Zapomniani Bohaterowie

WSPARCIE STRONY
Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie na facebook
FUNDACJA ''PAMIĘTAMY''
THE DOOMED SOLDIERS
Freedom And Independence
NATIONAL ARMED FORCES
Instytut Pamięci Narodowej
Zeszyty Historyczne WiN-u
GLAUKOPIS - Pismo Społeczno-Historyczne
Historia miejscowości Gminy Urszulin
ENDECJA.pl
Brygada Świętokrzyska NSZ

Leopold Okulicki
GRH Ogniowcy
PSRH ''X D.O.K.''
Wierni Ojczyźnie
Pamięci Żołnierzy Wyklętych
FUNDACJA ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH
KAMPANIA WRZEŚNIOWA 1939

Niepoprawni.pl - Blogerzy dla blogerów



www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
ALBUM POLSKI - Nasze Małe Ojczyzny
TWARDZI JAK STAL - muzyczny hołd dla NSZ
Witryna poświęcona twórczości i życiu Józefa Mackiewicza (1902 - 1985)
Łysiakmania
Strona Ks. Tadeusza Isakowicza - Zaleskiego
WOLNI i SOLIDARNI
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem
13grudnia.org.pl
Żarowska Izba Historyczna
Strony Patriotyczne
SURGE POLONIA
Prawy Prosty. Niezależny Magazyn Informacyjny
Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
Ogrody Wspomnień
Imperium Romanum
niedziela, 28 sierpnia 2011
"Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba"...
66 rocznica zamordowania Danuty Siedzikówny ps. "Inka"



66 lat temu, 28 sierpnia 1946 r., o godz. 6.15 w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej 12, komunistyczni oprawcy zamordowali siedemnastoletnią sanitariuszkę 5 Brygady Wileńskiej AK Danutę Siedzikówną ps. „Inka”. Wraz z nią śmierć poniósł oficer wileńskiej AK ppor. Feliks Selmanowicz ps. Zagończyk”. Umierali z okrzykiem „Jeszcze Polska nie zginęła!” i „Niech żyje „Łupaszko”!”. „Inka” i  „Zagończyk” zostali zabici strzałem w głowę przez dowódcę plutonu egzekucyjnego, ppor. Franciszka Sawickiego, ponieważ strzały  z 10 pepesz plutonu mającego wykonać wyrok jedynie drasnęły dziewczynę i poraniły jej towarzysza niedoli, choć żołnierze strzelali z odległości trzech kroków. Do dziś rodzinom nie udało się odnaleźć miejsca ich pochówku. Wyrok śmierci był komunistyczną zbrodnią sądową, a zarazem aktem zemsty  i bezradności UB wobec niemożności rozbicia oddziałów mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.

„Inka” została  aresztowana w Gdańsku rankiem 20 lipca 1946 r. Po bestialskim śledztwie  3 sierpnia 1946 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku skazał ją na śmierć. „Inka” nie uległa namowom obrońcy z urzędu i nie podpisała prośby o ułaskawienie; pismo podpisał jej obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. W grypsie do sióstr Mikołajewskich z Gdańska, krótko przed śmiercią, napisała:

"Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba".


Danuta Siedzikówna ps. "Inka"

Danuta Siedzikówna urodziła się 3 września 1928 r. we wsi Guszczewina k. Narewki w pow. Bielsk Podlaski. Była drugą córką leśnika Wacława Siedzika i Eugenii z Tymińskich. W rodzinie żywe były polskie tradycje patriotyczne. Ojciec w 1913 r., podczas studiów w Petersburgu, został aresztowany przez władze carskie za udział w tajnej polskiej organizacji młodzieżowej i zesłany w głąb Rosji, skąd do Polski wrócił dopiero w 1926 r. Babcia Helena  Tymińska spokrewniona była z rodziną Orzeszków, znała dobrze Elizę Orzeszkową. Świadomość rodzinnej przeszłości wywarła duży wpływ na ukształtowanie osobowości i postawy przyszłej sanitariuszki. Do wojny rodzina Siedzików mieszkała w leśniczówce w Olchówce pod Narewką, gdzie pracował ojciec „Inki”. Danuta Siedzikówna była jedną z trojga rodzeństwa, miała młodszą o trzy lata siostrę Irenę i o rok starszą Wiesławę. Do 1939 roku uczyła się w szkole powszechnejw Olchówce, potem zaś w szkole sióstr salezjanek w Różanym Stoku pod Grodnem. Dalszą naukę przerwała jej wojna.

We wrześniu 1939 r. tereny rodzinne Danuty został zajęte na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow przez Armię Czerwoną i znalazł się pod okupacją sowiecką. Wacław Siedzik, podobnie jak wielu polskich leśników uznanych przez władze komunistyczne za osoby szczególnie związane z państwem polskim - a co za tym idzie - niebezpieczne, został w 1940 r. aresztowany przez NKWD i wywieziony do kopalni złota na Syberii. Po wybuchu w czerwcu 1941 r. wojny pomiędzy Związkiem Sowieckim i III Rzeszą, został zwolniony z obozu i wraz z armią gen. Andersa znalazł się na terenie Iranu. Tam, w Teheranie, sprawował funkcję komendanta obozu dla polskich uchodźców cywilnych. Na skutek ciężkich przeżyć oraz z powodu słabego zdrowia nadwątlonego dwukrotnym zesłaniem zmarł w Iranie, wkrótce po opuszczeniu przez armię Andersa Rosji. Jego grób znajduje się na cmentarzu polskim w Teheranie.

Po aresztowaniu Wacława Siedzika przez NKWD, jego rodzina została usunięta przez władze sowieckie z leśniczówki w Olchówce. Musiała zamieszkać w niedalekiej Narewce, tutaj też zastał ją wybuch wojny niemiecko - sowieckiej. Prawdopodobnie już wtedy matka „Inki”, Eugenia Siedzik, miała kontakty z polską konspiracją niepodległościową. W lipcu 1941 r. Narewka znalazła się pod okupacją niemiecką. Matka Danuty była aktywną uczestniczką Armii Krajowej, należała do siatki terenowej AK na Podlasiu. Za udział w konspiracji została aresztowana przez Niemców w listopadzie 1942 roku, a 25 listopada tegoż roku osadzona jako więzień polityczny w więzieniu  w Białymstoku (figuruje pod poz. 843 na wykradzionej przez wywiadowczynię AK liście  więźniów Gestapo z numerami akt sprawy 5321/42 i 48/42). Z przekazywanych przez nią z więzienia grypsów wynikało, iż osoby, które spowodowały jej aresztowanie należały do kolaborującego z Niemcami komitetu białoruskiego z Narewki. Po ciężkim śledztwie i torturach została zamordowana w połowie września 1943 r. w lesie pod Białymstokiem. Danusia po raz ostatni widziała matkę w szpitalu więziennym w Białymstoku strasznie zmasakrowaną. „Inka” miała wtedy zaledwie piętnaście lat. Grobu zamordowanej matki nigdy nie odnalazła.

Danuta Siedzikówna (1928-1946)

Trzema osieroconymi córkami małżeństwa Siedzików zaopiekowała się babcia, matka ich ojca. Dwie starsze, Wiesława i Danuta, pomimo bardzo młodego wieku, zostały zaprzysiężone jako żołnierze Armii Krajowej. Danuta wstąpiła w szeregi konspiracji w grudniu 1943 r. i stała się żołnierzem Armii Krajowej ośrodka Hajnówka-Białowieża. Praca konspiracyjna w tym ośrodku prowadzona była w bardzo trudnych warunkach. Śmiertelne zagrożenie stanowili tu nie tylko Niemcy, ale też i współpracujący z nimi „aktywiści” białoruscy (którzy zadenuncjowali Gestapo wielu polskich niepodległościowców) oraz uczestnicy komunistycznych „jaczejek”, związanych z wrogą wobec Polski i Polaków partyzantką sowiecką. Danuta Siedzikówna początkowo pełniła funkcję łączniczki na terenie swego macierzystego ośrodka. Przeszła ogólne przeszkolenie wojskowe, a także ukończyła kursy sanitarne. Danuta Siedzikówna „Inka” do połowy 1945 r. mieszkała w Narewce i pracowała jako urzędniczka w miejscowym nadleśnictwie.

W lipcu 1944 r. tereny powiatu Bielsk Podlaski zostały zajęte przez nadciągającą ze wschodu Armię Sowiecką. Biorące udział w akcji „Burza” oddziały AK atakujące wycofujących się Niemców, były po ujawnieniu się wobec władz sowieckich rozbrajane, a ich żołnierze wywożeni do obozów w głębi ZSRR. Pod koniec wojny do oddziałów partyzanckich przedostali się konfidenci NKWD, których zadaniem było rozpracowanie armii podziemnej. Na podstawie zebranych informacji już po rozformowaniu oddziałów nastąpiły aresztowania. 6 czerwca 1945 r. również „Inkę” zatrzymano razem ze wszystkimi pracownikami nadleśnictwa za współpracę z niepodległościowym podziemiem. W czasie transportu do siedziby UBP w Białymstoku została wraz z grupą uwięzionych odbita przez patrol 5 Brygady Wileńskiej AK (podległej w tym czasie Komendzie Okręgu Białostockiego AK), dowodzony przez Stanisława Wołoncieja „Konusa”. Pod opieką Wacława Beynara „Orszaka” uwolnieni dotarli do miejsca postoju Brygady, dowodzonej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” w miejscowości Śpieszyn. W oddziale rozpoczęła służbę sanitariuszki pod pseudonimem „Inka”. Walczyła w szwadronach por. Jana Mazura „Piasta”, a następnie por. Mariana Plucińskiego „Mścisława”. We wrześniu 1945 r., po rozwiązaniu Brygady na okres zimowy, wyjechała do Olsztyna. Niedługo później UB aresztowało siostrę „Inki” Wiesławę, która szybko zorientowała się, że chodziło im o Dankę. Aresztowana miała to szczęście, że trafiła na funkcjonariusza UB, któremu kiedyś wyświadczyła niecodzienną przysługę. Była świadkiem na jego tajnym ślubie kościelnym. To uratowało ją przed biciem i prawdopodobnie przyczyniło się do jej zwolnienia. Jednak po zwolnieniu Wiesława zauważyła, że jest śledzona, dlatego przekazała Dance informację, by ta trzymała się jak najdalej od rodziny. Z pomocą przyszedł przyjaciel ojca i ojciec chrzestny Danki, Stefan Obuchowicz. Wyrobił jej fałszywe papiery na swoje nazwisko i załatwił pracę kancelistki w leśnictwie Miłomłyn koło Ostródy.

4 szwadron 5 Brygady Wileńskiej AK. Ostatni rząd od prawej: Danuta Siedzikówna "Inka", Jerzy Lejkowski "Szpagat", por. Marian Pluciński "Mścisław", ppor. Henryk Wieliczko „Lufa”, NN, Jerzy Fijałkowski "Stylowy", w pierwszym rzędzie od lewej drugi Witold Goldzisz "Radio", trzeci Zdzisław Badocha "Żelazny".

W styczniu 1946 r., po wznowieniu działalności Brygady (podporządkowanej w tym okresie  Eksterytorialnemu Okręgowi Wileńskiemu AK), „Inka” podjęła służbę w szwadronie ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego”, w którym również pełniła funkcję sanitariuszki. Wykonywała też zadania łączniczki i kurierki, wyjeżdżając na odległe nieraz punkty kontaktowe. Na co dzień, jak wszyscy partyzanci, chodziła w mundurze Wojska Polskiego. Cieszyła się dużym zaufaniem dowódców, a także uznaniem i przyjaźnią kolegów. Tak wspominał „Inkę” sierż. Olgierd Christa „Leszek”, jeden z jej ówczesnych przełożonych:

„Była bardzo lubiana za swoją skromność, a jednocześnie hart i pogodę ducha. Znosiła trudy z równą chłopcom, a niekiedy bardziej zadziwiającą wytrzymałością, szczególnie psychiczną. Raz tylko prosiła w czasie powrotu znad Wisły, by ktoś przejął jedną z jej ciężkich toreb. Maszerowaliśmy prawie półbiegiem ze względu na odległe miejsce postoju, a ją właśnie gnębił brak formy”.

Danusia uczestniczyła jako sanitariuszka w walkach szwadronu z grupami operacyjnymi UB, MO i KBW. Warto wspomnieć, że podczas akcji bojowych udzielała pomocy sanitarnej nie tylko rannym partyzantom, ale również rannym milicjantom, na co istnieją liczne zeznania i świadkowie.

Kadra 5 Brygady Wileńskiej AK, rok 1945. Stoją od lewej: ppor.cz.w. Henryk Wieliczko "Lufa", zamordowany 14 marca 1949 r. na Zamku Llubelskim, por. Marian Pluciński "Mścisław", zamordowany 28 czerwca 1946 r. w białostockim więzieniu, mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", zamordowany 8 lutego 1951 r. na Mokotowie, wachm. Jerzy Lejkowski "Szpagat", ppor. Zdzisław Badocha "Żelazny", poległ w walce z UB 26 czerwca 1946 r. w Czerninie koło Sztumu.

Podczas jednej z potyczek z funkcjonariuszami UB w czerwcu 1946 roku został ranny ppor. „Żelazny”. Pozostawiony na konspiracyjnej kwaterze w majątku w Czerninie, poległ 26 czerwca 1946 roku w walce z bronią w ręku, osaczony przez komunistyczną grupę operacyjną. Sierż. „Leszek”, okresowo dowodzący szwadronem, który „odskoczył” w Bory Tucholskie, nie wiedząc o śmierci „Żelaznego” wysłał „Inkę” w dniu 13 lipca 1946 roku do Gdańska, z zadaniem nawiązania kontaktu z porucznikiem, a także zakupu niezbędnych lekarstw i środków medycznych. Tak  Olgierd Christa wspominał „Inkę” w dniu wyjazdu:

„To była bardzo skromna dziewczyna. Była bardzo obowiązkowa. Nie pamiętam, by się kiedykolwiek skarżyła, choć nie brakowało długich, forsownych marszów.  W lipcu wysłałem ją  do Gdańska po medykamenty dla oddziału. Kiedy stanęła przede mną, żeby zameldować gotowość wyjazdu, spojrzałem zdziwiony, jakbym ujrzał kogoś nieznanego. Była zawsze ubrana w wojskowy uniform i w wojskowe buty. Teraz stała przede mną smukła, uśmiechnięta, ładna dziewczyna, w pożyczonej gdzieś na wsi letniej sukience”.

Niestety, „Leszek” nie wiedział, że zadanie jakim obarcza dziewczynę jest już nieaktualne, ale nie miał też świadomości, że jedna z łączniczek cieszących się zaufaniem dowództwa - Regina Żylińska-Mordas pseud. „Regina”, podjęła współpracę z UB i wydała szereg punktów kontaktowych 5 Brygady Wileńskiej. Gdy „Inka” nocą 19/20 lipca 1946 r. zjawiła się w mieszkaniu sióstr Mikołajewskich przy ul. Wróblewskiego we Wrzeszczu, stanowiącym jeden z takich punktów, prawdopodobnie była już śledzona przez UB. Następnego dnia o świcie do mieszkania wpadli funkcjonariusze UB i aresztowali osoby tam przebywające.

Żołnierze 4 Szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK, w górnym rzędzie od lewej: por. Marian Pluciński "Mścisław", plut. Henryk Wieliczko "Lufa", NN, plut. Zdzisław Badocha "Żelazny", środkowy rząd: plut. Jerzy Lejkowski "Szpagat", kpr. Zbigniew Fijałkowski "Pędzel", NN, na dole: Danuta Siedzikówna "Inka", NN "Beduin", Leonard Mikulski "Sęp", NN; Białostocczyzna 1945 r.

Danuta Siedzikówna „Inka” przeszła przez bardzo ciężkie i brutalne śledztwo prowadzone w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Gdańsku. Krzysztof Wójcik w artykule poświęconym „Ince” pisał:

„Dokładnie nie wiadomo, jak dziewczyna była traktowana podczas śledztwa. Do dziś zachowały się tylko relacje pośrednie. Strażniczka o imieniu Sabina mówiła, że „Inka” była bita i poniżana podczas śledztwa [...]. Potem miał się odbyć pokazowy proces. Jeszcze przed wydaniem wyroku wiedzieliśmy, że będzie rozstrzelana - mówi były pracownik więzienia przy Kurkowej. - Władza ludowa nie miała pobłażania dla bandytów od „Łupaszki”.”

