Zapomniani Bohaterowie

Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie na facebook
FUNDACJA ''PAMIĘTAMY''
THE DOOMED SOLDIERS
Freedom And Independence
NATIONAL ARMED FORCES
Instytut Pamięci Narodowej
Zeszyty Historyczne WiN-u
Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych
GLAUKOPIS - Pismo Społeczno-Historyczne
Historia miejscowości Gminy Urszulin
ENDECJA.pl
PARTYZANTKA KIELECCZYZNY
Brygada Świętokrzyska NSZ

Leopold Okulicki
SRH ''Błyskawica''
PSRH ''X D.O.K.''
Wierni Ojczyźnie
Pamięci Żołnierzy Wyklętych
FUNDACJA ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH
KAMPANIA WRZEŚNIOWA 1939

Niepoprawni.pl - Blogerzy dla blogerów




Najlepszy Polski Bloger - FREE YOUR MIND
www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
Geralt.blox.pl
ALBUM POLSKI - Nasze Małe Ojczyzny
TWARDZI JAK STAL - muzyczny hołd dla NSZ
Witryna poświęcona twórczości i życiu Józefa Mackiewicza (1902 - 1985)
Łysiakmania
Strona Ks. Tadeusza Isakowicza - Zaleskiego
WOLNI i SOLIDARNI
Polis2008
PAWEL ''FREEBIRD'' MICHALISZYN
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem
13grudnia.org.pl
Żarowska Izba Historyczna
Strony Patriotyczne
środa, 02 maja 2012
Kolejny (22) pomnik Fundacji "Pamiętamy" odsłonięty !
Pomnik "Żołnierzom Wyklętym" odsłonięto w Kosowie Lackim


Pomnik odsłonięty w Kosowie Lackim 22 IV 2012 r., dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".

Po raz kolejny, dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy", 22 kwietnia 2012 r., tym razem w Kosowie Lackim, odbyła się uroczystość odsłonięcia i poświęcenia pomnika żołnierzy podziemia niepodległościowego oraz cywilnych mieszkańców ziemi kosowskiej poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem w latach 1944-1950. Na pomniku, który zwieńcza symbol orła i cytat z wiersza Zbigniewa Herberta: "nie dajmy zginąć poległym...", widnieje także napis, że oddali oni życie za niepodległość Polski, wiarę katolicką i wolność człowieka. Zostały na nim wyryte także nazwiska i pseudonimy 16 osób, związanych z tamtejszymi stronami i zamordowanych przez władze komunistyczne lub poległych w walkach z organami bezpieki.


Dramatyczne losy walki podziemia w pierwszych latach komunistycznego zniewolenia Polski przybliżył, podczas uroczystości przedstawiciel Instytutu Pamięci Narodowej, Kazimierz Krajewski.
Przypomniał on, że walka ta stanowiła kontynuację podziemia z lat II wojny światowej i pierwszy ruch oporu, przeciwko niechcianej władzy komunistycznej w Polsce, zainstalowanej przez obce siły Związku Sowieckiego.
W strukturach zorganizowanych ówczesnego podziemia było wówczas ćwierć miliona ludzi, w tym 20 tysięcy, walczących w oddziałach partyzanckich w bronią w ręku, a także wielkie rzesze im pomagających.
Zostało na nich wykonanych około 5000 wyroków śmierci, 22 tysiące ludzi zmarło w obozach i więzieniach, blisko 10 tysięcy zginęło w walkach partyzanckich. Wielu zostało też zamordowanych przez komunistyczne "szwadrony śmierci" i podczas pacyfikacji terenów wiejskich. Ćwierć miliona ludzi zostało także w tych latach uwięzionych z powodów politycznych i drugie tyle zmuszonych do niewolniczej pracy w kopalniach i obozach pracy.


Historyk przypomniał również o niewymiernych cierpieniach rodzin tych ofiar, które traktowano także, jak obywateli niższej kategorii.
Mówił, że "Żołnierze Wykleci" pochodzili z różnych warstw społeczeństwa, a odbicie tego można znaleźć też na kosowskim pomniku. Są tam bowiem nazwiska i pseudonimy oficerów, podoficerów, inteligentów, robotników i rolników: Władysława Bajerowicza, Tadeusza Domzalskiego ps. "Rekrut", Władysława Dytela, Kazimierza Pawluczaka ps. "Kruk", Józefa Rostka ps. "Iskra", Józefa Skałdanowskiego, Władysława Strzałkowskiego ps. "Władek", Zygmunta Strzałkowskiego, Wacława Szcześniaka, Franciszka Szerszenia ps. "Piórko", Aleksandra Tomaszewicza ps. "Jagoda", Jana Wasilewskiego, Antoniego Zubera ps. "Łada" i trzech partyzantów, których znane są jedynie pseudonimy: "Akacja", "Brzoza" i "Nur".
Tylko dwie osoby mają znane groby, miejsca pochowanie pozostałych do dzisiaj są nieznane. Dlatego pomnik, usytuowany na centralnym skwerze Kosowa Lackiego, ma stanowić ich symboliczną mogiłę.

Monument powstał dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy" i jej prezesa mec. Grzegorza Wąsowskiego, która na Podlasiu i Mazowszu postawiła już kilka podobnych pomników. Powstał on także dzięki współpracy z burmistrzem Kosowa Lackiego Janem Słomiakiem i proboszczem parafii rzymskokatolickiej w Kosowie Lackim ks. kan. Tomaszem Pełszykiem.

Okolicznościowe przemówienie wygłasza prezes Fundacji "Pamiętamy", mec. Grzegorz Wąsowski.

Uroczystości rozpoczęła Eucharystia, celebrowana w kościele parafialnym przez biskupa drohiczyńskiego Antoniego Dydycza, który powiedział, że przez pomniki możemy łatwiej docierać do umysłów dzieci i młodzieży, żeby odważniej podejmowała dziedzictwo naszych ojców.
W homilii ksiądz biskup zaapelował również, o potrzebę stania na straży naszej wolności, aby wypełnić testament tych, którzy za nią oddawali swe życie.
Przypomniał on także słowa błogosławionego Jana Pawła II, który mówił, że była to epoka zła, ale także niewyobrażalnego dobra i wielu świadków tego dobra i prawdy. Za to świadectwo, kontynuował pasterz Kościoła drohiczyńskiego, powinniśmy być wdzięczni i musimy zabiegać odważnie o zakorzenienie się prawdziwych wartości w naszym społeczeństwie.
Powinniśmy rozwijać wszystko co może być dobrem, co służy rozwojowi i przyczynia się do wzajemnego zaufania oraz sprawia, że słowa bardzo nam drogie, takie jak: Polak, czy Polska, będą przyjmowane z entuzjazmem i radością w naszej ojczyźnie i na całym świecie, mówił ks. bp Dydycz.
Mamy też prawo, kontynuował, przeżywać niepokój, gdy widzimy jak wielu od tych słów ucieka i woli stosować inne namiastki, jak gdyby miały one w sobie coś niewłaściwego. Trzeba, żeby te pomniki przypominały nam o tym wyjątkowym długu wdzięczności i dumie z powodu przynależenia do polskiego narodu, który zawsze zabiegał o wzajemne zrozumienie i szacunek, nie wyrządzając innym zła, zakończył swa homilię ksiądz biskup.
On także dokonał aktu poświęcenia pomnika, wcześniej odsłoniętego przez burmistrza oraz reprezentantów kombatantów i rodzin pomordowanych.


Obecny na uroczystości prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Stanisław Oleksiak, w swoim wystąpieniu przypomniał na przykładzie swoje rodziny, tragedię rozdarcia, bólu niepewności i prześladowań oraz zacieranie śladów barbarzyństwa. Podkreślił on też wielką rolę Kościoła w zachowaniu pamięci o tych bohaterach.

Na uroczystość przybyli także: przedstawiciele władz wojewódzkich, sejmiku samorządowego, delegaci parlamentarzystów, władz samorządowych powiatu sokołowskiego i sąsiednich gmin, kombatanci, harcerze, poczty sztandarowe, twórcy pomnika, rodziny ofiar, duchowni oraz mieszkańcy Kosowa Lackiego.
Uczestniczyli oni w apelu poległych i pomordowanych przez władze komunistyczne, złożyli wieńce i kwiaty pod pomnikiem, a kombatanci oddali salwę honorowa. Na zakończenie z patriotycznym programem artystycznym wystąpili uczniowie kosowskich szkół.


UPAMIĘTNIENI POMNIKIEM W KOSOWIE LACKIM:

  • Bajerowicz Władysław, ur. w 1905 r., zam. w Kosowie Lackim. Zmarł w sowieckim łagrze, w podobozie Borowicze 26 IV 1945 r.;
  • Domżalski Tadeusz ,,Rekrut”, ur. 20 IV 1926 r. w Kosowie Lackim. Żołnierz AK, a następnie żołnierz sokołowskich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK kpt. Władysława Łukasiuka „Młota” (podlegał Józefowi Małczukowi „Brzaskowi”). Skazany na karę śmierci podczas publicznego procesu w Sokołowie Podlaskim 15 VII 1948 r. i stracony;
  • Dytel Władysław, ur. w 1892 r., zam. w Kosowie Lackim. Zmarł w sowieckim łagrze, w szpitalu obozowym 30 XII 1945 r.;
  • Pawluczak Kazimierz ,,Kruk”, ur. 4 II 1929 r. zam. we wsi Dąbrówka, pow. Sokołów Podlaski. Żołnierz sokołowskich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK (podlegał „Brzaskowi”). Stracony na podstawie wyroku WSR w Warszawie wydanego na sesji wyjazdowej w Kosowie Lackim 15 V 1948 r.;
  • Rostek Józef ,,Iskra”, ur. 18 VI 1924 r. w Morzyczynie, pow. Węgrów. Zamieszkały w Albinowie, gm. Kosów Lacki, pow. Sokołów Podlaski. Żołnierz Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, a następnie sokołowskich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK (podlegał „Brzaskowi”). Poległ w walce z KBW 23 V 1948 r. we wsi Garnek, pow. Sokołów Podlaski;
  • Składanowski Józef, postrzelony przez ubeków podczas walki oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” z MO i UB w Kosowie Lackim, zmarł 15 IX 1946 r. w szpitalu Klimowizna pod Węgrowem;
  • Strzałkowski Władysław ,,Władek”, ur. 3 II 1926 r. w Olszewie pow. Sokołów Podlaski. Żołnierz 6 Brygady Wileńskiej AK, zginął w Borychowie 30 IX 1950 r. w walce z KBW i UB;
  • Strzałkowski Zygmunt z Olszewa, brat Władysława – partyzanta 6 Brygady Wileńskiej AK. Zamordowany przez UB w lesie pod Olszewem albo k. Przeździatki w 1946 r.;
  • Szcześniak Wacław, ur. 1923 r., zam. w Kosowie Lackim. Zmarł w sowieckim łagrze, w podobozie Ust’je 12 III 1945 r.;
  • Szerszeń Franciszek ,,Piórko”, żołnierz AK, a następnie oddziału AKO - WIN kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, poległ w walce z MO i UB w Kosowie Lackim 14 IX 1946 r.;
  • Tomaszewicz Aleksander ,,Jagoda”, por., ur. 2 I 1914 r. w Olszewie pow. Sokołów Podlaski. Żołnierz AK, skazany przez Sąd Wojskowy Lubelskiego Garnizonu 8 XI 1944 r. na karę śmierci. Wyrok wykonany 20 XI 1944 r.;
  • Wasilewski Jan, żołnierz oddziału AKO - WIN kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, śmiertelnie ranny podczas walki z MO i UB w Kosowie Lackim, zmarł w PUBP w Sokołowie 14 IX 1946 r.;
  • Żuber Antoni „Łada”, ur. 26 IV 1915 we wsi Dębe, gm. Kosów Lacki, zabity przez UB prawdopodobnie w drugiej połowie 1945 r.;
  • ,,Akacja” NN, wilnianin, z 2 szwadronu 6 Brygady Wileńskiej AK, zginął w Grzymkach 23 III 1948 r. w walce z KBW i UB;
  • ,,Brzoza” NN, wilnianin, z 2 szwadronu 6 Brygady Wileńskiej AK, zginął w Grzymkach 23 III 1948 r. w walce z KBW i UB;
  • „Nur” NN, partyzant z patrolu NZW „Płomienia”, poległ w walce z jednostką NKWD podczas akcji na stacji kolejowej w Kosowie Lackim 9 XI 1946 r.
czwartek, 26 kwietnia 2012
Krótka opowieść o rękach katów...
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć - autor strony]

O RĘKACH KATÓW I DYGRESYJNIE O FOTOGRAFII HISTORYCZNEJ

Dowódca organizacji warszawskich Sztyletników walczył do końca. 17 lutego 1865 roku pod szubienicą ustawioną na stokach warszawskiej Cytadeli stanął Emanuel Szafarczyk. Liczył sobie wtedy 30 wiosen. Używał pseudonimu Kamiński.

