Zapomniani Bohaterowie

WSPARCIE STRONY
Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie na facebook
FUNDACJA ''PAMIĘTAMY''
MUZEUM ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH w Ostrołęce
WIL3 SZLAK
THE DOOMED SOLDIERS
Freedom And Independence
NATIONAL ARMED FORCES
Instytut Pamięci Narodowej
Zeszyty Historyczne WiN-u
GLAUKOPIS - Pismo Społeczno-Historyczne
Historia miejscowości Gminy Urszulin
ENDECJA.pl
Brygada Świętokrzyska NSZ

Leopold Okulicki
GRH Ogniowcy
Pamięci Żołnierzy Wyklętych
KAMPANIA WRZEŚNIOWA 1939


www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
ALBUM POLSKI - Nasze Małe Ojczyzny
Witryna poświęcona twórczości i życiu Józefa Mackiewicza (1902 - 1985)
Łysiakmania
WOLNI i SOLIDARNI
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem
13grudnia.org.pl
Żarowska Izba Historyczna
Strony Patriotyczne
SURGE POLONIA
Prawy Prosty. Niezależny Magazyn Informacyjny
Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
Ogrody Wspomnień
środa, 10 maja 2006
St. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” (1926 – 1952) - część 2
Z „HUZAREM” DO KOŃCA

Zatem idzie kontynuować walkę i w tym celu nawiązuje kontakt z Józefem Małczukiem ps.”Brzask”, w rezultacie wraz ze swymi ludźmi dołącza pod jego komendę. Oddział „Brzaska” podporządkowany jest organizacyjnie słynnemu zagończykowi kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu „Huzarowi”, który przejął nazwę i tradycje VI Brygady Wileńskiej. Podstawą ich istnienia jest gęsta siatka oddanych współpracowników, dających schronienie czy zaopatrzenie oraz bystrych informatorów, co pozwala omijać wszelkie zasadzki, permanentnie organizowane przez UB z okolicznych warowni, takich jak Łosice, Hołowczyce czy Sarnaki, którym na pomoc w potrzebie śpieszą również okoliczne powiatówki MO. Wiosną 1950 roku, oddział „Brzaska” stoczył dramatyczny bój z przeważającymi siłami UB i KBW. To krwawe starcie miało miejsce 7 kwietnia w rejonie miejscowości Jabłonna Średnia. W ogniu walki poległ „Brzask” i trzech jego żołnierzy. „Lampart” wraz z czterema ludźmi zdołał wyrwać się z okrążenia i ukrył się w jednym z zamaskowanych bunkrów. Dowództwo nad tą grupką partyzantów w sile patrolu przejmuje ponownie Adam Ratyniec i po przyłączeniu podobnych rozbitków z innych oddziałów prowadzi ich do dalszych akcji jako samodzielny patrol podległy nadal kpt. „Huzarowi”. Działalność bojowa grupy jest ograniczona ze względu na stałe przebywanie w terenie wielkich sił KBW i UB, niemniej od czasu do czasu odział „Lamparta” daje znać o sobie, np. 23 października 1950 r. ostrzelano posterunek MO w Mielniku i dokonano rekwizycji w miejscowej spółdzielni. Miesiąc później podobnej akcji dokonano w Szwejkach, pow. Sokołów. W styczniu 1951 roku dokonano rekwizycji w spółdzielni w Sawicach, gm. Wyrozęby, jednocześnie dokonano akcji na sekretarza PZPR w Wyrozębach, dokonując tylko rekwizycji mienia i żywności. Siłą rzeczy akcje „Lamparta” ograniczają się do dokonywania rekwizycji mienia komunistycznego oraz wyroków na niepoprawnych czy wręcz zbrodniczych wykonawcach polityki nowego ładu. Niekoniecznie były to wyroki śmierci, ale i takie wykonywano. Są to prawa wojenne, a oni do końca traktowali swoją służbę dla narodu, jako wojnę z okrutnym najeźdźcą, który łamał odwieczne polskie prawo do niepodległości i zniewalał społeczeństwo do służenia obcym interesom. Rekwizycje uderzały w reżimowe instytucje, a jednocześnie pozwalały partyzantom płacić za swoje utrzymanie i zaopatrzenie w odzież.

POLOWANIE NA „TYGRYSA”, CZYLI POCZĄTEK KOŃCA

Kadra oddziału "Huzara". Stoją od lewej: Kazimierz Jakubiak "Tygrys" († 10 V 1952), Eugeniusz Tymiński "Ryś" († 30 V 1951), Wacław Zalewski "Zbyszek" († 24 X 1953), Józef Mościcki "Pantera" († 22 IX 1953), Siedzą od lewej: Kazimierz Parzonko "Zygmunt" († 22 IX 1953), Adam Ratyniec "Lampart" († 11 V 1952). Podlasie, 1951 r.

Coraz trudniej znaleźć pewne schronienie, ludzie podejrzani o sprzyjanie partyzantom są masowo aresztowani, bici, torturowani. W razie donosu, majątek meliniarza zostaje rozgrabiony przez ubeckich notabli, a rodzina bądź wymordowana w czasie przesłuchań, bądź skazana na wieloletnie wyroki. Beznadziejna walka ostatnich grupek partyzanckich toczy się nadal, zabici padają z obu stron ale przewaga wroga jest ogromna i koniec tych zmagań może być tylko jeden.
Dnia 10 maja 1952 r. w rejon dobrze rozpracowany przez UB, na Kolonię Chłopków, przybywa patrol podległy „Lampartowi” w składzie trzech ludzi: dowódca Kazimierz Jakubiak „Tygrys”, Henryk Ostapski „Poleszuk”-„Panek” i Władysław Kapłon „Krakowiak”. Wiadomość o tym Sztab G.O. „Bug” w Łosicach otrzymał jeszcze tego samego dnia o godz. 16:50, a już o godz. 17:00 wyjechała kompania KBW w sile 90 ludzi celem przeprowadzenia akcji ujęcia lub likwidacji patrolu. O godz. 18:05 wojsko otoczyło zabudowania Kolonii Chłopków. Mimo, że partyzanci to zauważyli i natychmiast podjęli próbę przebicia się przez kordon obławy, niestety nie powiodło się im to. Ciężko ranny został ich d-ca „Tygrys”, który zaraz potem popełnił samobójstwo. Pozostali dwaj „Panek” i „Krakowiak” próbowali przebić się w innym miejscu, jednak ogień grupy pościgowej spowodował, że obaj sie poddali.
Ujęci partyzanci, w trakcie podjętego natychmiastowego bestialskiego śledztwa, zeznali o miejscu pobytu pozostałej części patrolu „Lamparta”. Z zeznań wynikało, że patrol wraz z dowódcą znajduje się w masywie leśnym położonym na południe od miejscowości Nurzec - Stacja i koczuje w szałasach w sile 6 ludzi.
Kpr. Kazimierz Jakubiak „Tygrys", ur. 4 XII 1926 r. Pochodził z rodziny chłopskiej zamieszkałej w Ruskowie, gm. Łysów pow. Siedlce. Początkowo służył w konspiracji w siatce terenowej, potem przeszedł do oddziałów leśnych. Okazał się dobrym żołnierzem, uczestniczył w wielu walkach i akcjach. Od 1950 r. służył w patrolu „Lamparta". Otoczony przez UB i KBW pod Chłopkowem, bronił się pomimo rany do ostatniego naboju, który pozostawił dla siebie. Jego ciało zabrało UB. Nie ma własnego grobu.


„...PORWAĆ SIĘ NA TYSIĄCE...”

Jeszcze tego samego dnia zarządzono koncentrację sił KBW w Siemiatyczach. Ok. godz. 4:00, dnia 11 maja 1952 r. skoncentrowane siły dwóch batalionów KBW (każdy liczył trzy kompanie wojska) ruszyły do akcji i do godz. 6:30 okrążyły las od strony północnej, wschodniej i południowej (linia ta miała 14 km. długości), a od strony zachodniej wystawiono na wzgórzach okalających z tej strony las, kilka punktów obserwacyjno – podsłuchowych. O godz. 7:30 w okrążony rejon biwakowania „Lamparta” weszła grupa szturmowa i posuwając się tyralierą, rozpoczęła przeszukiwanie lasu, kierując się w stronę gdzie według zeznań ujętych wcześniej partyzantów, miały się znajdować szałasy patrolu „Lamparta”. Grupa szturmowa została na czas zauważona, tak, że partyzanci opuścili szałasy i niepostrzeżenie przeszli na tyły szturmujących. Następnie z odległości 60-70 m., z tyłu partyzanci ostrzelali grupę szturmową z broni maszynowej. Była godz. 8:30, wywiązała się walka ogniowa, w wyniku której został ranny w rękę „Lampart”. Henryk Olesiuk „Sokół” pod osłoną nieustannie prowadzonego ognia z RKM-u przeszedł pomiędzy dwoma stanowiskami żołnierzy obławy i wyszedł w głąb lasu, poza linię okrążenia, po czym zajął stanowisko w odległości 15-20 m. za kordonem i prowadził ogień z tyłu do żołnierzy KBW. W powstałym zamieszaniu, pozostali w okrążeniu partyzanci usiłowali uderzyć od wewnątrz na okrążenie z zamiarem jego przerwania. Manewr ten jednak nie przyniósł oczekiwanych rezultatów i „Sokół” w tej sytuacji postanowił ratować się ucieczką. Tymczasem walka partyzantów w okrążeniu trwała nadal. Grupie szturmowej udało się okrążyć ich drugim pierścieniem, jednak broniący się nie rezygnują z wyrwania się z kotła. St. strz. Andrzej Jakubiak „Ryś” uzbrojony w RKM atakuje pierścień okrążenia w kierunku zachodnim, zostaje jednak ranny i uszkodzono mu RKM, który porzuca i próbuje się wycofać, jednak zostaje zabity. Nim zmarł zdołał jeszcze powiadomić pozostałych o niemożliwości przebicia się w tym miejscu. Siły broniących się topnieją. Niebawem zostaje ranny w biodro kpr. Witold Białowąs „Litwin” i dostaje sie do niewoli. Zaraz potem ginie st. strz. Wiesław Filczuk „Amerykanin”, natomiast dwóm ostatnim: „Lampartowi” i por. Konstantemu Maksymowowi „Ryszardowi” udaje się przebić przez wewnętrzny pierścień grupy szturmowej i zbliżyć się do zewnętrznej linii okrążenia, jednak przy próbie jej pokonania, zostają zauważeni a „Ryszard” został lekko ranny. Obaj zawracają z zamiarem szukania możliwości przebicia się w innym miejscu. Jednak i tu próba nie powiodła się, ginie w walce najpierw por. „Ryszard” a następnie, broniący się do końca „Lampart”. Ta nierówna walka zakończyła się o godz. 16:30. Nie poddali sie łatwo. Przez około siedem godzin walczyli o swoje życie. Przewaga ilościowa i techniczna była po stronie przeciwnika. Tylko determinacją i umiejętnością walki partyzanckiej można tłumaczyć tak długie jej trwanie.

Rys. w/g: Opis akcji operacyjnej przeprowadzonej przeciwko patrolowi "Lamparta" z bandy "Huzara"... Sztab operacji "Narew" dn. 15.05.1952 r. Wysokie Mazowieckie.
Załącznik Nr 1. CAW, sygn. 1580/75/1471.K.225.

KAPITAN SCHODZI OSTATNI

Po likwidacji patrolu „Lamparta” nastąpiły masowe aresztowania wśród członków siatki terenowej podległej kpt. „Huzarowi”, następstwem czego było stopniowe rozbijanie kolejnych patroli bojowych, aż w końcu w efekcie prowokacji aresztowano 29.10.1952 r. kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” i kilku jego podkomendnych. Kpt. K. Kamieński skazany został na trzynastokrotną karę śmierci i wraz dwoma swoimi żołnierzami, stracony 6 października 1953 r.
Po aresztowaniu i śmierci „Huzara” działało jeszcze na Podlasiu kilka grupek partyzanckich, jednak ich działalność nie miała już tak zorganizowanego charakteru i takiego rozmachu.

Oni już dawno odeszli na wieczną wartę, tylko niewielu z nich ma swoje miejsce na katolickim cmentarzu, jeszcze mniej pozostało wśród nas żyjących świadków tych zmagań, którzy mogą zaświadczyć, że tamci oddali życie w imię najświętszych polskich ideałów, w walce z obcym nam systemem, narzuconym siłą sowieckich bagnetów. Naszym obowiązkiem jest kultywować pamięć o bohaterach antysowieckiego oporu, tych którzy walczyli z bronią w ręku i tych, którzy tylko i aż tylko, służyli im gościną, kryjówką i błogosławieństwem.

23 lipca 2006 r., Fundacja "Pamiętamy", która powstała w 1989 r. i zajmuje się upamiętnianiem walki Polaków o niepodległość Ojczyzny w latach 1939-1956, ufundowała w Mielniku nad Bugiem, pomnik poświęcony pamięci patrolu st. sierż. Adama Ratyńca "Lamparta". Tydzień wcześniej, 15 lipca 2006 r., także dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy", w miejscowości Czaje - Wólka, odsłonięto podobny pomnik poświęcony pamięci kpt. Władysława Łukasiuka "MŁota", d-cy 6 Brygady Wileńskiej AK.

Napis na tablicy w Mielniku brzmi tak:
"Nie dajmy zginąć poległym" - Zbigniew Herbert.
PAMIĘCI BOHATERSKICH ŻOŁNIERZY 6 WILEŃSKIEJ BRYGADY ARMII KRAJOWEJ
ST. SIERŻ. ADAMA RATYŃCA "LAMPARTA"
POR. ANTONIEGO MAKSYMOWA "RYSZARDA"
KPR. KAZIMIERZA JAKUBIAKA "TYGRYSA"
STRZEL. ANDRZEJA JAKUBIAKA "RYSIA"
STRZEL. WIESŁAWA FILCZUKA "ROMKA"

POLEGŁYCH 10 i 11 V 1952 r.
W LESIE SOKÓLE POD MIELNIKIEM
ORAZ POD CHŁOPKOWEM
W WALCE Z KOMUNISTAMI
ZA NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI
WIARĘ KATOLICKĄ I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA



Jerzy W. Wypiórkiewicz

Opracowano na podstawie:
Narodowe Siły Zbrojne na Podlasiu, Opracowania, wspomnienia i dokumenty, tom III, Redakcja: Mariusz Bechta, Leszek Żebrowski, Biała Podlaska 2003.

St. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” - część 1>
wtorek, 09 maja 2006
Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” (1919 – 1953) - część 1
Kpt. Kazimierz Kamieński ps. "Huzar"

Kazimierz Kamieński urodził się 8 stycznia 1919 r. w Markowie-Wólce, pow. Wysokie Mazowieckie. Był synem Franciszka i Aleksandry z d. Spaleńskiej, właścicieli czterdziestohektarowego gospodarstwa rolnego.

Kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar"

Po uzyskaniu w 1938 r. matury w Średniej Szkole Handlowej w Wysokim Mazowieckiem powołano go do czynnej służby wojskowej, w trakcie której ukończył szkołę podchorążych w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Skierowany został 9 psk, odbył z nim kampanię wrześniową; dostał się do niewoli niemieckiej, z której został zwolniony w połowie października 1939 r. i powrócił do domu. Do konspiracji wstąpił prawdopodobnie już w grudniu 1939 r. (Podlaski Batalion Śmierci). W maju 1940 r. został zaprzysiężony w ZWZ. W czasie okupacji niemieckiej był dowódcą plutonu ZWZ-AK, a od 1 marca 1943 r. równolegle kierował referatem broni w Komendzie Obwodu AK Wysokie Mazowieckie. W dniu 2 listopada 1943 r. awansowany do stopnia podporucznika. Od początku 1944 r. był także adiutantem komendanta obwodu. Uczestniczył w wielu akcjach bojowych przeciwko okupantowi niemieckiemu.

Kpt. "Huzar"

Po zajęciu powiatu przez Armię Czerwoną latem 1944 r., zagrożony aresztowaniem przez NKWD, ukrywał się. Na przełomie 1944 i 1945 powołano go na dowódcę oddziału samoobrony AK (później AKO-WiN) Obwodu Wysokie Mazowieckie, który w ciągu kilku miesięcy rozwinął z czterech do ok. 30 osób. Od 1 czerwca 1945 otrzymuje kolejny awans i dowodzi oddziałem w stopniu porucznika. Przeprowadzał on akcje likwidacyjne, w ramach których w latach 1945-1946 wykonano 30 wyroków śmierci na informatorach i funkcjonariuszach UB, NKWD, działaczach komunistycznych, nadgorliwych milicjantach i pospolitych przestępcach. Przeciwstawiano się nielegalnemu wyrębowi lasów oraz rygorystycznemu egzekwowaniu przez władze kontyngentów. Oddział stoczył w tym okresie kilka potyczek z WP oraz grupami UBP i MO, wiele razy opanował posterunki MO, m.in. wiosną 1945 w Szulborzu i Łapach, a latem 1946 w Kosowie Lackim. W celu zdobycie środków finansowych na działalność oddziału i żywności atakowano sklepy GS, kasy kolejowe, poczty. 17 lutego 1946 r. w Kitach przeprowadzono akcję na pociąg relacji Łapy – Warszawa, podczas której zginął oficer WP i trzy osoby cywilne, zdobyto broń oraz 700 tys. zł., a na początku kwietnia na pociąg na stacji Czarnowo-Undy. W 1946 r. oddział czuł się tak pewnie, że na swoim terenie działał w sposób prawie jawny.

Żołnierze z oddziału podległego kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu "Huzarowi"

30 kwietnia 1946 r. Kazimierz Kamieński „Huzar” awansowany został do stopnia kapitana. Był przeciwnikiem ujawnienia się i wspierał działania Franciszka Potyrały „Oracza”, inspektora białostockiego WiN, mające na celu storpedowanie akcji amnestyjnej przez stworzenie na bazie WiN nowej organizacji pod nazwą „Wolność i Sprawiedliwość”. Swoim żołnierzom pozostawił jednak wolną rękę, po czym większość z nich ujawniła się wiosną 1947 r. i oddział został rozformowany.
Wkrótce wokół pozostającego w konspiracji kpt. Kamieńskiego skupiło się wielu byłych członków AK-WiN zagrożonych aresztowaniem lub ściganych przez UB. W ten sposób nastąpiła odbudowa oddziału, który w maju 1947 r. podporządkował się kpt. Władysławowi Łukasiukowi „Młotowi” i oddział wszedł na zasadach autonomicznych w skład 6 Brygady Wileńskiej. Pod koniec 1948 r. liczył 28 żołnierzy.

Po śmierci kpt. „Młota” w czerwcu 1949 r. kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” objął dowództwo nad pozostałymi patrolami 6 Brygady Wileńskiej.
Patrole te kontynuowały tradycję 6 Brygady Wileńskiej i przejęły jej nazwę. Ze stosunkowo nielicznej grupy, wcześniej będącej jedynie silnym patrolem, oddział "Huzara" został rozbudowany do stanu kilkudziesięciu ludzi podzielonych na kilka mniejszych patroli.
Początkowo kpt. "Huzar" dowodził osobiście grupą operującą na prawym brzegu Bugu [okresowo wyodrębnił patrol ppor. Witolda Buczaka "Ponurego"], natomiast komendę na grupą z terenu pow. Sokołów Podlaski powierzył ppor. Józefowi Małczukowi "Brzaskowi" [jesienią 1949 z grupy tej wydzielony został patrol plut. Jana Czarnockiego "Huragana"]. Po śmierci ppor. "Brzaska" w walce pod Toczyskami 7 kwietnia 1950 dowództwo patrolu "sokołowskiego" objął plut. Arkadiusz Czapski "Murat". Gdy i on padł w walce z KBW 30 września 1950, kpt. "Huzar" dowództwo nad grupą działającą na lewym brzegu Bugu przekazał st.sierż. Adamowi Ratyńcowi "Lampartowi". Grupa ta dotrwała do 12 maja 1952, kiedy to zniszczona została przez KBW podczas operacji pod Sokólem k. Mielnika. W lecie 1950 siły operujące na prawym brzegu Bugu podzielone zostały na trzy patrole, którymi dowodzili: kpt. "Huzar", ppor. "Ponury" i sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus". W styczniu 1951 oddział "prawobrzeżny" podzielony został na patrol "sztabowy" kpt. "Huzara" [do którego dołączył sierż. "Krakus"], patrol ppor. "Ponurego" oraz patrol plut. Eugeniusza Tymińskiego "Rysia" [rozbity 29 maja 1951 w Żochach Nowych]. W lecie 1951 sformowany został nowy patrol dowodzony przez sierż. Kazimierza Parzonkę "Wichurę". Taki stan organizacyjny [patrole: "sztabowy", "Ponurego", "Zygmunta" i "Lamparta"] utrzymał się do wiosny 1952.

Rok 1950, kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar" [z lewej] oraz sierż. Eugeniusz Tymiński "Ryś", żołnierz AK-AKO-WiN w oddziale kpt. "Huzara". W latach 1950-51 "Ryś" był dowódcą samodzielnego patrolu. Poległ osłaniając odwrót swoich żołnierzy pod wsią Żachy Nowe pow. Wysokie Mazowieckie.

Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” - część 2>
Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” (1919 – 1953) - część 2

Stoją od lewej: Stanisław Roszkowski "Tarzan", ppor. Witold Buczak "Ponury", Lucjan Niemyjski "Krakus" - d-ca patrolu w oddziale "Huzara", 22.VIII.1952 otoczony przez grupę operacyjną UB popełnił samobójstwo, Franciszek Łapiński "Szwed" - 24.XII.1947 ciężko ranny w walce z grupą operacyjną UB-MO-KBW, dobity bagnetami. Uzbrojeniem żołnierzy jest bardzo rozpowszechniony w oddziałach powojennego podziemia niemiecki Stg-44 kal. 7,92 mm. Obok sowieckich PPSz-41 i PPS-43, była to najpopularniejsza broń tamtych czasów.

Patrole działały w kilku powiatach woj. białostockiego (Wysokie Mazowieckie, Bielsk Podlaski) i warszawskiego (Siedlce, Sokołów Podlaski). Od maja 1947 r. do września 1952 r. przeprowadziły ok. 90 akcji, w większości o charakterze likwidacyjnym, w wyniku których zginęło ponad 50 osób, głównie podejrzanych o współpracę z UBP, członków ORMO, PPR-PZPR, funkcjonariuszy MO. Stoczyły 21 potyczek z grupami operacyjnymi KBW, UBP i MO oraz przeprowadziły kilkanaście akcji zaopatrzeniowych, głównie na instytucje spółdzielcze.
Egzekucje były podyktowane zagrożeniem dekonspiracją, potyczki zaś miały charakter obronny i powodowały znaczne straty. Miejscowa ludność, choć w większości nadal życzliwie ustosunkowana do podziemia, była już zmęczona wieloletnią konfrontacją z władzą. Wg ustaleń Jerzego Kułaka, tylko w woj. białostockim w latach 1947 – 1952 aresztowano ok. 300 osób z siatki „Huzara”, z których połowa została skazana na wieloletnie więzienie.
W wyniku strat ponoszonych w starciach z KBW i UB, we wrześniu 1952 oddział kpt. "Huzara" stopniał do jednego tylko pododdziału - patrolu dowodzonego przez sierż. "Zygmunta" lecz kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” i pozostali przy życiu jego żołnierze wciąż byli nieuchwytni.

Od lewej: "Tarzan", "Krakus" i "Szwed"

Nie mogąc zlikwidować „Huzara”, MBP wykorzystało do walki z nim grę operacyjną z użyciem fikcyjnej V Komendy WiN. Przedstawiciele tej komendy (a faktycznie agenci MBP) po długich zabiegach nawiązali jesienią 1951 r. bezpośredni kontakt z kpt. Kamieńskim. Przekazali mu m.in. polecenie, aby zaprzestał akcji zbrojnych i przestawił się na prace organizacyjne, dostarczyli mu też środki finansowe.
Na początku 1952 r. poinformowano go, że został mianowany komendantem Białostockiego Okręgu WiN. Zgodnie z instrukcją ograniczył akcje do minimum, równocześnie grupy operacyjne KBW-UB kontynuowały działania przeciwko oddziałowi – od maja 1952 r. ze znacznymi efektami. Rozbito patrole st. sierż. Adama Ratyńca „Lamparta” i ppor. Witolda Buczaka „Ponurego” - obydwaj zginęli. Aresztowano wielu właścicieli konspiracyjnych melin, a liczebność oddziału spadła we wrześniu 1952 r. do ośmiu osób.
W ten sposób zmuszono kpt. „Huzara” do przyjęcia propozycji przedstawicieli V Komendy WiN przerzucenia jego i jego współtowarzyszy na Zachód. Został zwabiony w tym celu 17 października 1952 r. do Warszawy i aresztowany przez funkcjonariuszy MBP dnia 29 października 1952 r. Po ciężkim czteromiesięcznym śledztwie sprawę skierowano do WSR w Warszawie.
W celach pokazowych rozprawę przeciwko kpt. „Huzarowi” i sześciu współoskarżonym zorganizowano w Łapach. Po trzydniowym procesie (24-26 marzec 1953) sąd w składzie: ppłk. Mieczysław Widaj (przewodniczący), mjr Jan Płonka i por. Władysław Marszałek (oskarżał prokurator ppłk Henryk Ligęza) 26 marca wydał wyrok skazujący kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” na trzynastokrotną karę śmierci, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz przepadek całego mienia na rzecz skarbu państwa.
Podczas tego procesu kary śmierci otrzymali również jego podwładni: Mieczysław Grodzki „Żubryd”, Wacław Zalewski „Zbyszek” i Tadeusz Kryński „Rokita” (w przypadku tego ostatniego Rada Państwa skorzystała z prawa łaski i zamieniła karę śmierci na dożywotnie więzienie). W stosunku do kpt. Kamieńskiego NSW (składowi przewodniczył płk. Aleksander Tomaszewski) nie uwzględnił skargi rewizyjnej (28 V 1953), a Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski (6 X 1953). Wyrok wykonano w więzieniu w Białymstoku 11 października 1953 r. o godz. 13:30. W egzekucji uczestniczyli: sędzia WSR w Białymstoku njr Jan Płonka, naczelnik więzienia ppor. Tadeusz należyty, prokurator kpt. Sylvester Ströcker, lekarz kpt. Tamerlan Smolski i dowódca plutonu egzekucyjnego st. sierż. Aleksander Jurczuk – wykonujący wyrok.
Miejsce pochówku kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, odznaczonego Krzyżem Walecznych, jednego z najdłużej działających i najbardziej bohaterskiego dowódcy antysowieckiego powstania, do dzisiaj pozostaje nieznane.
13 marca 1997 r. SW w Białymstoku w wydanym postanowieniu, uznał za nieważny wyrok WSR z 26 marca 1953 r.
Dwa lata wcześniej, 8 października 1995 r. odsłonięto w Piekutach Nowych pomnik ku czci kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, jako wyraz hołdu i pamięci społeczeństwa dla jednego z ostatnich dowódców oddziałów walczących przeciwko komunistom, nie tylko na Białostocczyźnie, ale i w całej Polsce.

Podlasie, prawdopodobnie 1950, żołnierze z oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara". Stoją od lewej: sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus", 22 sierpnia 1952 otoczony przez GrOp UB-KBW popełnił samobójstwo; Józef Brzozowski "Zbir", "Hanka", zginął latem 1952 w walce z KBW; Wacław Zalewski "Zbyszek", zamordowany 11 października 1953 w więzieniu w Białymstoku; ppor. Witold Buczak "Ponury", zginął w walce z KBW 28 maja 1952; NN "Jurek"; Eugeniusz Welfel "Orzełek", zginął w walce z KBW 30 września 1950.


Opracowano na podstawie:
Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944 - 1956. Słownik Biograficzny, tom. II,
wyd.: Instytut Pamięci Narodowej. Kraków-Warszawa-Wrocław 2004.

Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” - część 1>
wtorek, 04 kwietnia 2006
Mjr Jan Tabortowski "Bruzda" (1906 – 1954) - część 1
Jednym z ostatnich oficerów Armii Krajowej, który zginął w walce, był major Jan Tabortowski ("Bruzda"). Urodzony w 1906 roku pochodził z głęboko patriotycznej kresowej rodziny, która dla sprawy niepodległości Polski wiele uczyniła i wiele wycierpiała. W czerwcu 1920 roku, przed rozpoczęciem ofensywy Tuchaczewskiego, Tabortowscy opuścili Mińsk Litewski i przenieśli się do Warszawy. Na początku lata trzydziestych obydwaj synowie Jan i Albert, zostali oficerami WP.

Jan Tabortowski „Bruzda” urodził się 16 października 1906 roku w Nowogródku w rodzinie drobnej szlachty o starych tradycjach patriotycznych. Rodzicami jego byli Jan i Wacława z domu Wojno-Sidorowicz.

Pierwsze zachowane wzmianki o tej rodzinie pochodzą z XVII wieku.
Pradziad „Bruzdy” Nikodem Tabortowski zginął w wieku 70 lat zakatowany przez Kozaków, a jego synowie Walerian i Aleksander brali udział w Powstaniu Listopadowym Walerian późniejszy członek Wielkiej Emigracji we Francji w stopniu rotmistrza i Aleksander dziadek „Bruzdy” w stopniu szeregowca.
Po wybuchu rewolucji w Rosji rodzice „Bruzdy” zamieszkali w Mińsku i dom jego ojca stał się punktem konspiracyjnym POW. Konspirował ojciec, starszy brat „Bruzdy” Wacław, siostra Maria, a i Jan mały jeszcze chłopiec przenosił meldunki.

Odzyskanie niepodległości w 1918 roku poprawiło sytuację żyjącej dotąd w wielkiej biedzie rodziny, ale wybuch wojny polsko-sowieckiej i konieczność ewakuacji Mińska przekreślił nadzieję na stabilizację, był też przyczyną jednej z pierwszych tragedii rodzinnych.
Na wschodzie zostaje siostra „Bruzdy” Maria, a w Warszawie umierają siostry Bożena i Celina. Brat „Bruzdy” Wacław wysłany do Mińska przepada bez wieści. Z licznej rodziny pozostają rodzice, Maria, która przedostaje się do Polski oraz Jan i jego brat Albert.
Rodzina powraca do Nowogródka, i tam bracia Jan i Albert rozpoczynają naukę w Gimnazjum im.Adama Mickiewicza.

Po otrzymaniu matury w 1927 roku Jan Tabortowski zostaje wcielony do wojska. Służbę odbywa w 79 pp, ale szybko zostaje przeniesiony do Oficerskiej Szkoły Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, na kurs podchorążych służby stałej, a następnie do Oficerskiej Szkoły Artylerii z Toruniu. W 1930 roku kończy szkołę i zostaje awansowany do stopnia podporucznika i rozpoczyna służbę w pułkach artylerii w Lidzie i Nowowilejce. W roku 1933 zostaje awansowany do stopnia porucznika , służy w 19 PAL w Nowowilejce.
W roku 1935 zostaje skierowany do Centrum Wyszkolenia Broni Pancernej w Modlinie i po ukończeniu kursu od 1936 roku służy w I Dywizjonie Pociągów Pancernych w Legionowie.
Mieszka z bratem Albertem kapitanem Wojska Polskiego i słuchaczem Wyższej Szkoły Wojennej i matką. W kampanii wrześniowej Albert walczy pod Lwowem, dostaje się do niewoli sowieckiej i ginie w Charkowie.

Przed wybuchem II Wojny Światowej Jan Tabortowski był dowódcą plutonu czołgów rozpoznawczych pociągu pancernego nr.11 „Danuta”. Pociąg patrolował granicę na odcinku Chodzież Bydgoszcz. Po wybuchu wojny Jan Tabortowski zostaje zastępcą dowódcy pociągu pancernego „Danuta”. Pociąg osłania odwrót wojsk polskich na linii Toruń - Inowrocław , 9 września dociera do Kutna i bierze udział w bitwie nad Bzurą.
Na stacji Jackowice por.Jan Tabortowski znajduje porzucone w transporcie cztery armaty 75 mm i organizuje improwizowaną baterię, która wspiera ogniem pociąg pancerny i kontynuuje walkę po jego zniszczeniu w dniu 16 września.
18 września 1939 bateria osłania odwrót jednostek polskich za linię rzeki Bzury, otoczona przez Niemców po wyczerpaniu amunicji kapituluje. Ranny Jan Tabortowski zostaje wzięty do niewoli i umieszczony w szpitalu w Warszawie, skąd ucieka w styczniu 1940 roku.
Przekracza linię demarkacyjną w okolicach Wysokiego Mazowieckiego i przy pomocy swojego kolegi por.Czesława Gołębiowskiego ps.”Bosy” zostaje wciągnięty do konspiracji. Przyjmuje pseudonim „Kusy” i od wiosny 1940 zostaje komendantem Obwodu Bielsk Podlaski. Mimo bardzo trudnej sytuacji organizuje pracę Obwodu, a w maju 1942 roku obejmuje stanowisko inspektora dwóch obwodów AK – Łomża i Grajewo. Zostaje też awansowany do stopnia kapitana i odznaczony Krzyżem Walecznych, przyjmuje pseudonim „Bruzda”, wtedy też poznaje por. rezerwy Stanisława Cieślewskiego – „Lipca” z którym los związał go do końca.

W listopadzie 1942 po odprawie w Łomżycy zostają przypadkowo aresztowani i osadzeni w więzieniu w Łomży: Inspektor rejonowy kpt. „Bruzda”, komendant obwodu łomżyńskiego por. „Lipiec” i szef VIII referatu por. „.Maj”.
Sytuacja była napięta. Po pierwsze Niemcy mogli się zorientować kogo przetrzymują w więzieniu, po drugie aresztowanie aż trzech oficerów paraliżowało pracę obwodu.
Po analizie sytuacji zdecydowano się na organizację ucieczki więźniów. Wykorzystano do tej akcji skonspirowanego strażnika więziennego „Zarzyna” i obecność w więzieniu innych żołnierzy AK por. „Bystrego” i łącznika z Wilna o pseudonimie „Wickey”.
Teresa Lustych „Hanka”, która kierowała Wojskową Służbą Kobiet zorganizowała dostawę paczek żywnościowych do więzienia. W ten sposób przemycono do więzienia broń krótką, amunicję, materiały wybuchowe i dorobione klucze. Przenoszeniem broni do Łomży zajmowała się między innymi Janina Ramotowska „Grażyna” żona Józefa Ramotowskiego „Rawicza”- szefa wywiadu na rejony Przytuły i Jedwabne.
Ucieczka dochodzi do skutku w nocy z 12 na 13 stycznia, ucieka około 10 więźniów, obywa się bez starcia z Niemcami, tylko „Lipiec” łamie nogę i musi się leczyć.

„Bruzda” zostaje mianowany inspektorem Inspektoratu suwalskiego, a na jego funkcję obejmuje cichociemny - por.Hieronim Łagoda „Lak” - uczestnik walk kampanii 1939 roku, walk pod Narwikiem i kampanii francuskiej.
Inspektorat suwalski był nasycony oddziałami partyzanckimi i „Bruzda” dużo czasu spędzał w lesie dokonując inspekcji podległych mu oddziałów.
Korzysta z każdej okazji osobistego udziału w akcjach. W kwietniu 1943 roku , przebywając na odprawie na terenie Obwodu Zambrów odbija z rąk Niemców swojego kolegę kpt.Czesława Gołębiowskiego „:Bosego" przetrzymywanego w Wiźnie. W sierpniu tego samego roku dowodzi wypadem na majątek Potyte - Jabłoń i uderzeniem na oddział żandarmerii w Królowej Wodzie, a w listopadzie dowodzi walką pod Strzelcowizną.
W październiku 1943 kapitan „Bruzda” zostaje ponownie odznaczony Krzyżem Walecznych.

30 stycznia 1944 roku „Bruzda” został odwołany z zajmowanego stanowiska i miał objąć funkcję szefa Wydziału Motoryzacji Okręgu Białostockiego AK, jednak aresztowanie przez Niemców kpt. „Laka” spowodowało że „Bruzda” objął ponownie stanowisko inspektora Inspektoratu Łomżyńskiego AK.
Kapitan „Bruzda” przejmuje nowe obowiązki w marcu 1944 roku i koncentruje się na przygotowaniach do akcji „Burza”. Kompletuje dowództwo przewidzianych do mobilizacji jednostek 33 pułku piechoty AK i 9 pułku strzelców konnych. Dowódcą pierwszego zostaje por.Stanisław Cieślewski „Lipiec” a drugiego rtm.Wiktor Konopko „Grom”. Nadzoruje rozbudowę przewidzianych na miejsca koncentracji baz na bagnach narwiańskich w okolicach wsi Olszyna Pniewska , Grądy Woniecko i na Uroczysku Kobielne nad Biebrzą. W maju 1944 kapitan „Bruzda” zostaje po raz trzeci odznaczony Krzyżem Walecznych.

Na teren Obwodu Łomżyńskiego przybywają coraz liczniejsze jednostki niemieckie, dochodzi więc do licznych starć i potyczek z patrolami AK. Jednym z tych starć jest potyczka pod Boguszkami 2 lipca 1944 - próba odbicia aresztowanego przez Niemców ppor.Józefa Ramotowskiego „Rawicza”. Potyczka kończy się porażką ginie „Znicz”, ranni zostają major „Bruzda” oraz „Huzar” i „Kmicic”. W ramach represji Niemcy rozstrzeliwują 10 mężczyzn we wsi Boguszki.
Około 10 lipca 1944 pułkownik Władysław Liniarski „Mścisław” komendant Okręgu Białostockiego AK pojął decyzję o rozpoczęciu akcji „Burza” na terenie inspektoratu łomżyńskiego. W tym samym czasie kapitan „Bruzda” zostaje awansowany do stopnia majora.
Na terenie bazy „Kobielne” przebywa w tym momencie około 190 żołnierzy - szkieletowa obsada IV batalionu 33 pp.AK - około 60 żołnierzy , oddział „Czarna Hańcza” z obwodu białostockiego AK, w liczbie około 70 ludzi i liczący około 50 osób oddział sowieckich skoczków spadochronowych pod dowództwem płk.Wojciechowskiego. Współpraca między dowódcami nowo przybyłych jednostek a „Bruzdą” układa się źle. Dlatego komenda Okręgu Białostockiego AK decyduje się przesunąć oddział „Czarna Hańcza” do Puszczy Knyszyńskiej, razem z nimi powinni odejść partyzanci radzieccy, ci jednak odmawiają podporządkowania się i zostają na bazie „Kobielne”. Niemcy rozpoczynają akcję wysiedlania ludności z wiosek położonych nad Biebrzą i Narwią, co bardzo utrudnia zaopatrzenie w żywność i paraliżuje lączność. Jednocześnie wybucha Powstanie Warszawskie. „Bruzda” bada możliwości przejścia ze swoim oddziałem na pomoc powstańcom, utrzymuje kontakt oddziałami „Lipca” i „Groma„.

Trwają starcia z patroli partyzanckich z Niemcami. Jednym z tych starć jest potyczka pod Laskowcem, gdzie to dowodzony przez por.”Istoka” ( byłego oficera armii jugosłowiańskiej ) patrol wspomaga wojska radzieckie w walce z Niemcami. Po zwycięskiej potyczce partyzanci zostają doprowadzeni do sztabu dywizji radzieckiej i tam rozbrojeni.
Jednocześnie Niemcy atakują bazę „Kobielne”. Odziały AK pod dowództwem ”Bruzdę i spadochroniarze radzieccy wspólnie się bronią i 14 sierpnia opuszczają bazę. „Bruzdę” przechodzi we swym oddziałem w okolice Giełczyna koło Wizny, tam też dochodzi do kontaktu z wojskami radzieckimi.
Oddział został doprowadzony do sztabu 81 Korpusu 49 Armii stacjonującego w Długołęce, gdzie przebywali już partyzanci radzieccy i tam rozbrojony, sam zaś „Bruzda” i jego adiutant „Bystry” zostali aresztowani przez funkcjonariuszy SMIERSZ. Z niewoli uciekają około 26 sierpnia i nawiązują kontakt z dowództwem Okręgu Białostockiego. „Bruzda” zostaje ponownie inspektorem obwodów grajewskiego i łomżyńskiego, zostaje też odznaczony Krzyżem Virtuti Militari.

„Bruzda” do stycznia 1945 roku ukrywa się w okolicach Zambrowa i Tykocina. NKWD prowadzi działania mające na celu ponowne aresztowanie „Bruzdy”. Pozyskuje do współpracy byłych żołnierzy „Bruzdy”, „Papierosa” i „Huzara”. Ten ostatni - ranny w czasie potyczki pod Boguszkami 2 lipca 1944 był opatrywany przez Franciszkę Ramotowską „Iskrę”. W styczniu 1945 roku rozpoznaje „Iskrę” w Białymstoku i wskazuje ją NKWD. „Iskra” łączniczka, sanitariuszka i wielka sympatia „Bruzdy” zostaje aresztowana i poddana ciężkim przesłuchaniom.

Mjr Jan Tabortowski "Bruzda" - część 2>
Mjr Jan Tabortowski "Bruzda" (1906 – 1954) - część 2
Major „Bruzda” wraca na teren swojego inspektoratu i rozpoczyna jego odbudowę teraz w ramach Armii Krajowej Obywatelskiej powołanej do życia rozkazem płk.”Mścisława” z dnia 15 lutego 1945 roku. Struktura inspektoratu została poważnie naruszona akcją ”Burza” i wejściem wojsk sowieckich. Miedzy innymi zginął rotmistrz „Grom” a kapitan „Lipiec” został aresztowany przez NKWD i wywieziony do Związku Radzieckiego a wielu oficerów, podoficerów i żołnierzy zginęło, znalazło się w obozach koncentracyjnych niemieckich i sowieckich . Inspektorat stracił olbrzymią część posiadanej broni a na terenie inspektoratu instaluje się „władza ludowa” i sowieckie NKWD. Mimo tych trudności już w maju 1945 roku major „Bruzda” ma pod swoimi rozkazami około 5800 żołnierzy w tym dowodzony przez ppor.”Rybę” oddział partyzancki.
Do wiosny 1945 roku trwała praca organizacyjna, zaś akcje zbrojne ograniczono do niezbędnego minimum w obronie bezpieczeństwa organizacji - były to likwidacje donosicieli i szczególnie niebezpiecznych przedstawicieli „nowej władzy”.