31 lipca 1946 r., w dniu najdłuższego przesłuchania „Inki”, prokurator podpisał skierowanie jej sprawy do Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku, gdzie została rozpatrzona w trybie doraźnym. Akt oskarżenia podpisał oficer śledczy UB z Gdańska Andrzej Stawicki. Rozprawa odbyła się 3 sierpnia 1946 r. w gdańskim więzieniu przy ul. Nowe Ogrody. Najważniejszymi zarzutami postawionymi „Ince” były: udział w akcji w Starej Kiszewie oraz walkach koło Podjazdów i w Tulicach. W tym ostatnim przypadku zarzucano jej wydanie rozkazu rozstrzelania dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy UB. Były to kompletnie absurdalne zarzuty, gdyż sanitariuszka po prostu nie mogła wydać takiego polecenia żołnierzom; nawiasem mówiąc zajęta była udzielaniem w tym czasie pomocy rannym. Niestety, obciążyli ją fałszywymi zeznaniami milicjanci i ubecy, ludzie, którym partyzanci darowali życie. Niezgodne z prawdą zeznania złożyli: pracownik UB ze Sztumu Eugeniusz Adamski i milicjant Franciszek Babicki. Z kolei Longin Ratajczyk, milicjant uczestniczący w potyczce koło wsi Podjazdy twierdził, że „Inka” strzelała do niego z pistoletu, co również było nieprawdą. Można jedynie domyślać się, że milicjanci kłamali na polecenie UB. Jedynie ranny pod Tulicami funkcjonariusz MO Mieczysław Mazur zeznał, iż sanitariuszka „Inka” dała mu opatrunek i nie potwierdził kłamstw swoich kolegów. Ni emiało to jednak żadnego znaczenia. Sąd skazał dziewczynę na karę śmierci. Sędziowie wydający ów wyrok, mieli pełną świadomość, że orzekają taką karę wobec osoby niepełnoletniej, bowiem informacja, iż „Inka” nie miała jeszcze skończonych 18 lat, odnotowana została w uzasadnieniu wyroku.

Danuta Siedzikówna nie uległa namowom obrońcy z urzędu i nie podpisała się pod pismem do Bieruta o ułaskawienie. Pismo zredagowane w pierwszej osobie („Ja, Danuta Siedzikówna...”) podpisał jej obrońca podkreślając, iż „Inka” jest sierotą, matka zginęła z rąk Niemców, zaś ojciec zaginął wywieziony na wschód. Skład sędziowski zaopiniował prośbę negatywnie. Nie miała ona i tak żadnego znaczenia, nikt nie zmierzał traktować jej poważnie - wyrok bowiem wykonano, nim do Gdańska dotarła odmowna odpowiedź Bieruta. Okoliczność, że w dniu wydania wyroku śmierci, jak i w dniu jego wykonania „Inka” nie miała skończonych 18 lat w ogóle nie została wzięta pod uwagę. W przesłanym siostrom Halinie i Jadwidze Mikołajewskim z Gdańska grypsie z więzienia Danka napisała:

„Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”.

Zdanie to należy tłumaczyć nie tylko odmową podpisania prośby o ułaskawienie, lecz także przebiegiem śledztwa, podczas którego poza pseudonimami kolegów niczego nie ujawniła, a ubowcom nie udało się nawet wydobyć od niej informacji, na jakiej stacji kolejowej zaplanowano spotkanie z kurierem, który miał ją z powrotem doprowadzić do oddziału.

Protokół wykonania wyroku śmierci na Danucie Siedzikównej "Ince".

Danuta Siedzikówna „Inka” została rozstrzelana rankiem 28 sierpnia 1946 r., o godz. 6.15, wraz ze skazanym na śmierć oficerem 5 Brygady Wileńskiej  AK - ppor. Feliksem Selmanowiczem „Zagończykiem”, dowódcą pięcioosobowego samodzielnego patrolu bojowo-dywersyjnego na okręg gdańsko-olsztyński, który zdobywał środki na działalność organizacyjną. Dwójka skazańców do końca zachowała postawę godną żołnierzy Armii Krajowej. Przed śmiercią wykrzyknęli „Niech żyje Polska!”. Dziesięciu żołnierzy ze specjalnej jednostki KBW w Gdańsku oddało niecelne strzały. „Inka” i ppor. „Zagończyk” zostali zamordowani strzałami w głowę przez dowódcę plutonu egzekucyjnego ppor. Franciszka Sawickiego.

Ppor. Feliks Selmanowicz „Zagończyk”, zdjęcie wykonane przez UB w Gdańsku.

Przebieg egzekucji znany jest ze szczegółowych relacji złożonych w gdańskim oddziale IPN przez dwóch świadków: ks. Mariana Prusaka, który spowiadał oboje skazańców i był przy nich do końca oraz ówczesnego zastępcy naczelnika więzienia w Gdańsku Alojzego Nowickiego, który zeznał, że „do „Inki” strzelało 10 żołnierzy, każdy miał 10 sztuk amunicji w bębnie pepeszy. Wobec niepowodzenia egzekucji, choć wystrzelono 100 kul z odległości kilku kroków, do słaniającej się dziewczyny podszedł oficer UB i z bliska strzelił jej w głowę. Zanim to zrobił, „Inka” zdążyła jeszcze krzyknąć: „Niech żyje „Łupaszko!”.”



Miejsce pochówku „Inki” zostało przez UB utajnione. Jednak nawet po śmierci niewinna sanitariuszka stanowiła duże zagrożenie dla komunistów. Jeszcze w 1969 roku ukazała się książka Jana Babczenki, byłego szefa UB w Kościerzynie i dziennikarza Rajmunda Bolduana „Front bez okopów”, w której autorzy napisali, że sanitariuszka „Łupaszki”, mordowała funkcjonariuszy UB. Dla większego efektu „Inkę” przedstawiono, jako „kruczoczarną” i „krępą” kobietę ze „szramą na twarzy”, biegającą z pistoletem błyszczącym złowrogo „oksydowaną stalą”, strzelającą z „sadystycznym uśmiechem” do funkcjonariuszy UB.

Kłamliwa książka Jana Babczenki, byłego szefa UB w Kościerzynie i dziennikarza Rajmunda Bolduana „Front bez okopów”.

W rzeczywistości siedemnastoletnia Danusia Siedzikówna była szczupłą szatynką i do nikogo podczas partyzanckich akcji nigdy nie strzelała.  Dzięki takim propagandowym paszkwilom do dziś w niektórych kręgach polskiego społeczeństwa funkcjonują fałszywe wyobrażenia o polskich partyzantach z okresu drugiej konspiracji.
 
Po latach Sąd niepodległej Rzeczypospolitej uznał wyrok komunistów z 1946 roku za zbrodnię sądową. 10 czerwca 1991 roku wyrokiem Sądu Okręgowego w Gdańsku Danuta Siedzikówna została zrehabilitowana, Sąd uznał, że poniosła śmierć za działalność na rzecz niepodległego państwa polskiego.

Symboliczne groby "Inki" i ppor. "Zagończyka" na cmentarzu garnizonowym przy ul. Giełguda w Gdańsku.

11 listopada 2006 r. „Inka” została pośmiertnie odznaczona przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski Polonia Restituta. Danuta Siedzikówna „Inka” ma symboliczny grób na cmentarzu garnizonowym przy ul. Giełguda w Gdańsku, a także pomnik w Narewce, ufundowany w 2007 r. staraniem Fundacji „Pamiętamy”. Ma również tablicę pamiątkową w bazylice NMP w Gdańsku oraz kamienny obelisk w Sopocie, w parku jej imienia.

Pomnik w hołdzie Danucie Siedzikównej "Ince", przy ulicy Armii Krajowej w Sopocie, w parku jej imienia.

Gdyby nie została zamordowana przez komunistycznych oprawców, miałaby dziś 84 lata. Mogła być jeszcze wśród nas...
GLORIA VICTIS !

Więcej na temat "Inki" czytaj:
Strona główna>
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Paweł Jasienica u mjr. "Łupaszki" - część 1/2
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy do nich - autor strony]

PAWEŁ JASIENICA  W  SZEREGACH  5 BRYGADY WILEŃSKIEJ AK MJR. "ŁUPASZKI",  CZYLI "JEST MIĘDZY NAMI PORUCZNIK "NOWINA", CO ZA DONOSY SOŁTYSÓW WYRZYNA".

Fakty i mity

Fakt, że Lech Leon Beynar "Nowina", powszechnie rozpoznawany jako pisarz historyczny Paweł Jasienica, był oficerem 5 Brygady Wileńskiej AK mjra Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" jest raczej znany i dla wielu nowiny żadnej nie stanowi. Natomiast często spotyka się (np. wikipedia, hasło Lech Leon Beynar) mylne, a w najlepszym razie nieprecyzyjne twierdzenia na temat jego umiejscowienia i roli w strukturze organizacyjnej tego, bodaj najsłynniejszego, oddziału polskiej partyzantki antykomunistycznej.

Lech Leon Beynar (Paweł Jasienica).

Rozpowszechniony jest bowiem pogląd, że Lech Leon Beynar czyli  Paweł Jasienica, a w okresie 1944-1945 r. por./kpt. "Nowina", w szeregi "łupaszkowców" trafił przypadkowo, w oddziale pełnił niewiele znaczącą i związaną stricte z pracą kancelaryjną rolę adiutanta dowódcy, w akcjach zbrojnych 5 Brygady Wileńskiej AK udziału nie brał, a ranę, która zakończyła jego partyzancki epizod, odniósł w wyjątkowej dla niego sytuacji bojowej. Nie ma on jednak nic wspólnego z rzeczywistością.

Prawda jest taka, że biorąc do ręki dowolną książkę Pawła Jasienicy, obcuje się z twórczością  czynnego (na pewnym etapie życia) kontrrewolucjonisty, który w jednym z najbardziej bojowych oddziałów podziemia antykomunistycznego pełnił przez dziesięć miesięcy, w tym w okresie wiosenno-letniej, obfitującej w akcje zbrojne kampanii tej jednostki partyzanckiej w 1945 r., funkcję zastępcy dowódcy oddziału, brał udział w akcjach, czasem nimi dowodząc, w których przelano krew przeciwnika, a dzień, w którym został ranny obfitował w tyle zdarzeń o charakterze bojowym, że mogłyby być one kanwą filmu wojennego o bardzo wartkiej akcji.

Walka z komunistami powinna być reklamą dla pisarza

Sądzę, że partyzancki fragment życiorysu pisarza zasługuje na wyeksponowanie, choćby nawet w charakterze ciekawego uzupełnienia dla powszechnie rozpoznawalnego wizerunku  Pawła Jasienicy jako pióra publicystycznego Tygodnika Powszechnego i literata. Wydaje mi się on być również świetnym materiałem reklamowym dla twórczości tego pisarza. Wszak udział w czynnej walce przeciwko opresji komunistycznej jest znakomitym wyróżnikiem Pawła Jasienicy na tle zbiorowości jego kolegów po piórze. Ujmując rzecz innymi słowy,  reklama  Jasienicy jako pisarza historycznego mogłaby wyglądać w ten sposób:

"czytelniku, bierzesz do ręki książki nie tylko znakomitego dziejopisarza, ale również człowieka, który w sposób czynny, z bronią w ręku, przeciwstawiał się reżimowi komunistycznemu; pisarza, który prawa człowieka do wolnego życia na ziemi bronił jako zastępca dowódcy słynnej 5 Brygady Wileńskiej AK, zwanej "Brygadą Śmierci" itp."

I pewnie tak by ona wyglądała, gdyby zbrojna walka z komunistami była w naszej zbiorowej pamięci w wysokiej cenie, gdyby przysparzała walczącym na śmierć, nie na życie, z reżimem komunistycznym szacunku i życzliwości, tak jak walka z nazistami w okresie okupacji niemieckiej. Ale  ponieważ póki co nie przysparza (polecam nieskromnie tekst Żołnierze wyklęci..., ale przez kogo? Refleksje w przeddzień święta), więc na ten rodzaj reklamy pisarza Pawła Jasienicy jeszcze trochę poczekamy. Choć może w realiach świeżo odzyskanej państwowej pamięci o Żołnierzach Wyklętych sytuacja w tej kwestii ulegnie zmianie?

W szeregach 5 Brygady Wileńskiej AK

Lech Leon Beynar "Nowina" był w okresie okupacji niemieckiej oficerem Biura Informacji i Propagandy Wileńskiego Okręgu AK. Po operacji "Ostra Brama" w lipcu 1944 r. (akcji oddziałów partyzanckich AK, której celem było opanowanie Wilna) uniknął internowania przez sowietów i znalazł się w Puszczy Rudnickiej, a następnie w Puszczy Ruskiej, w szeregach zgrupowania mjra Czesława Dębickiego "Jaremy". Przebywał wówczas w oddziale Edmunda Banasikowskiego "Jeża". Pod koniec sierpnia 1944 r., rozkazem Komendy Wileńskiego Okręgu AK, zgrupowanie mjra "Jaremy" zostało rozwiązane. W tej sytuacji "Nowina", a wraz z nim kilkunastu innych partyzantów, zdecydował się przedzierać w kierunku Warszawy, w której trwało powstanie. Po kilku dniach marszu cała ta grupa wpadła w ręce sowieckie. Partyzanci zostali przewiezieni do Białegostoku i wcieleni do armii Berlinga. Trafili do jednostki w Dojlidach Dolnych. W końcu września 1944 r. "Nowina" wraz z kilkoma  innymi akowcami zdezerterował z szeregów LWP i dołączył do oddziału  partyzanckiego "Łupaszki".

5 Brygada Wileńska AK mjr. "Łupaszki", Białostocczyzna 1945 r.

W tym czasie "Łupaszka", od 1943 r. dowódca 5 Brygady Wileńskiej AK, mającej na swoim koncie szereg spektakularnych wystąpień zbrojnych przeciwko Niemcom oraz partyzantce sowieckiej, był już  podporządkowany Komendantowi Białostockiego Okręgu AK, ppłk. Władysławowi Liniarskiemu "Mścisławowi". Kadrowy, liczący wówczas ok. 40 partyzantów oddział "Łupaszki" czynił rozpaczliwe starania, aby utrzymać się w terenie, nasyconym masami frontowych jednostek Armii Czerwonej i ścigającymi polskich partyzantów grupami NKWD. Jedynymi miejscami dającymi partyzantom cień szansy na przetrwanie były masywne ostępy leśne. "Łupaszkowcy" założyli bazę w północno-wschodniej części Puszczy Białowieskiej, lecz po walce z NKWD musieli ją opuścić. Przesunęli się wówczas dalej na wschód, w lasy Puszczy Różańskiej na Polesiu. Tam również zostali wytropieni przez NKWD, wskutek czego przenieśli się na teren powiatu wołkowyskiego, a następnie na teren powiatu Bielsk Podlaski, gdzie w malutkich wsiach sąsiadujących  z wsią Jałówka zamierzali przeczekać zimę. Należy odnotować, że rozkazem nr 11 Komendanta Białostockiego Okręgu AK z dnia 10 listopada 1944 r. "Nowina" otrzymał awans na porucznika; tym samym rozkazem "Łupaszka" został awansowany do stopnia majora. W połowie listopada 1944 r. działania agentury NKWD spowodowały szereg aresztowań pośród członków siatki konspiracyjnej dającej schronienie kadrze oddziału "Łupaszki" i wymusiły na partyzantach szukanie schronienia ponownie na terenie Puszczy Białowieskiej, gdzie przetrwali oni do końca grudnia 1944 r. W warunkach  panującej wówczas ciężkiej zimy bytowanie w kompleksie puszczańskim było doświadczeniem wręcz ekstremalnym, nawet dla zahartowanych w partyzanckim życiu podkomendnych "Łupaszki". Grupą ukrywającą się na terenie Puszczy Białowieskiej dowodził, jako zastępca "Łupaszki", właśnie "Nowina". Jeden z  jego podkomendnych z tego  okresu tak wspominał późniejszego dziejopisa:

Był dobrym dowódcą. Utrzymywał dyscyplinę. Pobudka, modlitwa, apel, meldowanie się. Był zarazem przyjacielem. "Swój Malec", jak to się mówiło. O niespotykanym poczuciu humoru. Władał dobrze  rosyjskim, sypał jak z rękawa kawałami w tym języku.
(Bogdan Obuchowski, Wspomnienia. 5-ta Brygada Wileńska AK mjr. "Łupaszki", "Zeszyty Historyczne", nr 21, Paryż 1972.).

Na kwaterach w Kiersnowie

Na przełomie 1944/1945 r. "łupaszkowcy" zostali przeprowadzeni przez łączników Obwodu AK Bielsk Podlaski na kwatery w położonych nieopodal Brańska wsiach: Kiersnowo, Pace, Oleksin i kilku innych. "Łupaszka" wraz z sanitariuszką 5 Brygady i towarzyszką jego życia, Lidią Lwow "Lalą", znalazł schronienie we wsi Kiersnowo, w gospodarstwie Anieli i Mariana Kiersnowskich. W tej samej wsi, kilka domów dalej, zagościł "Nowina". Kiersnowo dało schronienie także kpr./st. sierż. Józefowi Babiczowi "Żwirce" (później dowódcy 3 szwadronu 6 Brygady Wileńskiej AK).                            