Był ostatnim dowódcą warszawskiej organizacji Sztyletników, która działała w latach 1862-1864. Historycy oceniają, że przez jej szeregi przewinęło się łącznie około dwustu członków, przy czym w skład grupy wykonującej wyroki śmierci wchodziło jednocześnie nie więcej niż trzydzieści pięć osób. Celem  podejmowanych przez nich akcji likwidacyjnych byli carscy urzędnicy i szpicle, a poczynając od 1863 r. także zdrajcy sprawy Powstania Styczniowego.

Ignacy Chmieleński, twórca Oddziału V Żandarmerii Narodowej tzw. sztyletników. Od 19 września 1863 r. Szef Rządu Narodowego i naczelnik wojskowy miasta stołecznego Warszawy.

Po raz pierwszy warszawscy sztyletnicy zaatakowali w listopadzie 1862 r. Ich ofiarą padł wówczas Paweł Felkner, pełniący funkcję szefa kancelarii tajnej w zarządzie oberpolicmajstra Warszawy. W okresie Powstania Styczniowego organizacja kierowana przez Szafarczyka przeprowadziła nie mniej niż 25 likwidacji, ponadto w jej akcjach rany odniosło kilku wysokich rangą rosyjskich urzędników i wojskowych w tym generał Fiodor Trepow – policmajster Królestwa Polskiego w latach 1863-1866 i major Wasyl von Rothkirch - wicedyrektor Kancelarii Specjalnej do spraw Stanu Wojennego.

Szafarczyk sam nie wykonywał wyroków. Nie mógł, miał niesprawną prawą rękę. Był jednak organizatorem większości akcji swych podkomendnych, a także mózgiem i sercem organizacji. Wpadł w ręce carskiej policji dopiero we wrześniu 1864 r., już po upadku Powstania Styczniowego. Został zdradzony przez swego kolegę przekupionego koncesją na prowadzenie szynku. W chwili aresztowania Szafarczyka nie żył już ostatni przywódca powstańczego zrywu ze stycznia 1863 r., Romuald Traugutt, stracony w publicznej egzekucji na stokach Cytadeli 5 sierpnia 1864 r. Wraz z Trauguttem powieszono czterech innych członków podziemnego Rządu Narodowego. Egzekucja Traugutta i towarzyszy zgromadziła około 30-tysięczny tłum mieszkańców Warszawy, manifestujący w tej tragicznej chwili współczucie dla traconych i przywiązanie do sprawy wolności. Ludzie klęczeli, modlili się, śpiewano hymn Święty Boże, Święty mocny. Gdy dopełniał się los Szafarczyka, tłumów wokół nie było. Obok niego stał Aleksander Waszkowski, ostatni naczelnik Warszawy z okresu Powstania Styczniowego. Ten sam, który kilka miesięcy wcześniej, nazajutrz po straceniu Traugutta i towarzyszy, wydał odezwę, rozkolportowaną w nakładzie kilkuset egzemplarzy po Warszawie, w której napisał:

Zostali zamordowani za to, że (...) ukochali nad życie Ojczyznę. Pośród niezliczonych niebezpieczeństw (...) walczyli oni niezmordowanie o wolność (...) ojczystej ziemi, poświęcali dla niej wszystko i w końcu dali życie na świadectwo świętości sprawy Narodu.

Na niego także czekała szubienica.


Aleksander Waszkowski, w grudniu 1863 r. mianowany przez R. Traugutta powstańczym naczelnikiem Warszawy. Po aresztowaniu Traugutta faktycznie dowodził niedobitkami powstańczymi, aresztowany w grudniu 1864 r. i stracony 17 lutego 1865 r. na stokach Cytadeli Warszawskiej.

Nie wiem pośród ilu współczujących świadków przyszło Szafarczykowi i Waszkowskiemu dawać życie na świadectwo świętości sprawy Narodu, ale nie było ich wielu. Na miejscu kaźni na pewno towarzyszył im niezawodny w takich sytuacjach kat i carscy żołnierze - rutyniarze w organizacji rytuału śmierci przez powieszenie, zapewne nieco nim znudzeni i w żadnym razie nie przejęci losem skazanych. Była również prasa, o czym za chwilę.

Ponury, także przez swoją przewidywalność, ceremoniał egzekucji został w pewnej chwili zakłócony przez Szafarczyka. Dowódca warszawskich Sztyletników walczył do końca. Gdy zakładano mu sznur na szyję, ugryzł kata w rękę. Jedna z gazet odnotowała to zdarzenie, malując  przy tej okazji obraz  Szafarczyka jako potwora, który kąsał do ostatnich chwil życia. Poza tym  wszystko odbyło się  planowo i w myśl procedury. Skazani zawiśli na szubienicy, następnie ich zwłoki zostały pogrzebane w nieznanym do dzisiaj miejscu.

Egzekucja Szafarczyka i Waszkowskiego była ostatnią publiczną egzekucją wykonaną  w Warszawie na powstańcach styczniowych. Ich śmierć nie stała się tematem żadnej podziemnej odezwy. Po prostu wtedy nie było już nikogo, kto mógłby takową wydać. Szafarczyk i Waszkowski odeszli jako jedni z ostatnich aktywnych, na tamtym etapie dziejów Ojczyzny, żołnierzy sprawy wolności. Wolności, którą w myśl ich planów, miał przynieść powstańczy zryw ze stycznia 1863 r., a która przyszła, niestety na krótko, dopiero kilkadziesiąt lat później, w listopadzie 1918 r., wraz z pierwszowojenną klęską trzech państw zaborczych.
  • Kamiński o Kamińskim, Elzenberg o przegranych w bitwie, Mackiewicz o walce
Historię Emanuela Szafarczyka Kamińskiego opowiedział mi  kilka lat temu Mariusz Kamiński, autor pracy magisterskiej o sztyletnikach w Powstaniu Styczniowym. Zapamiętałem ją z uwagi na epizod spod szubienicy, kiedy Szafarczyk wbija swoje zęby w rękę kata. O ile w kontekście porażki powstańców styczniowych warta przywołania wydaje się myśl Henryka Elzenberga, który napisał, mniej więcej, że nie można mieć pretensji do tych, którzy przegrali bitwę, gdyż trzeba mieć w sobie dużo odwagi, aby znaleźć się w miejscu, w którym przegrywa się bitwę, to  zachowanie Szafarczyka na chwilę przed egzekucją nakazuje zastanowić się, jak wielką  trzeba mieć w sobie determinację, aby nawet w obliczu ostateczności nie zrezygnować i kąsać wroga, dosłownie i w przenośni, aż do samego końca, po kres, bez chwili kapitulacji przed losem i pokory przed niesioną przezeń, będącą bliżej niż na wyciągnięcie ręki śmiercią. Poruszając ten problem w tekście "Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy" Józef Mackiewicz napisał, że najtrudniej jest walczyć bez nadziei!
Jak się zdaje obaj -  Elzenberg i Mackiewicz - dotknęli istoty sprawy.
  • "Vis", brat "Wiarusa"
Przesuńmy teraz wskazówki zegara historii do roku 1951. To czas, do którego dobrze pasuje fragment tekstu Józefa Mackiewicza, który został opublikowany cztery lata wcześniej, w 1947 r., w londyńskich "Wiadomościach":

Społeczeństwo, które strzela nigdy nie da się zbolszewizować. Bolszewizacja zapanowuje dopiero, gdy ostatni żołnierze wychodzą z ukrycia i posłusznie stają w ogonkach. Właśnie w Polsce gasną dziś po lasach ostatnie strzały prawdziwych Polaków, których nikt na świecie nie chce nazywać bohaterami (...).

Wtedy trwały jeszcze w oporze ostatnie grupy Żołnierzy Wyklętych. Pośród nich walczył w powiecie łomżyńskim oddział Stanisława Grabowskiego "Wiarusa". Przez szeregi tej grupy, działającej od czerwca 1947 r. do grudnia 1952 r., przewinęło się łącznie ponad trzydziestu partyzantów. Jednym z żołnierzy oddziału był brat dowódcy, Józef Grabowski "Vis".

Sierż./ppor. Stanisław Grabowski "Wiarus", do 1952 r. szef PAS w Komendzie Powiatu NZW "Mazur" Wysokie Mazowieckie.

Do najbardziej znanych akcji tej grupy należy zaliczyć opanowanie 29 września 1948 r. Jedwabnego, zakończone wygłoszeniem przez "Wiarusa" przemówienia do zgromadzonych na rynku mieszkańców, w którym partyzancki dowódca wezwał słuchaczy do przeciwstawiania się komunistom. Ci zaś już w lutym 1948 r. uznawali "Wiarusa" za niebezpiecznego przeciwnika – rozesłali za nim listy gończe i wyznaczyli nagrodę za jego głowę.

List gończy za Stanisławem Grabowskim ps. "Wiarus".

Pomimo tego jeszcze przez długie cztery lata "Wiarus" pozostał dla nich nieuchwytny. Zginął dopiero 22 marca 1952 r. Wcześniej, w październiku 1951 r. dopełnił się los jego brata. "Vis" został zdradzony przez informatora UB (TW "Wiatrak"), który był narzeczonym siostry jednego z żołnierzy grupy "Wiarusa". Zginął w zasadzce zorganizowanej przez UB i KBW w zabudowaniach pomagającego mu gospodarza, gdy przyszedł po odbiór swetra na zimę.

Dlaczego o tym wspominam? Co łączy ze sobą śmierć Emanuela Szafarczyka Kamińskiego i  Józefa Grabowskiego "Visa"? Otóż jest jeden wspólny akcent obu tych zdarzeń. Symboliczny, ale przecież bardzo silny. Jaki?

Odpowiedź na to pytanie przynosi lektura raportu z przebiegu operacji, w której zastrzelono "Visa". Dokument sporządził, na gorąco, naczelnik Wydziału III WUBP w Białymstoku, Henryk Więckowski. Wtedy jeszcze komuniści byli przekonani, że udało się im zlikwidować "Wiarusa" ("Vis" był do niego łudząco podobny), stąd w  przywołanym dokumencie jest mowa właśnie o nim. Czytamy tam:

W dniu 23 X 1951 r. pod dom Dobrzyckiego Aleksandra przyszedł bandyta "Wiarus" (w rzeczywistości, jak już wspomniałem, był to brat "Wiarusa" i żołnierz jego oddziału Józef Grabowski "Vis" - przyp. G.W.), który zaczął się dobijać do drzwi, a następnie do okna. W tym czasie część żołnierzy przebywała w stodole mieszczącej się obok domu Dobrzyckiego Aleksandra, natomiast w mieszkaniu przebywali por. Czepiel i (...) ppor. Ambrożewicz. Zapytany przez Czepiela i Ambrożewicza gospodarz Dobrzycki Aleksander, kto się dobija do mieszkania, odpowiedział, że "przyszedł po sweter". Po otrzymaniu tej odpowiedzi por. Czepiel przysunął się do okna i oddał serię z automatu w kierunku "Wiarusa", na skutek czego "Wiarus" począł uciekać, natomiast (...) Ambrożewicz otwarł drzwi mieszkania i w kierunku uciekającego Wiarusa oddał serię z automatu. Na odgłos strzałów wybiegli ze stodoły przebywający tam żołnierze, otwierając ogień w kierunku uciekającego bandyty. Wiarus po przebiegnięciu 150 m upadł na skutek otrzymanych postrzałów. Por. Czepiel, który zbliżył się wraz z żołnierzami do Wiarusa celem udzielenia mu pierwszej pomocy (sic!), został przez niego ugryziony w rękę. Na skutek odniesionych ran "Wiarus" zmarł po upływie kilku minut.

Był śmiertelnie ranny, nie  był już  w stanie się podnieść, ale jeszcze, zupełnym ostatkiem sił, ugryzł swego oprawcę w rękę. Józef Grabowski "Vis".

Stał pod przeznaczoną dla niego szubienicą, całkowicie bezbronny, bez władzy w jednej ręce, ale jeszcze, w ostatnim akcie oporu, ugryzł kata w rękę. Emanuel Szafarczyk Kamiński.

Żyli w różnych wiekach, zgaśli w chwilach oddalonych od siebie przedziałem czasu wynoszącym blisko dziewięćdziesiąt lat. A jednak mieli w sobie Coś, co  pozwala chyba uznać, że byli sobie bardzo bliscy. To niezwykłe Coś, rozpoznawane przez coraz mniej licznych i nazywane niekiedy niepokornym duchem narodu polskiego, zmaterializowane w losach Kamińskiego i "Visa" śladami zębów na rękach  katów.