Na początku kwietnia 1945 roku Franciszka Ramotowska „Iskra” została ciężko ranna w czasie próby ucieczki i umieszczona w Szpitalu Garnizonowym w Białymstoku. Major „Bruzda” zdecydował się na próbę jej odbicia. Akcję wykonano bez strat i bez jednego strzału wieczorem 20 kwietnia 1945 roku. Brali w niej udział „Bruzda”, „Ryba” , „Szczedroń” , „Jastrząb” , „Komar” , „Cezar” i „Sokolik”. Ranna „Iskra” została przetransportowana do Jeziorka koło Łomży, gdzie ją leczono, a następnie umieszczona w Warszawie.

Pod koniec kwietnia major „Bruzda” podjął decyzję o ataku na Grajewo. Celem akcji było uwolnienie aresztowanych przez UB żołnierzy podziemia i oraz sparaliżowanie pracy przedstawicieli „władzy ludowej”. Akcję wykonano w nocy z 8 na 9 maja. Ugrupowanie liczące około 200 ludzi zostało podzielone na cztery grupy - pierwsza pod dowództwem „Ryby” miała zaatakować UBP, druga pod dowództwem „Wawra” Komendę Powiatową Milicji, trzecia pod dowództwem „Olszyny” miała blokować komendanturę radziecką czwarta zaś pod dowództwem „Dęba” miała blokować drogi dojazdowe do miasta. Akcja zakończyła się powodzeniem, a w czasie powrotu rozbrojono jeszcze posterunek milicji w Szczuczynie i zlikwidowano punkt łączności Armii Radzieckiej pod miejscowością Łojki.

Dnia 11 maja 1945 w okolicach miejscowości Wyrzyki major „Bruzda” przeprowadził udaną akcję odbicia z rąk UB dowódcy plutonu plut.”Jałowca” - zginęło lub zostało rannych 16 funkcjonariuszy UB.
We wrześniu 1945 roku powstała nowa, zrzeszająca środowisko AK-wskie organizacja WiN. Major „Bruzda” wraz z podległym mu inspektoratem znalazł się w WiN, zmieniając przy tym pseudonim na „Tabor”. Za działalność w ramach AK i AKO został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami.
Zmiana sposobu działania organizacji nastawionej głównie na propagandę, niepewność sytuacji i zmęczenie ludzi spowodowało spory odpływ konspiratorów, którzy przenosili się w inne regiony Polski i tam próbowali ułożyć sobie życie na nowo. Przed „Bruzdą” stanęła na nowo konieczność odbudowy organizacji tym trudniejsza, że odbywająca się w czasie intensywnych działań UB i coraz gorszych stosunków z NZW - spadkobiercą NSZ.
Kierowany przez niego Inspektorat wziął udział w akcji „R” - akcji propagandowej przed czerwcowym referendum 1946 roku i obytej w październiku tego samego roku akcji „O” - odpluskwianie - akcji propagandowej przeciwko przedstawicielom „władzy ludowej”.
Ostatni okres działalności to kampania przed wyznaczonymi na 19 stycznia wyborami do Sejmu. Metodą fałszerstw i zastraszeń „władza ludowa” wybory te wygrała i już 22 lutego sejm uchwalił ustawę o amnestii, umożliwiającą złożenie broni przez podziemie.

Major „Bruzda” ujawnił się 25 marca 1947 roku, kończąc tym samym rozpoczętą w 1939 roku działalność konspiracyjną. Z podległego mu terenu ujawniło się około 2300 członków WiN.
Po ujawnieniu Jan Tabortowski wyjechał do Warszawy i tam próbował rozpocząć swoje nowe „cywilne życie”. Udało mu się nawiązać kontakt z przesiedloną z Nowogródka do Szczecina rodziną, znalazł wreszcie czas aby spotykać się, choć nieczęsto z Franciszką Ramotowską. Natomiast znalezienie normalnej rozsądnie płatnej pracy, nie mówiąc już o mieszkaniu było problemem nie do pokonania. Jego próba powrotu do służby wojskowej zakończyła się oczywiście niepowodzeniem. Dla takich jak on nie było miejsca w Ludowym Wojsku Polskim. Tabortowski pracował w kilku instytucjach , mieszkał w pokojach sublokatorskich a jesienią 1947 rozpoczął studia w Głównej Szkole Handlowej. W Warszawie osiedliło się kilka innych osób z dawnego „Obwodu Białystok” i Jan Tabortowski utrzymywał z nimi kontakty. Pod koniec 1948 roku przyjechał do Warszawy Stanisław Cieślewski „Lipiec”, który został wkrótce zatrzymany przez UB i przesłuchiwany kilka dni. Wtedy też Jan Tabortowski uzyskał potwierdzenie że jest obserwowany przez UB.
Był to okres, w którym rozpoczęto falę aresztowań byłych członków organizacji niepodległościowych. „Bruzda” i „Lipiec” musieli liczyć się z możliwością aresztowania i dlatego zaczęli odwiedzać tereny łomżyńskiego badając możliwości ukrycia się przed aresztowaniem.

Ostatecznie zeszli do podziemia w kwietniu 1950 roku. Ukrywali się u dawnych podkomendnych a latem 1950 roku wybudowali obóz na bagnach biebrzańskich. Rozpoczęli gromadzenie przechowanej po ujawnieniu broni. Zaopatrzenie i informacje dostarczali im dawni żołnierze. Dołączali się do nich inni ukrywający się, jednak żaden z nich nie pozostał z nimi na stałe. W listopadzie 1950 roku dwaj funkcjonariusze UB dotarli do obozu „Bruzdy”, ale zostali zlikwidowani. Okazało się że pobyt na bagnach zimą jest zbyt ciężki w związku z czym „Bruzda” z „Lipcem” zaczęli ponownie ukrywać się we wsiach, aby wiosną powrócić nad Biebrzę. Wtedy też przyjęli do siebie nowych ludzi - byli to Tadeusz Wysocki ps.”Zegar” i Mieczysław Zalewski „Tarzan”. Latem 1951 roku w obozie nad Biebrzą przebywał również ukrywający się Józef Ramotowski „Rawicz” były zastępca Prezesa Obwodu Łomżyńskiego WiN.
Brak środków do życia, tym bardziej widoczny po powiększeniu grupy spowodował konieczność przeprowadzenia akcji zaopatrzeniowych . Zarekwirowano towary i pieniądze między innymi w sklepach Kędziorowie, Sulewie, Łojach Awissa i w spółdzielni szewskiej w Radziłowie. Skład ulegał zmianom, opuścił ją „Rawicz” i „Tarzan” a przybyli Antoni Malinowski „Zając” i jego brat Kazimierz. Dołączył też Aleksander Sleszyński „Wicher”.
Zimę 1951-52 grupa spędziła w Nadborach w przygotowanej kryjówce. Wiosną 1952 roku grupę opuścili Malinowscy, a później Sleszyński. Oddziałek „Bruzdy” powrócił na bagna biebrzańskie.

Latem 1952 roku doszło do nieporozumień między „Bruzą” a „Lipcem” co spowodowało odejście „Lipca” - dołączył on do „Rawicza” i wkrótce zginął w czasie obławy UB i KBW w Grądach Małych.
Do grupy doszli Wacław Dąbrowski, Edward Łebkowski i Antoni Rogowski, ale Edward Łebkowski wkrótce utopił się w Biebrzy. Przeprowadzono kolejną akcję zaopatrzeniową tym razem w Kuleszach, po której nastąpił podział grupy - odeszli Dąbrowski i Rogowski.

Zimę 1952/1953 przetrwał „Bruzda” już tylko z „Zegarem” w dobrze przygotowanym i zamaskowanym poniemieckim bunkrze w okolicach Sulewa, dokonując wcześniej rekwizycji w sklepie w Klimaszewicy.
Wszystkie prowadzone przez UB akcje mające na celu likwidację „Bruzdy” nie przynosiły rezultatu, dlatego też UB postanowiło wprowadzić do grupy „Bruzdy” swojego człowieka. Wybrano Stanisława Marchewkę ps.”Ryba” - dawnego szefa samoobrony w obwodzie łomżyńskim. „Ryba” zerwał z podziemiem już w 1946 , ujawnił się w 1947 roku i wyprowadził się do Łodzi. Obecnie zmuszony przez UB pozornie podpisał współpracę i powrócił w łomżyńskie w poszukiwaniu „Bruzdy”.

Do spotkania „Bruzdy” z „Rybą” doszło w lipcu 1953 roku. „Ryba” opowiedział „Bruździe” o działaniach podjętych przez UB i wstąpił do grupy w której byli wówczas „Bruzda”, „Zegar” i „Tygrys” - Wacław Dąbrowski a nieco później dołączył do nich Jan Rogiński „Lis”.
Grupa powróciła na bagna biebrzańskie i wkrótce opuścił ją „Lis”. We wrześniu 1953 roku dokonano rekwizycji w PGR Ławsko, doszło do wymiany ognia w wyniku której zginął milicjant - fukcjonariusz KPMO z Grajewa. W październiku 1953 dokonano rekwizycji pieniędzy z ambulansu pocztowego. Akcja została przeprowadzona bez strzału i strat w ludziach mimo że UB miało informacje o możliwości takiej akcji.

Dzięki wejściu „Ryby” do grupy udało się wybudować kolejną kryjówkę tym razem w Jeziorku tuż koło Łomży, a tym samym poza terenem działania grup operacyjnych poszukujących ukrywających się. UB prowadziło ciągłe rozmowy z rodzinami Wysockiego i Dąbrowskiego próbując przeciągnąć ich na swoją stronę obietnicami amnestii - na razie bez rezultatów.
W sierpniu 1954 roku „Bruzda” zdecydował się na kolejną akcję rekwizycyjną - tym razem na Gminną Kasę Spółdzielczą w Przytułach. Grupa przybyła do Przytuł 23 sierpnia wieczorem. Aby dostać się do kasy należało zdobyć przechowywane na posterunku milicji klucze. Udali się tam „Bruzda” i „Ryba”. Na posterunku było trzech milicjantów, jeden z nich próbował wyrwać „Bruździe” broń z ręki. Padły strzały wyniku których ranni zostali wszyscy milicjanci – w tym jeden ciężko i „Bruzda”, który ranny w klatkę piersiową upadł przed komisariatem. Pieniądze z kasy spółdzielczej zarekwirowano. Rana „Bruzdy” okazała się bardzo ciężka i na jego własną prośbę został on dobity strzałem z pistoletu przez „Rybę”.

Prawdopodobnie „Bruzda” został ranny od rykoszetu ze swojej własnej broni, ale wśród miejscowych krąży jeszcze inna wersja jego śmierci. Ciało majora „Bruzdy” zostało zabrane do Białegostoku i tam poddano je obdukcji. Nie jest znane miejsce pochówku majora „Bruzdy”. W roku 1994 na cmentarzu w Przytułach powstała jego symboliczna mogiła.
Grupa, którą dowodził przetrwała do roku 1957 , do czasu kiedy we wsi Jeziorko zginął por.”Ryba”.

Opracował: Janusz Przemysław Ramotowski

Ps. Postać majora „Bruzdy” towarzyszyła mi przez znaczną część mojego życia. Pierwszymi moimi wspomnieniami z dzieciństwa były „wizyty” , które „składali” mojej zamieszkałej wtedy w Rawie Mazowieckiej mamie pracownicy UB. Nawet mnie - trzyletniego wtedy dzieciaka dopytywali się czy nie zjawił się tutaj „wujek z rudę głową”. Później, kiedy z więzienia wyszedł mój Ojciec dorastałem w atmosferze opowieści z tamtych lat, w naszym domu bywali ciągle koledzy Ojca – żołnierze majora „Bruzdy”.
Nigdy bym się jednak nie odważył na stworzenie notki biograficznej o majorze Janie Tabortowskim „Bruździe” - nie wszystkie fakty zapamiętałem, ludzie których słuchałem też nie wszystko wiedzieli, a wiele wydarzeń interpretowali po swojemu.
Dopiero badania przeprowadzone przez śp. prof. Tomasza Strzembosza i panów doktorów Sławomira Poleszaka i Czesława Brodzickiego pozwoliły mi na uporządkowanie i pogłębienie moich informacji o tej postaci, pomógł mi też pamiętnik mojego Ojca i udostępniona mi przez IPN jego „teczka”.
Janusz Przemysław Ramotowski

Mjr Jan Tabortowski "Bruzda" - część 1>

Notka ta powstała z wykorzystaniem informacji zawartych w książkach: "
"Jeden z wyklętych major Jan Tabortowski „Bruzda” i „Podziemie antykomunistyczne w łomżyńskim i grajewskim 1944-1957” Sławomira Poleszaka oraz „Łomża i powiat łomżyński w latach drugiej wojny światowej i trudnych latach powojennych” pana Czesława Brodzickiego

Ppor. cz.w. Stanisław Marchewka "Ryba" (1908 – 1957) - część 1
4 marca 1957 roku zginął we wsi Jeziorki podczas walki z oddziałem Urzędu Bezpieczeństwa podporucznik czasu wojny Stanisław Marchewka „Ryba”. Był on ostatnim oficerem podziemia poakowskiego, który zginął z bronią w ręku. Dłużej od niego przetrwał tylko „Laluś” na Lubelszczyźnie, zabity przez SB w roku 1963.

Stanisław Marchewka „Ryba” urodził się 15 listopada 1908 roku w Jeziorku koło Łomży. Rodzicami jego byli Antoni Marianna z domu Jankowska.
Służbę wojskową odbył w 18 pal i tam ukończył szkołę podoficerską. W 1939 roku 18 pal stanowił element SGO „Narew” .Stanisław Marchewka walczył w okolicach Ostrowi Mazowieckiej zdobytej przez Niemców 8 września i tam dostał się do niewoli, uciekł jednak z transportu. SGO „Narew” została ostatecznie rozbita 12 września 1939 roku.