Od lewej: Lech Leon Beynar "Nowina", Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka".

Wraz z ludźmi z kręgu Fundacji "Pamiętamy" miałem zaszczyt wielokrotnie gościć w Kiersnowie u rodziny Kiersnowskich. Z zapartym tchem słuchaliśmy wspomnień Mariana Kiersnowskiego z czasów, gdy w jego domu zamieszkiwali "Łupaszka" i "Lala", a Paweł Jasienica (czyli por. "Nowina") był bardzo częstym gościem. W pamięci Pana Kiersnowskiego  "Nowina" pozostał  jako obdarzony świetną pamięcią pasjonat i znawca historii, przy tym znakomity gawędziarz i człowiek niezwykle dowcipny. Senior Kiersnowski opisywał też relacje między "Łupaszką" a "Nowiną". Z jego opowieści wynikało, że charakteryzowały się one wzajemnym szacunkiem i zaufaniem. (Dodam, że miał nasz gospodarz pełną świadomość, że przez jego dom przewinęła się wielka historia. I przez długie lata swego życia był tej historii wiernym strażnikiem. Odszedł w początkach lutego tego roku, przeżywszy 98 lat).

Żurawiejka o poruczniku "co  za donosy sołtysów wyrzyna"

Stały pobyt kadry dowódczej 5 Brygady Wileńskiej AK w Kiersnowie trwał do kwietnia 1945 r., kiedy to oddział ponownie wyruszył "w pole". Jeszcze  jednak do lutego 1947 r. dom Państwa Kiersnowskich często gościł Majora i jego najbliższych współpracowników. Gospodarze przez cały ten czas chłonęli dochodzące z terenu wieści o zbrojnych wystąpieniach oddziału "Łupaszki" czy (od 1946 r.) bratniej 6 Brygady Wileńskiej AK dowodzonej przez ppor. Lucjana Minkiewicza "Wiktora" i ppor./kpt. Władysława Łukasiuka "Młota". A w czasie kolejnych bytności Majora lub jego podkomendnych w Kiersnowie  mieli możność wysłuchiwać relacji z walk pochodzących bezpośrednio od partyzantów. Właśnie w tamtym czasie, niedługo po wznowieniu w kwietniu 1945 r. działalności przez  5 Brygadę Wileńską AK, jej żołnierze przynieśli ze sobą do Kiersnowa żartobliwą  przyśpiewkę/żurawiejkę na temat "Nowiny". Jak podałem w tytule niniejszego tekstu brzmiała ona następująco: Jest między nami porucznik "Nowina" / co za donosy sołtysów wyrzyna.

Zwyczaj układania podobnych przyśpiewek na temat szczególnie lubianych czy wyróżniających się czymś żołnierzy oddziału funkcjonował w szeregach 5 Brygady Wileńskiej  AK już w okresie okupacji niemieckiej. Przykładowo, o Marianie Plucińskim "Mścisławie", dowódcy  jednego ze szwadronów, krążyła, jeszcze w czasach wileńskich, nawiązująca do jego niewielkiego wzrostu, natomiast  wielkiej odwagi, żurawiejka: Mały ciałem, wielki duchem / "Mścisław" jest nie lada zuchem (trafność charakterystyki "Mścisława" zawartej w tym dwuwersie  potwierdziło w całości życie. W okresie kampanii wiosenno-letniej 1945 r. dowodził on 4 szwadronem 5 Brygady Wileńskiej AK. Został aresztowany przez UB 21 kwietnia 1946 r. i po intensywnym śledztwie, w którym zachował nieugiętą postawę, odnotowaną przez maltretujących go funkcjonariuszy UB w krótkim zapisku  z przebiegu przesłuchań: "bandycki upór", został w trybie doraźnym skazany na karę śmierci i zamordowany w Białymstoku 28 kwietnia 1946 r.).

Ppor. Marian Pluciński "Mścisław"

Rozkazy ppłk "Mścisława"

Zanim wyjaśnię genezę powstania przywołanej, partyzanckiej rymowanki o "Nowinie", wspomnę, że 5 Brygada Wileńska AK pozostawała w okresie walk na Białostocczyźnie i Podlasiu pod rozkazami Komendanta Białostockiego Okręgu AK-AKO (AKO - Armia Krajowa Obywateli), a następnie DSZ (Delegatura Sił Zbrojnych). Do sierpnia 1945 r. funkcję tę sprawował ppłk Władysław Liniarski "Mścisław". W wydanych przez niego w tamtym czasie rozkazach czytamy:

Zorganizować i posiadać silne, zdecydowane i pewne kedywy partyzanckie - jako samoobrona. Natychmiast likwidować każdego szpicla i zdrajcę, który działa przeciwko spokojnym obywatelom-żołnierzom.
(rozkaz nr 10 z 15 lutego 1945 r. do komendantów obwodów Białostockiego Okręgu AKO).

Posiadać doborowe, niezawodne i zdecydowane oddziały samoobrony [...] Z całą bezwzględnością likwidować każdego szpicla, donosiciela, szkodnika i zdrajcę.
(rozkaz nr 25 z 12 marca 1945r. do inspektorów i komendantów obwodów Białostockiego Okręgu AKO).

Starać się opanować wszystkie większe kompleksy leśne w terenie danego obwodu, jako bazy dla oddziałów samoobrony.
(rozkaz nr 57 z 15 kwietnia 1945 r).

Jak widać z treści ww. rozkazów, dowództwo Armii Krajowej z terenu Białostocczyzny nie miało zamiaru skapitulować przed komunistami bez walki. Historycy szacują, że w maju 1945 r. w strukturach Białostockiego Okręgu AKO pozostawało 20 tys. ludzi (patrz: Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, Białostocki Okręg AK-AKO, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 1997). Jakże pasują do tych konspiratorów słowa autorstwa Lajosa Kossutha, jednego z przywódców powstania węgierskiego z 1848/1849 r.:

Nie zwyciężyliśmy, lecz walczyliśmy [...]. Nie obroniliśmy naszego kraju, lecz broniliśmy go. Jeżeli kiedyś napisana zostanie nasza historia, będziemy mogli powiedzieć, że stawiliśmy opór.

"Nowina" - zastępca "Łupaszki"

Białostocki Okręg AK-AKO zdecydował się obsadzić mjra "Łupaszkę" na stanowisku dowódcy oddziału partyzanckiego, będącego w  bezpośredniej dyspozycji Komendy Okręgu. Jego zastępcą na tym stanowisku został por. "Nowina". Powyższe znajduje odzwierciedlenie w dokumencie Komendy Okręgu Białystok AKO z dnia 25 kwietnia 1945 r. Obsada personalna Sztabu okręgu, inspektoratów i komend obwodowych.

W walce. Wyroki na sołtysów

5 Brygada Wileńska AK, z "Nowiną" jako zastępcą dowódcy, wznowiła działalność 5 kwietnia 1945 r. Wtedy to doszło do koncentracji podkomendnych "Łupaszki" w koloniach wsi Oleksin (nieopodal Brańska). Dla ukrywających się w Kiersnowie partyzantów była to ostatnia dobra chwila na opuszczenie zimowych kwater. Dosłownie w godzinę po odejściu "Łupaszki", "Nowiny" i innych na miejsce koncentracji, do wsi wpadła grupa operacyjna NKWD poszukująca partyzantów. Na szczęście, tym razem sowieci przyjechali zbyt późno. Na koncentracji pod Oleksinem stawiło się ok. 40 partyzantów. Zostali podzieleni na dwa szwadrony - pierwszy i czwarty. Dowództwo 1 szwadronu objął por. Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt", zaś komendę nad 4 szwadronem, na krótki czas - do przybycia do oddziału por.  Marian Plucińskiego "Mścisława" - "Nowina".

Następnie 5 Brygada przemaszerowała w kierunku Puszczy Białowieskiej, gdzie operowała do maja 1945 r. W tamtym czasie wykonała szereg wyroków śmierci wydanych przez Wojskowy Sąd Specjalny Obwodu AKO Bielsk Podlaski, przekazanych jej do realizacji przez Komendanta tegoż obwodu, por. Janusza Trusiaka "Koryckiego". Już w nocy z 8/9 kwietnia 1945 r. "Łupaszka" wysłał w teren trzy patrole likwidacyjne, które wykonały wyroki na 7 osobach z listy skazanych przez WSS Obwodu AKO Bielsk Podlaski na karę śmierci. Jednym z tych patroli, wysłanym do Klukowicz, dowodził "Nowina". Partyzanci zlikwidowali tam miejscowego sołtysa. Kilka dni później, 14 kwietnia 1945 r., oddział znalazł się na terenie Puszczy Białowieskiej. Po drodze przemaszerował w bezpośredniej bliskości wsi Witowo. W kilka godzin później "Łupaszka" wraz z patrolem osłonowym udał się do Hajnówki. Przechodzili przez wieś Witowo, leżącą na trasie niedawnego przemarszu całego oddziału. Tam doszło do rozmowy "Łupaszki" z miejscowym sołtysem oraz jego kolegą, aktywistą PPR-u, którzy sądząc, że mają do czynienia z żołnierzami formacji reżimu komunistycznego (LWP bądź KBW) - "Łupaszka" i jego podkomendni byli w mundurach wojskowych - wykazali się zgubną dla nich inicjatywą i zameldowali Majorowi, że w pobliżu ich wsi stosunkowo niedawno przechodziła "banda" (sołtysowi i jego koledze chodziło oczywiście o oddział "Łupaszki"), która zatrzymała się w pobliskim lesie. "Łupaszka" odebrał donos a po opuszczeniu Witowa natychmiast posłał gońca do oddziału z rozkazem zastrzelenia obydwu donosicieli. Doraźnie wydany rozkaz likwidacji obu przyłapanych na gorącym uczynku denuncjatorów wykonany został jeszcze tego samego dnia przez patrol żołnierzy 4 szwadronu dowodzony przez "Nowinę". Bezpośrednim egzekutorem był st. sierż. Józef Babicz"Żwirko".

St. sierż. Józef Babicz ps. "Żwirko", poległ w walce z KBW pod Kiełpińcem nad Bugiem 17 lutego 1947 r.

Tak się zatem złożyło, że na przestrzeni raptem kilku dni "Nowina", późniejszy Paweł Jasienica, poprowadził patrole likwidacyjne 5 Brygady Wileńskiej AK, które wykonały wyroki śmierci na sołtysach dwóch wsi położonych na terenie powiatu Bielsk Podlaski. To dało podkomendnym "Nowiny" asumpt do ułożenia na temat jego osoby rymowanki, którą przywołałem w niniejszym  tekście.

Paweł Jasienica u mjr. "Łupaszki" - część 2/2>
Strona główna>

Paweł Jasienica u mjr. "Łupaszki" - część 2/2
Akcja i pomniki w Narewce

Już w trzy dni po opisanych wydarzeniach w Witowie, 17 kwietnia 1945 r., oddział "Łupaszki" wykonał akcję na miejscowość Narewka. Jej celem była likwidacja kolejnych osób skazanych na karę śmierci przez WSS Obwodu AKO Bielsk Podlaski oraz rozbrojenie miejscowego posterunku MO. Jednym z głównych wykonawców tej akcji, na etapie rozbrojenia posterunku MO, był  "Nowina". Oddział partyzancki został podzielony na dwie części. Pierwsza wkroczyła do miasteczka jako grupa żołnierzy LWP dowodzonych przez sowieckiego kapitana, konwojująca  rzekomo zatrzymanych partyzantów, czyli  "reakcyjnych bandytów". Rolę sowieckiego oficera odegrał ubrany w stosowny mundur, świetnie władający rosyjskim, o czym była już mowa, "Nowina". "Konwój" przeszedł główną ulicą Narewki pod posterunek MO, którego obsada, widząc eskortowanych "więźniów" i na czele eskorty sowieckiego oficera, otworzyła drzwi aresztu dla zatrzymanych i wpuściła partyzantów na posterunek. Chwilę potem milicjanci zostali przez partyzantów rozbrojeni. Posterunek zdobyto bez jednego wystrzału. Wtedy do Narewki weszła pozostała część oddziału "Łupaszki". Milicjantów puszczono wolno, rozstrzelano natomiast cztery osoby, między innymi miejscowego wójta, z listy skazanych na śmierć decyzją sądu podziemnego. Wyroki wykonała wydzielona z 4 szwadronu (wtedy już pod dowództwem por. Mariana Plucińskiego "Mścisława") grupa egzekucyjna dowodzona przez Zdzisława Badochę "Żelaznego".

Plut./ppor. Zdzisław Badocha "Żelazny".

Gdy w 2006 r. przyjechałem do Narewki na uroczystość odsłonięcia wzniesionego siłami Fundacji "Pamiętamy" pomnika upamiętniającego pochodzącą z tej miejscowości Danutę Siedzikównę "Inkę", sanitariuszkę oddziału "Łupaszki", rozstrzelaną przez komunistów w  wieku niespełna 18 lat (pomnik stanął na terenie przykościelnym), ze smutkiem odnotowałem, że patronem bodaj głównej ulicy Narewki nadal jest jedna z osób zlikwidowanych 17 kwietnia 1945 r. przez partyzantów "Łupaszki", a wszystkie osoby zastrzelone wtedy przez "łupaszkowców" upamiętnia pomnik stojący przy głównym skrzyżowaniu w Narewce. Stan ten do dziś nie uległ zmianie. Dodam tylko, że podczas akcji  5 Brygady Wileńskiej AK w Narewce jedną z osób, określoną w materiałach WSS Obwodu AKO Bielsk Podlaski jako denuncjatorka, ukarano chłostą. Stopień winy skazanych na śmierć  musiał być zatem jeszcze bardziej ciężki. Ale swój pomnik w Narewce mają.

8 sierpnia 1945 r. Walka pod wsią Paczuski.

Działalność "Nowiny" w szeregach 5 Brygady Wileńskiej AK zakończyła się 8/9 sierpnia 1945 r. Wcześniej, podczas odbytej w Czajach–Wólce (wieś na skraju lasu rudzkiego) 1 sierpnia 1945 r. koncentracji liczącego wówczas blisko 300 partyzantów oddziału, podjęto decyzję o wysłaniu na lewy brzeg Bugu 1 szwadronu 5 Brygady wzmocnionego oddziałem "Młota" - w sumie ok. 100 partyzantów. "Nowina" zdecydował, że do nich dołączy. Przed południem 8 sierpnia 1945 r. we wsi Węże (ok. 17 km na południowy zachód od Sokołowa Podlaskiego) partyzanci rozbroili 8 sowieckich żołnierzy pędzących na wschód stado krów (rogacizna została zarekwirowana, sowietów puszczono wolno).

Wiadomość o pobycie partyzantów w Wężach dotarła dość szybko do garnizonu 1 Dywizji Piechoty LWP w Siedlcach. W sztabie dywizji podjęto błyskawiczną decyzję o zorganizowaniu ekspedycji przeciwpartyzanckiej, złożonej z pododdziałów 2 pułku praskiego. Przeciwko stojącym we wsi Węże "łupaszkowcom" wyruszyło 230 żołnierzy na dziewięciu samochodach ciężarowych z zamontowanymi na dachach ciężkimi karabinami maszynowymi. Jeden z pojazdów ciągnął za sobą działko kaliber 45 mm. Jednocześnie uruchomiono rozpoznanie lotnicze: ok. godziny 15.00 nad Wężami pojawił się samolot rozpoznawczy typu Polikarpow PO-2 (tzw. "kukuruźnik"). Został on "powitany" przez partyzantów zmasowanym ogniem z broni maszynowej. Po krótkim rekonesansie zwiadowczym nad wsią, odleciał w stronę Siedlec. Miejsce pobytu partyzantów zostało zlokalizowane przez przeciwnika. Oczywiście pojawienie się samolotu rozpoznawczego nad wsią było dla partyzantów sygnałem alarmowym. Oddziały "Zygmunta" i "Młota", a w ich składzie  "Nowina", natychmiast rozpoczęły odwrót z Węży, nie miały jednak szans ujścia przed zbliżającą się od strony Siedlec obławą. Do starcia doszło nieopodal, w położonym może dwa kilometry od Węży lesie pomiędzy wsiami Paczuski i Sikory. Zanim jednak padły pierwsze strzały, szczęśliwym dla partyzantów zbiegiem okoliczności na kilka minut przed walką nadjeżdżająca od strony Sikor grupa operacyjna podzieliła się na dwa pododdziały, z których jeden pojechał do wsi Węże, zaś drugi, w sile 120 żołnierzy (na czterech ciężarówkach), ruszył w kierunku na Paczuski. Partyzanci "Zygmunta" i "Młota" znajdowali się akurat na przedpolu lasu leżącego pomiędzy Paczuskami a Sikorami. Na widok nadjeżdżających samochodów obławy natychmiast cofnęli się do lasu i tam błyskawicznie zajęli stanowiska obronne.