Patrol NZW sierż./ppor. Stanisława Grabowskiego "Wiarusa" (pierwszy z lewej), ok. 1950 r. Drugi od lewej - NN "Jastrząb", trzeci - Józef Grabowski "Vis" - brat "Wiarusa".
  • Dygresyjny przyczynek do dziejów  fotografii historycznej
Niniejsza partia tekstu nie powstałaby, gdyby nie poniższe zdjęcie...
Zapewne dla wielu z państwa, szanowni czytelnicy, ta pochodząca z archiwum IPN fotografia jest nieco szokująca. Wyjaśniam, że  zwłoki Józefa Grabowskiego "Visa" zostały, zaraz po jego śmierci, sfotografowane przez komunistów. To było wtedy rutynowe działanie humanistów spod znaku sierpa i młota. Obowiązywała bowiem zasada, że ostatnim śladem istnienia reakcyjnego bandyty, zanim jego martwe już ciało trafi do dołu z wapnem lub w podobnie godne pochówku człowieka miejsce, ma być zdjęcie pośmiertne. Taka fotografia pełniła po pierwsze, rolę trofeum na potrzeby ubeckiego, tajnego sztambucha działań operacyjnych, po drugie, służyła ostatecznemu upokorzeniu już niegroźnego bandziora - kontrrewolucjonisty.

Pośmiertna fotografia Józefa Grabowskiego "Visa" wykonana przez funkcjonariuszy UB, 23 X 1951 r.

Zabiegi te podejmowano z wielką pieczołowitością, wedle rachuby, że jeżeli kiedykolwiek owe zdjęcia ujrzą światło dzienne, to mają być na nich uwiecznione właśnie trupy odarte z mundurów, często prawie zupełnie nagie i w każdym przypadku koniecznie bez butów; że na tych fotografiach mają widnieć martwe łachmany ludzkie, nijak nie kojarzące się z wolnymi do końca, dumnymi ludźmi, którzy mieli w sobie tę wielką odwagę i siłę, aby stanąć przeciw komunistom do heroicznej walki o zachowanie prawa człowieka do wolnego życia na ziemi.

Ta zasada dotyczyła nie tylko żołnierzy polskiego podziemia antykomunistycznego. Z tym samym, pedantycznym okrucieństwem stosowano ją wobec partyzantów estońskich, litewskich, łotewskich czy ukraińskich poległych w walce z sowiecką okupacją. Po prostu standard wyznaczony przez Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR, czyli NKWD, obowiązywał również w działaniach odpowiedników tej sowieckiej agendy państwowej w innych krajach znajdujących się pod komunistycznym jarzmem. Jednym z jego przejawów były właśnie wzmiankowane zdjęcia.

Anykščiai, Litwa, 26 IV 1952 r. Zwłoki zabitych przez NKWD litewskich partyzantów (od lewej: Bronius Morkūnas "Diemedis", Bronius Mozūra "Kunotas" and Vytautas Guobužas "Viesulas"). Zdjęcie wykonane przez funkcjonariuszy NKWD.

Można by sądzić, że wraz z upadkiem komunizmu ten rodzaj fotografii przeminął. A jednak nie. Przekonałem się o tym, gdy w marcu 2005 r. świat obiegły zdjęcia zabitego dowódcy polowego partyzantki czeczeńskiej i jednocześnie prezydenta tego kraju Asłana Maschadowa. Leżał odarty z munduru  i oczywiście bez butów. Tak oto Rosja Putina obwieszczała wszem wobec swój sukces.

Pokazane przez rosyjskie media zwłoki Asłana Maschadowa, który zginął on 8 marca 2005 r. podczas operacji specjalnej wojsk rosyjskich. Jego ciało zostało bestialsko zmasakrowane (m.in. wyłupiono mu oczy). Rosjanie odmówili wydania ciała rodzinie zgodnie z obowiązującym w Rosji ustawodawstwem nakazującym potajemny pochówek zabitych bojowników czeczeńskich.


Cóż, świat się zmienia, ale niektórzy nadal trwają przy wypracowanych przed laty, właściwych sobie standardach. Jaka władza, taka też kultura korporacyjna państwowych agend przymusu.
Tyle można tylko o tym uczciwie powiedzieć.

PS. Przytoczony w tekście fragment odezwy autorstwa Aleksandra Waszkowskiego powtórzyłem za książką Joanny Rusin "Człowiek świętego imienia"; raport UB z operacji, w której zastrzelono Józefa Grabowskiego "Visa" został opublikowany przez Jerzego Kułaka w artykule Działania operacyjne Wojewódzkiego Urzędu  Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku na przykładzie likwidacji grupy NZW Stanisława Grabowskiego "Wiarusa"; fotografia zwłok Józefa Grabowskiego "Visa" pochodzi z Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, została opublikowana w "Zeszytach Naukowych Muzeum Wojska" w Białymstoku przy artykule autorstwa Piotra Łapińskiego, Ppor. Stanisław Grabowski "Wiarus" (1921-1952). Zarys biografii; ostatnie zdanie tekstu zapożyczyłem z wiersza Zbigniewa Herberta "Góra naprzeciw pałacu".


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.

Strona główna>
środa, 07 marca 2012
Uryną na pamięć... zdań kilka o oddziałach mjr. "Zapory" - część 1/2
Z racji przypadającej 7 marca 2012 r. 63 rocznicy zamordowania przez komunistów legendarnego mjr. cc Hieronima Dekutowskiego ps. "Zapora" i sześciu jego oficerów, zapraszam do lektury tekstu autorstwa Grzegorza Wąsowskiego z Fundacji "Pamiętamy", poświęconego heroicznym zmaganiom oddziałów mjr. "Zapory" z sowietyzacją kraju... jak również pewnemu haniebnemu czynowi, którego dokonano w Lublinie w 2010 roku.
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć - autor strony]

URYNĄ NA PAMIĘĆ. ZDAŃ KILKA O ODDZIAŁACH MJR. HIERONIMA DEKUTOWSKIEGO "ZAPORY"

LIST OD "MORWY"

Zdarzenie, które za chwilę przywołam, nie powinno mieć miejsca, ale do niego doszło. Jak dochodzi na tym świecie do wielu rzeczy, o których, oceniając je z perspektywy elementarnej przyzwoitości ludzkiej, mówimy, że nie miały prawa się wydarzyć.

Zła wiadomość przyszła do mnie w połowie lipca 2010 r. roku wraz z listem od Pana Mariana Pawełczaka "Morwy", mieszkańca Lublina, w latach 1943–1947 żołnierza zgrupowania oddziałów AK – WiN majora Hieronima Dekutowskiego "Zapory". Pan Marian od lat opiekuje się pomnikiem upamiętniającym ponad 250 Zaporowców, którzy zginęli w walce z hitlerowskim i  komunistycznym zniewoleniem. Pomnik, wzniesiony jesienią 2003 r. siłami Fundacji "Pamiętamy", przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, stoi w Lublinie na Podzamczu. Pośród uwiecznionych na nim poległych i pomordowanych podkomendnych "Zapory", nazwisko Pawełczak występuje dwukrotnie – jako wspomnienie ofiary z życia złożonej przez rodzonych braci Pana Mariana. Jeden z Nich został zamordowany z wyroku sądu komunistycznego jesienią 1945 r., drugi zginął od kuli ormowca w kwietniu 1946 r. Czytając Jego list i pamiętając o losie Jego braci, bezskutecznie starałem się wyobrazić co czuł, gdy kreślił do mnie poniższe słowa:

[...] Wahałem się czy zasmucać Pana wieścią o nowych wyczynach wrogów pomnika „Poległych Zaporczyków”, na Podzamczu lubelskim. Mianowicie, na przełomie czerwca i lipca b.r. [2010] w okresie wyborów prezydenckich, ktoś na bocznych skrzydłach (ściankach) przedpola pomnika, namalował czarną farbą zarysy postaci, w pozycjach zachęcających do korzystania z tych miejsc, jako z pisuarów. Specyficzny odór moczu, potwierdza korzystanie z tej zachęty [...]. Ja długi czas byłam chory po wyborach, a teraz mogłem tyle zrobić, że zamiotłem przedpole pomnika [...].


Pomnik wzniesiony przez Fundację "Pamiętamy"  w Lublinie, na Podzamczu (Plac Wolności), upamiętniający ponad 250 ŻOŁNIERZY AK–WIN ZE ZGRUPOWANIA MJR. HIERONIMA DEKUTOWSKIEGO "ZAPORY" POLEGŁYCH W WALCE Z HITLEROWSKIM I KOMUNISTYCZNYM ZNIEWOLENIEM W LATACH 1943–1955.

ZOBACZ listę poległych i pomordowanych upamiętnionych pomnikiem w Lublinie>

KRÓTKIE ROZWAŻANIA NA KANWIE URYNY

Od razu wyjaśniam, że Fundacja „Pamiętamy” niezwłocznie oczyściła pomnik "Zaporowców" z umieszczonych na nim nieznaną ręką malowideł. Ich zniknięcie spowodowało, że ci, którzy uznali za stosowne oddać mocz na pomnik znaleźli sobie, przynajmniej na czas jakiś, inne miejsca na załatwianie swych chyba nie tylko fizjologicznych, ale przede wszystkim psychicznych potrzeb. Z upływem czasu odór uryny wyparował, natomiast pozostała odrażająca woń pogardy (swoisty trop zapachowy) wyrażonej wobec trwałej formy pamięci o ludziach, którzy zginęli w walce o niepodległość naszej ojczyzny i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi.

Pomyśli może ktoś: takie czasy, że w miejscach publicznych, w których jedni zastygają w zamyśleniu lub modlitwie, wspominając tych, którzy odeszli, inni wyrażają swoje wnętrze w sposób, który, tu znowu odwołam się do kryterium elementarnej przyzwoitości, jest przesądzającym dowodem dla wykazania, że maksyma człowiek to brzmi dumnie jest czystą konwencją, niczym więcej. Nawiasowo pozwolę sobie zauważyć, że może właściwym probierzem rzeczywistej wartości danego światopoglądu jest nie to, jak wobec inaczej myślących zachowują się znani powszechnie apostołowie takiej czy innej koncepcji – ci bowiem, z małymi wyjątkami, prowadzą dyskurs w sposób werbalnie kulturalny, nie odsłaniający prawdy o konsekwencjach praktycznych ich widzenia świata, lecz jaki stosunek wobec osób o odmiennej wrażliwości prezentują bezimienni, anonimowi wyznawcy danej postawy światopoglądowej, jej szeregowi żołnierze, tzw. doły (nikomu nic nie ujmując). Warto ten punkt widzenia mieć na uwadze, analizując np. zachowania utrwalone przez Panią Ewę Stankiewicz w filmie "Krzyż".

Tak czy inaczej, na pomnik będący symboliczną mogiłą poległych i pomordowanych żołnierzy "Zapory" oddawano mocz. A przecież upamiętnia on historię heroicznego przywiązania do wysokich wartości, jakimi są niepodległość Ojczyzny i wolność jednostki ludzkiej, historię wierności przypieczętowanej ofiarą z życia; nie byle jaką historię. Oto jej zarys...

EPILOG ZAMIAST PROLOGU

27 X 1955 r. w wykonaniu wyroku sądu komunistycznego został powieszony na terenie więzienia w Chełmie Lubelskim, dokładnie w komórce przeznaczonej na parowanie ziemniaków dla świń, Tadeusz Szych "Biały" – żołnierz Armii Krajowej. Od wiosny 1945 r. był partyzantem oddziału por./kpt. Stanisława Łukasika "Rysia" wchodzącego w skład zgrupowania dowodzonego przez  "Zaporę".

21 XI 1963 r. w Majdanie Kozic Górnych, pow. Lublin, poległ od kul obławy, składającej się z funkcjonariuszy SB i ZOMO, Józef Franczak "Lalek" – partyzant z oddziału por./kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka", do września 1947 r. walczącego pod ogólną komendą "Zapory".

1947 rok. Od lewej: Stanisław Kuchciewicz "Wiktor", kpt. Zdzisław Broński "Uskok", Józef Franczak "Lalek", Walenty Waśkowicz "Strzała".

Takie były ostatnie akordy epopei partyzantki antykomunistycznej nurtu poakowskiego z terenu Lubelszczyzny, gdzie walka zbrojna z reżimem komunistycznym była prowadzona z dużym rozmachem i konsekwencją. Śmierć Lalka jest jej smutnym epilogiem, a także symbolicznym w skali kraju końcem zbrojnego oporu stawianego komunistom przez naszych przodków po roku 1944.

KILKA ZDAŃ O DOWÓDCY

Postacią pierwszoplanową zbrojnego podziemia antykomunistycznego na ziemi lubelskiej był bez wątpienia wspomniany dowódca "Białego" i "Lalka", cichociemny major Hieronim Dekutowski "Zapora" – świetny organizator i doskonały partyzant, łączący lojalność wobec struktur dowódczych konspiracji z troską o los podległych mu żołnierzy. Dwa razy z woli przełożonych stanął na czele partyzantki antykomunistycznej na terenie Lubelszczyzny, dwa razy także (w lipcu – sierpniu 1945 r. i marcu – kwietniu 1947 r.) wykonał  rozkaz o zaprzestaniu walki zbrojnej i zdemobilizowaniu podległych mu oddziałów. Cechowała go odwaga, szybkość decyzji, a jednocześnie ostrożność i ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir. Nazywali go „Starym”, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat – tymi słowami scharakteryzował "Zaporę" jeden z jego cywilnych przełożonych w strukturach Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, późniejszy znany warszawski adwokat Władysław Siła-Nowicki.