Działalność niepodległościową rozpoczął w 1940 roku. Wspólnie z rodziną Rydzewskich z Jeziorka organizuje podziemie na terenie gminy Drozdowo i zostaje dowódcą miejscowego plutonu.
Przez jego pluton przewinęło się wielu ciekawych ludzi, Był w nim „Wiki - Wickey” Wiktor Surowiecki - kurier na trasie do Wilna aresztowany przez Niemców i osadzony z więzieniu w Łomży. Na wolność wydostał się uciekając z więzienia wspólnie z kpt.”Bruzdą”, por.”Lipcem” w nocy 12 stycznia 1943 roku. Pozostał w Obwodzie Łomżyńskim w plutonie „Ryby” aż do swojej śmierci w lipcu 1943 roku. Ciekawą postacią był poszukiwany przez Niemców listem gończym „Wuj” - żołnierz szaleńczej odwagi. Po pewnym czasie opuścił on struktury Obwodu Łomżyńskiego AK i działał na własną rękę. Zginął w Małym Płocku w zasadzce zorganizowanej przez Gestapo. Na polecenie „Lipca” zostali włączeni do plutonu w ramach „reedukacji” trzej mieszkańcy Olszewa, którzy trudnili się rozbojem podszywając się pod AK. Niestety, szansa dana im przez „Lipca” w niczym ich nie zmieniła. Niezdyscyplinowani, stwarzali wiele problemów aż w końcu uciekli z plutonu i wrócili do starego zajęcia kradnąc przy okazji najlepszą broń plutonu. Po ich lokalizacji zostali zlikwidowani. Pluton „Ryby” był bardzo aktywny i często wykorzystywany przez dowództwo Obwodu Łomżyńskiego do wszelkiego rodzaju akcji.

Pierwszego lipca 1944 roku zostaje aresztowany przez Niemców por. Józef Ramotowski „Rawicz” i jego żona Janina ps.”Grażyna” zawiadamia o tym fakcie „Rybę”. Ten wysyła łącznika do „Bruzdy” przebywającego w okolicach Wizny, sam zaś organizuje zasadzkę w lesie Jeziorkowskim na szosie Łomża - Jedwabne. Prawdopodobnie przygotowania do zasadzki nie uszły uwadze Niemców i dlatego do przewiezienia trójki aresztowanych Niemcy zorganizowali duże siły. Do Jedwabnego przyjechały trzy ciężarówki własowców osłaniane przez samochód pancerny. Na domiar złego w czasie przejazdu przez las Jeziorkowski własowcy zauważyli jakiś ruch w zaroślach, jeden z nich strzelił i kolumna została zatrzymana a spieszeni własowcy penetrowali obrzeże lasu. Jeden z nich przeczołgał się kilka metrów od zaczajonych partyzantów. Z uwagi na przewagę w sile ognia i braku elementu zaskoczenia „Ryba” nie zdecydował się na walkę i „Rawicz” został przewieziony do więzienia w Łomży a później do obozu koncentracyjnego.

W ramach akcji „Burza” pluton "Ryby" stanowił część zgrupowania kpt.”Lipca” i znalazł się w bazie na „Kościółku”. Prowadzone są akcje zaopatrzeniowe - w czasie jednej z nich plut.”Ryba” porywa landrata Millera. Według opowieści zasłyszanych przez Józefa Ramotowskiego „Rawicza” po negocjacjach Niemcy uwolnili kilkunastu ludzi, a landrat wraz ze swoim współtowarzyszem zostali „podrzuceni” z zawiązanymi oczami na moście w Piątnicy.
Niemcy postanawiają zniszczyć zgrupowanie, „Lipiec” zaś podejmuje decyzję o opuszczeniu bazy - co następuje w pierwszej połowie sierpnia 1944 roku. W czasie wycofywania się plut. „Ryba” atakuje i niszczy stojącą z okolicy Grądów Woniecko kolumnę samochodów ciężarowych. Dochodzi do kontaktu z wojskami sowieckimi. Sowieci żądają poddania się oddziału. „Lipiec” zmienia miejsce postoju oddziału - czyni to w porę, bo stare miejsce zostaje ostrzelane przez artylerię sowiecką - a następnie rozwiązuje oddział.
„Ryba” podobnie jak wielu żołnierzy ze zgrupowania majora „Bruzdy” i kapitana „Lipca” zostaje ze swoimi ludźmi rozbrojony i wcielony do 6 Zapasowego Batalionu 2 Armii Wojska Polskiego, skąd na rozkaz podziemia dezerteruje na początku 1945 roku i kontynuuje walkę w ramach AKO stworzonej 15 lutego 1945 roku rozkazem podpułkownika „Mścisława” - Władysława Liniarskiego komendanta Białostockiego Okręgu Armii Krajowej.
Awansowany do stopnia podporucznika „Ryba” obejmuje funkcję przewodnika walki czynnej Rejonu D AKO - był to odpowiednik funkcji szefa kedywu Inspektoratu Łomżyńskiego AK z przed stycznia 1945 roku. Zostaje też adiutantem majora „Bruzdy”. Do realizacji zadań samoobrony i walki czynnej powołano do istnienia oddział partyzancki poruszający się po terenie Rejonu D. Oddział ten liczył do 40 ludzi, z którego wyselekcjonowano kilkuosobową grupę podległą bezpośrednio ppor. ”Rybie” i stanowiącą ochronę osobistą majora „Bruzdy”. Wykonano wiele akcji likwidując dawnych współpracowników niemieckich i konfidentów „nowej władzy”. Atakowano posterunki milicji i zdobywano broń, dochodziło do starć z NKWD. W styczniu 1945 roku Białymstoku zostaje aresztowana przez NKWD i poddano ciężkim przesłuchaniom Franciszkę Ramotowską „Iskra” łączniczka, sanitariuszka i wielka sympatia „Bruzdy”. Na początku kwietnia 1945 roku „Iskra” została ciężko ranna w czasie próby ucieczki i umieszczona w Szpitalu Garnizonowym w Białymstoku. Major „Bruzda” zdecydował się na próbę jej odbicia. Akcję wykonano bez strat i bez jednego strzału wieczorem 20 kwietnia 1945 roku. Brali w niej udział „Bruzda”, „Ryba” , „Szczedroń” , „Jastrząb” , „Komar” , „Cezar” i „Sokolik”. Ranna „Iskra” została przetransportowana do Jeziorka - rodzinnej miejscowości „Ryby” i tam ją leczono, a następnie umieszczona w Warszawie.

Pod koniec kwietnia major „Bruzda” podjął decyzję o ataku na Grajewo. Celem akcji było uwolnienie aresztowanych przez UB żołnierzy podziemia i oraz sparaliżowanie pracy przedstawicieli „władzy ludowej”. Akcję wykonano w nocy z 8 na 9 maja. Ugrupowanie liczące około 200 ludzi zostało podzielone na cztery grupy - pierwsza pod dowództwem „Ryby” miała zaatakować UBP, druga pod dowództwem „Wawra” Komendę Powiatową Milicji, trzecia pod dowództwem „Olszyny” miała blokować komendanturę radziecką, czwarta zaś pod dowództwem „Dęba” miała blokować drogi dojazdowe do miasta. „Ryba” otoczył budynek swoimi ludźmi, ostrzelał go zmasowanym ogniem broni maszynowej a następnie do ataku przystąpiły kilkuosobowe grupy szturmowe, atakując budynek granatami i wdzierając się do środka. Uwolniono około 60 więźniów, zdobyto dokumenty i broń. Cała akcja na Grajewo zakończyła się powodzeniem, a w czasie powrotu rozbrojono jeszcze posterunek milicji w Szczuczynie i zlikwidowano punkt łączności Armii Radzieckiej pod miejscowością Łojki - dokonał tego patrol dowodzony przez „Rybę”.
11 maja major „Bruzda” wraz z ppor.”Rybą” i sześcioosobowym patrolem por.Wojciecha Przybylaka „Łosia” przebywał w lesie koło leśniczówki Drozdowo. Tam dostają wiadomość o aresztowaniu przez grupę operacyjną MO z Warszawy komendanta placówki Wyrzyki „Jałowca”. Zorganizowano zasadzkę na szosie Wizna - Łomża. W wyniku walki zginęło lub zostało rannych 16 funkcjonariuszy UB-MO, zdobyto całą broń i uwolniono „Jałowca”. Oddział miał tylko jednego lekko rannego.
Był to koniec działalności na terenie łomżyńskiego tzw. ”Szturmówki” - specjalnego oddziału powołanego w Warszawie do walki z podziemiem w łomżyńskim, a dowodzonego przez kapitana NKWD. Oddział ten liczący około 70 ludzi został skierowany do Łomży w marcu 1945 roku i w maju tego samego roku po klęsce pod Wyrzykami wycofany do Warszawy.

21 maja sześciu współpracujących z „Rybą” strażników więzienia w Łomży rozbraja pozostałych, likwiduje dwóch z nich, uwalnia więźniów, rekwiruje broń, pieniądze i zapasy żywności, niszczy dokumentację więzienną i dołącza do oddziału „Ryby”.

22 maja „Ryba” rozpędza odprawę Gminnej Rady Narodowej i sołtysów z Drozdowie. Rekwiruje akta i pieniądze. Jednocześnie zaostrza się konflikt między AKO i NSZ. Doprowadza to do wzajemnych konfiskat broni, pobić a nawet wykonywania wyroków śmierci. Patrole ppor. „Ryby” , często dowodzone przez niego osobiście biorą udział w tej bratobójczej walce.

Ppor. cz.w. Stanisław Marchewka "Ryba" - część 2>
Strona główna>
Ppor. cz.w. Stanisław Marchewka "Ryba" (1908 – 1957) - część 2
Latem 1945 roku Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj zdecydowała o zmianie sposobu walki ze zbrojnej na polityczną. W efekcie podjęto decyzję o „rozładowaniu lasów”. W toku tej akcji rozwiązany został też oddział „Ryby”. Utrzymał on stanowisko szefa samoobrony w nowoorganizujących się strukturach Rejonu Łomża WiN, ale nowe metody walki nie odpowiadały mu i w styczniu 1946 roku opuścił szeregi konspiracji.

Swoją walkę w strukturach ZWZ, AK, AKO, i WiN zakończył w stopniu podporucznika czasów wojny. Był odznaczony Krzyżem Walecznych i Krzyżem Virtuti Militari V klasy.

Po zerwaniu z konspiracją Stanisław Marchewka decyduje się ułożyć swoje życie na nowo, opuszcza łomżyńskie i osiedla się w Łodzi. Zostaje kupcem. Przyjeżdża do Łomży w 1947 roku aby dopełnić obowiązku ustawy amnestyjnej i wraca do Łodzi.

W roku 1950 zaczynają ponownie ukrywać się zagrożeni aresztowaniem major Jan Tabortowski „Bruzda” i kapitan Stanisław Cieślewski „Lipiec”. Urząd Bezpieczeństwa intensywnie poszukuje sposobu na ich likwidację, trafia również do Stanisława Marchewki.

Nie pozostawiono „Rybie” wielkiego wyboru - albo współpraca z UB i wydanie „Bruzdy” albo aresztowanie ze wszystkimi dalszymi konsekwencjami - przykładów co może stać się po aresztowaniu w tym okresie czasu nie brakowało. Pod koniec 1952 roku „Ryba” znalazł trzecie rozwiązanie. Pozornie zgodził się na współpracę z UB, otrzymał kryptonim „Rak” i z „błogosławieństwem” UB zaczął poszukiwać kontaktu z „Bruzdą”.

Do spotkania „Bruzdy” z „Rybą” doszło w lipcu 1953 roku u Apolinarego Grabowskiego w Jeziorku. „Ryba” opowiedział „Bruździe” o działaniach podjętych przez UB i wstąpił do grupy w której byli wówczas „Bruzda”, „Zegar” i „Tygrys” - Wacław Dąbrowski a nieco później dołączył do nich Jan Rogiński „Lis”.

Grupa powróciła na bagna biebrzańskie i wkrótce opuścił ją „Lis”. We wrześniu 1953 roku dokonano rekwizycji w PGR Ławsko, doszło do wymiany ognia w wyniku której zginął milicjant - funkcjonariusz KPMO z Grajewa. W październiku 1953 dokonano rekwizycji pieniędzy z ambulansu pocztowego. Akcja została przeprowadzona bez strzału i strat w ludziach mimo że UB miało informacje o możliwości takiej akcji.

Dzięki wejściu „Ryby” do grupy udało się wybudować kolejną kryjówkę tym razem w Jeziorku tuż koło Łomży, a tym samym poza terenem działania grup operacyjnych poszukujących ukrywających się. UB prowadziło ciągłe rozmowy z rodzinami Wysockiego i Dąbrowskiego próbując przeciągnąć ich na swoją stronę obietnicami amnestii - na razie bez rezultatów.

W sierpniu 1954 roku „Bruzda” zdecydował się na kolejną akcję rekwizycyjną - tym razem na Gminną Kasę Spółdzielczą w Przytułach. Grupa przybyła do Przytuł 23 sierpnia wieczorem. Aby dostać się do kasy należało zdobyć przechowywane na posterunku milicji klucze. Udali się tam „Bruzda” i „Ryba”. Na posterunku było trzech milicjantów, jeden z nich próbował wyrwać „Bruździe” broń z ręki. Padły strzały w wyniku których ranni zostali wszyscy milicjanci - w tym jeden ciężko i „Bruzda”, który ranny w klatkę piersiową upadł przed komisariatem. Pieniądze z kasy spółdzielczej zarekwirowano. Rana „Bruzdy” okazała się bardzo ciężka i na jego własną prośbę został on dobity strzałem z pistoletu przez „Rybę”.