1 szwadron 5 Brygady Wileńskiej AK na postoju w Puszczy Białowieskiej. Stoi 9 z lewej por. Zygmunt Błażejewicz "Zygmunt" (maj 1945 r.).

Kilkanaście lat temu miałem okazję rozmawiać z erkaemistą oddziału "Młota", który brał udział w tej walce. Pokazując mi miejsce starcia, wspominał, że o jego przebiegu przesądziła przytomność umysłów partyzanckich dowódców i dobre wyszkolenie żołnierzy 5 Brygady Wileńskiej AK, którzy błyskawicznie zajęli stanowiska bojowe i w odpowiednim momencie otworzyli ogień do nadjeżdżających samochodów z wojskiem. Trzeba też wiedzieć szanownym czytelnikom, że w tej części Podlasia komunistyczne grupy operacyjne działały wcześniej bezkarnie. Miejscowe oddziały partyzanckie były bowiem zbyt słabo wyszkolone i uzbrojone, by stawić czoła tak silnemu przeciwnikowi. Akcje przeciwpartyzanckie czy pacyfikacyjne w tym terenie  nie napotykały zatem na poważniejsze próby oporu.  Zapewne dlatego  dowództwo tej części grupy operacyjnej, która skierowała się na Paczuski, widząc szybko wycofujących się do lasu partyzantów sądziło, że "sukces" przyjdzie łatwo. Nie wiedziało, bo wiedzieć nie mogło, że  tym razem za przeciwnika ma zahartowany w bojach zespół ludzki, który nie zwykł się cofać. Za ten błąd swoich dowódców w ocenie potencjału bojowego "łupaszkowców" żołnierze LWP zapłacili wysoką cenę. Wystarczyły dwie, może trzy minuty huraganowego ognia partyzantów, aby ta część grupy operacyjnej została doszczętnie rozbita – zginęło 16 żołnierzy LWP, a poddało się ponad 70-ciu, w tym ok. 20 było rannych. Reszcie udało się uciec i dołączyć do pozostałych sił obławy, które, stojąc w opuszczonej przez partyzantów wsi Węże, wsłuchiwały się w dochodzące od strony Paczusk odgłosy strzelaniny.

Sytuacja oddziałów "Zygmunta" i "Młota", pomimo rozbicia przez nie części sił przeciwnika, nadal wyglądała bardzo groźnie – były godziny popołudniowe długiego, sierpniowego dnia, a w bezpośredniej bliskości partyzantów znajdowała się pozostała część grupy operacyjnej, uzbrojona w ciężką broń maszynową i sprzęt radiowy. Natychmiast posłano stamtąd meldunek do dowództwa 2 pp. LWP w Siedlcach o wydarzeniach pod Paczuskami oraz zawezwano posiłki. W tym samym czasie dowódca 2 batalionu 2 pp. LWP, kpt.  Tadeusz Cynkin,  oraz dowódca 1 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK, por. "Zygmunt", zawarli porozumienie, na postawie którego "łupaszkowcy" mieli wypuścić wszystkich jeńców, z których spora część chciała wstąpić w szeregi Brygady, a kpt. Cynkin zobowiązał się do przepuszczenia partyzantów bez podejmowania walki. Przebieg negocjacji pomiędzy kpt. Cynkinem a "Zygmuntem" to temat na oddzielną opowieść. Dodam tylko, że staraniem środowiska Fundacji "Pamiętamy" kilka lat temu obaj Panowie spotkali się dokładnie w miejscu, w którym w sierpniu 1945 r. wynegocjowali warunki czasowego rozejmu, dzięki czemu w lesie pod Paczuskami nie przelano wtedy więcej krwi.

Koniec partyzanta "Nowiny", narodziny pisarza Pawła Jasienicy

Partyzanci odeszli z pola walki i dokonawszy uprzednio kilku pozorowanych manewrów dla zmylenia przeciwnika,  przeszli do lasu rucheńskiego. Zalegli w nim aż do zmroku. W tym czasie wokoło nich zamknął się kordon wielkiej obławy, zorganizowanej przez formacje reżimu komunistycznego w reakcji na wydarzenia pod Paczuskami. Udział w niej brało kilka tysięcy żołnierzy LWP (przede wszystkim z 2 pp., wspieranych przez pododdziały 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte) a także jednostki NKWD z Węgrowa i Sokołowa Podlaskiego. Pod osłoną nocy partyzanci podjęli próbę wydostania się z okrążenia. Na czele szpicy partyzanckiej kolumny szedł "Nowina". Około północy partyzanci napotkali  na swej drodze  zmotoryzowany batalion fizylierów 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte wspierany kilkoma czołgami. Doszło do krótkiej, ale zaciekłej walki, w wyniku której "łupaszkowcom" udało się przerwać pierścień obławy. To właśnie wtedy ciężko ranny w udo został "Nowina". Była to jedyna strata po stronie partyzantów. Przeciwnik poniósł je większe - zginęło kilku fizylierów, kilku innych zostało rannych. Partyzanci wzięli do niewoli sowieckiego oficera w mundurze LWP i dwóch pancerniaków. Tych ostatnich puszczono wolno, sowieta wkrótce potem rozstrzelano. Po przerwaniu pierścienia obławy partyzanci skierowali się na Sterdyń. Tym manewrem udało im się zmylić pościg. Dowództwo obławy błędnie oceniło, że oddziały "Zygmunta" i "Młota" będą parły do Bugu, aby jak najszybciej przedostać się na jego prawy brzeg i zapaść w terenie, na którym zwykle działały. W tym właśnie kierunku - w stronę Bugu - skierowało siły obławy, co pozwoliło partyzantom oderwać się od przeciwnika.

Kpt. Władysław Łukasiuk "Młot"

Ranny "Nowina" został odwieziony wozem na konspiracyjny  punkt sanitarny Ośrodka AK Kosów Lacki w Hilarowie. Po tygodniu zabrał go stamtąd dowodzony przez Zdzisława Badochę "Żelaznego"  patrol 5 Brygady Wileńskiej AK i przerzucił na punkt konspiracyjny we wsi Zagórze koło Kiełpińca nad Bugiem. Następnie "Nowina" trafił do leżącej po drugiej (prawej) stronie Bugu wsi Jasienica. Tam znalazł schronienie na plebanii u miejscowego księdza Stanisława Falkowskiego. Nie jest prawdą, co napisał Dariusz Fikus w książce Pseudonim "Łupaszka",  jakoby "Nowina" miał być czasowo przechowywany pod ołtarzem (św. Pawła) w kościele, a ministrant palił kadzidło, aby usunąć odór z rany w nodze. W rzeczywistości partyzant "Nowina" czy też już pisarz Paweł Jasienica (Beynar podczas rekonwalescencji dużo pisał; niestety, zniszczył później te zapiski) przez cały czas pobytu pod opieką księdza Falkowskiego mieszkał w pokoju na plebanii. Opuścił gościnną Jasienicę po kilku miesiącach, po tym jak oddział podziemia rozbił miejscowy posterunek milicji, oddalony raptem o kilkadziesiąt metrów od budynku plebanii. Nie wrócił już w szeregi oddziału "Łupaszki" - wyjechał do Krakowa i wkrótce rozpoczął współpracę z Tygodnikiem Powszechnym.

Rozkazem DSZ z 15 sierpnia 1945 r. został awansowany do stopnia kapitana. Paradoksalnie, ciężka rana, którą odniósł w walce z fizylierami 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte (tak, tak, nasi serialowi "czterej pancerni" kiedy powrócili z wojny  do domu to nie tak od razu w piecu napalili; wcześniej przez kilka miesięcy pacyfikowali Podlasie, oczyszczając jego teren z "elementów reakcyjnych") możliwe, że uratowała mu życie. Już dziesięć dni po starciu pod Zalesiem rajdujące po Podlasiu oddziały "Zygmunta" i "Młota" walczyły bowiem z grupą operacyjną NKWD–UB–LWP, pacyfikującą teren prawobrzeżnego Podlasia. W zaciekłym boju, do którego doszło we wsi Miodusy Pokrzywne nieopodal Perlejewa, zginęło 9 partyzantów a kilkunastu innych odniosło rany (zainteresowanych szczegółami tej walki zachęcam do lektury publikacji 5 Brygada Wileńska AK 18 sierpnia 1945 r. Bitwa w Miodusach Pokrzywnych). Na zakończenie wątków partyzanckich niniejszego tekstu należy dodać, że we wrześniu 1945 r.  5 Brygada Wileńska AK uległa samorozwiązaniu; wiosną 1946 r. wznowiła działalność na Pomorzu. Natomiast na Podlasiu działała aż do 1952 r. wywodząca się ze szwadronu "Zygmunta" i oddziału "Młota" 6 Brygada Wileńska AK.

Aresztowanie i okoliczności wypuszczenia Pawła Jasienicy

Pomimo zaprzestania działalności w szeregach 5 Brygady Wileńskiej AK, Paweł Jasienica  nadal utrzymywał kontakt z "Łupaszką" i ppor. Lucjanem Minkiewiczem "Wiktorem" (w czasie kampanii 1945 r. zastępcą dowódcy 1 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK, a od lutego do października 1946 r. dowódcą 6 Brygady Wileńskiej AK - jednym z najlepszych i najbardziej zaufanych podkomendnych "Łupaszki" z okresu walki z reżimem komunistycznym). Między innymi, podczas spotkania, do którego doszło w Krakowie, rozważał z "Łupaszką" i "Wiktorem" stosunek do "amnestii" ogłoszonej w lutym 1947 r., po sfałszowanych przez partię komunistyczną wyborach do Sejmu. Jasienica miał rekomendować obu dowódcom zakończenie działalności oddziału, ale bez ujawniania się przed komunistami, co świadczyłoby dobrze o rozpoznawaniu intencji reżimu komunistycznego przez pisarza.

Ppor. Lucjan Minkiewicz "Wiktor", sądzony razem z mjr "Łupaszką", skazany na karę śmierci i zamordowany 8 lutego 1951 na Mokotowie.

Został aresztowany przez UB w mieszkaniu siostry "Wiktora" 2 lipca 1948 r. Od niechybnej śmierci uratowała go interwencja Bolesława Piaseckiego (szefa PAX-u). Należy podkreślić, że Paweł Jasienica nie wydał ani "Łupaszki", ani nikogo innego. Ceną za ocalenie jego głowy nie była również współpraca z UB, jak podczas rozpętanej w marcu 1968 r. nagonki na pisarza insynuował Władysław Gomułka. Zdecydowała o tym wyżej wspomniana inicjatywa Bolesława Piaseckiego. 27 sierpnia 1948 r. Paweł Jasienica opuścił kazamaty UB.

Cena za darowanie życia

Czy Paweł Jasienica nie zapłacił zatem żadnej ceny za uwolnienie z rąk bezpieki?
Jeszcze  będąc osadzonym w areszcie śledczym sporządził na żądanie funkcjonariuszy UB opracowanie na temat 5 Brygady Wileńskiej AK, którego treść, jak można sądzić, nie oddaje rzeczywistych zapatrywań pisarza na jego niedawnych wówczas towarzyszy broni, w szczególności na mjra "Łupaszkę", na ich horyzonty myślowe i motywacje, które im  przyświecały w czasie walki w szeregach oddziału. Ale jakaż to cena? Żadna. Kto z nas mając do wyboru stryczek albo napisanie kilku stron opracowania, które nikomu wówczas nie przyniosło szkody - nie był to materiał nadający się do wykorzystania operacyjnego przez UB - nie chwyciłby za długopis, ten niech weźmie do ręki kamień. Ja natychmiast kucam i zaczynam pisać na piasku.

W tym opracowaniu jest jeden fragment wart przywołania, gdyż daje jakieś wyobrażenie o realiach walki partyzanckiej w okresie po "amnestii" z lutego 1947 r.:

W kwietniu i maju 1948 r. bawiłem w Białostockiem na podróży reportażowej [...]. Wtedy to stwierdziłem z przerażeniem, że Bug jest obsadzony przez wojsko, a od przygodnych rozmówców dowiedziałem się, że gdzieś - podobno w Siedleckim - były walki, a za "Młotem" wiszą listy gończe [...].

Zapewne częścią ceny za darowanie życia była także zgoda Jasienicy na wejście, w styczniu 1950 r., do powołanych przez komunistów tymczasowych władz Caritasu (ten wątek wykracza jednak poza ramy niniejszego tekstu).

Niedoszły historyk oddziału

W 1955 r. Paweł Jasienica opublikował w tygodniku "Świat" artykuł mający być recenzją powieści Józefa Mackiewicza "Doga donikąd" (każdemu, kto jest zainteresowany anatomią procesu  rozkładu  wspólnoty dotkniętej opresją komunistyczną, gorąco polecam tę niezwykłą powieść [posłuchaj w MP3]). Już  sam tytuł  wzmiankowanego artykułu - Moralne zwłoki szlachcica kresowego - odstrasza. Dalej jest jeszcze gorzej. Tekst jest niewybrednym atakiem na Mackiewicza (czytaj również: J. Mackiewicz, Casus Paweł Jasienica). Niestety, autor porusza w nim również wątki partyzanckie:

[...] Z Krakowa na Podhale dwa kroki. "Ogień", którego dzieje przypomniał nam ostatnio Machejek (chodzi o  perfidny paszkwil na temat Józefa Kurasia "Ognia" pt. Rano przeszedł huragan - przyp. GW.), byłby rad z dobrego szefa sztabu. Zresztą po drodze z Wilna do Krakowa można było doszlusować do pogrobowców wileńskiego okręgu AK, który niezły rejwach czynili na Białorusi i w Białostockiem [...].

To chyba jedyny tekst przeznaczony do druku, w którym Paweł Jasienica choć pośrednio "wspomniał" swego dowódcę i swych podkomendnych. Nie spełniło się marzenie mjra "Łupaszki", który bardzo chciał, aby dzieje 5 Brygady Wileńskiej AK spisał  jego zastępca. Na szczęście jednak  zostały one  uwiecznione przez Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego w znakomitej monografii "Łupaszka", "Młot", "Huzar". Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK (Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2002). Od niedawna można cieszyć oko także albumem Brygady "Łupaszki", w opracowaniu wyżej wymienionych oraz Piotra Niwińskiego (Instytut Pamięci Narodowej, Oficyna Wydawnicza Rytm. Warszawa 2010). Gorąco zachęcam do zapoznania się z tymi wydawnictwami.

Przeszli, przepadli; dym tylko dusi i krzyk wysoki we mgle, we mgle *

Krzyż na skraju lasu rudzkiego w miejscu śmierci kpt. Władysława Łukasiuka "Młota".
Lech Leon Beynar "Nowina" czyli Paweł Jasienica  zmarł w Warszawie 19 sierpnia 1970 r.

"Łupaszka", "Młot" i "Nowina" zostali postanowieniami Prezydenta RP, śp. Lecha Kaczyńskiego, odznaczeni pośmiertnie Krzyżami Wielkimi Orderu Odrodzenia Polski.
Order nadany Pawłowi Jasienicy został przekazany na ręce członków jego rodziny przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego podczas uroczystości w dniu 1 marca 2011 roku.


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944- 1954.

* Tytuł ostatniej partii tekstu to fragment wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego Z lasu.

Paweł Jasienica u mjr. "Łupaszki" - część 1/2>
Strona główna>

niedziela, 27 czerwca 2010
"Młot", "Mścisław", "Żelazny"...
Rocznica trzech śmierci

To, co nadaje sens życiu, nadaje także sens śmierci.
Antoine de Saint-Exupéry

W ostatnich dniach czerwca przypadają trzy niezwykle tragiczne rocznice w historii zmagań 5. i 6. Brygady Wileńskiej Armii Krajowej z komunistycznym zniewoleniem.