Ppor. Hieronim Dekutowski "Zapora", lipiec 1944 r.

Postać "Zapory" jest znakomitym przykładem zjawiska ciągłości walki o niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej, prowadzonej kolejno z okupantem niemieckim, a po jej zakończeniu z reżimem komunistycznym przez dziesiątki tysięcy żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego. Partyzantkę antykomunistyczną podjął on z początkiem 1945 r., mając w swym bojowym dorobku znaczące zasługi w zwalczaniu niemieckich sił okupacyjnych. Wystarczy wspomnieć, że od stycznia 1944 r. pełnił funkcję szefa Kedywu w Inspektoracie Rejonowym AK Lublin – Puławy i jednocześnie dowódcy oddziału dyspozycyjnego Kedywu, a podległe mu oddziały, którymi w wielu akcjach dowodził osobiście, mogły pochwalić się ponad 80 wystąpieniami zbrojnymi przeciwko Niemcom, w tym kilkoma dużymi, jak na warunki wojny partyzanckiej, zwycięskimi starciami z wojskiem niemieckim.

ZBIOROWA OBRONA KONIECZNA

Dla lepszego zrozumienia dalszych losów mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" i jego żołnierzy należy koniecznie przypomnieć, że w okresie II wojny światowej Polska miała dwóch śmiertelnych wrogów: hitlerowskie Niemcy oraz partię komunistyczną z centralą w Moskwie i głównym narzędziem podboju w postaci Armii Czerwonej, a także i to, że wojennej klęski Niemiec nie powinno się utożsamiać ze zwycięstwem sprawy polskiej. Wycofanie się wojsk niemieckich z ziem polskich w 1944 r. - 1945 r. nie oznaczało, niestety, triumfu celów, o które żołnierz polski bił się na wszystkich chyba frontach II wojny światowej. Niepodległość Polski i prawo jednostki do wolnego życia na ziemi były po opanowaniu terenów naszego kraju przez wypierającą Niemców na Zachód Armię Czerwoną równie dalekie od urzeczywistnienia, jak w okresie okupacji niemieckiej.

Ta smutna prawda miała na ziemi lubelskiej wymierny, a zarazem tragiczny wymiar. Tylko do końca 1944 r., a więc w czasie pierwszych pięciu miesięcy od wejścia Armii Czerwonej na Lubelszczyznę, straty osobowe Okręgu AK Lublin, poniesione w wyniku działań komunistycznego aparatu przymusu, przede wszystkim NKWD, sięgnęły co najmniej kilkunastu  tysięcy ludzi (zamordowanych, aresztowanych, wywiezionych do Związku Sowieckiego), czyli znacznie przekroczyły straty tegoż Okręgu odniesione w ciągu całego okresu okupacji niemieckiej. Terror komunistyczny narastał z każdym kolejnym miesiącem. Czy można zatem się dziwić, że wobec takich faktów "Zapora" i niemała część jego podkomendnych z okresu walki przeciwko okupantowi niemieckiemu zdecydowali się na podjęcie działań, które należy zakwalifikować jako zbiorową obronę konieczną?

Pluton ppor. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" (siedzi w dolnym rzędzie, pierwszy z prawej) podczas akcji "Burza", Lubelszczyzna, lipiec 1944 r.

W WALCE

Ofensywa rozpoczęta przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 r., skutkująca przesunięciem się mas wojska sowieckiego w kierunku zachodnim, umożliwiła odtworzenie na ziemi lubelskiej oddziałów partyzanckich, które szybko stały się najbezpieczniejszym schronieniem dla rozpracowywanych i poszukiwanych przez komunistów konspiratorów niepodległościowych. Właśnie w styczniu 1945 r. "Zapora", działając w porozumieniu z częścią pozostających na wolności członków Komendy Okręgu AK Lublin, zorganizował liczącą początkowo dziesięciu żołnierzy grupę samoobrony, na czele której stanął. W szybkim czasie, bo już w czerwcu 1945 r., miał pod swoją komendą ponad dwustu dobrze uzbrojonych partyzantów, stale przebywających w lesie. Pierwszym wystąpieniem zbrojnym grupy "Zapory" przeciwko aparatowi terroru komunistycznego było rozbicie posterunku Milicji Obywatelskiej w Chodlu. Akcja, do której doszło w nocy z 5/6 II 1945 r., była odpowiedzią na mord dokonany na czterech żołnierzach AK z  miejscowej placówki, którego współsprawcą był ówczesny komendant tamtejszego posterunku MO. Już w niespełna dwa dni później, 7 II 1945 r., liczący wówczas ok. 25 żołnierzy oddział "Zapory" bił się z obławą NKWD-LWP we wsi Wały Kępskie (nieopodal Chodla). Partyzantom udało się przebić przez pierścień okrążenia, przy stracie jednego żołnierza (zginął  wtedy Mieczysław Jeżewski "Pszczółka"). Podczas tej walki "Zapora" został ranny w nogę. Leczył się na kwaterze w Radawcu Małym. Do oddziału wrócił w kwietniu 1945 r. Pod nieobecność Zapory oddział prowadził działalność podzielony na trzy grupy, którymi dowodzili: Jerzy Pawełczak "Jur" (+ 23 X 1945 r.), Jan Szaliłow "Renek" (+ 8 IX 1947 r.) i Aleksander Sochalski "Duch".

1945 r. Od lewej stoją: Jerzy Stefański "Cedur", Mieczysław Czechowski "Wrzos", Hieronim Dekutowski "Zapora", Tadeusz Skraiński "Jadzinek", Jan Szaliłow "Renek", z tyłu Jerzy Siwecki "Bachus".

W końcu kwietnia 1945 r. Zapora na czele 40 partyzantów wyruszył za San. Po drodze, koło wsi Świeciechów, na północ od Annopola,  "Zaporowcy" mieli potyczkę z patrolem MO, w której zginęło dwóch milicjantów. Następnie wkroczyli do Świeciechowa, gdzie rozbroili miejscowy posterunek MO i uwolnili czterech aresztowanych żołnierzy AK. Na terenach za Sanem (przez rzekę przeprawili się w okolicach Radomyśla) rozbili  kilka posterunków MO, między innymi w Bojanowie. W maju 1945 r., w potyczce oddziału z żołnierzami Armii Czerwonej pod wsią Stale, w pobliżu Tarnobrzega, zginęło dwóch czerwonoarmistów. Partyzanci ponadto zarekwirowali Sowietom dwa samochody, którymi powrócili na teren Lubelszczyzny, gdzie rozbili kolejne posterunki MO, m.in. w Bełżycach i Wojciechowie. 19 V 1945 r. oddział "Zapory" zawitał do Kazimierza nad Wisłą. Partyzanci zaatakowali ulokowany na rynku posterunek MO. Milicjanci bronili się na piętrze murowanego budynku. Poddali się po tym, jak atakujący wysadzili metalowe i osztabowane drzwi wejściowe na posterunek. W czasie walki trwającej na kazimierzowskim rynku, grupa żołnierzy oddziału ubezpieczająca akcję na skraju miasteczka od strony Puław miała potyczkę, w wyniku której zginął jeden żołnierz sowiecki, dwóch funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i trzech milicjantów.

Opuszczając Kazimierz nad Wisłą, partyzanci zabrali ze sobą trzech milicjantów z miejscowego posterunku. Dwóch z nich po przesłuchaniu puszczono wolno, natomiast komendant posterunku (według niektórych źródeł nie był to milicjant, lecz funkcjonariusz UB) został skazany na śmierć. Wiedząc, że lada moment zostanie zastrzelony, podjął próbę ucieczki i zginął od kul "Renka". Podkreślenia wymaga fakt, że celami ataków partyzantów "Zapory" były te tylko posterunki MO, co do których wywiad oddziału lub miejscowe placówki konspiracyjne potwierdziły okrutne zachowania obsadzających je milicjantów wobec ludności lub gorliwość funkcjonariuszy w tropieniu członków konspiracji.  W czerwcu 1945 r. oddział  "Zapory" z tych właśnie powodów zaatakował i rozbroił kolejne posterunki MO, tym razem w Bychawie, Urzędowie i Józefowie nad Wisłą.

Mjr cc Hieronim Dekutowski "Zapora"

SZEREGI ROSNĄ

Z każdym tygodniem działalności oddziału rosła jego popularność wśród istotnej części mieszkańców ziemi lubelskiej. Wsparcie społeczne dla czynnej samoobrony przed reżimem komunistycznym było stałym tłem trwającej przez kilka lat epopei oddziałów "Zapory", warunkującym zresztą utrzymanie się partyzantów na terenie ich działalności. W lipcu 1946 r. kpt. Zdzisław Broński "Uskok", przebywający wówczas na obszarze będącym matecznikiem oddziału Zapory, zanotował w swoim pamiętniku:

Ludność tamtych okolic (Chodel, Opole Lubelskie, Kraśnik, Bychawa) ogólnie była wrogo nastawiona do komunistów i bardzo sprzyjała partyzantom. Były i wioski podczerwieniałe, jak Chmiel, Moniaki, Wilkołaz itp., ale znając teren, można sobie było pozwalać na ruchy z taborami w biały dzień.

Równolegle do wzrostu rozpoznawalności oddziału w terenie nastąpił znaczny przyrost jego liczebności. W szeregi partyzantki "Zapory" wstępowali głównie tropieni przez komunistów żołnierze antyniemieckiej konspiracji niepodległościowej, przede wszystkim akowcy, ale także członkowie Narodowych Sił Zbrojnych (znaczna część 3 kompanii por. Bolesława Świątka "Jerzego", w tym jej dowódca, składała się z byłych żołnierzy NSZ). Dołączali również ci, którzy nie chcieli służyć w wojsku komunistycznym i ścigać po lasach walczących o wolność partyzantów. Często byli to zresztą żołnierze AK, wcześniej siłą wcieleni do LWP. W lutym 1945 r. grupę (10 osób) takich uciekinierów z wojska ludowego przyprowadził do oddziału Michał Szeremiecki "Miś", żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK (+ 6 I 1947 r.). W połowie maja 1945 r., po powrocie oddziału na Lubelszczyznę  z wyprawy za San, szeregi partyzantów "Zapory" powiększyły się o ok. 50 osobową grupę dezerterów ze szkoły oficerskiej LWP, dowodzoną przez por. Romana Sochala "Juranda".

Pierwszoplanowa rola "Zapory" w czynnym oporze antykomunistycznym na ziemi lubelskiej została potwierdzona rozkazami Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj z 1 VI 1945 r., na mocy których uzyskał on awans do stopnia majora i nominację na dowódcę oddziałów partyzanckich w Inspektoracie Lublin DSZ (został ponadto odznaczony Krzyżem Walecznych; rozkazem DSZ na Kraj z 1VI 1945 r. awansowano i odznaczono również wielu podkomendnych "Zapory"). W następstwie decyzji DSZ, dowództwu "Zapory" został podporządkowany liczący ok. 40 partyzantów oddział por./kpt. Stanisława Łukasika "Rysia" (+ 7 III 1949 r.). W czerwcu 1945 r. siły oddziału, a właściwie już zgrupowania oddziałów pod dowództwem "Zapory" wynosiły ok. 220 żołnierzy. Poza wspomnianym oddziałem "Rysia", który operował samodzielnie, pozostając pod ogólną komendą "Zapory", bezpośrednio podlegały mjr. Dekutowskiemu trzy kompanie: 1 kompania pod dowództwem por. Stefana Szarskiego "Jagody", 2 kompania pod dowództwem por. "Juranda" i 3 kompania dowodzona przez por. Bolesława Świątka "Jerzego" (od połowy czerwca 1945 r. 3 kompanią dowodził kpt. Aleksander Głowacki "Wisła", który dołączył do oddziału podczas akcji na posterunek MO w Kazimierzu nad Wisłą).

W BOJACH Z SOWIETAMI. CZERWIEC 1945 R.

W pierwszej połowie czerwca 1945 r. partyzanci "Zapory" operowali na terenie powiatu Biłgoraj, z tym, że w początku czerwca jeden z pododdziałów 1 kompanii, w sile ok. 25 partyzantów, wysłany został na północ, w okolice Lublina. W drodze na wyznaczony teren, 8 VI 1945 r., oddział ten rozbroił posterunek MO w Wysokiem, czym ściągnął na siebie kilkakrotnie silniejszą obławę NKWD. Rankiem 9 VI 1945 r. pod wsią Polanówka, kilka kilometrów na południe od Lublina (gmina Strzyżewice), w nierównej walce z Sowietami zginęło pięciu "Zaporowców".