„Ryba” myli pościg i melinuje się wspólnie z „Tygrysem” i „Zegą”, „Zegarem” w schronie u Apolinarego Grabowskiego w Jeziorku. Grupa ukrywa się i tylko od czasu do czasu dokonuje akcji rekwizycyjnych pozwalających na dalsze przetrwanie - w grudniu 1954 w Rydzewie, w czerwcu 1955 roku w Okrasinie, w sierpniu 1955 w Ciemnoszyjach i w lutym 1956 roku w Jeziorku. Urząd Bezpieczeństwa nie rezygnuje z możliwości dotarcia do „Tygrysa” i „Zegara”. Obaj zgadzają się wyjść z podziemia pod warunkiem amnestii, ale nie chcą ujawnić miejsca gdzie ukrywa się „Ryba”. Przełom następuje pod koniec lutego 1957 roku. Poprzez „Zdzisławę” t.w.UB udaje się w przybliżeniu ustalić miejsce pobytu grupy, a Tadeusz Wysocki „Zegar” dokonuje reszty wskazując funkcjonariuszom UB - kapitanowi Szkudelskiemu i kapitanowi Czaplejewiczowi lokalizację schronu, decyduje się też na udzielenie pomocy przy likwidacji „Ryby’.

Natychmiast rozpoczęto operację. 2 marca „Zegar” powrócił do schronu i pod pozorem choroby żony doprowadził do wyjścia ze schronu Wacława Dąbrowskiego „Tygrysa”. Natychmiast po odejściu "Tygrysa" zabudowania Grabowskiego zostały otoczone przez 2 kompanię 2 -go batalionu KBW z Grajewa. Pod pozorem wynoszenia gromadzącej się w schronie wody Wysocki wyszedł z kryjówki i zameldował UB że w schronie został tylko „Ryba”. Do chlewu, gdzie mieściło się wejście do schronu przedostali się kpt. Franciszek Czapajewicz z jeszcze jednym funkcjonariuszem UB. Zaniepokojony czymś „Ryba” właśnie opuszczał schron i zaczął strzelać do funkcjonariuszy UB ale broń której używał zacięła się, natomiast Czapajewicz serią z pistoletu maszynowego trafił „Rybę” zabijając go na miejscu.

W opowieściach miejscowych krąży inna wersja zdarzeń i śmierci „Ryby” nie przypisuje się Czapajewiczowi.

Postać „Ryby” pasjonowała mnie od dawna. Był kolegą moich rodziców. Był ostatnim oficerem AK, który zginął z bronią w ręku i to aż w 1957 roku. Dłużej od niego przetrwał tylko „Laluś” na lubelszczyźnie zabity przez SB w roku 1963. Często zadawałem sobie pytanie czy musieli zginąć i „Ryba” i „Laluś”. Czy zwycięskiej „władzy ludowej” nie było stać na gest łaski i darowania im ich „przewinień”. Czy naprawdę nie można było dla nich znaleźć miejsca w "nowym społeczeństwie", a w końcu, czy nie można było ich „wywalić” za granicę, tak jak to robiono później w roku 1968 i po roku 1981.

Stanisław Wałach szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa z Białymstoku pisze o „Rybie” jako zaciętym wrogu „władzy ludowej”. Jest oczywiste że o inną Polskę niż Polska Wałacha bił się „Ryba”. Zaakceptował jednak zmiany i próbował ułożyć sobie życie wyjeżdżając do Łodzi. Dopełnił obowiązków ustawy amnestyjnej. To „władza ludowa” wybrała go sobie na swojego wroga. To „władza ludowa” zapędziła go w sytuację bez wyjścia. Czy ”Ryba” wierzył że jakoś z tego wyjdzie ? Moja mama „Grażyna” nie miała prawa opuścić łomżyńskiego po aresztowaniu mojego ojca „Rawicza”. UB liczyło na to, obserwując ją uda się znaleźć ścieżki prowadzące do „Bruzdy” a później i „Ryby”. Rzeczywiście, mimo ogromnego ryzyka taki kontakt istniał i to „Ryba” w czasie spotkania z moją mamą powiedział jej że "nie widzi szans na wyjście z więzienia mojego ojca, ale oni wygrają i zabezpieczą przyszłość dzieci „Rawicza". Czy wierzył w to mimo wszystkiego co działo się wokół niego ? Czy była to tylko próba podtrzymania na duchu mojej mamy ? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Janusz Przemysław Ramotowski

Ppor. cz.w. Stanisław Marchewka "Ryba" - część 1>
Strona główna>

Notka ta powstała z wykorzystaniem informacji zawartych w książkach:
  • „Jeden z wyklętych major Jan Tabortowski „Bruzda”; „Podziemie antykomunistyczne w łomżyńskim i grajewskim 1944-1957” Sławomira Poleszaka „Łomża i powiat łomżyński w latach drugiej wojny światowej i trudnych latach powojennych” Czesława Brodzickiego; pamiętnika Józefa Ramotowskiego „Rawicza” oraz materiałów operacyjnych UB zawartych jego w „teczce” ostatnio udostępnionej mi przez IPN.
    Janusz Przemysław Ramotowski
wtorek, 28 marca 2006
Ostatni niezłomny - Józef Franczak ps. "Lalek" - część 1

OSTATNI ŻOŁNIERZ NIEPODLEGŁEJ - Sierż. Józef Franczak ps. "Lalek" (1918-1963)

W małej wsi w województwie lubelskim zginął jesienią 1963 roku podczas obławy 45-letni Józef Franczak, poszukiwany listem gończym były AK-owiec. Był ostatnim żołnierzem antykomunistycznego podziemia. Z bronią w ręku ukrywał się dokładnie 24 lata.


Sierż. Józef Franczak ps. "Lalek" (zdjęcie przedwojenne).

To był niesamowity rok - 1963. W Dallas ginie John F. Kennedy. Walentina Tiereszkowa macha ludzkości z orbity okołoziemskiej. Na osłodę imperialistom - The Beatles nagrywają singiel "She Loves You". A w Polsce? Na całego trwa nasza mała stabilizacja. Rewelacyjny Zbigniew Pietrzykowski po raz czwarty zostaje mistrzem Europy w boksie, a Roman Zambrowski wylatuje z KC, co jest wyraźnym sygnałem, że okres błędów i wypaczeń jest już za nami. Prawdziwe rewelacje jednak czekają rodaków na odcinku kultury. W Warszawie odbywa się premiera "Jak być kochaną" Wojciecha Hasa, Bohdan Łazuka bierze udział w zdjęciach do filmu "Beata", zaś rewelacyjny Zbigniew Maklakiewicz występuje w aż czterech filmach.
No i jeszcze jedno. W małej wsi koło Piask w województwie lubelskim ginie podczas obławy 45-letni Józef Franczak, poszukiwany listem gończym były AK-owiec. Dopiero niedawno, po ujawnieniu dokumentów operacyjnych SB sprzed czterdziestu lat okazało się, że był ostatnim polskim partyzantem. Z bronią w ręku ukrywał się dokładnie 24 lata.

Grupa z pepeszą
80-letnia dziś siostra Franczaka Czesława Kasprzak w pustym domu w Kolonii Kębłów koło Lublina nie ma specjalnie dużo do roboty. Dziarska staruszka opowiada dzieje swojej batalii z mszycami. Próbowały zeżreć paprotki, ale im się nie udało. Nagle w jej błękitnych oczach pojawiają się żywsze ogniki. - Nie, że mój brat, ale on od Boga miał - wzdycha. - Był taki przystojny, jelegancki, cały Józwa...
Elegancki? W dokumentach lubelskiego IPN-u przetrwało kilka zdjęć Józefa Franczaka. Na jednym z nich żołnierz jest ledwo widoczny. Zza pogięć i przetarć pożółkłego papieru dostrzec można tylko wyraźne oczy. Nad nimi łamie się fala modnego zaczesu. To przez tę fryzurę i maniery eleganta dostał podczas okupacji mało dziarską ksywę - "Laluś". Przezwisko przylgnęło do niego na lata. Ale były i inne. Zygmunt Libera "Babinicz", partyzant z Lubelszczyzny, nazywał go "Laleczką". W jakichś meldunkach figuruje także jako "Guściowa". A gdy po wojnie wyjechał do Sopotu, by rozpocząć nowe życie, zmienił papiery na Józefa Bagińskiego.
Dwa kolejne zdjęcia pochodzą z lata 1947 r. Byli Ak-owcy to dla władzy ludowej mordercy z bandy. Na zdjęciach nie widać, by się tym przejmowali. Zadowoleni, pewni siebie, uzbrojeni. Na jednej z fot "Lalek" stoi z gołą klatą. Jakoś go to peszy. Wypręża się do przodu, ale minę ma nie tęgą. Na następnym zdjęciu czwórka partyzantów inscenizuje scenę zatrzymania szpiega. Gra go właśnie "Laluś". Chyba się śmieje, zaś pozostała trójka mierzy do niego ze zdobycznej broni. Ktoś po lewej stronie ma go na muszce pepeszy, Walenty Waśkiewicz "Strzała" jakby wyszarpuje mu papiery, a Stanisław Kuchcewicz "Wiktor" bierze tęgi zamach i za chwilę urwie mu głowę metalową kolbą. Takie tam zabawy "zaplutych karłów reakcji". Na kolejnej fotografii "Laluś" stoi tyłem. W tyrolskim kapelusiku filuternie przekrzywionym na boczek wygląda jak gajowy z bajki o czerwonym kapturku. Do tego ten biały kołnierz a la Słowacki. Kupa śmiechu.
Ale na zdjęciach jest coś, co już nie bawi. Nad głowami golasów widać cyfry. Służyły do identyfikacji. Zdjęcia pochodzą bowiem z archiwum Zdzisława Brońskiego "Uskoka". "Resort", jak na UB mówi się do dziś w tych stronach, namierzył go w maju 1949 r. "Uskok" wysadził się granatem w oblężonym bunkrze. Zostało po nim archiwum, w tym pisany po wojnie pamiętnik i zdjęcia. Dzięki nim kontynuowano polowanie na byłych AK-owców.

Trzeci z lewej Józef Franczak ps. "Lalek" Zdjęcie zrobione prawdopodobnie w 1948 roku. Od lewej Walenty Waśkowicz "Strzala" d-ca patrolu w oddziale kpt. Brońskiego "Uskoka", zginął w 1949 roku w walce z grupą operacyjną UB, Stanisław Kuchewicz "Wiktor" żołnierz NSZ ze zgrupownia mjr Pazderskiego "Szarego", po rozbiciu przez NKWD, walczył w oddzialach sierż. Walewskiego "Zemsty" i Stefana Brzuszka "Boruty", od 1947 r. d-ca patrolu kpt."Uskoka", zginął zastrzelony przez funkcjonariusza MO w 1953 roku, Józef Franczak ps. "Lalek", czwarty z lewej Julian Kowalczyk "Cichy" zginał w walce z UB w 1951 r.

"Strzałę" z pierwszego zdjęcia dopadli jeszcze w kwietniu '49, "Wiktora" dopiero w 1953 r. Niezidentyfikowany partyzant z pepeszą pewnie padł w jednej z kilkudziesięciu innych potyczek. Do 1956 r. Lubelszczyzna huczała od nocnych wystrzałów. Z czasem było ich coraz mniej.
Aż ucichły zupełnie. Obława trwała jednak dalej. Resort - krok po kroku - namierzał ostatniego partyzanta w PRL-u. Ten wymykał się jak duch i powoli zmieniał się w żywą legendę.

Byle nie do Ludowego Wojska
Historia jego życia to dzieje polowania. W tarapatach był od chwili napaści Niemiec na Polskę. Ale do niewoli dostał się radzieckiej. Po kilku dniach był już na wolności. Uciekł. Zapewne jak inni żołnierze "po przejściach" wrócił w rodzinne strony. Od razu związał się z powstającą konspiracją. Dokładnie tak samo zrobił Janusz Brochwicz-Lewiński "Gryf". Dziś ten 85-letni kombatant opowiada: - Za dnia pracowaliśmy jako robotnicy, wieczorami szło szkolenie, a potem nocami szliśmy na akcje. Już po roku każdy miał kilka życiorysów. Ja byłem magazynierem, mechanikiem, sprzedawałem węgiel. A po robocie wyrównywałem rachunki z Niemcami. Rano znowu pokornie ładowałem węgiel. Po wpadce - przeszedłem do partyzantki. Tam poznałem "Babinicza" i "Lalusia".
Józef Franczak został dowódcą drużyny, a potem dowódcą plutonu w III Rejonie Obwodu Lublin AK. Był jednym z 60 tysięcy takich jak on konspiratorów na Lubelszczyźnie. Gdy w lipcu 1944 r. Armia Czerwona przekroczyła Bug, rozpoczęła się tu długo oczekiwana akcja "Burza". Celem tej insurekcji było nie tyle wypędzenie Niemców, ale uświadomienie władzom sowieckim, że na wyzwolonych terenach gospodarzem są Polacy. Największe boje toczyła 27. Wołyńska Dywizja AK. Zdobyła samodzielnie Lubartów, Kock i Firlej. Wraz z innymi oddziałami oddała "na tacy" wyzwolicielom z Armii Czerwonej kilkadziesiąt miast i miasteczek.
Doszło wtedy do kontaktów AK z sowiecką i komunistyczną partyzantką. Zdzisław Broński „Uskok", przyszły dowódca „Lalusia", tak opisał w pamiętniku porucznika AL „Czarnego Sępa":
„Buty cokolwiek za duże, bo »rekwirowane «. Z jednego zwisa onuca, na drugim sterczy zardzewiała ostroga. Polski mundur za ciasny i dlatego niezapięty. Pas obciążony pistoletem, granatami opadł poniżej brzucha. Na plecach dynda się mapnik wyładowany słoniną, cebulą i chlebem. Na głowie on sobie potrzebował włożyć oficerską rogatywkę, przy której otok własnego pomysłu ozdobił czerwoną szmatą, a na szmacie przypiął kwokę".
25 lipca Sowieci przystąpili do pierwszych aresztowań. Zostaje rozbrojona 27. Dywizja, a pięć dni potem 9. Dywizja Piechoty AK. Powoli, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień zaczynają się zapełniać oczyszczone już z trupów (po niegdysiejszych niemieckich gospodarzach) cele więzienia na lubelskim zamku i baraki na Majdanku.
„Nie przychodziła mi jeszcze wtedy do głowy myśl - notuje dalej „Uskok" - że władze »demokratyczne « mogą potraktować mnie jako przestępcę za to, że byłem dowódcą oddziału partyzanckiego AK. Że wszystkie organizacje niekomunistyczne będą traktowane jako »faszystowskie « i »prohitlerowskie «. A więc wrogie wolności i demokracji!... Nie przypuszczałem, że moje wysiłki w niesieniu pomocy Ojczyźnie będą traktowane jako praca dla Hitlera".
Franczak w sierpniu 1944 r. został wcielony do Ludowego Wojska. W Kąkolewnicy, gdzie stacjonuje jego jednostka, jest świadkiem skazywania na śmierć przez polowy sąd kolegów z AK. Zdezerterował z wojska w styczniu 1945 r. i postanowił uciec do Szwecji. Podobno już miał miejsce na statku, znał pewnego kapitana i była szansa, że dostanie się na Bornholm. Na dworcu w Sopocie przez przypadek zauważyła go jednak sąsiadka z rodzinnej wsi. Po powrocie do domu opowiedziała o tym na lewo i prawo.
Wkrótce Franczak zorientował się, że UB depcze mu po piętach. Na przełomie 1945/46 wrócił w rodzinne strony. Zaraz potem trafił pod dowództwo legendarnego żołnierza - mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory". I znowu partyzantka. Przystojny i wysoki nie może opędzić się od kobiet. Ukrywa się, ale na razie widzi w tym fantastyczną zabawę.
17 czerwca 1946 r. bawił się na weselu w Chmielniku. Goście młodej pary - zupełnie niepostrzeżenie - zostali okrążeni przez grupę operacyjną UB z Lublina i aresztowani. Wśród weselników było więcej wrogów Polski Ludowej. Nawyki z wojny jednak pomagają... Partyzanci rozbrajają kilku konwojentów i uciekają. Przy okazji ginie czterech funkcjonariuszy. Dwa miesiące później "Laluś" znowu jest w opałach, kiedy do jego kwatery we wsi Bojanica wchodzi milicja. Kolejne dwa trupy.
Gdy na początku 1947 r. komunistyczne władze ogłosiły amnestię, przewidując, że skorzysta z niej kilkanaście tysięcy osób w całym kraju - ujawnia się 53 tysiące uzbrojonych żołnierzy. "Laluś" nie.
Ale jest już ktoś, kto niedługo zacznie go do tego delikatnie namawiać.