61 lat temu, 27 czerwca 1949 r., na kolonii wsi Czaje Wólka [gmina Ciechanowiec] zginął dowódca 6. Brygady Wileńskiej AK kpt. Władysław Łukasiuk ps. "Młot", jak można sądzić w wyniku nieporozumienia, z ręki swego podkomendnego Czesława Dybowskiego "Rejtana". Zwłoki kpt. "Młota" zostały wykopane 13 VIII 1949 r. przez funkcjonariuszy UBP - miejsce pochówku do dziś jest nieznane. 11 listopada 2007 Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Władysława Łukasiuka Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

Trzy lata wcześniej, 28 czerwca 1946 r., w dwóch różnych miejscach i okolicznościach, jednak z rąk tych samych zbrodniarzy, śmierć poniosło dwóch oficerów 5. Brygady Wileńskiej Armii Krajowej:
  • Por. Marian Pluciński ps. "Mścisław", uczestnik wojny obronnej 1939, następnie w konspiracji ZWZ-AK. Od kwietnia 1944 d-ca plutonu w 5. Brygadzie Wileńskiej. Po rozwiązaniu brygady przedostał się wraz ze swoim oddziałem na teren Puszczy Augustowskiej, a następnie powrócił na Wileńszczyznę. Do listopada 1944 dowodził oddziałem złożonym z rozbitków brygad wileńskich, operujących na północ od Wilna. Wiosną 1945 przedostał się na teren Białostocczyzny i nawiązał kontakt z mjr. "Łupaszką". Objął dowództwo 4. szwadronu w odtwarzanej 5. Brygadzie Wileńskiej. Po rozwiązaniu oddziału, w październiku 1945  r. zaprzestał działalności konspiracyjnej. Aresztowany przez białostocki UB na skutek donosu, został skazany na śmierć i zamordowany 28 VI 1946 roku. Nawet UB wystawiło mu mimowolnie dobrą opinię: „energiczny, odważny, bandycki upór”. Miejsce pochówku „Mścisława” do dzisiaj pozostaje nieznane. 11 listopada 2007 r. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Mariana Plucińskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
  • Ppor. Zdzisław Badocha ps. "Żelazny", ur. 22 marca 1923 r. w Dąbrowie Górniczej, harcerz, żołnierz 5. Wileńskiej Brygady AK, podporucznik czasu wojny, dowódca 2. szwadronu w tej brygadzie. Uważany za najlepszego dowódcę polowego mjr. "Łupaszki". Major wystąpił z wnioskiem o odznaczenie "Żelaznego" Krzyżem Virtuti Militari, pisząc: "bardzo odważny, dzielny, pełen inicjatywy, wykazał wielką odwagę osobistą". Dowodził m.in. głośną akcją 19 maja 1946 r., o której informowało BBC. Szwadron "Żelaznego" rozbroił tego dnia 7 posterunków milicji w powiatach Kościerzyna i Starogard, zlikwidował dwie placówki UB, rozstrzelał 5 funkcjonariuszy UB, w tym sowieckiego doradcę, oficera NKWD. "Żelazny" zginął 28 VI 1946 r., podczas próby przebicia się przez obławę UB w majątku Czernin koło Sztumu, gdzie leczył się z ran postrzałowych. Miejsce jego pochówku pozostaje nieznane. 5 grudnia 2004 r. upamiętniono ppor. Zdzisława Badochę „Żelaznego”, odsłaniając w Czerninie pod Sztumem tablicę pamiątkową na ścianie kościoła parafialnego. 11 kwietnia 2006 r. poświęcono w Czerninie skromny pomnik „Pamięci żołnierzy szwadronu "Żelaznego"”.

Kpt. "Młot" / Por. "Mścisław" / Ppor. "Żelazny"

GLORIA VICTIS !
POWRÓT DO DOMU

Stoję przy oknie, jest cicho.
Słyszę tylko wiatr.
Patrzę na zegarek: 24.
Wzdycham.
Moje westchnienie odbija się od ścian domu.
Na górze śpi nasza córka, Ala nie wie dlaczego taty nie ma z nią.
On nie widzi jak Ala stawia pierwsze pełne kroki, jak składa pierwsze zdania.
Nie ma go jak po raz pierwszy mówi: tata.
Jest gdzieś daleko, w lesie.
Walczy, jest bohaterem bajek opowiadanych przez sąsiadki dzieciom do snu.
Ja nie opowiadam mojej córce o żołnierzu, ja mówię o ojcu.
Znowu patrzę za okno, mam ochotę krzyczeć by wrócił.
Nie mogę, wiem, że robi dobrze, że inaczej bym go nie szanowała.
Boję się.
Boję się, że nie wróci.
Boję się, że będzie ranny.
Boję się, że się zmieni, że wojna zabierze mi starego męża, a pozostawi jego cień.
Boję się, że moja córka nigdy nie będzie miała ojca.
O tym, że mogę zostać wdową wolę nie myśleć.
Czuję łzę na policzku, nie ścieram jej.
Chcę mu powiedzieć, że go kocham, że jest nie tylko bohaterem ludzi, ale przede wszystkim moim.
Nie mogę, nie ma go.
Był, wpadł na jeden dzień.
Nakarmiłam go, przytuliłam, opowiedziałam o Ali, o życiu, o świętach bez niego, pokazałam nową krowę.
Próbowałam być normalna, chciałam nie widzieć jak chowa broń pod łóżko.
Pragnęłam być ślepa i głucha.
Zapomnieć.
Zapomnieć o wojnie, o Rosji, o bólu, o cierpieniu i o broni pod łóżkiem.
Pobawił się z Alą, bałam się, że go nie pozna, ale jak tylko go zobaczyła krzyknęła: tato!
Mimo wszystko odetchnęłam.
Odsuwam się od okna.
W oddali słychać strzały.
Nie chcę wiedzieć czy strzelają do niego, czy on strzela.
Siadam przy stole, wyciągam różaniec.
Jak codziennie.
Nie modlę się, patrzę tylko na paciorki i odliczam wystrzały.
Raz.
Poznaliśmy się na studiach, oboje pomimo wiejskiego pochodzenia wybraliśmy edukację.
Ja prawo, on matematykę.
Dwa.
Wzięliśmy kameralny ślub, tylko my, najbliżsi przyjaciele i rodzina.
Trzy.
Nie było nas stać na wesele, podałam obiad : rosół i pierogi. Wszyscy dobrze się bawili.
Cztery.
Gdy poszedł walczyć z Niemcami, byłam tak samo entuzjastyczna : na początku byłam sanitariuszką.
Pięć.
Ala urodziła się miesiąc po wejściu Rosjan.
Sześć.
Jak poszedł walczyć po raz drugi, chciałam go zatrzymać. Nie mogłam. Każdy ma jakieś obowiązki. On, matematyk, wykształcony, ojciec i mąż uznał, że jest zobowiązany do walki, ruszył.
Siedem.
Od początku walka była nierówna, mieli ogromne straty, gdy zginął jego przyjaciel myślałam, że wróci. Został.
Osiem.
Uwolnili jakiś więźniów, ludzie dziękowali im na kolanach. Miałam łzy w oczach, z dumy i ulgi - że znowu przeżył. Zaczęłam doceniać życie, uśmiechałam się.
Dziewięć.
Coraz rzadziej odwiedzał dom, chciał nas chronić. Walczył jak prawdziwy bohater, dowódca go chwalił. Tylko sukcesów było już coraz mniej, ludzie masowo dezerterowali. W krótkich listach pisał, że jedyne na co narzeka to jedzenie, podobno nikt w jego oddziale nie umiał gotować.
Dziesięć.
Teraz to jak zabawa w kotka i myszkę. Tylko na jedną myszkę przypada 20 kotów. Mi to bardziej przypomina chowanego. Zbliża się koniec, nie wiem co będzie potem. Chcę tylko by wrócił.

Słyszę pukanie. Może to on?
Podchodzę do drzwi, widzę dwóch mężczyzn w polskich mundurach.
Już wiem.
Prawie nie słyszę jak mówią, że był dzielny, że zginął w walce, za Polskę, za wolność, za mnie, za nich, poświęcił się. Wolał zginąć niż trafić do niewoli.
Zamykam im drzwi przed nosami.
Wypuszczam z rąk różaniec, turla się po podłodze.
Nie czuję łez.
Podchodzę do okna.
Chcę tylko by wrócił.

"Jeszcze Polska nie zginęła,
póki my żyjemy." 
  

Joanna Wąsowska
(lat 15)
Warszawa, 23.06.2010

Strona główna>
czwartek, 17 czerwca 2010
"Łupaszko" - Żołnierz Wyklęty - audycja w Radiu Olsztyn
"Łupaszko" - Żołnierz Wyklęty - 1,5 godz. audycja w Polskim Radiu Olsztyn

Zapraszam do wysłuchania 1,5 godzinnej audycji dokumentalnej Mirosława Sochackiego poświęconej mjr. Zygmuntowi Szendzielarzowi ps. "Łupaszka", w setną rocznicę urodzin.

Audycję [w 6 częściach] można pobrać na dysk lub odsłuchać online na stronie Polskiego Radia Olsztyn.

Pobierz część 1>


Pobierz część 2>


Pobierz część 3>


Pobierz część 4>


Pobierz część 5>


Pobierz część 6>


Obejrzyj również filmy dokumentalne o mjr. Zygmuncie Szendzielarzu ps. "Łupaszka":

Strona główna>
wtorek, 01 czerwca 2010
Ostatnia walka 5. Brygady - część 1/5
Ostatnia walka 5. Brygady... rozmowa z Janiną Wasiłojć-Smoleńską ps. "Jachna"

[...] Uważałam, iż spotkał mnie zaszczyt, że znalazłam się w oddziale. W tym wieku każdy chciał jak najszybciej oddać życie za ojczyznę. Kiedyś, jeszcze gdy chodziłam do szkoły, mieliśmy odpowiedzieć na pytanie: "Kim chciałbyś zostać w przyszłości?" Jedna z dziewczyn napisała: "Chciałabym w przyszłości wyjść za mąż, mieć dwunastu synów i żeby wszyscy polegli za ojczyznę".

Kiedy w maju 2007 roku po raz pierwszy spotkałem się z Panią Janiną Wasiłojć, zobaczyłem filigranową, pełną życia, tryskającą humorem kobietę. Gdyby nie moja wcześniejsza o niej wiedza, niepełna i ułomna oraz zapewne powierzchowna, nigdy bym nie podejrzewał, że mam przyjemność osobiście zetknąć się z osobą działającą w konspiracji od 1942 roku; osobą, która przeżyła rozbrojenie, a następnie była świadkiem rozstrzelania przez sowieckich partyzantów dowódcy Antoniego Burzyńskiego ps. "Kmicic" oraz około 80 żołnierzy pierwszego większego oddziału partyzanckiego na Wileńszczyźnie.

Następnie brała udział w walkach 5. Brygady, utworzonej z ocalałych żołnierzy "Kmicica" przez mjr. "Łupaszkę" (Zygmunta Szendzielarza). Działała w niej aż po kres jej zmagań na Pomorzu, to jest do listopada 1946 roku, gdzie podczas walk z komunistycznym reżimem była sanitariuszką w szwadronie dowodzonym przez ppor. "Zeusa" (Leon Smoleński). Była też uczestniczką ostatniego większego starcia 5. Brygady na Pomorzu w miejscowości Budy k. Brus. Za działalność niepodległościową została skazana na karę śmierci, zamienioną potem na 15 lat więzienia, z którego wyszła na wolność dopiero w 1956 roku. Od momentu opuszczenia więziennych murów, aż do przejścia na emeryturę zajmowała się nauczaniem młodszej i starszej dziatwy. Sama ze śmiechem stwierdza, że była "dziedzicznie obciążoną". Przeszła wszystkie szczeble szkolnictwa - sama ucząc się, pracowała w szkole podstawowej, a karierę swą zakończyła jako nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Szczecińskim. Jest jedną z dwóch osób (drugą jest Pan Henryk Sobolewski ps. "Sobol", żołnierz 4. i 5. Wileńskiej Brygady AK), które pamiętają i czasami, przy wyjątkowych okazjach, śpiewają zapomniane już żurawiejki 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. W tym roku Pani Janina została odznaczona przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy nawet nie przypuszczałem, że nasze spotkania (w 2007 i 2008 roku) zaowocują materiałem, który mam niewątpliwą przyjemność Państwu przedstawić.

Janina Wasiłojć (Smoleńska) z rodzicami - Wileńszczyzna, rok 1928.

Zacznijmy od samego początku. Gdzie należy szukać miejsca Pani narodzin?
- Urodziłam się w 1926 roku w folwarku Tarkowszczyzna, w powiecie Święciańskim na Wileńszczyźnie. Rodzeństwa nie miałam - byłam jedynaczką. Z Tarkowszczyzny rodzice wyjechali wkrótce po moim urodzeniu. Kolejno mieszkaliśmy w Komajach, Duksztach, a gdy wybuchła wojna w Święcianach.

Czy tam spędziła Pani całe dzieciństwo?
- Nie. Gdy wybuchła wojna miałam trzynaście lat i wtedy mieszkałam już od pewnego czasu w Święcianach. Tam chodziłam do Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego. Moi rodzice byli z zawodu nauczycielami i też tam wówczas pracowali. Do tego samego gimnazjum m.in. chodziła również Lidia Lwów, późniejsza „Lala” i Zdzisław Badocha, znany jako "Żelazny".

To że uczęszczała Pani do jednej szkoły z „Żelaznym” (ppor. Zdzisław Badocha), to wiedziałem, ale że również z Panią Lidią...?
- Tylko, że to było tak, iż ja zaczynałam, a ona kończyła gimnazjum. Zapamiętałam ją, bo one były starsze, takie, na które my patrzyłyśmy z szacunkiem. Zresztą ja poszłam do szkoły dwa lata wcześniej, więc ona była już panną, a ja miałam coś z jedenaście lat.

Czy później utrzymywały Panie ze sobą kontakt?
- Potem z „Lalą” spotykałyśmy się w czasie wojny, kiedy ona mieszkała w Kobylniku, a ja w Miadziole i tam chodziłyśmy na kurs nauczycielski. Ona już wtedy pracowała jako nauczycielka. To był 1942 rok. Oczywiście później, podczas obu okupacji, niemieckiej i sowieckiej, miałyśmy stały kontakt.

Więc miałyście Panie wiele wspólnych wspomnień?
- Jest to znajomość "przedpartyzancka", więc wspólne wspomnienia nie dotyczą tylko czasu walki.

Czy w latach gimnazjalnych, a może także wcześniejszych, należała Pani do harcerstwa lub innych organizacji dla dziewcząt?
- Oczywiście. Należałam najpierw do zuchów, a następnie do harcerstwa.

Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Święcianach, którego wielu wychowanków walczyło później w szeregach 5. Wileńskiej Brygady AK.

Czyli w pewnym sensie przeszła Pani dość typową, oczywiście godną naśladowania, drogę dla Waszego pokolenia?
- Taka typowa droga - taka, jaką wówczas większość młodzieży przechodziła. Wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego w pełni sprawy, ale cały czas przedstawiano nam pewne wzorce - wzorce osób pozytywnych, np. powstańców z roku 1863 czy Legionistów. Przekazywano nam to nie w jakiejś takiej formie nachalnej, nikt nie mówił wprost, że trzeba kochać ojczyznę, ale poprzez właśnie te przykłady robiono to w sposób naturalny. Ja też te wzorce przyswajałam. Gdy wybuchła wojna, samorzutnie rysowałyśmy na kartkach biało-czerwony szlak z podpisem "Jeszcze Polska nie zginęła" i rozlepiałyśmy te kartki gdzieś na murach i płotach. Nikt nas nie instruował, że tak trzeba robić i dopiero o wiele później nazywało się taką działalność "małym sabotażem".

Byliście już wtedy w jakieś organizacji?
- Nie - to był przecież 1939 rok, przyszli Sowieci i zaraz ta młodzież zaczęła podejmować takie różne spontaniczne działania. Bez żadnej organizacji, żadnych przysiąg. To było całkowicie naturalne. 11 listopada szło się na groby legionistów, co było wówczas zakazane. W gimnazjum wprowadzono jako język wykładowy rosyjski, więc zaczęliśmy się buntować, za co część z nas wyrzucono w ogóle ze szkoły. W 1941 roku otworzono polską szkołę, do której zaczęły uczęszczać wszystkie te "niedobitki". Straszono tam nas, że gdy nie przestaniemy się buntować, to ta szkoła zostanie zamknięta. Kiedyś, na 1 maja, strasząc nas tym, zmuszono do udziału w tak zwanym pochodzie. Wychowawca, nie wiem co mu strzeliło do głowy, wymyślił, abym niosła portret Stalina. Kilkakrotnie prosił mnie, bym go wzięła, a ja z uporem odmawiałam. Wtedy polecił mi, abym poszła i zameldowała o tym dyrektorowi. W tym momencie kolega z klasy powiedział: ja to poniosę. Miał on bowiem świadomość, że konsekwencje mojej odmowy poniosą moi rodzice - nauczyciele w tej szkole. Wiedziałam, że z jego strony to straszne poświęcenie. Po pochodzie chciałam mu podziękować, ale on huknął na mnie: Odejdź! Myślałem, że się spalę ze wstydu!