Żołnierze ze zgrupowania mjr "Zapory". Od lewej stoją: NN, Stanisław Łukasik "Ryś", Aleksander Sochalski "Duch", Hieronim Dekutowski "Zapora", Zbigniew Sochacki "Zbyszek", Jerzy Korcz "Bohun".

W połowie czerwca 1945 r. partyzanci "Zapory" z plutonu "Jura" z 1 kompanii "Jagody" wkroczyli do Janowa Lubelskiego, gdzie zarekwirowali żołnierzom sowieckim cztery samochody ciężarowe, które posłużyły żołnierzom 1 i 2 kompanii do powrotu na teren powiatu opolskiego; 3 kompania pod dowództwem "Wisły" miała dalej operować na terenach powiatu janowskiego i biłgorajskiego. Następnie główne siły oddziału, poruszające się samochodami zdobytymi w Janowie Lubelskim, rozbiły posterunek MO w Józefowie nad Wisłą. W kilka godzin później partyzanci zostali pod Kluczkowicami, na południe od Opola Lubelskiego, zaatakowani przez grupę żołnierzy Armii Czerwonej. Wywiązała się zaciekła walka (w końcowej fazie starcia doszło do walki wręcz), w wyniku której zginęło co najmniej siedmiu Sowietów. Rannych zostało dwóch partyzantów. Walka pod Kluczkowicami uruchomiła przeciwko oddziałowi silną obławę NKWD-UB, która rankiem następnego dnia dopadła "Zaporowców" kwaterujących w Ratoszynie, w pobliżu Chodla. Partyzanci zdołali przedrzeć się przez pierścień obławy, tracąc jednak dwóch zabitych.

Uryną na pamięć... zdań kilka o oddziałach mjr. "Zapory" - część 2/2>
Strona główna>

Uryną na pamięć... zdań kilka o oddziałach mjr. "Zapory" - część 2/2
ROZFORMOWANIE ZGRUPOWANIA. LIPIEC - SIERPIEŃ 1945 R.

W lipcu 1945 r. "Zapora", na wezwanie Komendy Okręgu AK- DSZ Lublin, rozpoczął demobilizację podległych mu oddziałów. Rozformowanie zgrupowania trwało do początku sierpnia 1945 r. Większość podkomendnych mjr. "Zapory", wobec decyzji ich władz zwierzchnich o zaprzestaniu walki, postanowiła skorzystać z ogłoszonej przez komunistów 2 VIII 1945 r. amnestii i ujawniła się. Tak skończył się pierwszy etap walki "Zapory" i jego żołnierzy z reżimem komunistycznym. Bilans tego okresu działalności oddziałów mjr. Hieronima Dekutowskiego wypada dla nich korzystnie. Przy stosunkowo niewielkich stratach - w okresie od stycznia do lipca 1945 r. zginęło ok. piętnastu partyzantów "Zapory" - oddziały te były schronieniem dla wielu osób ściganych przez komunistów, oczyściły  teren, na którym działały, z agentury UB, poskromiły najbardziej szkodliwe placówki MO, przeprowadziły szereg akcji porządkowych wymierzonych w przestępców pospolitych. W wymiarze ideowym dały mocne świadectwo trwania w czynnym oporze przeciwko reżimowi komunistycznemu, hamujące proces zsowietyzowania społeczeństwa polskiego, czyli biernego poddania się przez nie doktrynie i celom partii komunistycznej.

Od lewej: mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok".

Sam "Zapora" nie ujawnił się w ramach „amnestii” z sierpnia 1945 r. Na czele dziesięciu nieujawnionych podkomendnych podjął w październiku 1945 r. próbę przedostania się przez Czechosłowację do strefy amerykańskiej. Wkrótce po przekroczeniu granicy doszło do szeregu potyczek przedzierających się do wolnego świata "Zaporowców" z patrolami czechosłowackiej służby bezpieczeństwa. Kilku uczestników tej wyprawy wpadło w ręce funkcjonariuszy czeskiej SB, pozostali utracili kontakt ze sobą. "Zapora" wraz z Marianem Klockiem ps. "George" (+12 XI 1946 r.) dotarli do Pragi czeskiej. Wtedy zdecydowali o powrocie do kraju. Do Polski przyjechali transportem repatriacyjnym.

ZNOWU W WALCE

W grudniu 1945 r. "Zapora" nawiązał kontakt z Inspektoratem WiN Lublin. Został wyznaczony na dowódcę oddziałów partyzanckich na terenie tegoż Inspektoratu. W ciągu kilku dni zdołał zorganizować liczący początkowo tylko ok. 15 żołnierzy, ale dobrze uzbrojony oddział partyzancki. Walka wchodziła w kolejną odsłonę. Cele i metody jej prowadzenia pozostały niezmienione. W okresie pierwszych dwóch miesięcy 1946 r. oddział "Zapory" zaatakował i rozbroił posterunki MO w Bychawie, Wysokiem i Krzczonowie. W marcu 1946 r. partyzanci rozbili posterunek MO w Bełżycach i zlikwidowali dwóch milicjantów. Oddział równolegle prowadził w terenie rutynowe działania wymierzone przeciwko agentom UB i przestępcom pospolitym. Jednocześnie "Zapora" podporządkowywał sobie grupy ukrywających się przed komunistami konspiratorów niepodległościowych, nadając ich działaniom ramy organizacyjne, jak również skupiał pod swoim dowództwem jednostki partyzanckie wywodzące się z nurtu akowskiego. W maju 1946 r. rozkazom "Zapory" podlegały następujące oddziały: kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka" (+ 21 V 1949 r.) w sile ok. 20 ludzi, por./kpt. Stanisława Łukasika "Rysia" w sile 40 ludzi, ppor. Jana Szaliłowa "Renka" w sile ok. 30 ludzi, Tadeusza Skraińskiego "Jadzinka" w sile ok. 20 ludzi, Stanisława Jasińskiego "Samotnego" w sile ok. 20 ludzi i Michała Szeremieckiego "Misia" w sile ok. 15 ludzi. W tym też czasie "Zapora" wydzielił z grupy "Renka" lotny, sześcioosobowy patrol pod dowództwem Romana Grońskego "Żbika" (+ 7 III 1949 r.), który pełnił funkcję żandarmerii oddziału i podejmował akcje likwidacyjne wymierzone przeciwko funkcjonariuszom UB, konfidentom bezpieki oraz przestępcom pospolitym.

W początkach lipca 1946 r. kpt. "Uskok" podporządkował sobie dynamicznie działający w okolicach Włodawy, liczący 25 żołnierzy oddział Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" (na potrzeby przeprowadzenia większych akcji oddział ten zasilany był zaprzysiężonymi ludźmi z placówek; wtedy jego skład osobowy sięgał 65 partyzantów), co oznaczało powiększenie zgrupowania oddziałów "Zapory" o kolejny wartościowy element żołnierski a także poszerzenie terenu pozostającego pod kontrolą "Zaporowców".

Styczeń 1946 r. Część oddziału por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”. Dowódca siedzi przy rkm-ach.

Fragment zaświadczenia o przynależności do oddziału partyzanckiego WiN, wydanego przez ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" (brat Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia", po którego śmierci 3 I 1947 r. przejął obowiązki dowódcy), jednemu ze swoich podkomendnych, Mieczysławowi Małeckiemu ps. "Sokół", dnia 7 sierpnia 1947 r. Pieczęć nagłówkowa wskazuje podległość oddziału  mjr. Hieronimowi Dekutowskiemu "Zaporze" ([...] kwatera polowa oddziału "Jastrzębia" - będącego w zjednoczeniu oddziałów zbrojnych w województwie Lubelskim, pod głównym dowództwem pana majora "Zapory").

W końcu sierpnia 1946 r. "Uskok", na rozkaz "Zapory", przejął zwierzchnictwo także nad liczącym wówczas ok. dziesięciu partyzantów patrolem Antoniego Kopaczewskiego "Lwa" (+ 8 IX 1946 r.), działającym w powiecie krasnostawskim.

Żołnierze oddziału Antoniego Kopaczewskiego "Lwa" (stoi pierwszy z lewej). 1946 r.

Partyzanci z oddziału Antoniego Kopaczewskiego "Lwa".

Z kolei jesienią 1946 r. "Ryś" podporządkował sobie operujący między Lubartowem a Puławami oddział Kazimierza Woźniaka  "Szatana" (+ 11 V 1947 r.) w sile 25 ludzi. Na rozkaz "Zapory", z uwagi na kłopoty "Szatana" z samodyscypliną, komendę nad tymi partyzantami przejął początkowo żołnierz "Rysia", Jan Flisiak "Chłopicki" (+ 17 III 1950r.), a następnie Edmund Tudruj  "Mundek" (+7 III 1949 r.).

Staraniem "Zapory" i oficerów jego zgrupowania partyzanckie grupy zbrojne o rodowodzie akowskim z terenu Lubelszczyzny znalazły się do końca października 1946 r. pod jednolitym dowództwem. Godzi się zaznaczyć, że oddziały "Zapory" pozostawały w regularnym kontakcie z Inspektoratem Lubelskim WiN, od którego odbierały wytyczne odnośnie głównych kierunków dalszej działalności. Do czerwca 1946 r. w imieniu Inspektoratu łączność z Zaporą utrzymywał Franciszek Abraszewski "Boruta", zaś od lipca 1946 r. kontakty z oddziałem przejął Władysław Siła-Nowicki. Walka prowadzona była zatem przy zachowaniu stosownych ram organizacyjnych. Podkreślenia wymaga jednak fakt, że dla żołnierzy oddziałów podległych "Zaporze" kolejne formy organizacyjne podziemia poakowskiego (DSZ, WiN) nie miały większego znaczenia. W wymiarze ideowym była to dla nich nadal walka o wolność prowadzona pod sztandarami Armii Krajowej, o czym świadczą niektóre wewnętrzne dokumenty zgrupowania i liczne, współczesne świadectwa tych żołnierzy "Zapory", którzy doczekali kresu dyktatury partii komunistycznej. Natomiast w wymiarze praktycznym była to, niezmiennie od początku 1945 r., samoobrona przed terrorem komunistycznym, w tym przed przeciwpartyzanckimi operacjami organizowanymi przez NKWD, UB, MO i KBW.

W drugiej połowie 1946 r. doszło do szeregu starć oddziałów "Zapory" z komunistycznymi grupami operacyjnymi ścigającymi partyzantów. 3 VIII 1946r. pod Radzicem Starym, pow. Lubartów, część oddziału kpt. "Uskoka" i grupa partyzantów z ochrony sztabu zgrupowania "Zapory" – w sumie ok. 25 partyzantów - zostały zaatakowane przez liczącą ponad 500 osób obławę UB-KBW. Mimo tak rażącej dysproporcji sił partyzanci przerwali pierścień obławy, tracąc jednak dwóch zabitych, w tym adiutanta "Zapory", Zbigniewa Sochackiego "Zbyszka". Po stronie komunistycznej zginął jeden żołnierz KBW, a inny został ciężko ranny. 6 VII 1946r. pod Marysinem, na zachód od Krzczonowa, oddział  "Jadzinka" stoczył zwycięską walkę z liczącą ok. 100 żołnierzy jednostką KBW, dowodzoną przez oficerów UB. Podczas wymiany ognia zginęło co najmniej sześciu ubeków i kabewistów, a kilkunastu odniosło rany. Na przestrzeni 1946 r. i w początkach 1947 r. szereg podobnych starć zanotowały wszystkie oddziały wchodzące w skład zgrupowania  "Zapory". Godny odnotowania jest fakt, że żadnego z nich nie udało się komunistom rozbić w walce.

WYPRAWA NA RZESZOWSZCZYZNĘ

W końcu lipca 1946 r. "Zapora", na czele liczących łącznie ok. 55 partyzantów oddziałów "Renka", "Misia" i "Jadzinka", wyruszył się na teren Rzeszowszczyzny. Przez San partyzanci przeprawili się na wysokości Stalowej Woli. Już 2 VIII 1946 r. pod wsią Grębów w pobliżu rzeki Łęg zostali zaatakowani przez liczącą ok. 60 osób grupę operacyjną UB-KBW, którą bez strat własnych doszczętnie rozbili. W starciu zginęło kilku jej członków, kilku innych odniosło rany. Partyzantom poddało się ponad 30 żołnierzy KBW i funkcjonariuszy UB. Pozostali spośród żyjących salwowali się ucieczką. Ranni zostali opatrzeni przez partyzantów, następnie przydzielono im podwodę. Żołnierzy KBW puszczono wolno, natomiast funkcjonariuszy UB w liczbie pięciu, wskazanych zresztą partyzantom przez wziętych do niewoli kabewistów, rozstrzelano.