Ostatni niezłomny - Józef Franczak ps. "Lalek" - część 2>

Ostatni niezłomny - Józef Franczak ps. "Lalek" - część 2

Strzela jak na filmie
Dziś Danuta Mazur cierpi na chorobę nóg. Całymi dniami siedzi na ganku murowanego domu w Wygnanowicach. 59 lat temu, gdzieś w połowie 1946 r. koleżanka poprosiła jej ojca o przenocowanie chłopaka z lasu.
- Pierwszy raz go wtedy zobaczyłam - wspomina osiemdziesięcioletnia dziś kobieta. - Przystojny, figurę miał, głos łagodny. No... w moim guście był. Taki z brzuszkiem - dodaje. I już po jej pooranej zmarszczkami twarzy płyną łzy.
Najczęściej spotykali się w polu. W tajemnicy przed jej ojcem, choć należał do siatki "opiekunów" Franczaka. Danuta brała w chustę coś do jedzenia i znikała na kilkadziesiąt minut. Najłatwiej było się ukrywać w lecie. Zboże wysokie, wszystko dookoła bujne, młodość podpowiadała, jak się chować. Na początku to tylko urywkowe spotkania. Danuta oddawała meldunki i przekazywała informacje o sytuacji w powiecie. Z czasem jednak służbowe spotkania zmieniły się w randki.
- Przynosił mi książki, różne romanse - mówi. - Kiedyś nawet pokazał w atlasie Kanał Sueski, twierdząc, że wojna światowa zacznie się tam i ona nas wyzwoli. Ja w to wszystko wierzyłam, bo on tak mówił, że wszystkich potrafił przekonać.
Franczak nie chce narażać narzeczonej. Niekiedy zostawi w nocy jakiś upominek na parapecie jej okna, innym razem ona sama czuje, że ją obserwuje schowany w lesie.
Czasem Danuta dowie się, że "Laluś" strzelał się z milicją w Lublinie, innym razem, że z "ubejcami" w Lubartowie. Udaje, że ją to nic nie obchodzi. Wojna się przecież skończyła, a wszyscy dookoła chcą wreszcie normalnie żyć. Ale koniec lat czterdziestych to okres terroru. Na Lubelszczyźnie strzelaniny to rzeczy codzienne. UB i wojsko w poszukiwaniu partyzantów aresztuje tysiące osób, podpala chałupy, straszy i bije.
Dochodzi do tego, że od połowy 48 r. grupa "Uskoka", w której jest teraz Franczak, siedzi jak mysz pod miotłą i tylko raz na miesiąc organizuje akcje. Giną szefowie gminnych i powiatowych komitetów PPR-u, szczególnie zawzięci utrwalacze władzy ludowej, posterunkowi i konfidenci. Zaraz po każdej akcji - odwet. A potem odwet za odwet. Czasami jest jedna ofiara, innym razem ginie kilkanaście osób. Historyk Tomasz Łabiszewski z IPN w pracy zbiorowej "Ostatni Leśni" szacuje, że w całym kraju tylko w lipcu 1948 r. milicja i UB przeprowadziła ponad 2 tys. operacji przeciwko "bandom". W przeczesywaniu lasów wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy.
W maju 1948 r. patrol "Lalusia" wpada w zasadzkę koło wsi Cyganka koło Lublina. Od strzałów padają dwaj partyzanci, dwaj inni są ranni. Ich dowódca - po wystrzeleniu magazynka - znika. Wymyka się obławie. Nawet jest nie draśnięty.
"Coraz więcej ludzi popada w apatyczny nastrój i przestaje wierzyć w rychłe zmiany na lepsze. Ludzie coraz bardziej dostosowują się do znienawidzonego, a umacniającego się porządku - bo przecież trzeba żyć. My garstka straceńców - jak nas nazywają - stajemy się oazą wiary i woli zwycięstwa na pustyni zwątpienia i beznadziejności" - notował "Uskok".
W Wigilię 24 grudnia 1948 r. milicji udaje się wreszcie dorwać "Lalusia". W pojedynkę zostaje zaskoczony w sklepie w Wygnanowicach. Ale i tym razem jest szybszy. Strzela jak na filmie. Jeden z milicjantów pada trafiony, on sam dobiega do lasu. Jest ranny w brzuch. Będzie się leczył kilka miesięcy. W tym czasie jednak zostaje wytropiony "Uskok". Najpierw informator o pseudonimie "Janek" wydaje najbliższego współpracownika Brońskiego - "Babinicza". Ten z kolei katowany przez ubeków z Lubartowa ujawnia położenie bunkra, w którym chowa się charyzmatyczny dowódca.
21 maja cała okolica bunkra zostaje otoczona. Po krótkiej wymianie strzałów „Uskok" popełnia samobójstwo. Zadowoleni funkcjonariusze malują na desce napis :„Bunkier i »Uskoka « szlak [sic!] trafił" i fotografują ją w zdobytym schowku. W ich ręce wpada całe archiwum oddziału.
Na jednej z fotografii - nad głową pochylonego nad mapą Franczaka - pojawia się cyferka „jeden".

Adwokat z Lublina
Opowieść o ostatnim polskim partyzancie powinna się rozpoczynać właśnie w tym momencie. W całym kraju - według danych resortu bezpieczeństwa - ukrywa się jeszcze 250 żołnierzy. Przede wszystkim na Białostocczyźnie i na Lubelszczyźnie.
Coraz rzadziej jednak partyzanci mają ze sobą kontakt. Często poszczególni żołnierze nie wiedzą nawet, że są już samotni w swoim rejonie. Do lutego 1953 r. działają ostatni żołnierze "Uskoka", zaś w lipcu kończy się wielomiesięczne polowanie na siedmioosobowy patrol por. Wacława Grabowskiego "Puszczyka" pod Mławą. W dokumentach UB zachował się nawet rachunek za wydanie ich kryjówki. Agent "N-20" dostał za to śmieszną wówczas sumę 5 tys. złotych. Cała siódemka zginęła.
W nocy z 2 na 3 marca 1957 r. we wsi Jeziorko koło Łomży grupa operacyjna SB-KBW zabiła ppor. Stanisława Marchewkę "Rybę" - ostatniego partyzanta na Białostocczyźnie. W lutym 1959 r. koło Leżajska został aresztowany Michał Krupa, a 30 grudnia 1961 r. w powiecie biłgorajskim wpada "Dąb" - Andrzej Kiszka.
"Laluś" ukrywa się dalej. Albo ma niebywałe szczęście, albo jest najbardziej roztropny. Na pewno jest zdeterminowany. Mimo że najbliżsi współpracownicy, a z czasem i Danuta Mazur prosili, by się ujawnił, odmawia.
Decydujące było spotkanie z lubelskim adwokatem Rachwaldem niedługo po ogłoszeniu w kwietniu 1956 r. ostatniej już amnestii. Franczak pojawił się w mieszkaniu adwokata zupełnie niepostrzeżenie. Musiał potwornie uważać, bo miasto roiło się od bezpieki. Mieściło się tam też centrum aparatu represji, a funkcjonariusze znali podobiznę "Lalusia". Wiedzieli także, że stosuje różne fortele. Do lustrowania okolic, w których miał zabawić dłużej, używał na przykład przebrania kobiety. Wiemy, że wcześniej zdarzało mu się ukrywać w Lublinie. Dziś krążą wśród miejscowych niesamowite wręcz legendy. Że na kilka lat wyjechał na Zachód, że przekupił kilku wysokich funkcjonariuszy i ukrywał się w Warszawie. Że trzymał na muszce jakiegoś generała, że strzelał z zamkniętymi oczami i zawsze trafiał...
Dokładnie wiemy, o czym "Laluś" rozmawiał z adwokatem. Danuta Mazur, dla której to spotkanie mogło oznaczać legalizację jej związku, ujawnia tajemnicę tego wieczoru. Franczak zapytał wprost: - Co na niego mają i co dostanie w zamian za poddanie się z bronią? Jeśli wsadzą go na 15 lat - może się ujawnić, jeśli na więcej - będzie walczył dalej. Mecenas mimo amnestii nie miał dobrych wieści: - Na sucho ci to nie ujdzie. Oficjalne dossier "Lalusia" było rzeczywiście imponujące.
Władza oskarżała go o kilkanaście morderstw. Listę otwierało dwóch Żydów, członków Gwardii Ludowej, zastrzelonych w Skrzynicach zimą 1943 r. podczas walki. Następny był współudział w zastrzeleniu czterech milicjantów w czerwcu 1946 r. Potem posterunkowy z Rybczewic i członek PPR-u Zdzisław Dębski z Majdanka Kozickiego. W 1948 r. Franczak miał na sumieniu kolejnego milicjanta z Rybczewic, a potem komendanta ORMO we wsi Wola Gardzienicka. W sierpniu 1951 r. miał zaś zastrzelić tajnego współpracownika UB we wsi Passów. Do tego dochodzą wspomniane już strzelaniny w Bojanicach, Cygance i Wygnanowicach.
To nie koniec. Z akt wynika także, że 10 lutego 1953 r. razem z dwoma innymi partyzantami zorganizował napad akcję na Kasę GS w Piaskach, w której zostaje zastrzelony komendant posterunku MO. Z tej akcji uniewinnia go młodsza o niecały rok Wiktoria Olszewska, koleżanka ze szkoły. - On nie rabował - mówi. Potwierdza to także Danuta Mazur. Twierdzi, że z czasem wszystkie przestępstwa w okolicy zaczęto mu przypisywać. Akcję na kasę również, choć "Laluś" miał tylko wysłać anonim, w którym ostrzegał, że napad jest szykowany, ale on nie ma z tym nic wspólnego. Czy nie miał rzeczywiście? W akcji poległ "Wiktor", który był jego dowódcą. Janina Wilkołek, wówczas nastoletnia dziewczynka, powtarza to, o czym rozmawiali dorośli: - Tak, rabował, ale rozdawał biednym. To był taki nasz lubelski Janosik.
- Od dożywocia się nie wywiniesz
- mecenas Rachwald nie owijał w bawełnę. Zaraz jednak dodał, że na taką karę wystarczy tylko to, co zgromadziła prokuratura. To zaś, co ma UB w swoich aktach - wystarczy, aby „przypadkowo" zginął w trakcie aresztowania albo nie wytrzymał trudów śledztwa.
Ale w październiku 1956 r. zaczęła się odwilż. Z więzień zaczęli wychodzić żołnierze AK skazani wcześniej na karę śmierci. - Mówiłam mu, że mój sąsiad wrócił do Wygnanowic z potrójnym wyrokiem - wspomina Danuta Mazur. - Józek się wahał, ale się nie przemógł. Objął mnie i powiedział, że nie wyjdzie już nigdy.
Jakby na potwierdzenie jesienią 1956 r. zdobył ambulans pocztowy przewożący 108 tys. złotych. Trzy lata później do jego teczki trafia także sprawa Mieczysława Lipskiego, oficera KW MO z Lublina. "Laluś" postrzelił go w styczniu 1959 r. Już wtedy doskonale wiedział, że wokół niego zaciska się śmiertelna pętla. - Cierpiał, i tylko Bóg jeden wie, jak bardzo - dodaje była narzeczona.