Jak się wówczas żyło?
- Cały czas trwały wywózki na Syberię, więc każdy miał spakowane najbardziej potrzebne rzeczy, aby być w każdej chwili gotowym. Sowieci najczęściej przychodzili nocą i kazali natychmiast wychodzić, dlatego lepiej było być przygotowanym. Ojciec w 1941 roku wyjechał do swoich rodziców do Podgrodzia, a my z matką później do niego dojechałyśmy. Tam nas zastał wybuch wojny sowiecko-niemieckiej.

Po pierwszej krótkiej okupacji sowieckiej, przyszła okupacja litewska...?
- Tam, w Święcianach, Ruscy byli trochę dłużej. Dopiero później przyszli Litwini i włączyli te tereny do swojego państwa. Poprawiło się wówczas zaopatrzenie żywnościowe. Zniknęły kolejki przed sklepami.

A jaki był Wasz, młodych ludzi, stosunek do Litwinów, do kolejnego okupanta?
- Tam mieszkało bardzo mało Litwinów, ja w ogóle się z nimi nie spotykałam. Wiedzieliśmy, że współpracowali oni z Niemcami, ale ja z nimi nie miałam nic do czynienia. Dopiero po wyjeździe do Podbrodzia mój ojciec, jako znany działacz oświatowy i społeczny, wraz z paroma innymi osobami, został przez Litwinów aresztowany. Kilka dni później dowiedziałyśmy się, że tatuś dostał wyrok śmierci. W tym czasie połowę domu dziadków zajął niemiecki pułkownik, starszy człowiek. Przez przypadek dowiedział się o naszym nieszczęściu i w wyniku jego interwencji udało się uratować życie memu ojcu. Kiedy tato wrócił, tego pułkownika już nie było, poszedł dalej na front, więc nawet nie mógł podziękować mu za ocalenie. Zdarzały się takie paradoksy. Później, pod koniec 1941 roku, uciekliśmy na tereny administrowane przez Białorusinów, gdyż Litwini koniecznie chcieli z moim tatą się rozprawić. W końcu trafiliśmy do wspominanego już miasteczka Miadzioł nad jeziorem Narocz, gdzie ojciec dostał pracę jako sekretarz w inspektoracie szkolnym. Tam było wielu takich uciekinierów i dużo młodzieży. Szybko się tam zawiązała konspiracja.

Żołnierze 3. Szwadronu 5. Wileńskiej Brygady AK. Od lewej strony stoją: ppor. Leon Smoleński "Zeus", plut./sierż. NN "Morski", plut. Władysław Wasilewski "Bej", Edward Zobczyński "Sikora", Jan Majkowski "Atlantyk", NN "Szczygieł", NN "Leszek", NN "Zygmunt", NN "Zbyszek", Janina Wasiłojciówna (Smoleńska) "Jachna", kpr. Władysław Heliński "Mały", Zdzisław Kręciejewski "Brzoza", NN "Lot", NN "Kempf", Bolesław Pałubicki "Zawisza", Stanisław Szybut "Picuś", Lato 1946 roku, gajówka Kosowa Niwa, Bory Tucholskie.

Czy tam wstąpiła Pani do konspiracji?
- Wtedy każdy musiał pracować, aby nie zostać wywiezionym na roboty przymusowe do Niemiec.

Przecież miała Pani wtedy, w 1942 roku, szesnaście lat?
- To w niczym nie przeszkadzało, aby zostać wywiezionym. Ja dostałam pracę w takim odpowiedniku starostwa. Moim obowiązkiem było wpisywanie danych z dokumentów w blankiety Kenkarty, a następnie musiałam udać się do gabinetu kierownika, który był oczywiście Niemcem. On dawał mi pieczątkę, ja wbijałam ją na dokumencie, a on go podpisywał. Wymyśliłam sposób, aby uzyskiwać podstemplowane i podpisane druki in blanco. Oczywiście trafiały one do organizacji. Chociaż uroczystą przysięgę złożyłam wiele miesięcy później, to właśnie od wtedy datuje się moja współpraca z konspiracją. Wtedy moim dowódcą był Antoni Zwieruho pseudonim "Koliber".

Ostatnia walka 5. Brygady - część 2/5>
Strona główna>

Ostatnia walka 5. Brygady - część 2/5
Jak trafiła Pani do partyzantki?
- Właśnie ten "Koliber", mając kontakty z por. Antonim Burzyńskim "Kmicicem", który od marca 1943 roku tworzył pierwszy partyzancki oddział na tym terenie, w czerwcu tegoż roku zaprowadził całą tę "konspirację Miadziolską", a było nas tam ponad dwadzieścia osób, do lasu. W grupie tej byli też moi rodzice. Pamiętam jak zobaczyłam pierwszego partyzanta. "Kmicic" przysłał po nas konny patrol i po tych kilku latach zobaczyłam polskie mundury. Obraz ten do tej pory pozostał mi w pamięci. W tym patrolu był m.in. Henryk Mackiewicz pseudonim "Dzięcioł" - stryj dzisiejszej Pani Prezydentowej (Śp. Marii Kaczyńskiej). Po kilkudniowej aklimatyzacji w lesie zaczęliśmy budować bazę - na wzgórku otoczonym bagnami, do którego dostęp był jedynie niezbyt szeroką groblą. Tam postawiliśmy szałasy. I tam też miała miejsce uroczysta przysięga odebrana przez "Kmicica". W bardzo niedługim czasie było nas już około trzystu partyzantów.

Ile kobiet, dziewcząt było w oddziale i czym one się zajmowały?
- Kobiet było niewiele, chyba siedem. Zajmowały się przygotowywaniem posiłków oraz różnymi pracami gospodarczymi. Wtedy nie byłyśmy zabierane na żadne akcje. Byłyśmy jednak wysyłane na wartę, np. polecano nam iść do lasu z koszykiem, niby na zbiór grzybów. Był też "na bazie" szpitalik dla chorych i rannych.

Jak Pani wówczas to odbierała - jako przygodę, obowiązek...?
- Uważałam, iż spotkał mnie zaszczyt, że znalazłam się w oddziale. W tym wieku każdy chciał jak najszybciej oddać życie za ojczyznę. Kiedyś, jeszcze gdy chodziłam do szkoły, mieliśmy odpowiedzieć na pytanie: Kim chciałbyś zostać w przyszłości? Jedna z dziewczyn napisała: Chciałabym w przyszłości wyjść za mąż, mieć dwunastu synów i żeby wszyscy polegli za ojczyznę.

Żołnierze szwadronu "Zeusa", od lewej (siedzą): NN "Zygmunt", Władysław Wasilewski "Bej", Janina Wasiłojciówna (Smoleńska) "Jachna", NN "Zbyszek", (stoją): NN "Kempf", plut./sierż. NN "Morski", NN, ppor. Leon Smoleński "Zeus", kpr. Władysław Heliński "Mały".

Niedaleko Was stacjonował oddział sowiecki?
- To było jakieś trzy kilometry dalej. Jego dowódcą był płk Fiodor Markow. On kształcił się w Polsce - skończył seminarium nauczycielskie, był w podchorążówce, pracował jako nauczyciel. Mieszkał przed wojną w Święcianach. Przez pewien czas stosunki były całkiem poprawne. Jednak 26 sierpnia 1943 roku Markow zaprosił nasz sztab do siebie pod pretekstem uzgodnienia wspólnej akcji. Tam, jak się później okazało, zostali oni aresztowani. Do bazy powrócił szef sztabu pseudonim "Boryna" w otoczeniu kilku sowieckich wojskowych. Zarządził zbiórkę na placu bez broni. Zobaczyłam za drzewami szczelny kordon sowieckich partyzantów. Zabrali z szałasów broń i cały nasz oddział został również aresztowany. Następnie przyjechali ich "politrucy" i robili przesłuchania według gotowych, wcześniej przygotowanych list. Wtedy też jednych naszych partyzantów ustawiano po jednej stronie, a drugich po drugiej. Grupa liczyła około 60 osób, prawie przy każdym stał strażnik. Zaprowadzono ich na sowiecką bazę i tam zostali zamordowani. Po jakimś czasie Markow przyprowadza nam nowego komendanta. Był nim Wincenty Mroczkowski pseudonim "Zapora", który był przedwojennym podoficerem w Wojsku Polskim. Wygłosił on do nas mowę, która w przybliżeniu miała taką treść: Chłopcy! O co nam chodzi? Chodzi nam o to, żeby być! A żeby "być", to trzeba mieć broń! A jak będziemy mieć broń, to wtedy okaże się, co dalej! Zapamiętałam tę przemowę, gdyż była ona taka jednoznaczna. Chłopaki dostali wtedy broń - rozkalibrowaną, zepsutą. Oddziałowi temu nadano imię Bartosza Głowackiego. Gdy zaczęto wypuszczać w teren patrole zaopatrzeniowe, to wysłany po żywność nie wracał. Dołączały one w terenie do "Łupaszki", który szedł objąć dowództwo Brygady i przez zupełny przypadek uniknął sowieckiej zdrady, i on "zbierał" ich wszystkich. Tak powstawała 5. Brygada.

Ale większość z tych, którzy przeżyli, pozostawała jednak na miejscu, w obozie?
- Przez pewien okres, gdyż po pewnym czasie "Zapora" wyprawił się z dużym patrolem na poszukiwanie tych, którzy nie powrócili i oczywiście patrol też nie wrócił. Przydzielono nam wówczas nowego politruka, polskiego Żyda, Mareckiego. Wtedy też rozbroili nas po raz drugi. Już nie tworzyli z nas nowego oddziału tylko porozdzielali nas po różnych oddziałach sowieckich. Ostatniej nocy, przed odesłaniem na sowiecką bazę, pomogła nam w ucieczce żona naszego politruka, Pani Lusia. Dała nam przepustkę ze stemplem swego męża i my dzięki niej uciekaliśmy w siedem osób. Dostałam też od niej pistolet.

Jak wyglądała Wasza dalsza ucieczka?
- Wraz z rodzicami szliśmy do folwarku Buraki, którego właścicielami byli przyjaciele moich rodziców - państwo Poniatowscy. Jak się okazało weszliśmy prosto na niemiecką pacyfikację terenu. Byliśmy na odkrytym terenie i nie mogliśmy się już wycofać. Idziemy więc dalej. Gdy podeszliśmy bliżej zobaczyliśmy, że przy wykopie, który początkowo pomyślałam, że miał być na ziemniaki, stali Niemcy i litewscy policjanci. Zatrzymali nas tam Litwini i zaprowadzili do wsi gdzie przeprowadzono rewizję. Przy mnie znaleziono polski legionowy orzełek i litewski policjant powiedział, że jestem "polską szowinistką". Pistolet zdołałam ukryć w już przeszukanych rzeczach. Ojca gdzieś zabrano samochodem, a mnie z matką poprowadzono piechotą do pobliskiego miasteczka Komaje, na posterunek policji. Jak się okazało ojciec już tam był. Po przesłuchaniu, jakie odbyło się w dniu następnym, w dużej mierze dzięki litewskiemu tłumaczowi, który nagle stał się przyjazny (jak podejrzewaliśmy dzięki perswazji wspólnych znajomych z tej miejscowości), zostaliśmy "przeznaczeni" do wywiezienia na roboty do Niemiec, a nie do rozstrzelania. Następnie przewieziono nas do miejscowości Łyntupy, gdzie utworzono punkt zborny dla wszystkich zatrzymanych w tej, jednej z wielu, pacyfikacji terenu. Dość szybko o miejscu naszego pobytu dowiedzieli się ludzie z AK-owskiej siatki. Odpowiednia kwota została "wpłacona" odpowiednim osobom i zostaliśmy, ja wraz z rodzicami, z tego punktu zbornego zwolnieni.

Janina Wasiłojciówna (Smoleńska) "Jachna" - fotografia wykonana przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Bydgoszczy, po aresztowaniu w 1947 roku.

Wróciła Pani do oddziału, ale dowodzonego już przez majora (wówczas rotmistrza) Zygmunta Szendzielarza "Łupaszkę"?
- Byliśmy bez pieniędzy i dachu nad głową. Schronienie dała nam rodzina mojego kolegi. Rodzice zostali u nich, a ja nawiązałam kontakt i w jakiejś wiosce nad Wilją dołączyłam do "Łupaszki", który odtwarzał już oddział. Najpierw byłam podkomendną "Maksa" (wachmistrz Antoni Rymsza), a następnie "Zagończyka" (ppor. Feliks Selmanowicz). Później, w kwietniu 1944 roku, kiedy utworzono 4. Brygadę "Narocz", przeszłam do niej wraz z "Zagończykiem". Tam m.in. spotkałam Henryka Sobolewskiego pseudonim "Sobol".

4. Brygada została rozbrojona przez Sowietów?
- Brałam udział w walkach koło Wilna mających na celu jego oswobodzenie (w ramach operacji "Ostra Brama" - przyp. G.P.). Następnie zostaliśmy rozbrojeni przez NKWD i najpierw umieszczeni w obozie w Miednikach, a stamtąd zostałam przewieziona do więzienia na Łukiszkach w Wilnie. Zwolniono mnie w październiku 1944 roku.

Do Polski "lubelskiej" dotarła Pani...?
- W transporcie z innymi repatriantami, jako taka "sanitariuszka transportowa". W końcu 1945 roku wraz z rodzicami zamieszkaliśmy w Sopocie. Tam też spotkałam się ze swoim dowódcą "Zagończykiem". Weszłam w skład jego grupy dywersyjnej, która była częścią „zimującej” 5. Brygady mjr. "Łupaszki". Do naszych zadań należało m.in. wykonywanie i kolportaż ulotek, zdobywanie broni.

Kiedy i gdzie wróciła Pani "do lasu"?
- W maju 1946 roku "Zagończyk" "oddalił" mnie do szwadronu. Byłam bardzo zdziwiona - w tej "robocie" było mi dobrze, a tu dostałam rozkaz, aby dołączyć do oddziału i znowu być "w lesie". Studiowałam wtedy medycynę na Akademii Medycznej w Gdańsku i musiałam przerwać studia i pojechać na miejsce koncentracji, która odbyła się gdzieś w okolicach Sztumu lub Malborka w jakiejś stodole stojącej na polu. Od razu zostałam przez majora przydzielona do szwadronu "Zeusa" (ppor. Leon Smoleński). I tak znowu znalazłam się "w lesie". Dzisiaj myślę, że "Zagończyk" zawiózł mnie do oddziału też dlatego, że chyba zaczął podejrzewać, iż niedługo mogą nastąpić aresztowania i chciał mnie przed nimi uchronić. Jak się okazało miał rację.

Chciałbym pominąć cały letni okres działalności zarówno 5. Brygady, jak i Waszego szwadronu, gdyż jest on dość dobrze opisany przez różnych autorów w licznych publikacjach. Proponowałbym raczej porozmawiać o schyłkowym, czyli jesiennym okresie walk, gdzie jest kilka niejasności i kontrowersji. Zacznijmy od akcji na Brusy. Jak ona przebiegała?
- Tak jak wiele innych. Część oddziału opanowała posterunek milicji, a pozostali poszli do Urzędu Gminy i do "grzybiarni" (suszarni grzybów), gdzie zarekwirowano dwa worki z pieniędzmi. Ja poszłam z chłopakami na posterunek milicji, który znajdował się gdzieś na końcu miejscowości.

Janina Wasiłojć (Smoleńska) trzy dni po wyjściu z więzienia - 25 maja 1956 roku.

I tam dała Pani słynny koncert fortepianowy?
- No, niezupełnie był to koncert. Gdy weszliśmy do środka zobaczyłam pod ścianą fortepian. Usiadłam przy nim i zagrałam kilka melodii. To zdarzenie, gdy opisałam je podczas śledztwa, posłużyło prokuratorowi do wkomponowania w mój akt oskarżenia opisu w stylu: "...w czasie napadu przygrywała bandytom na fortepianie...".

Jaki był efekt tej akcji?
- Zdobyliśmy dwa worki z małymi nominałami, które załadowaliśmy na ciężarówkę i musieliśmy wykonać jak najszybszy odskok, tak aby jak najdalej od tych Brus odjechać. Jechaliśmy polną drogą i zaryliśmy się w piasku, a dodatkowo coś się w samochodzie zepsuło. Musieliśmy dalej już iść piechotą i te pieniądze dźwigać. Później "Zeus" (ppor. Leon Smoleński) wraz z "Atlantykiem" (Jan Majkowski) zabrali oba worki i zamelinowali je gdzieś w Zwierzyńcu. Później, gdy oddział był rozwiązywany, pieniądze te przydały się do wypłacenia odpraw żołnierzom szwadronu.