Zgrupowanie mjr. "Zapory" w drodze na Rzeszowszczyznę, lipiec 1946 r.

Kolejną porażkę w walce z oddziałem "Zapory" komuniści odnotowali już 8 VIII 1946 r., w walce pod wsią Ostrowy Tuszowskie, pomiędzy Mielcem a Kolbuszową. Walkę poprzedziła akcja ekspropriacyjna wykonana przez patrol z oddziału "Renka", który w nieodległym od Ostrowów Tuszowskich Cmolasie zaatakował dwie sowieckie ciężarówki z zaopatrzeniem dla stacjonującej na terenie pobliskiego poligonu w Dębem jednostki Armii Czerwonej. Była to kolejna w ciągu kilku dni akcja zaopatrzeniowa oddziału "Zapory" przeprowadzona na tamtych terenach na sowieckie samochody wojskowe z produktami spożywczymi. Sowieci zaatakowani w Cmolasie przez żołnierzy Renka przyjęli walkę. W krótkim starciu zginęło ich co najmniej trzech. Akcja partyzantów wywołała natychmiastową reakcję czerwonoarmistów z jednostki w Dębnie i sił UB z Kolbuszowej. Złożona z żołnierzy sowieckich i funkcjonariuszy UB grupa operacyjna, poruszająca się sześcioma samochodami ciężarowymi, wspierana co najmniej dwoma sowieckimi transporterami opancerzonymi (tankietkami), odnalazła kwaterujący w Ostrowach Tuszowskich oddział "Zapory". O korzystnym dla partyzantów wyniku starcia przesądziło podjęcie przez nich natychmiastowej i zorganizowanej obrony oraz błyskawiczne wystrzelanie załogi tankietki, która wjechała do wsi przed głównymi siłami obławy. W chwilę potem tankietka została opanowana przez "Zaporowców" i prażyła ogniem ciężkiego karabinu maszynowego w stronę przeciwników. W wyniku partyzanckiego ognia zapalił się jeden z samochodów grupy operacyjnej. W ten sposób inicjatywa przeszła na stronę partyzantów, w efekcie czego siły obławy wycofały się z pola walki, na którym pozostało kilkunastu zabitych żołnierzy Armii Czerwonej i funkcjonariuszy UB. Partyzanci wyszli z tego starcia bez strat. Podczas szybkiego odwrotu   z miejsca boju kontakt z resztą oddziału straciła grupa "Jadzinka", która, nie mogąc odnaleźć swych towarzyszy broni, powróciła na Lubelszczyznę. Natomiast oddziały "Renka" i "Misia" pozostające pod ogólna komendą "Zapory" dalej operowały na ziemi rzeszowskiej, dochodząc aż pod Jasło. Wróciły na Lubelszczyznę dopiero w drugiej połowie  września 1946 r.

Zgrupowanie mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" (stoi 8 od lewej), Dobryń koło Mielca, lato 1946 r.

Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (stoi 8 od lewej) wśród swoich partyzantów, lato 1946 r.

POWRÓT DO MATECZNIKA

Powrót partyzantów na ziemię lubelską obfitował w dramatyczne wydarzenia. 21 IX 1946 r. oddziały "Misia" i "Renka" przeprawiły się przez San na wysokości miejscowości Pysznica  i skierowały się w Lasy Janowskie. Ich obecność na tym terenie została bardzo szybko odnotowana przez siły komunistyczne. Jeszcze tego samego dnia w pościg za partyzantami wyruszyła ponad 100 osobowa grupa operacyjna UB-MO-KBW dowodzona przez sowieckiego oficera, kpt. Sułakowa. Rankiem 22 IX 1946 r. pod miejscowością Świnki, na wschód od Janowa Lubelskiego, doszło do starcia żołnierzy "Zapory" z grupą pościgową. Uprzedzeni na czas przez wartowników partyzanci nie dali się zaskoczyć i przyjęli walkę, nie pozwalając siłom obławy, pomimo trzykrotnej przewagi liczebnej po stronie przeciwnika, na domknięcie pierścienia okrążenia, a następnie w szyku zorganizowanym wycofali się w kierunku północno-zachodnim na Zaklików. W starciu pod Świnkami zginął jeden partyzant, a inny został ciężko ranny. Straty po stronie sił komunistycznych autorowi niniejszego tekstu nie są znane.

W nocy z 23/24 IX 1946 r. "Zapora" na czele oddziałów "Misia", "Renka", "Samotnego" i żandarmerii "Żbika" (grupy "Samotnego" i "Rysia" dołączyły do "Zapory" po walce pod Świnkami) skierowały się do położonej 6 km na półn.–zach. od Urzędowa wsi Moniaki, zwanej przez wielu partyzantów Moskwą. Celem akcji było rozbrojenie członków ORMO (według partyzantów "Zapory" w szeregach ORMO znajdowało się wówczas kilkudziesięciu dorosłych mieszkańców Moniak). W czasie zbliżania się oddziału do zabudowań wsi, grupka miejscowych ormowców ostrzelała partyzantów z oddziału "Samotnego", którzy odpowiedzieli ogniem. W wyniku wymiany strzałów zginął jeden mieszkaniec Moniak. Po chwili partyzanci opanowali wieś. Zarekwirowali jej mieszkańcom kilkanaście sztuk broni. Od użytych przez żołnierzy "Zapory" w wymianie ognia pocisków zapalających zajęło się i spłonęło blisko 30 gospodarstw, w sumie prawie 100 budynków.

W tym samym mniej więcej czasie, co wydarzenia w Moniakach, oddziały "Rysia" i "Jadzinka" pod ogólną komendą "Wisły" wkroczyły do Bełżyc i rozbiły posterunek MO, rozbrajając pięciu milicjantów. Po akcji w Bełżycach partyzanci wycofali się w kierunku na Chodel i zapadli w lesie krężnickim, nieopodal drogi Chodel – Bełżyce. Rankiem 24 IX 1946 r. przyjęli walkę ze ścigającą ich grupą operacyjną UB-KBW, zorganizowaną przez komunistów na wieść o wydarzeniach w Bełżycach. Starcie pod Krężnicą Okrągłą zakończyło się klęską komunistów, którzy stracili 18 zabitych. Partyzanci nie ponieśli w tej walce żadnych strat, dopiero w fazie odskoku z miejsca akcji poległ jeden żołnierz z oddziału "Jadzinka" (ciężko ranny, został dobity przez ubeków). W tym czasie aktywność przejawiały także inne oddziały zgrupowania, pozostające tylko pod ogólną komendą "Zapory". 22 X 1946 r. oddział Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" (+ 3 I 1947 r.) w sile 65 żołnierzy wspierany przez oddział Józefa Struga "Ordona" (+ 30 VII 1947 r.) rozbił Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie, uwalniając ok. 70 aresztowanych. Ta brawurowa akcja kosztowała życie dwóch partyzantów.  Niespełna dziesięć dni później , z 31 X/1 XI 1946 r., oddziały kpt. "Uskoka", "Jastrzębia" i "Ordona" wkroczyły do Łęcznej i zlikwidowały jedenaście osób, które według wywiadu partyzantów współpracowały z UB.

Sierpień 1947 r. Od lewej: mjr Hieronim Dekutowski "Zapora", kpt. Zdzisław Broński "Uskok".

Zima 1946 r. spowodowała wyhamowanie działań oddziałów "Zapory", ale ich nie przerwała. Ten okres nie był jednak dla "Zaporowców"  szczęśliwy. 6 I 1947 r. w walce z UB zginął "Miś", tego samego dnia od kul KBW padł inny oficer oddziałów "Zapory", por. Janusz Stefański "C-dur" (jako jeden z niewielu podkomendnych "Zapory" poległych w okresie walki z komunistycznym reżimem ma własny grób - spoczywa na cmentarzu nieopodal Kolonii Borów, pośród pierwszowojennych kurhanów żołnierzy austriackich i rosyjskich).
17 I 1947 r. oddział "Jadzinka", operujący od października 1946 r. w powiecie Biłgoraj, stoczył zaciętą walkę w Albinowie Małym, gmina Radecznica, z jednostką KBW, tracąc w niej pięciu partyzantów. Po stronie KBW zginęło siedmiu żołnierzy, a czterech innych odniosło rany.

Pomimo ponoszonych strat, oddziały "Zapory" nadal mocno trzymały się w terenie. Jednak ich wysiłek nie mógł odmienić losu naszej Ojczyzny. Sfałszowane przez komunistów wybory do Sejmu w styczniu 1947 r. odebrały czynnikom niepodległościowym nadzieję na rychłą zmianę sytuacji w Polsce. Polityczna władza komunistów została na lata utrwalona i, co gorsza, ostatecznie zaakceptowana przez dyplomację międzynarodową.

"AMNESTIA" 1947 R.

W tej sytuacji amnestia ogłoszona przez komunistów w lutym 1947 r. wydawała się dla większości osób pozostających w podziemiu, w tym dla gremiów kierowniczych konspiracji nurtu poakowskiego, ostatnią szansą na ocalenie. W marcu/kwietniu 1947 r. "Zapora", wykonując rozkazy przełożonych, zaprzestał działalności bojowej i rozformował podległe mu oddziały, dając podkomendnym wolną rękę w sprawie ujawnienia. W kwietniu 1947 r. przed komisjami amnestyjnymi stanęli "Jadzinek" i "Samotny" ze swymi żołnierzami. Ujawniła się także zdecydowana większość partyzantów z oddziałów "Rysia" i "Renka", jednakże sami dowódcy, a także garstka podległych im żołnierzy, nie zdecydowali się na ten krok. Postanowienie o pozostaniu w konspiracji podjął również "Uskok" i kilku jego ludzi; pozostali zdecydowali się na ujawnienie. Sam "Zapora" nie skorzystał z amnestii, dzieląc los swych nieujawnionych podkomendnych. Jak zeznał później przed sądem komunistycznym w czasie swego procesu:

[...] ta propozycja (złożona w czerwcu 1947 r. przez jego przełożonych odnośnie ujawnienia się "Zapory" w innym terenie, przy zabezpieczeniu materialnym za strony organizacji - przyp. G.W.] nie odpowiadała mi, ponieważ byłem związany ze swoimi ludźmi trudem i walką, byłem przecież ich dowódcą, więc nie chciałem umyć rąk i zostawić tych ludzi jak grupy bandyckiej w terenie, bez dowództwa [...] Zaznaczam, że stanowisko "góry" organizacji nie było wojskowe i uważałem ujawnienie się bez ludzi za nielojalne.

W RĘKACH KOMUNISTÓW. DO KOŃCA MĘŻNI

W początkach września 1947 r. "Zapora", przekonany, że realizuje zalecenie organizacji, podjął decyzję o przedostaniu się na Zachód. Ostatnim rozkazem, z 12 IX 1947 r., wyznaczył kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka" na swego następcę i bezpośredniego dowódcę grup partyzanckich działających na północ od Lublina. Natomiast partyzanci utrzymujący się na terenach na południe od Lublina zostali decyzją "Zapory" oddani pod rozkazy Mieczysława Pruszkiewicza "Kędziorka" (+ 17 V 1951 r.). Na zastępców "Kędziorka"  mianował "Zapora" ppor. Bogdana Dzierżanowskiego "Lotnika" (+ I 1948 r.) i ppor. Janusza Godziszewskiego  "Wira", "Janusza"  (+ 7 IX 1948 r.).

Niestety, wyprawa grupy "Zapory" na Zachód była  prowokacją UB. Wszyscy  uczestnicy  tej wyprawy ("Zapora" i jego 6 żołnierzy - w tym "Ryś", "Żbik" i "Mundek" - oraz Władysław Siła-Nowicki) zostali aresztowani 16 IX 1947 r. w Nysie, a następnie wyrokiem sądu komunistycznego z dnia 15 XI 1948 r. skazani na karę śmierci. Zarówno w toku ciężkiego śledztwa, jak i procesu zachowali godną postawę. Zapewne z tej przyczyny proces grupy "Zapory" toczył się przy drzwiach zamkniętych. "Uskok", nawiązując do losu aresztowanego swego dowódcy i jego towarzyszy niedoli, zanotował w swym pamiętniku pod datą 1 XII 1948 r.:

[...] Z jak najwyższym uznaniem należy ocenić postawę aresztowanych. Był to bodajże jedyny z poważniejszych procesów, w którym nie udało się komunistom opluwać sądzonych przez samooskarżenie. Z tego powodu nie robili nawet rozgłosu z rozprawy. Niewątpliwie naszym bohaterom przez rok czasu nie oszczędzano prób zmierzających do zrobienia szmaty z człowieka, a jednak pozostali ludźmi !.

Wyroki śmierci na majorze Hieronimie Dekutowskim "Zaporze" i jego 6 żołnierzach wykonano w Warszawie w więzieniu mokotowskim w dniu 7 III 1949 r. [zobacz zdjęcia straconych>]. Ocalał jedynie Władysław Siła-Nowicki, którego od niechybnej śmierci uratowały koneksje rodzinne (decyzją Bieruta orzeczona przeciwko Sile-Nowickiemu kara śmierci zamieniona została na karę dożywotniego więzienia; wolność odzyskał 1 XII 1956 r.).