Ostatni niezłomny - Józef Franczak ps. "Lalek" - część 3>

Ostatni niezłomny - Józef Franczak ps. "Lalek" - część 3

Lista Franczaka
W 1959 r. Danuta Mazur urodziła syna. Nie mogła się przyznać, kim jest jego ojciec. Rodzina znalazła kandydata na "tatę" i trzymała się fałszywej wersji. Ale funkcjonariusze i agenci UB wiedzieli swoje. Trzylatkowi milicjanci przywozili czekoladki i pytali o pewnego miłego pana z charakterystyczną grzywką. Mały go nie znał, bo "Laluś" obserwował syna tylko z daleka i całował, tylko gdy ten spał. Tylko raz wziął go w ramiona, gdy brzdąc miał zaledwie miesiąc.
Syn partyzanta pamięta inne spotkanie z ojcem. - Akurat były zbiory rzepaku. Jak przebiegałem koło dużej ich kupy zobaczyłem czyjąś rękę. Pobiegłem do mamy krzycząc, że tam leży jakiś pan. Potem widziałem go tylko, jak idzie do lasu. - A pamięta pan jego twarz? - pytam. - Zamazana.
- Brali mnie na cmentarz i grozili, że zamordują, jeśli Józka nie wydam - mówi Danuta Mazur i opowiada, jak wyglądało śledztwo. Jej wspomnienia oraz świadectwa bliskich "Lalusia" uzupełniają materiały z Instytutu Pamięci Narodowej. Kontrast jest straszny.
Formalne rozpracowanie Franczaka ruszyło 16 listopada 1951 r. Referat III Powiatowego UBP w Lublinie nadał akcji kryptonim "Pożar". Na początku wszystko szło fatalnie. "Resort" próbował ustalić miejsce jego pobytu za pomocą siatki agentów. Zanim jednak niektórzy zdążyli cokolwiek donieść, jak spod ziemi wyrastał przed nimi "Laluś".
Do wuja Wiktorii Olszewskiej przyszedł w biały dzień. Odciągnął go na stronę i rozmawiał z 10 minut. - Wuj wrócił spocony i czerwony - opowiada Olszewska. - Laluś nie chciał go skrzywdzić, ale wyżalił mu się, że niech tylko przeżyje jak on w ukryciu jeden dzień, to zrozumie, przez jakie piekło przechodzi. Poskutkowało.
Innym razem doszło do "Lalusia", że po pijaku ktoś w okolicy grozi, że go wyda. Następnego dnia na jego progu leżała kartka, że ma "stulić dziób", bo zginie. Wystarczyło. Innym za zbytnie gadulstwo przystawiał broń do brzucha i groził. Raz nawet umówił się z informatorem bezpieki, podając się za oficera kontaktowego. Ten zorientował się jednak, że coś jest nie tak, bo "Laluś" wypytywał go krótko, po czym od razu wręczył pieniądze. Tymczasem UB tak nie robiło. Gdy prowokacja się posypała, "Laluś" po prostu przystawił mu pistolet do brzucha i powiedział, że to ostatnie ostrzeżenie.
Nie zawsze używał siły. Nie musiał. Ukrywał się tak długo i skutecznie, bo był w okolicy bardzo szanowany. - Nigdy nikogo specjalnie nie narażał - wspominają nieujawniający się nawet dziś byli współpracownicy. - Bywało, że nie jadł nic przez cały dzień. Bywało, że marzł w zimie na kamień. Mimo to nie zachodził do chałup. Jeśli mógł, to sam pomagał. Cieszył się wielkim autorytetem. Miał charyzmę i budził podziw za niezłomny charakter. Czasami wydawało się, że wie lepiej, co zamierzają władze. Zaczęli go doceniać nawet pracownicy aparatu represji.
W jednym z raportów oficer SB napisał, że przez kilka lat organa nie otrzymywały żadnych informacji o miejscu jego pobytu. A nawet, że "Laluś" był informowany na bieżąco o pojawieniu się w terenie funkcjonariuszy MO. Prawdopodobnie dzięki temu na początku lat sześćdziesiątych dowiedział, że para podająca się w okolicach Wygnanowic za fotografów to podstawieni agenci. Z ustaleń dr. Sławomira Poleszaka z lubelskiego IPN wynika, że siatka współpracowników "Lalusia", która z narażeniem siebie dawała mu przez lata schronienie, liczyła 200 gospodarzy. Byli to koledzy ze szkoły, znajomi rodziny, przyjaciele i antykomunistycznie nastawieni rolnicy. Wiadomo, że znajdowali się wśród nich również księża, nauczyciele, lokalna inteligencja. Podobno byli też milicjanci, członkowie PZPR i wojskowi.
Latem "Laluś" ukrywał się przeważnie w polu. Spał w kamieniołomach koło Wygnanowic. Zimą korzystał z kwater przyjaciół. Spał w ich mieszkaniach i stodołach. Rewanżował się drobnymi pracami. To pomalował komuś chałupę, to sklecił gołębnik albo naprawiał narzędzia.
Z początku przeciw zorganizowanej siatce pomocników "resort" mógł wystawić kilkudziesięciu lokalnych oficerów, ZOMO i oddziały wojska. W grudniu 1960 r. rozpracowanie nabrało jednak tempa. Sprawę agenturalno-poszukiwawczą przekwalifikowano na rozpracowanie operacyjne. Oznaczało to zwerbowanie kilkudziesięciu tajnych agentów, zakładanie nowoczesnej aparatury podsłuchowej i rozpoczęcie finezyjnej gry psychologicznej.
Celem nie było już nie aresztowanie, ale likwidacja "niezwykle groźnego bandyty".

Zdrada bratanka
Najpierw były podsłuchy. Pierwszą aparaturę funkcjonariusze założyli w chałupie siostry "Lalusia" Czesławy Kasprzak. Po kilku dniach zepsuł się mikrofon. Potem drugi aparat założono w domu u drugiej jego siostry Celiny Mazur. Po tygodniu, podczas prac gospodarskich jej syn wykopał przewód z ziemi i wezwana z posterunku milicja musiała go zwinąć, tłumacząc, że to jakieś pozostałości po wojnie. Na pomysł założenia podsłuchu u Danuty Mazur warszawska centrala początkowo nie chciała się zgodzić. Dopiero w 1960 r. - gdy resort uświadomił sobie, że nawet stała obserwacja nie daje rezultatu - trzy aparaty zaczęły działać w jej domu. Dzięki nim funkcjonariusze wiedzieli, że jakiś tajemniczy mężczyzna od czasu do czasu u niej przebywa. To jednak było za mało.
Mizerne efekty dała również obserwacja bezpośrednia innych członków rodziny. Jeden z takich punków obserwacyjnych musiał zostać zwinięty, bo w zimie funkcjonariusze i agenci potwornie pomarzli. Inni mimo wielotygodniowej pracy nie zauważyli nikogo. Za to strach padł na mieszkańców obserwowanych siedzisk. Sąsiedzi znajomych Franczaka zaskoczyli agentów na nadawaniu meldunków drogą radiową w leśnym uroczysku, innym razem spotkali funkcjonariuszy po cywilu podsłuchujących pod oknami.
Jesienią 1960 r. pojawiła się wreszcie szansa na sukces. Teść jednej z sióstr Franczaka popełnił samobójstwo. Przyczyną tragedii miały być spięcia wewnątrz rodziny z powodu ukrywającego się brata. "W celu wytworzenia antagonizmu do bandyty i jego siostry" funkcjonariusze SB przeprowadzili szereg rozmów. W kwietniu 1962 r. naczelnik wydziału III SB mjr. Stanisław Lipiec pisał jednak zrezygnowany: "ludzie ci z uwagi na brak możliwości ich rozpracowania stanowią dla nas pewien problem".
Nie powiodła się także akcja równoczesnego zapraszania na przesłuchania znajomych "Lalusia". W ciągu kilku kwietniowych dni 1963 r. do siedziby lubelskiej MO wezwano 62 osoby w czteroosobowych grupach. Funkcjonariusze liczyli, że wezwani w poczekalni będą ustalać treść zeznań. Ale zainstalowana tam aparatura podsłuchowa niczego nie nagrała. Łącznie w trakcie działań przeciwko Franczakowi "rozpracowaniem" objęto kilkaset osób. Na próżno.
Aż wreszcie w kwietniu 1963 r. został wezwany na przesłuchanie bratanek ojca Danuty Mazur – Stanisław Mazur. Oficer SB zaproponował mu współpracę i zapewnił o dyskrecji. Obiecał wynagrodzenie finansowe, a ten nie odmówił. Z czasem przejął inicjatywę we współpracy z bezpieką. Stanisław Mazur w teczkach figuruje jako agent "Michał".
Tymczasem początek lat sześćdziesiątych to dla "Lalusia" trudny okres. Przyjaciele czuli, że ciągłe ukrywanie się zostawia na jego psychice trwałe ślady. Był przygnębiony i zmęczony, przez co mniej uważny. Danucie Mazur miał się zwierzyć, że brakuje mu już siły, by ciągle się ukrywać. Ale innego zdania jest siostra Czesława Kasprzak. Według niej Józek był wtedy w doskonałej formie. Twierdził, że sytuacja międzynarodowa dojrzewa do wybuchu. Że będzie konflikt, jakaś wojna, że los wreszcie się odmieni. - Na każde zawołanie mógł mieć tysiąc chłopaków pod bronią. - mówi. - W 1963? - pytam. - Właśnie wtedy!
- W nocy śnił mi się nasz syn - tak Danuta Mazur wspomina dzień śmierci "Lalusia". Gdy to mówi, nie potrafi ukryć łez. - Śniło mi się, że mój syn Marek topił się, a Józka nie było. Zawsze mogłam liczyć na jego pomoc, a wtedy, w tym śnie - nie pomógł mi.
21 października 1963 - 35 funkcjonariuszy ZOMO i SB czekało tylko na umówiony sygnał od "Michała". Ten dokładnie informował, co robił "Laluś". A on był w Majdanie Kozic Górnych, w obejściu swych przyjaciół i współpracowników Jana i Wacława Beciów.

Strzelanina jak na froncie
Dokładny opis śmiertelnej strzelaniny znamy dzięki raportowi rozpracowującego go przez lata funkcjonariusza por. Ludwika Tarachy. W przeszłości panowie widzieli się przez kilkanaście sekund. Taracha, który bardzo sumiennie podszedł do powierzonego mu zadania, spędził w okolicy, gdzie ukrywał się "Laluś" wiele miesięcy. Przypadkowo natknęli się nawet na siebie na jakiejś leśnej polanie. Obaj przeszli wtedy koło siebie jak dwaj wracający z pola nieznajomi. - Józek wiedział, że to ten ubek. Trzymał palec na cynglu, tamten pewnie też - mówi Danuta Mazur. Ale do strzelaniny nie doszło. Kto się zawahał? Nie wiadomo...
21 października 1963 r. o godz. 14.30 cała wieś była już otoczona. Gdy "Laluś" wychodził z obejścia rodziny Beciów, natknął się na milicjantów. - Cofnął się do stodoły i wyszedł z grabiami na ramieniu. Udawał jakiegoś parobka - mówi Olszewska.
„Po sylwetce i zachowaniu domyśliłem się, że to może być Franczak" - relacjonował potem Taracha. - „Franczaka usiłował zatrzymać »przewodnik psa «, jednak Franczak zaczął uciekać do stodoły. Po dwóch minutach wypadł z innej strony i zaczął strzelać".
To był koniec. Osaczony, postanowił walczyć do końca. Mimo że z karabinów strzelało do niego kilku zomowców, kluczył po wsi i odpowiadał ogniem.
- To był front. Strzelanina jak na wojnie, kule świstały w powietrzu. Wojsko zatrzymywało ludzi wracających z pola i kładło na ziemię. Bałam się o krowy, nie wiedziałam, co się dzieje - wspomina 14-letnia wówczas Janina Wilkołek. - Jego granaty nie wybuchły, pistolet się zacinał - dodaje Anna Kasprzak, sąsiadka Wilkołek. Wspomnieniom przysłuchuje się Wiktoria Olszewska. - Byliśmy przerażeni, on nie.
Na stole w mieszkaniu siostry "Lalusia" leży protokół sekcji zwłok brata. Na schematycznym rysunku zaznaczone ślady po kulach. Franczak dostał serią w klatkę piersiową, w brzuch i nogę. Nie mógł przeżyć.
Czesława Kasprzak: - Gdyby tylko dobiegł do lasu, to może...
Danuta Mazur: - Zdradziła go najbliższa rodzina.
Anna Kasprzak: - Nie miał szans.

Głowę zabrali ubecy
Dziś w miejscu, gdzie padł śmiertelnie ranny, stoi zrujnowana chałupa. Kilka metrów obok nowy dom państwa Olszewskich. Prawnuki koleżanki ze szkoły "Lalusia" bawią się w kuchni. Starsza dziewczynka boi się pokrzyw i nie wejdzie za ciocią, by pokazać, gdzie rozegrała się tragedia.
Współpracownicy Franczaka mieli dużo szczęścia. Tylko Kazimierz Mazur i przyjaciel "Lalusia" Wacław Beć trafili po zakończeniu śledztwa za kraty. Pierwszy na pięć lat, drugi na trzy.
Syn Danuty Mazur i Józefa Franczaka dowiedział się, kim był jego ojciec, gdy miał około dziesięciu lat. - W szkole historii uczył mnie partyjniak - wspomina lata siedemdziesiąte. - Gdy powiedziałem, że 17 września 1939 r. Polskę napadli Ruscy, prawie rzucił się na mnie z pięściami. O ojca nie musiał pytać, wszystko wiedział.
Gdy Marek miał kilkanaście lat i zaczął się uganiać po sąsiedzkich wsiach za dziewczynami, starsi ludzie zatrzymywali go i wspominali ojca. - To były serdeczne spotkania.
Marek Franczak dopiero w 1992 r. dostał od sądu zgodę na noszenie nazwiska ojca.
Grób "Lalusia" znajduje się na cmentarzu w Piaskach. Ostatni partyzant leży w mogile bez głowy. Ta została odrąbana w prosektorium zaraz po sekcji zwłok i nigdy nie została zwrócona rodzinie. - Gdzie jest mój Józef? - pyta szeptem pani Danuta.

Ostatni niezłomny - Józef Franczak ps. "Lalek" - część 1>

Michał Wójcik
współpraca Sławomir Poleszak (IPN Lublin)

Cytaty za:
Zdzisław Broński „Uskok”, „Pamiętniki (1941 - maj 1949)". Wstęp redakcja naukowa, opracowanie dokumentów Sławomir Poleszak

Sławomir Poleszak „Kryptonim »Pożar «. Rozpracowanie i likwidacja ostatniego żołnierza polskiego podziemia niepodległościowego Józefa Franczaka »Lalka «, »Lalusia « (1956-1963)". Publikacja ukaże się w grudniu 2005 w periodyku IPN „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 8.

Michał Wójcik, dziennikarz, historyk, felietonista w „Mówią Wieki" i Radiu PIN, autor wydanego w zeszłym roku opracowania o Powstaniu Warszawskim

1 , 2 , 3 , 4