Przecież tych pieniędzy "trochę" było - po waszej ostatniej bitwie dokonaliście jeszcze kilka akcji ekspropriacyjnych?
- Tak, ale wszystkimi pieniędzmi podzieliliśmy się też ze szwadronem "Leszka" (por. Olgierd Christa), a razem to już było trochę "luda". Poza tym każdy z nas otrzymał pewną kwotę, już nie pamiętam jaką, którą miał przy sobie na wypadek zagubienia się lub innych niespodziewanych zdarzeń.

Ostatnia walka 5. Brygady - część 3/5>
Strona główna>

Ostatnia walka 5. Brygady - część 3/5
Jesteśmy niedaleko Lubichowa, czy pamięta Pani drugie w historii 5. Brygady opanowanie w tej miejscowości m.in. posterunku MO, Nadleśnictwa, "Samopomocy Chłopskiej"  przez połączone szwadrony "Zeusa" i "Leszka" pod koniec października 1946 roku?
- Nie, nie pamiętam. Tych akcji i miejsc było tyle, że niektóre zatarły się w pamięci. Było wiele "zrobionych" posterunków. Inna rzecz, że jak ktoś pochodził z tych terenów, to pamięta nazwy miejscowości, a my jednak byliśmy na tym terenie obcy.

Chciałbym abyśmy teraz porozmawiali o ostatniej walce 5. Wileńskiej Brygady AK, a właściwie dwóch jej szwadronów, dowodzonych przez "Zeusa" i "Leszka", z tak dużymi siłami Urzędu Bezpieczeństwa na Pomorzu. Ta ostatnia większa potyczka (bo innych, ale zdecydowanie mniejszych później było jeszcze kilkanaście) miała miejsce w miejscowości Budy niedaleko Brus 24 września 1946 roku, gdzie pomimo ponad dwukrotnej przewagi sił reżimowych - funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej i Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Chojnicach - zdołaliście odskoczyć od wroga. Czy pamięta Pani jak do niej doszło?
- Noc spędziliśmy w jakiejś leśniczówce. Rano przyszliśmy na kwaterę do kolonii Budy. Razem z nami jechała na wozach żywność zarekwirowana chyba przez "Morskiego" (sierż. Wacława Cejko). Szwadron "Leszka" stanął na kwaterze w zabudowaniach położonych pod lasem na stoku, a nasz, "Zeusa", zakwaterował około dwustu metrów dalej, w innym gospodarstwie, w samej dolince. Wokoło były pola i łąki - do lasu było od kilkudziesięciu z jednej strony, do dwustu-trzystu metrów z drugiej. Niedługo po naszym przybyciu został zatrzymany podejrzany człowiek, który zbyt natarczywie przyglądał się okolicy. Gdy go chłopcy przyprowadzili i przeszukali, okazało się, że ma przy sobie spis okolicznych konfidentów Urzędu Bezpieczeństwa. „Zeus” zaczął go przesłuchiwać i jednocześnie wysłał gońca po "Leszka". Gdy "Leszek" przyszedł, oni ("Zeus" i "Leszek" - przyp. G.P.) z tym UB-owcem rozmawiali.

Przez taki mostek prowadziła droga na kwatery w Budach.

W jaki sposób UB Was zlokalizowało?
- Po śladach naszych wozów wiozących zaopatrzenie.

Co było dalej?
- Gdy po przesłuchaniu "Leszek" wyszedł, zobaczył jakiegoś żołnierza, który stał tyłem do nas i dawał znaki rękami innym, którzy byli na górze. Wtedy spokojnie wrócił i powiedział: Zeus! Wojsko! Powiedział to takim bardzo spokojnym głosem. Dopiero wtedy wyskoczył z naszej chałupy i biegł do swojej kwatery. Jak później mówił, to całą drogę biegł z papierosem w ustach, którego akurat zaczął palić. Wtedy rozpoczął się ogień z otaczających nas zalesionych wzgórz. Nasz wartownik, który nie zauważył UB-eckiej obławy, został od razu zastrzelony.

Co stało się z konfidentem, który był przesłuchiwany?
- Jak UB zaczęło "grzać" po drzwiach, po oknach, my musieliśmy natychmiast wyskakiwać, a on schował się pod stół i spod tego stołu wołał: Chłopcy! Niech Was Bóg prowadzi! Nie wiem czy zrobił to z serca czy dlatego, żeby go nie rozstrzelać. Gdy my wyskoczyliśmy, on tam został.

Jaki był dalszy przebieg tej potyczki?
- Gdy "Leszek" biegł do swojego szwadronu, "Okoń" (sierż. Robert Nakwas-Pugaczewski), celowniczy rkm-u, który akurat miał wartę na wysokiej skarpie nad ich kwaterą, zaczął osłaniać nas swoim ogniem. My, nasz szwadron, biegliśmy przez pole pod górkę.
Byliśmy jak na "patelni". Jak się biegnie w takich okolicznościach, to wydaje się, że biegnie się bardzo długo. Do lasu i stoku było bardzo daleko. Biegliśmy i padaliśmy. Znowu biegliśmy i znowu padaliśmy. Do dziś pamiętam, że jak się padnie, to te kule wpadają w piasek koło głowy z tym charakterystycznym fiuuu, fiuuu,... Wtedy też zostali ranni w nogi "Morski" i "Lot" (NN). Przy naszej pomocy dostali się do lasu. Następnie musieliśmy wspiąć się na zalesiony wysoki stok góry, który nie był obsadzony przez Urząd Bezpieczeństwa. Na górze była mała droga i pamiętam, jak chłopcy krzyczeli do mnie: Siostro! Hoop!, aby przez nią przeskoczyć jak najszybciej.

Od lewej: sierż. Robert Nakwas-Pugaczewski "Okoń", kpr. Bogdan Obuchowski "Zbyszek", ppor.  Olgierd Christa "Leszek".

Więc zostawili Wam drogę odwrotu, a przecież mogli, w tej kotlince, całkowicie Was otoczyć. Czyżby popełnili ewidentny błąd?
- Wytłukliby nas jak kaczki. My na dole, oni na górze. Ale to chyba dlatego, że "Leszek" zauważył tego dającego znaki żołnierza i nie zdążyli całkowicie nas okrążyć. Gdy się od obławy oderwaliśmy na dwa-trzy kilometry, to schowaliśmy się wraz z naszymi rannymi w środku zagajnika, w takim kwadracie młodego lasu. Siedzieliśmy tam zachowując całkowitą ciszę, a oni chodzili wszystkimi duktami wkoło obok nas i nic nie zauważyli. Tam przeczekaliśmy do zmroku i dopiero gdy było ciemno, odmaszerowaliśmy z tego miejsca. Poszliśmy pod Kartuzy.

Ostatecznie bilans potyczki nie był zbyt optymistyczny - jeden zabity (NN "Szczygieł"), dwóch rannych (sierż. Władysław Cejko ps. "Morski" i NN ps. "Lod") oraz jeden wzięty do niewoli (Stanisław Szybut "Wir"). Chociaż biorąc pod uwagę dysproporcję sił i fakt, że zostaliście zaskoczeni, można uznać, iż nie była to klęska?
- Jak już powiedziałam, mogło być o wiele gorzej. Mogli nas wszystkich powystrzelać.

Później, po tej walce, działalność Brygady sprowadzała się w zasadzie do zdobywania pożywienia oraz funduszy na odprawy dla kolejno demobilizowanych żołnierzy. Czy to Budy wpłynęły na decyzję o przyspieszeniu demobilizacji?
- Ostatecznie rozwiązaliśmy się dwa miesiące później, w końcu listopada. Ja wyszłam z lasu 21 listopada 1946 roku. Zdecydowanie muszę zaznaczyć, że to nie potyczka w Budach wpłynęła na tę decyzję. Przecież było wiele akcji takich jak Budy, gdzie został ktoś zabity czy ranny. To nie Budy nas "wykończyły". Gdyby tak było, to byśmy się zaraz po tej potyczce rozwiązywali, a my przecież jeszcze dwa miesiące chodziliśmy w terenie. Jeżeli ktoś chciał odejść, to go nie trzymano. Teza o tym, że walka w Budach miała wpływ na rozwiązanie naszych szwadronów, wzięła się z niektórych publikacji, które oparte były na czyichś, nie wiem czyich, relacjach. Ja ówczesne wydarzenia, ich przebieg, chronologię i następstwa zapamiętałam właśnie tak. Podobnie zapisał je bezpośredni uczestnik tej potyczki ppor. Olgierd Christa "Leszek" w swojej książce pt. U "Szczerbca" i "Łupaszki", wydanej w 1999 roku, a inaczej jest ona i jej następstwa przedstawiana w niektórych książkach i opracowaniach historycznych mówiących o tym okresie działań Brygady na Pomorzu. Nie mogliśmy utrzymać się w terenie przy nieustających obławach w czasie zimy. Wytropiono by nas chociażby po śladach na śniegu.

Maj 2007 - Budy k/Brus. W tym gospodarstwie zakwaterował szwadron „Zeusa”.

W takim razie jak wyglądało rozformowanie oddziału?
- Byliśmy pozostawieni niejako sobie samym. Byliśmy w naprawdę strasznej sytuacji. Nie mieliśmy żadnych wskazówek, nie wiedzieliśmy co dalej robić. Nie mieliśmy żadnych wiadomości ani kontaktu z dowództwem. "Lufa" (ppor. Henryk Wieliczko) szedł do nas, ale nie doszedł. Kolejny łącznik "Odyniec" (ppor. Antoni Wodyński) zjawił się na początku listopada i niedługo potem został aresztowany. Gdy zapadła decyzja o rozpuszczeniu szwadronów, wyraźnie zaznaczono, że to tylko na okres zimy, a potem dostaniemy nowe instrukcje. Dlatego też zostało na styczeń 1947 roku wyznaczone spotkanie w Inowrocławiu. Tam mieliśmy się spotkać, aby ustalić co dalej robić. Mieliśmy nadzieję, że zostanie nawiązany kontakt z mjr. "Łupaszką".

Czyli nie było to ostateczne rozwiązanie oddziału?
- Skąd! Przecież np. u "Leszka" znaleziono notes ze wszystkimi adresami jego ludzi. Miał je po to, aby nawiązać na nowo kontakty. Działalność miała być wznowiona na wiosnę. To przecież byli chłopcy ("Zeus" i "Leszek" - przyp. G.P.) mający po dwadzieścia trzy-cztery lata, odpowiedzialni za podległych sobie ludzi, a sami jeszcze "dzieciacy". Co innego jak byliśmy przy "Łupaszce". Jest dowódca, jest rozkaz, a tutaj musieli sami podejmować decyzje.

Jeżeli dobrze interpretuję Pani słowa, to tak Pani, jak i nieżyjący już Olgierd Christa ("Leszek") macie zastrzeżenia do publikacji książkowych, które opisują działania 5. Brygady na terenie Pomorza, Warmii i Mazur?
- Oczywiście. Niektóre książki mają szereg błędów, przeinaczeń czy nadinterpretacji faktów.

A dokładniej?
- Na przykład opisy niektórych zdarzeń niewiele mają wspólnego z tym jak zapamiętali je bezpośredni ich uczestnicy. Są mylnie podawane imiona i nazwiska, pseudonimy, składy poszczególnych patroli, szarże niektórych dowódców i żołnierzy, adresy, miejsca poszczególnych wydarzeń. Całkiem inną sprawą jest fakt, że niektórzy autorzy tendencyjnie i subiektywnie, nie biorąc pod uwagę ówczesnych możliwości, jak też faktów i okoliczności, oceniają nasze działania.

Maj 2007 - Budy k/Brus. Janina Smoleńska na tle zabudowań, w których kwaterował 3. Szwadron 24 września 1946 roku.

To prawda. Kilka miesięcy temu, oglądając z Józefem Bandzo (pseudonim "Jastrząb"), zresztą bardzo interesującą pozycję pt. Żołnierze wyklęci, znaleźliśmy zdjęcie, na którym jest właśnie Pan Bandzo, ale podpis wskazywał, że jest to ktoś inny. Takie rzeczy się zdarzają. A ma Pani na myśli jakąś konkretną publikację?
- Błędy trafiają się wszędzie, jak to w opracowaniach historycznych. Tym bardziej, że dzieje 5. Brygady były przez wiele lat zafałszowywane i manipulowane. Ale uważam, że przy braku rzetelnych źródeł ich autorzy w większym stopniu powinni opierać się na wspomnieniach uczestników tych wydarzeń. Najbardziej cenną publikacją jest znana praca panów doktorów Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego pt. "Łupaszka", "Młot", "Huzar". Działalność 5. i 6. Brygady Wileńskiej AK (1944 - 1952), w której jednak też nie ustrzegli się oni od kilkunastu błędów faktograficznych, jak też krzywdzących nas ocen. Za przykład może służyć choćby opis potyczki stoczonej w miejscowości Budy, gdzie kilka faktów, jak i konkluzje są niezupełnie zgodne z rzeczywistością. Przynajmniej inaczej, jak zapamiętał je "Leszek" i ja. Jestem w posiadaniu pisemnych uwag "Leszka" do tej publikacji, sama też spisałam swoje wątpliwości i myślę, że przy przygotowywaniu do kolejnego, drugiego wydania "Łupaszki"... autorzy mogliby wziąć pod uwagę nasze zastrzeżenia. Tym bardziej, że jest to najsolidniejsze opracowanie tego tematu. Inne pozycje, obejmujące tylko niektóre okresy działalności 5. Brygady, czy też będące pracami magisterskimi lub doktoranckimi, chyba raczej nie będą wznawiane, a w związku z tym szansa na poprawienie zawartych w nich błędów jest znikoma. Poza tym wiele kwestii jest wyjaśnionych w napisanej przez "Leszka" książce pt. U "Szczerbca" i "Łupaszki", wydanej w 1999 roku.

Ostatnia walka 5. Brygady - część 4/5>
Strona główna>

Ostatnia walka 5. Brygady - część 4/5
Które sprawy wymagają, Pani zdaniem, szybkiego wyjaśnienia?
- Poza tymi błędami, o których ogólnie wspominałam, chciałabym, aby ludzie piszący o naszej walce z komunistycznym reżimem i szerzej o naszej działalności, doceniali na równi to co 5. Brygada dokonała na obszarze Pomorza, Warmii i Mazur, z tym co robiły inne jej pododdziały, jaki i 6. Brygada na terenie Podlasia. Tym bardziej, że teren Pomorza był dla nas, "Wilniuków", całkowicie obcy. Nie mieliśmy, przynajmniej na początku, takiego oparcia w miejscowej ludności, jakie miały tamte oddziały. Trzeba było czasu, chociaż stosunkowo krótkiego, aby się do nas przekonano.

Jak widzę, uwagi i sprostowania Pani autorstwa oraz autorstwa Pana Christy zajmują kilka stron maszynopisu, można by z nich napisać osobną kilkustronicową pracę...?
- Zgadza się.

A wracając do Waszej działalności - czy ważne było poparcie ludności dla Waszych działań?
- Gdyby nie poparcie ludności, byśmy się tutaj tyle czasu nie utrzymali. Nie ma mowy.

Jest bardzo niewiele zdjęć z okresu wojny, na których byłaby uwieczniona Pani postać. Czy jest jakaś konkretna przyczyna?
- Chyba taka, że przez dłuższy czas moim dowódcą był "Zagończyk", który był przed wojną związany z tzw. "dwójką" (Oddział II Sztabu Generalnego - wywiad) i był zdecydowanie uprzedzony do robienia fotografii. W zasadzie jedyna znana jego fotografia to ta, którą zrobiono mu podczas przesłuchań w UB.

Maj 2007 - Budy k/Brus. Ten odcinek pola musieli przebyć żołnierze 3. Szwadronu pod ostrzałem sił MO i UB.

Czy podczas śledztwa była Pani bita?
- Ja podczas śledztwa byłam cała sina. Człowiek odruchowo zasłania się ręką, jeszcze gdy po wielu latach wychodziłam z więzienia, to miałam na ręku takie zrosty, właśnie od tego zasłaniania się. Oni bili fachowo. Był na przykład taki doradca sowiecki, który w ogóle się nie odzywał tylko lał. Do dziś pamiętam, jak kiedyś leżałam na podłodze i on stał przede mną, a ja miałam taką dziką chęć złapania za nogę i ugryzienia go. Opanowałam się, bo wiedziałam, że zrobi ze mnie miazgę.