Od lewej: Por. Stanisław Łukasik "Ryś" i por. Roman Groński "Żbik". Żołnierze mjr "Zapory", zamordowani wraz z nim i czterema kolegami (por. Jerzy Miatkowski "Zawada", por. Edmund Tudruj "Mundek", por. Tadeusz Pelak "Junak", por. Arkadiusz Wasilewski "Biały") w więzieniu mokotowskim, dn. 7 marca 1949 r.

"NIECH SIĘ PANI POMODLI..."

Warto  przywołać jeszcze jeden zapis z pamiętnika "Uskoka" (poczyniony również pod datą 1 XII 1948 r.):

[...] do żalu za ukochanymi współtowarzyszami niedoli dołącza się jakieś fatalistyczne przypuszczenie, że chyba ofiarom końca nie będzie! Że wszystko, co uczciwsze, skazane jest na zagładę. Jakiś okrutny los dotknął krwawą ręką nasz naród i wyszarpuje na stracenie wszystkie te elementy, które nie wahają się marzyć o wolności !.

Niespełna pół roku po nakreśleniu tych słów, ich autora nie było już wśród żywych - 21 V 1949 r. , otoczony w swej kryjówce przez UB, rozerwał się granatem. Dwa lata później, dokładnie 18 V 1951 r., zginął "Kędziorek". Symbolicznym końcem epopei oddziałów cichociemnego majora Hieronima Dekutowskiego "Zapory" jest wspomniana w początkowych partiach tekstu śmierć "Białego" w 1955 r. i "Lalka" w 1963 r. W latach 1945-1955 poległo w walkach bądź straciło życie w kazamatach komunistycznych ponad 230 żołnierzy  oddziałów "Zapory" (tylko niespełna dwudziestu "Zaporowców" zginęło z rąk hitlerowców). Miejsca pochówku znakomitej większości z nich do dziś pozostają nieznane. W kontekście tego faktu,  właściwe wydaje mi się zakończenie tego tekstu strofami jednej z piosenek śpiewanych w oddziałach "Zapory", przypomnianej przez zespół De Press na płycie Myśmy rebelianci (piosenkę śpiewano na melodię Chryzantemy złociste):

Niech się Pani pomodli, dzisiaj w mojej intencji,
bo wyprawa mnie czeka niebezpieczna i zła,
może Pani modlitwa, będzie dla mnie skuteczną
i uchroni od złego, tego co prosi tak.
I minęło tyle długich lat od tej chwili,
a ja wciąż przed oczyma obraz w sercu ten mam.
Kiedy słońce zachodzi, zmierzch ku nocy się chyli,
a ja słyszę wciąż turkot i zgiełk wozów ten sam.
Lecz odszedł ktoś, tak bardzo zadumany, co w oczach miał idei wielki cel.
Ktoś, kto tańczył ze mną leśne tango, i z cicha szeptał dziwne słowa te:
NIECH SIĘ PANI POMODLI DZISIAJ W MOJEJ INTENCJI [...].






Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.

PS. Powodowany lojalnością wobec szanownych czytelników, muszę poczynić pewne wyznanie. Otóż smutne zdarzenia z pięknego miasta Lublina, od przypomnienia których zacząłem ten tekst, posłużyły mi za chwyt z rodzaju dyscypliny zgrabnie określonej przez pewnego czeskiego prozaika mianem judo moralne. Chciałem bowiem choćby skrótowo opowiedzieć Wam, szanowni czytelnicy, historię oddziałów majora "Zapory". Ponieważ była ona bardzo bogata w wydarzenia, to tekst jest długi. Pewnie zbyt długi. Pomyślałem więc, że przynajmniej niektórzy przebrną przez niego do końca, powodowani wewnętrzną potrzebą dania w ten sposób mini świadectwa, że po poległych i pomordowanych "Zaporowcach" pozostało coś więcej niż tylko złom żelazny i  głuchy, drwiący śmiech pokoleń, podlany moczem...

Pomnik poległych i pomordowanych "Zaporczyków", Lublin, 1 listopada 2011 r.

Na koniec jeszcze jedno wyjaśnienie: niniejszy tekst jest zmodyfikowaną wersją artykułu, który ukazał się w dodatku do "Rzeczpospolitej" z dnia 20 kwietnia 2011 r. (Żołnierze Wyklęci Nr 4, Bohaterowie ostatniego powstania)
.

Uryną na pamięć... zdań kilka o oddziałach mjr. "Zapory" - część 1/2>
Strona główna>

sobota, 17 grudnia 2011
O pośredniku wolności i walce z sowietami...
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć - autor strony]

O NIEZNANYM POŚREDNIKU WOLNOŚCI I ZWYCIĘSKIEJ WALCE  Z SOWIETAMI 15 CZERWCA 1946 ROKU POD ZWOLENIEM

[...] jeśliby zaszła potrzeba
mógłby  być nawet koniem karety uciekiniera
Pan Cogito chciałby być pośrednikiem wolności
trzymać sznur ucieczki
przemycać gryps
dawać znak [...]
Zbigniew Herbert, "Gra Pana Cogito"


ZATRZYMANE W KADRZE

Na biurku przede mną leży reprodukcja fotografii zrobionej w drugiej połowie 1946 r. Widać na niej ośmiu mężczyzn. Wydaje się, że najstarszy z nich dobiega czterdziestki, a najmłodszy zapewne ledwie przekroczył dwudziestkę. To część kadry dowódczej Związku Zbrojnej Konspiracji, organizacji podziemia antykomunistycznego z nurtu poakowskiego, która aktywnie działała na terenie ziemi radomskiej i kieleckiej w roku 1946. Pośród  osób uwiecznionych na fotografii siedzi, jako pierwszy od lewej, umundurowany brunet o inteligentnej twarzy. Wygląda na dwadzieścia pięć lat. Przykuwa  uwagę. Pewnie dlatego, że zajął pozycję nieco bokiem w stosunku do pozostałych mężczyzn ze zdjęcia - i  w odróżnieniu od nich  nie patrzy w stronę obiektywu. Jest pochylony ku przodowi, łokcie ma oparte na udach. Spogląda przed siebie, czyli z perspektywy  osoby oglądającej fotografię patrzy gdzieś w bok, poza jej plan. Wydaje się być zamyślony. Sprawia tym wrażenie osoby zupełnie niezainteresowanej staraniami fotografa, aby zatrzymać chwilę w kadrze zdjęcia. Jeżeli zapatrzył się w przyszłość, to nie mógł zobaczyć w niej dla siebie zbyt wiele. Kilka miesięcy po zrobieniu  opisywanego zdjęcia nie będzie już go wśród żywych. Zginie zamordowany przez komunistów na początku 1947 r.

1946 rok. Kadra Dowódcza Związku Zbrojnej Konspiracji, dowodzonego przez mjr. Franciszka Jerzego Jaskulskiego "Zagończyka". Siedzą od lewej: Włodzimierz Kozłowski "Orion" (zastępca "Zagończyka"), Feliks Mazurek "Furmański" (szef sztabu ZZK), kpt. Czesław Niedbała "Marek" (Komendant Obwodu Iłżeckiego ZZK, w czasie okupacji niemieckiej Komendant Powiatu Kozienice NSZ-AK, po aresztowaniu "Zagończyka" wspólnie z "Orionem" kierował działaniami organizacji), Jerzy Buzon "Jur" (adiutant "Zagończyka"), Zenon Ochal "Jastrząb", Tadeusz Bednarski (?) "Orzeł". Leżą od lewej: Józef Zagożdżon "Kruk" i NN "Orzeł".

To o nim chcę Państwu co nieco opowiedzieć. Jestem mu bowiem coś winien. Najpewniej przeprosiny, ale  o tym na końcu. Problem w tym, że niewiele o nim wiem, stanowczo zbyt mało, aby podjąć próbę rekonstrukcji jego życiorysu, o portrecie charakterologicznym nie wspominając. Po prawdzie wiem o nim ledwie tyle, a może aż tyle, że musiał być człowiekiem niezwykłej odwagi i hartu ducha.

POŚREDNIK WOLNOŚCI

Nawiązując do przyjętej za motto dla niniejszego tekstu frazy wiersza Zbigniewa Herberta "Gra Pana Cogito", będącego rozważaniami Poety na kanwie ucieczki Piotra Kropotkina z twierdzy pietropawłowskiej, o mężczyźnie ze zdjęcia można śmiało powiedzieć, że dla setek naszych rodaków był właśnie pośrednikiem wolności; w najtrudniejszych dla niej czasach, w czasach, gdy  sznur i kareta na niewiele by się zdały chcącemu uciec więźniowi. Był bowiem jednym z tych nielicznych, którzy otwierali drzwi do cel więziennych w okresie pełnego i brutalnego triumfu zbrodniczego socjalizmu wywłaszczeniowego, bardziej znanego jako komunizm, który - trzeba powtarzać to nieustannie - w całych dotychczasowych dziejach ludzkości był największym i najgroźniejszym  zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze.

AMNESTIA W KIELCACH. 4/5 SIERPNIA 1945 ROKU

W nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. skoncentrowane oddziały partyzanckie Radomsko–Kieleckiego Okręgu AK w sile ok. 300 żołnierzy pod ogólną komendą kpt. Antoniego Hedy "Szarego" zaatakowały więzienie w Kielcach. Szturm zaczął się około  godziny dwudziestej trzeciej trzydzieści. Istotną rolę w tej wspaniałej akcji,  w wyniku której  uwolniono  ponad 500 więźniów, odegrał przybyły na nią z okolic Radomia oddział por. Stanisława Bębińskiego "Harnasia". To ze składu tegoż oddziału "Szary" wybrał do grupy szturmowej kilkunastu partyzantów. Miała ona wedrzeć się na teren kieleckiego więzienia, tam stoczyć walkę ze strażnikami i opanować  więzienie, po czym otworzyć więźniom drogę do wolności.

Antoni Heda "Szary".

Jednym z żołnierzy "Harnasia" wyznaczonych przez "Szarego" do grupy szturmowej, liczącej łącznie około 30 partyzantów, był zamyślony brunet ze zdjęcia - Włodzimierz Kozłowski "Orion". Swoje zadanie szturmowcy wykonali bezbłędnie, zresztą jak wszyscy partyzanci biorący udział w tej wspaniałej akcji. W czasie  krótkiej, ale zaciekłej walki, jaka rozegrała się na terenie więzienia, zginęły dwie osoby z załogi więziennej, a sześć kolejnych, w tym naczelnik więzienia, zostało rannych. Teren więzienia został opanowany przez partyzantów. Droga do więzionych rodaków stanęła otworem. I, paradoksalnie, to był początek najpoważniejszych trudności. Nie udało się bowiem szturmowcom przejąć kluczy więziennych. Dlatego też  wszelkie znajdujące się wewnątrz więzienia bramy, kraty, a przede wszystkim drzwi do cel trzeba było kolejno wysadzać kostkami trotylu, co oczywiście koszmarnie wydłużyło czas akcji. Niemożliwością jest, z perspektywy wygodnego krzesła czy fotela, uprzytomnić sobie, co musieli przeżywać więźniowie oczekujący w  celach na to, że posłańcy wolności dotrą wreszcie także do nich. A także co musieli odczuwać rozrzuceni w pobliżu więzienia partyzanci z grup osłaniających towarzyszy broni z oddziału szturmowego walczącego z upływającym czasem i kolejnymi drzwiami do więziennych cel. Każda minuta akcji musiała wydawać się im wiecznością. Tak jak niespełna dwa i pół roku wcześniej, w marcowy dzień 1943 roku, czas równie niemiłosiernie musiał dłużyć się bojowcom Grup Szturmowych Szarych Szeregów, którym przypadło w udziale ubezpieczanie ich kolegów walczących pod warszawskim Arsenałem o uwolnienie z rąk gestapowców Jana Bytnara "Rudego" i innych więźniów przewożonych z siedziby Gestapo do więzienia na Pawiaku. Tyle tylko można o tym uczciwie powiedzieć.

