po raz kolejny zostali ostrzelani. Wtedy ranny został „Śmiały”. Grupa partyzantów rozdzieliła się na polecenie „Ordona”. „Dąb” i „Śmiały” postanowili się wycofać wzdłuż drogi, natomiast „Ordon” chciał przebiec przez drogę, która wówczas była szeroka i przez to niebezpieczna gdyż umożliwiała celny ostrzał przez przeciwnika. Podczas wymiany strzałów ranny w nogę został żołnierz KBW – szer. Jan Kuzlak. Po przebiegnięciu drogi „Ordon” postrzelił z bliskiej odległości kpr. Tepera Ryszarda. Po chwili został śmiertelnie postrzelony przez interweniujących żołnierzy KBW.

Miejsce śmierci por. "Ordona" - widok współczesny -  w tle droga, przez którą próbował przebić się "Ordon".

Tymczasem ranni „Dąb” i „Śmiały” bezpiecznie wycofali się z miejsca akcji i ukryli w zaroślach. Niezauważeni przez patrolujących żołnierzy KBW przesiedzieli tam do nocy, po czym  pomału wycofali się z miejsca akcji. W niedługim czasie Tadeusz Paluch „Dąb” i Zygmunt Pękała „Śmiały” rozdzielili się. „Dąb” wyjechał na stałe do Nowego Dworu Gdańskiego, gdzie mieszkał aż do śmierci (zmarł w 1995 roku). Nigdy więcej nie spotkał się z Zygmuntem Pękałą. Autorowi nie udało się odnaleźć żadnych materiałów śledczych przeciw „Dębowi”. Być może dotarcie do rodziny pozwoli przybliżyć jego dalsze losy.
Ranny „Śmiały” wycofał się w kierunku Kulczyna, gdzie ukrywał się do 10 sierpnia. Tego dnia UB przeszukało stodołę sąsiada p. Pękałów, gdzie ukrywał się ranny Zygmunt. Aresztowany, został wkrótce skazany na 7 lat więzienia. Do dziś mieszka w Lubinie.

Miejsce śmierci por. Józefa Struga "Ordona".

Zwłoki Józefa Struga „Ordona” zostały przewiezione do Puchaczowa w celu przeprowadzenia identyfikacji. Tam też jego żona Salwina potwierdziła personalia zabitego męża. Po stwierdzeniu tożsamości zwłoki zostały wywiezione w nieznanym kierunku. Do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywają jego szczątki. Znając metodę działań UB, które przewoziło ciała zabitych partyzantów do więzień w celu rozpoznania, a następnie chowano ich w okolicach, pozwala wysunąć wniosek, że komunistyczni oprawcy pogrzebali zwłoki „Ordona” gdzieś w okolicach Puchaczowa. Być może nawet w okolicach byłego aresztu. To jednak wymaga dalszych badań – zarówno archiwalnych jak i archeologicznych.

Ludwik Szmydke „Czarny Jurek” oraz Witold Matuszak zostali skazani na karę śmierci podczas głośnej rozprawy przeprowadzonej w dniach 19-20 sierpnia 1947 r. Wyrok został wykonany 2 września tego roku na Zamku w Lublinie. Do dziś nieznane jest miejsce ich pochówku. Na karę śmierci skazano również Lucjana Flisiuka, jednak została ona zamieniona na 15 lat więzienia.
W oparciu o fakt, że Ludwik Szmydke bywał w Urszulinie, aresztowano  również cały Zarząd Urzędu Gminy Urszulin i w tym samym procesie skazano: wójta gminy Włodzimierza Omylińskiego (15 lat więzienia), Stanisława Wakułę (10 lat więzienia), Witolda Podleśnego (12 lat więzienia), Henryka Baba (10 lat więzienia), Henryka Wesołowskiego (5 lat więzienia).