A czy trafiali się bardziej życzliwi UB-owcy?
- Przez całe śledztwo siedziałam w pojedynczej celi. Pilnowało mnie na zmianę dwóch strażników. Jeden z nich, młody chłopak, gdy wracałam z przesłuchania, pytał się czy mocno bili, przynosił mi wodę i dawał papierosa. Nie wiedziałam kto jest z naszych chłopaków aresztowany, a on mi powiedział, że za ścianą siedzi "Brzoza" (Zdzisław Kręciejewski). Od "Brzozy" dowiedziałam się, że siedzi jeszcze "Atlantyk" (Jan Majkowski). Gdy "Brzoza" został zabrany pod Czersk do rodziny Bruskich, którzy przechowywali naszą broń, to też mi o tym powiedział. Kilkakrotnie gdy byłam na przesłuchaniu zostawiał mi obiad czyli zupę i stawiał ją na kaloryferze. Pocieszał mnie, mówił abym się nie martwiła, bo będzie amnestia. Za to był zresztą wzywany do swoich przełożonych. Ale ten strażnik był chyba z KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego - przyp. G.P.). Nie wiem jak się nazywał, ale dla mnie to było wtedy dość ważne, takie wsparcie, gdy wokół panowała atmosfera aż gęsta od nienawiści.

Gdy była Pani już po wyroku i siedziała w więzieniu, były jeszcze jakieś próby „wyciągnięcia” informacji?
- Od czasu do czasu przyjeżdżali i próbowali jeszcze czegoś się dowiedzieć. Najczęściej gdy złapali kogoś następnego z naszych chłopców. Kiedyś przyjechali i chcieli się czegoś dowiedzieć na temat kartki z pseudonimami napisanej przeze mnie. Gdy zasłaniałam się brakiem pamięci, stwierdzili, że... wasza koleżanka „Regina” powiedziała.... Odpowiedziałam im: To nie jest moja koleżanka, a co najwyżej znajoma!

Pani rodzina też była represjonowana?
- Oczywiście, że tak. Kiedy ja byłam w lesie, to u moich rodziców urządzano "kotły" lub siedziała tam "Regina" (Regina Żelińska-Mordas, łączniczka mjr. "Łupaszki", po aresztowaniu współpracowała z Urzędem Bezpieczeństwa powodując aresztowanie kilkudziesięciu osób - przyp. G.P.). Rodzice przenieśli się do Szczecina mając nadzieję na zakończenie tych szykan. Ostatecznie w 1948 roku zostali oboje aresztowani i siedzieli w więzieniu przez dziewięć miesięcy. Nie mieliśmy w tym czasie z sobą żadnego kontaktu.

Przecież "Regina" była uważana za osobę bardzo odważną?
- Kiedyś m.in. "Żelazny" (ppor. Zdzisław Badocha), "Lufa", "Zeus" i "Mercedes" (kpr. Henryk Wojczyński) "robili" jakiś bank. Gdy z niego już "wyskoczyli" i wsiedli do samochodu gotowego do odjazdu, a tutaj nie ma "Reginy". Jak się okazało pobiegła do jakiejś cukierni kupić ciastka! Nikt nie mógł uwierzyć w jej zdradę.

Kadra 4. szwadronu 5. Brygady Wileńskiej AK, od lewej: plut. Zdzisław Badocha "Żelazny", plut. Jerzy Lejkowski "Szpagat", plut. Leon Smoleński "Zeus", NN, kpr. Zbigniew Obuchowicz "Zbyszek".

Chciałbym zadać pytanie natury osobistej - kiedy Pani i Leon Smoleński, czyli "Zeus", zapałaliście wzajemną sympatią?
- To wszystko było przez patriotyzm. "Zeus" uznał, mam zresztą list, który on pisał do mnie do więzienia, że on nie może żyć, gdy jest taka niesprawiedliwość. Napisał, że czuje się odpowiedzialny za to, iż nie zaopiekował się mną i ja siedzę w więzieniu, a on jest na wolności. I wobec tego uważał, tak przynajmniej deklarował w rozmowach z naszymi znajomymi, że jeżeli mam tak wysoki wyrok (Pani Janina otrzymała wyrok śmierci zamieniony na 15 lat więzienia), to po tylu latach mogę wyjść schorowana, będę potrzebowała opieki, to ze względów patriotycznych jego obowiązkiem jest na mnie czekać. Pisał też, że jak mnie nie ma, to on dopiero mnie docenił. Listownie odpowiedziałam mu, że jak to dobrze, że on piętnaście lat będzie czekał, bo z tego wynika, iż im dłużej mnie nie ma, to jego uczucia się wzmagają! To co to będzie po piętnastu latach za płomienna miłość!

Czerwiec 2008 - Postolin k/Sztumu. Pani Janina Smoleńska w otoczeniu dziewcząt z patrolu biorącego udział w VI Rajdzie Pieszym Szlakiem Żołnierzy 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. "Łupaszki" (dla zainteresowanych podaję adres strony rajdu: www.lupaszko.pl).

Rozumiem, że „Zeus” czekał do skutku?
- Patriota czekał! A pobraliśmy się w dwa lata po moim wyjściu na wolność.

Mówiła Pani, że współwięźniarki w szczególny sposób uczciły Pani dwudzieste czwarte urodziny?
- Budzę się rano i patrzę, że dziewczyny stoją przy łóżku. Gdy zobaczyły, że się obudziłam, zaśpiewały:

Płyną latka, płyną
Jako w Wiśle woda,
Żal wody dziewczynie,
I lat twoich szkoda.

Zatrzymana rzeka,
Ścisnął ją mróz lodem,
Przymknęła bezpieka
Twoje serce młode!

Minęło lat "Jachnie" dwa tuziny
Powinna wyprawić huczne chrzciny,
Z chłopakiem wyprawić nam wesele,
Zaprosić i ugościć dziką celę.


Tu Wronki, tam Rawicz, Szczecin Wały,
Tu Bronek, tam Tadek, tam pułk cały,
Z Niemcami, z bezpieką znasz igraszki,
Lecz strzeż się tych chłopców i "Łupaszki"!


Gdy jesteśmy już przy twórczości śpiewanej, proszę opowiedzieć o słynnych żurawiejkach 5. Brygady?
- Ich autorem był nasz kolega z Brygady Zbigniew Trzebski "Nieczuja". Były śpiewane zawsze gdy tylko nadarzyła się okazja do śpiewu w ogóle. Wszystkich nie pamiętam...

Nie masz jak 5. Brygada
Dużo robi, mało gada
Na Niemców, Rusów i Litwinów
Nie szczędzimy karabinów.

Refren: Oj, bieda, bieda wszędzie,
Kiedy jej koniec będzie?
Oj, bieda, bieda wszędzie,
Dopóki ta wojna będzie!

Komendanta zucha mamy,
Wszyscy więc go też kochamy,
Każdy by zań skoczył w ogień,
I bił wroga choćby co dzień.

"Ronin" został adiutantem,
Potem stał się komendantem,
Nagle pan inspektor wpada,
Już brygadą całą włada!

"Podbipięta" chłop morowy,
Do kieliszka wciąż gotowy,
Gdy ktoś w lesie w pień uderzy,
"Podbipięta" plackiem leży!

"Rakoczy" wokoło się uwija,
Pięknych dziewcząt nie omija.
Strzeż się dziewczę jego wzroku,
Swoje dobro miej na oku.

Mały ciałem, wielki duchem,
"Mścisław" jest nie lada zuchem.
Gdy woda drogę mu przecina,
W mig się "Szaszce" na kark wspina.

Nie mów przy niej o miłości,
Bo to tylko ją rozzłości.
Jednak cuda się zdarzają,
"Max" z "Aldoną" wrzody mają!

Teraz powiem coś o "Lali",
Cały sztab ją sobie chwali.
Coś ostatnio spoważniała,
Widać, że się zakochała!

"Kicia" jest to dziewczę płoche,
Zawsze ma kłopotów trochę.
To ślepa kiszka nawaliła,
To pamiętnik mój zgubiła!


Ostatnia walka 5. Brygady - część 5/5>
Strona główna>

Ostatnia walka 5. Brygady - część 5/5
Po tym weselszym „przerywniku” wróćmy do spraw mniej krotochwilnych, aczkolwiek też już nie całkiem przygnębiających. Kiedy ostatecznie wyszła Pani z więzienia?
- Wyszłam najpierw na przerwę w odbywaniu kary. 21 maja 1956 roku wypuszczono mnie na półroczną przerwę. W 1957 roku Sąd Rejonowy w Bydgoszczy darował mi pozostałe kilka miesięcy z zawieszeniem na dwa lata. W wyroku skazującym odebrano mi prawa obywatelskie i honorowe na zawsze, a później zmieniono to na 10 lat. Gdy wyszłam, nie mówiłam, że mam te prawa odebrane. Po jakimś czasie pocztą otrzymałam zawiadomienie o tym, że zostałam z pracy wytypowana na ławnika w sądzie. I tak, paradoksalnie, przez kilka lat byłam ławnikiem, mając odebrane prawa obywatelskie!

Czerwiec 2008 - Bory Tucholskie. Pani Janina Smoleńska podczas rozmowy z Grzegorzem Polikowskim.

Zamieszkaliście Państwo w Szczecinie?
- "Zeus" po ujawnieniu w 1947 roku nie miał gdzie się podziać i razem z moimi rodzicami przyjechał do Szczecina. W 1948 roku został aresztowany i siedział "w śledztwie" przez trzy lata. Komuniści chcieli mu udowodnić, że podczas ujawnienia coś zataił i na tej podstawie mieli zamiar wsadzić go do więzienia. Podczas tej jego "odsiadki", przesłuchania wielokrotnie przeprowadzał jakiś UB-ek wraz z "Reginą". Jak twierdził "Zeus", podczas tych przesłuchań nawzajem ("Zeus" z "Reginą") obrzucali się wyzwiskami i kłócili się w taki sposób, że nawet UB-owcy się śmiali. Chciano mu np., zgodnie z zeznaniami "Reginy", udowodnić, że ujawnił się pod przybranym nazwiskiem. Gdy ten zarzut został obalony, próbowała ona udowodnić, że ma gdzieś schowaną broń, której też nie wskazał. Podczas rozprawy zadeklarowała: Ja go nienawidzę!, przez co nawet ówczesny sąd musiał ją uznać za świadka nieobiektywnego i zwrócić akta do prokuratury. A co mogła zrobić prokuratura, kiedy ona była jedynym świadkiem oskarżenia? "Zeus" posiedział jeszcze trochę i go wypuścili.

Czym zajmowała się Pani poza "ławnikowaniem"?
- Poszłam do pracy i uczyłam się. Przecież byłam "dziedzicznie obciążona", a pomogli mi w znalezieniu pracy w szkole znajomi ojca. Nie miałam wykształcenia pedagogicznego i dlatego zostałam przyjęta do pracy na roczny kontrakt. Jednocześnie zaczęłam studia. Skończyłam filologię polską na WSP w Opolu. Całe życie, mając to "dziedziczne obciążenie", pracowałam jako nauczyciel - od podstawówki przeszłam wszystkie szczeble nauczania. Ostatnio, ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu, bo jestem już od dwudziestu lat na emeryturze, na specjalnej akademii dostałam Medal Uniwersytetu Szczecińskiego. Nie przypuszczałam, że w ogóle o mnie ktoś pamięta, a tu się okazało, że moi dawni studenci, będący dziś profesorami, bardzo mnie zaskoczyli.

Po wyjściu z więzienia była Pani jeszcze w jakiś sposób szykanowana?
- Nie, nigdy. Inni byli wzywani i wypytywani, a mnie nikt nie niepokoił. Widocznie mnie jakoś tak zakwalifikowali.

Czy unieważnienie wyroku odbyło się samoczynnie?
- Absolutnie nie. Gdy złożyłam o unieważnienie wyroku, bardzo przykre wrażenie wywarła na mnie cała procedura. Zatęskniłam za tym swoim rewolwerem z czterema nabojami! Na sali, gdzie rozpatrywano mój wniosek, poczułam się jakbym ponownie była sądzona! Odczytano znowu cały ten "akt oskarżenia", gdzie były same bzdury. Prokurator, po kilku moich wypowiedziach stwierdził, że ...tak się ukształtowała Pani świadomość polityczna... Stwierdził też, że ...nie pochwala metod... Pomyślałam, iż znalazł się "gołąbek pokoju" i poczułam straszny niesmak. Zaczęłam wtedy opowiadać o metodach, jakie stosowali oni - Sowieci - gdy nas rozbrajali i łapali, a później kontynuowali ich "robotę" polskojęzyczni pachołkowie z UB.

Miała Pani świadomość, że oprócz "Reginy" niektórzy z żołnierzy 5. Brygady czasami po aresztowaniu, a czasami po wyjściu z więzienia, pisali raporty do UB, a potem do SB, na swoich kolegów? Niektórzy robili to do lat 70., a nawet końca 80.?
- Nie, nie wiedziałam. Nawet gdy jeden z dowódców szwadronu kilkakrotnie powtarzał mi, gdy się widzieliśmy, że czeka nas przykra rozmowa, to myślałam, iż chodzi o jakieś pretensje do mnie. Dopiero po jego śmierci dowiedziałam się prawdy... Ale prawdę mówiąc - "Reginie" nikt nie dorównał. Każdy przypadek był inny. Szkoda, że nie ukazuje się metod stosowanych w czasach stalinizmu i tych, którzy się nimi posługiwali by niszczyć ludzi i fizycznie, i moralnie.

Myślę, że tym niezbyt optymistycznym akcentem możemy zakończyć naszą rozmowę. Niech czytelnicy sami ocenią tamte, jak i te bliższe czasy. Bardzo dziękuję za czas poświęcony na nasze rozmowy.

Rozmawiał: Grzegorz Polikowski

Tekst rozmowy, przeprowadzonej przez Grzegorza Polikowskiego, ukazał się w wydaniu specjalnym Ilustrowanego Magazynu Historycznego "MILITARIA XX wieku", nr 4 (11)/2009.

Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Pani Janiny Smoleńskiej, dr. Piotra Niwińskiego, książki pt. "Łupaszka", "Młot", "Huzar". Działalność5. i 6. Brygady Wileńskiej AK (1944-1952) autorstwa K. Krajewskiego i T. Łabuszewskiego oraz zbiorów własnych Grzegorza Polikowskiego.

Autor prosi o kontakt (g.polik@vp.pl) wszystkich Czytelników, którzy znają dotychczas "bezimiennych" bohaterów tamtych wydarzeń oraz nieznane fakty lub materialne pozostałości po działalności 5. Brygady (jak i innych oddziałów antykomunistycznego podziemia) lub są w posiadaniu zdjęć i innych pamiątek po nich.

Czytaj więcej na temat "Jachny" i 5. Brygady Wileńskiej AK:
Ostatnia walka 5. Brygady - część 1/5>
Strona główna>

piątek, 12 marca 2010
100. rocznica urodzin mjr. "Łupaszki"
Mjr. Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" na karcie Poczty Polskiej


Oficer polowy Wojska Polskiego i Armii Krajowej, dwukrotny kawaler Virtuti Militari, w 2007r. odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski – mjr Zygmunt Szendzielarz, bo o nim mowa, w tym roku obchodziłby 100. rocznicę swoich urodzin. O "Łupaszce" - "żołnierzu wyklętym" pamiętała Poczta Polska, która wprowadza do obiegu kartkę pocztową z nadrukowanym znakiem opłaty o wartości 1,55 zł. Zygmunt Szendzielarz w 1951 r. został zamordowany strzałem w tył głowy w piwnicach mokotowskiego więzienia. W czasach PRL był wymazywany z pamięci Polaków.

Autorka projektu kartki Joanna Czerwińska - Jędrych do emisji wykorzystała zdjęcia wybitnych fotografików, operatorów, żołnierzy Wileńskiej Brygady AK - braci Mikołaja i Sergiusza Sprudinów.
- Kartka obrazuje wojenną drogę dowódcy tułacza i jego wiernych towarzyszy broni. Sylwetka dowódcy "idącego pod prąd" wybija się na tle maszerujących żołnierzy, co symbolizuje przewrotność historii. Wstęga flagi polskiej jest elementem symbolizującym drogę do Polski – powiedziała autorka projektu kartki.
- Znaczenie symboliczne ma również majaczący się na horyzoncie napis: ŁUPASZKO ŻOŁNIERZ WYKLĘTY, który na pierwszy rzut oka jest niewidoczny – dodała. W miejscu opłaty pocztowej znajdują się trzy fotografie przedstawiające mjr. Zygmunta Szendzielarza.

Kartkę o wymiarach 148 x 105 mm wydrukowano jednostronnie, techniką offsetową, na kartonie białym, w nakładzie 30 tys. sztuk. Można ją będzie nabyć od 9 marca br. również w sklepie internetowym poczty: filatelistyka.poczta-polska.pl.

Poczta Polska szczególne dziękuje pani Barbarze Szendzielarz - córce majora Zygmunta Szendzielarza oraz Mikołajowi Sprudinowi, żołnierzowi V Wileńskiej Brygady AK, fotografikowi, bez których pomocy powstanie tej emisji nie byłoby możliwe.


Na temat mjr. "Łupaszki" i jego żołnierzy czytaj więcej:
Strona główna>
 
1 , 2 , 3 , 4