Pozbawieni dowódcy żołnierze Józefa Struga „Ordona” próbowali bezskutecznie nawiązać kontakt z ppor. Edwardem Taraszkiewiczem „Żelaznym”, który także próbował ich znaleźć i przyjąć do swego oddziału. Grupa ta wtedy składała się już najprawdopodobniej z ok. 5 żołnierzy. Byli to: Stanisław Falkiewicz „Ryś”, Ignacy Falkiewicz „Mewa”, Eugeniusz Arasimowicz „Mongoł”, Stanisław Marciniak „Niewinny” i Józef Domański „Paweł”. Niebawem w czasie potyczki zabity został „Mongoł”, następnie został zamordowany przez agenta UB „Ryś”. Jesienią 1947 r. „Mewa” postanowił opuścić oddział i wyjechał na Ziemie Odzyskane. Ukrywał się tam do 1954 roku, kiedy się ujawnił w koszalińskiej prokuraturze. Wiosną 1948 r. na zachód wyjechał także „Niewinny”. Trafił do Płocka, gdzie pracował jako strażnik w stoczni rzecznej. Zagrożony aresztowaniem powrócił we wrześniu 1951 roku do powiatu włodawskiego, gdzie nawiązał kontakt z oddziałem „Żelaznego”. Józefowi Domańskiemu, który jako jedyny pozostał w tym terenie udało się w końcu nawiązać kontakt z „Żelaznym”, który przyjął go pod swoją komendę mianując jednocześnie sekretarzem oddziału.
6 października 1951 r. ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny” zginął w czasie wielkiej obławy we wsi Zbereże, a Stanisław Marciniak „Niewinny” wraz z Józefem Domańskim „Łukaszem” zostali aresztowani. Wyrokiem sądu z dnia 14 sierpnia 1952 roku zostali skazani na karę śmierci. Wyrok wykonano 29 stycznia 1953 r. na Zamku w Lublinie.

Śmierć „Ordona” odbiła się szerokim echem w całej ówczesnej Polsce. Wszystkie ważniejsze gazety w kraju pisały o tym „sukcesie” władz. Propaganda nie szczędziła najgorszych słów skierowanych pod adresem „Ordona”, na którym skupiła się cała wściekłość władz komunistycznych za dotkliwe straty, których był współsprawcą.
Postać „Ordona” w terenie, na którym działał do dziś budzi kontrowersje. Kłamliwa propaganda PRL-u odniosła na tym polu ogromny sukces. Wyklęła i na zawsze zrobiła bandytę z por. Józefa Struga „Ordona” – jednego z wielu dowódców podziemnej armii, który zginął w walce prowadzonej z komunistycznymi zdrajcami o wolną i niepodległą Polskę.

Opracowano na podstawie:
Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie.
Archiwum Państwowe w Lublinie.
Kopiński Jarosław, Rozpracowanie  struktur konspiracyjnych AK-WiN na przykładzie działań operacyjnych WUBP w Lublinie w latach 1944-1956, [w:] Wobec komunizmu. Materiały z sesji naukowej pt. Lubelskie i południowe Podlasie wobec komunizmu, 1918-1989, Radzyń Podlaski 2 IX 2005, Radzyń Podlaski 2006.
Pająk Henryk, „Uskok” kontra UB, Lublin 1992.
Pająk Henryk, „Jastrząb” kontra UB, Lublin 1993.
Pająk Henryk, „Żelazny” kontra UB, Lublin 1993.
Pająk Henryk, Oni się nigdy nie poddali, Lublin 1997.
Relacja Zygmunta Pękały „Śmiałego” z 16 października 2008 r.
Sikorski A., Doroszuk T., Z archiwum IPN – „Ordon”, film dokumentalny zrealizowany dla TVP Polonia, TVP Lublin 2009.
Taraszkiewicz Edmund Edward, Trzy pamiętniki, wstęp, red. nauk., oprac. A.T. Filipek, B. Janocińska, Warszawa – Lublin 2008.
Wnuk Rafał, Lubelski Okręg AK DSZ i WiN 1944-1947, Warszawa 2000.
XX lat w służbie narodu. Wspomnienia pracowników UB i SB, red. Cz. Białowąs, R. Waleczny, Departament Kadr i Szkolenia MSW (do użytku wewnętrznego), Warszawa 1964.

Tomasz Guziak
bronek.lot@wp.pl

Śmierć por. Józefa Struga ''Ordona'' - część 1>
piątek, 26 czerwca 2009
PUBP we WŁODAWIE... - PUBLIKACJA DO POBRANIA
Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie w walce z polskim podziemiem niepodległościowym w latach 1944-1947

Zapraszam do pobrania [9 MB - PDF] i lektury publikacji autorstwa Grzegorza Makusa pt. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie w walce z polskim podziemiem niepodległościowym w latach 1944-1947.
Tekst dostępny jest również na stronie Fundacji "Pamiętamy" w dziale Artykuły historyczne.
Życzę zajmującej lektury.

PUBLIKACJĘ MOŻNA OTWORZYĆ KLIKAJĄC NA OKŁADKĘ PONIŻEJ>


Czytaj również:
Strona główna>
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7