Paradoksalnie, zapewne najmniejszy problem z przedłużającym się czasem akcji mieli członkowie grupy szturmowej, a pośród nich "Orion".  W pocie czoła i huku wybuchów robili swoje, to znaczy wysadzali  drzwi do kolejnych cel. Niestety, zabrakło im trotylu, aby uwolnić wszystkich osadzonych w kieleckim więzieniu. Trzy cele pozostały zamknięte. Z zamkiem drzwi  jednej z nich członkowie grupy szturmowej, wyzbyci już trotylu, bezskutecznie zmagali się jeszcze ponad minutę po tym, jak padła komenda do odwrotu. Był wśród nich "Orion", zresztą lekko kontuzjowany, gdyż kilka minut wcześniej zwaliły się na niego wysadzone drzwi do jednej z cel. Z terenu kieleckiego więzienia wycofał się jako jeden z ostatnich uczestników akcji. Było kilka minut po trzeciej nad ranem. Akcja trwała ponad trzy i pół godziny, stanowczo zbyt długo. Większość spośród jej uczestników wraz z dużą grupą  uwolnionych więźniów skierowała się w lasy klonowskie. Nie miejsce tu na opis fazy odwrotu po akcji na więzienie w Kielcach. Obfitował on w dramatyczne wydarzenia. Wystarczy wspomnieć, że w wiosce Leszczyny, w której "Szary" zaplanował postój, stanęła jednostka Armii Czerwonej. Na szczęście zdezorientowani, po trochu jeszcze pijani i zaspani sowieci (był wczesny ranek) przepuścili kolumnę wycofujących się po akcji w Kielcach partyzantów i uwolnionych  więźniów.

AMNESTIA W RADOMIU. 9 WRZEŚNIA 1945 ROKU

Co oczywiste, udany atak oddziałów podziemia na więzienie kieleckie wprawił komunistów we wściekłość i osłupienie. Mogłoby się wydawać, że podobna akcja w tym regionie kraju nie będzie miała szans powodzenia. Tymczasem również więzienie w  nieodległym od Kielc Radomiu, zresztą jak i wszystkie inne więzienia na terenie Polski, było wówczas  zapełnione naszymi rodakami, których partia komunistyczna uznała za swych przeciwników. Z zachowanych wspomnień więźniów radomskiego więzienia wynika, że wieści o akcji w Kielcach lotem błyskawicy dotarły do Radomia i szybko przeniknęły za mury tamtejszego więzienia. Osadzeni w nim nasi rodacy, po tym jak dowiedzieli się amnestii w Kielcach, żyli nadzieją, że i oni  nie zostaną przez partyzantów zapomniani. Problemem było, bagatela, ok. 3.000 żołnierzy różnych formacji reżimowych stacjonujących wówczas w Radomiu. Pomimo tego, marzenia więźniów radomskiego więzienia o wolności szybko stały się rzeczywistością. Amnestia w Radomiu miała miejsce 9 września 1945 r., za sprawą 150 żołnierzy dowodzonych przez "Harnasia".

Wrzesień 1945, Lasy Skaryszewskie. Por. Stefan Bembiński "Harnaś" przed akcją rozbicia więzienia w Radomiu.

Atak na więzienie w Radomiu nastąpił tuż po zmierzchu. Także w tej akcji, tak jak podczas uderzenia na więzienie kieleckie, powodzenie operacji w dużej mierze zależało od determinacji i sprawności działania grupy szturmowej. W jej skład weszło kilkunastu partyzantów, w tym większość mających na swoim koncie udział w akcji kieleckiej. Jednym z żołnierzy grupy szturmowej mającej za zadanie opanowanie terenu więzienia w Radomiu był "Orion". I jak sierpniowej nocy w Kielcach, szturmowcy nie zawiedli także w Radomiu. W wyniku trwającej kilkadziesiąt minut akcji uwolniono blisko 300 więźniów. I choć nie dotyczy to bezpośrednio bohatera niniejszego tekstu, "Oriona", należy wspomnieć, że podczas akcji w Radomiu bardzo ważne i trudne zadanie przypadło w udziale także jednej z grup osłonowych. Jej rolą było zaatakowanie i  zneutralizowanie obsady posterunku MO znajdującego się w bezpośredniej bliskości więzienia. Posterunku tego strzegła załoga betonowego bunkra usytuowanego obok wejścia na posterunek, a dodatkowo posterunek znajdował się w polu rażenia z wieżyczki więzienia. To właśnie podczas ataku na ten punkt komunistycznego oporu padli, trafieni od strony bunkra, Feliks Kaczmarczyk "Słowik" i Aleksander Kędzierski "Józio". "Józio" dostał  kilka kul w pierś, "Słowik" otrzymał serię w brzuch. Obaj żołnierze, śmiertelnie ranni, zostali, jak Aleksy Dawidowski "Alek" podczas Akcji pod Arsenałem, zabrani przez kolegów z pola walki. Skonali podczas odwrotu z Radomia. Sukces ataku na więzienie w Radomiu został okupiony dodatkowo śmiercią Jana Chrząstowskiego, członka konspiracji radomskiej, który zginął w końcowej fazie akcji w pobliżu więzienia. Kilku innych podkomendnych "Harnasia" odniosło rany. Taka była cena za wolność blisko 300 naszych rodaków, uwolnionych z więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.

W AKCJI POD ARSENAŁEM, W ATAKU NA WIĘZIENIE W KIELCACH I RADOMIU.
DYGRESJA Z OKAZJI DNIA ZADUSZNEGO


Nie bez przyczyny w opis partyzanckich działań amnestyjnych w Kielcach i Radomiu wplotłem odwołania do słynnej Akcji pod Arsenałem. Cel tych trzech uderzeń polskiego podziemia niepodległościowego był przecież rodzajowo tożsamy. Tak pod Arsenałem, jak w Kielcach i Radomiu stawką było uwolnienie rodaków więzionych i torturowanych przez ciemiężycieli  naszej wolności. Zatem i krew przelana przez uczestników tych akcji powinna  być tak samo droga nam wszystkim, którzy miłujemy wolność i szanujemy tych, którzy dali za nią życie. Dlatego obok znanych Wam, szanowni czytelnicy, bohaterów spod Arsenału: Aleksego Dawidowskiego "Alka", Tadeusza Krzyżewicza "Buzdygana" i Huberta Lenka "Huberta", którzy życiem zapłacili za wyrwanie "Rudego" z rąk nazistowskich oprawców,  wspomnijmy także tych nieznanych albo bardzo mało znanych bohaterów, którzy padli w akcji uwolnienia więźniów komunistycznego reżimu z więzienia  odpowiednio w Kielcach  i Radomiu:
  • Tadeusza Łęckiego "Krogulca", poległego od kul sowieckich żołnierzy podczas akcji rozbicia więzienia w Kielcach z 4/5 sierpnia 1945 r.;
  • Niespełna dwudziestoletniego Aleksandra Kędzierskiego "Józia", śmiertelnie rannego podczas akcji rozbicia więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.;
  • Feliksa Kaczmarczyka "Słowika", ojca czwórki dzieci, śmiertelnie rannego podczas akcji rozbicia więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.;
  • Jana Chrząstowskiego, dwudziestolatka z konspiracji radomskiej, poległego podczas akcji rozbicia więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.
KTO ŻYCIE KŁADZIE ZA PRZYJACIÓŁ SWOICH

Czas pokazał, niestety, że jedynymi prawdziwymi amnestiami w okresie drugiej połowy lat czterdziestych ubiegłego stulecia były amnestie "zarządzone" ku wściekłości komunistów przez żołnierzy podziemia niepodległościowego, takie jak amnestia z sierpnia 1945 r. w Kielcach i  września 1945 r. w Radomiu. Wartość tych akcji, nie wojskową, ale czysto ludzką, nakazującą szacunek dla tych, którzy zdecydowali się wtedy pójść do ataku  na więzienie w Kielcach lub Radomiu, aby przywrócić wolność więzionym rodakom, chyba najlepiej oddaje umieszczony na zawieszonej na murze byłego więzienia w Kielcach tablicy upamiętniającej akcję kielecką  fragment ewangelii św. Jana: Większej miłości nie ma nad tę, gdy kto życie kładzie za przyjaciół swoich.

Tablica pamiątkowa na byłym więzieniu w Kielcach.

W AKCJI NA KOZIENICE, W ZWYCIĘSKIEJ WALCE Z SOWIETAMI. 15 CZERWCA 1946 r.

Wróćmy jednak do historii  bruneta ze zdjęcia. Śledząc jego losy, przenieśmy się do połowy 1946 r. Przypominam, że z tego właśnie okresu pochodzi fotografia, której opis otwiera niniejszy tekst. Wtedy też miała miejsce kolejna  akcja  z  jego udziałem, której stawką była wolność naszych rodaków. I to "Orion", już jako kierujący pionem zbrojnym wzmiankowanego na początku tekstu Związku Zbrojnej Konspiracji (ZZK), był jej dowódcą. Tym razem celem  ataku partyzantów był areszt Urzędu Bezpieczeństwa w Kozienicach. Termin wykonania uderzenia na to miejsce kaźni został ustalony na 15 czerwca 1946 r. Wybrane do akcji oddziały partyzanckie ZZK pod ogólną komendą "Oriona", liczące łącznie około 130 żołnierzy, rozpoczęły realizację tej śmiałej operacji bojowej od zorganizowania na drodze Radom - Puławy, w okolicach  leżącej około 8 km na zachód od Zwolenia wsi Podgóra, zasadzki w celu zdobycia samochodów wojskowych, na których partyzanci zamierzali wjechać do Kozienic. W szybkim czasie w rejonie  obstawionym przez partyzantów "Oriona" pojawiła się licząca co najmniej kilkanaście pojazdów kolumna sowieckich samochodów wojskowych. Doszło do gwałtownego starcia, w wyniku którego zginęło bądź odniosło rany prawdopodobnie kilkunastu czerwonoarmistów, zaś wszystkie samochody  sowieckiej kolumny znalazły się w rękach partyzantów.

Pierwsza połowa 1946 r. Od lewej: Władysław (Włodzimierz) Kozłowski "Orion", Jerzy Tyralski "Boruta" (w czerwcu 1946 r. poległ w bitwie z UB-KBW pod miejscowością Odechów gm. Skaryszew).

Pomimo stoczonej walki, w istotny sposób minimalizującej szanse na wykorzystanie elementu zaskoczenia w najważniejszej fazie operacji, czyli podczas bezpośredniego ataku na areszt Urzędu  Bezpieczeństwa w Kozienicach, "Orion" podjął decyzję o kontynuowaniu akcji. Spośród  zdobytych samochodów wybrano dziewięć nieuszkodzonych w walce, pozostałe maszyny zniszczono. Następnie żołnierze ZZK  załadowali się na  wyselekcjonowane  do dalszego użytku  samochody,  na których  zgodnie  z  początkowym planem operacji ruszyli  przez Zwoleń do Kozienic. W  Zwoleniu  partyzanci czasowo rozdzielili się na dwie grupy. Cztery pojazdy, dla opanowania miejscowego posterunku MO i Urzędu Pocztowego, zatrzymały się na krótki postój, zaś pozostała część partyzanckiego zgrupowania, ulokowana na pięciu ciężarówkach, wolnym tempem skierowała się do Kozienic. Działania przeprowadzone przez partyzantów w Zwoleniu były obliczone na zerwanie łączności telefonicznej, aby informacja o walce pod wsią Podgóra lub przejeździe kolumny samochodów wojskowych przez Zwoleń nie dotarła do Kozienic przed rozpoczęciem ataku na siedzibę tamtejszej bezpieki. Wykonano je sprawnie i bez strat, po czym  partyzanci operujący w Zwoleniu natychmiast załadowali się na samochody i ruszyli  w ślad  za pozostałą częścią zgrupowania.

Dawna siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kozienicach przy ul. Kochanowskiego 6.

Ta zaś, w okolicach wsi Strykowice Górne, leżącej kilka kilometrów od Zwolenia, natknęła się na kilkudziesięcioosobową jednostkę żołnierzy Armii Czerwonej. Sowieci  jako pierwsi zaatakowali partyzancką kolumnę, uzyskując dzięki temu inicjatywę  w początkowej  fazie starcia. Pomimo silnego ognia prowadzonego przez wroga, partyzanci błyskawicznie zeskoczyli z samochodów, zapadli w przydrożnym rowie i natychmiast zorganizowali obronę. To uratowało ich od masakry. Wkrótce, nadal  pod silnym sowieckim ostrzałem, rozpoczęli odwrót w kierunku zachodnim, w stronę południowego skraju Puszczy Kozienickiej. W czasie, gdy uwikłana w walkę część zgrupowania partyzanckiego cofała  się pod naporem sowietów, pozostałe jego siły – te, którym przyszło zatrzymać się na kilka minut w Zwoleniu - dotarły w rejon boju. Wchodzący do akcji żołnierze ZZK szybko zajęli stanowiska bojowe na skraju Puszczy Kozienickiej, dokąd pod naporem sowietów wycofywali się ich koledzy. Pod zbawczą dla cofających się partyzantów osłoną puszczańskich drzew doszło do połączenia sił zgrupowania, co żołnierzom "Oriona" pozwoliło odeprzeć sunący od strony szosy sowiecki atak i przejść do natychmiastowego kontruderzenia. Sytuacja na polu walki zmieniła się diametralnie. Sowieci, którzy do tego momentu byli panami placu boju, w jednej chwili znaleźli się w rozpaczliwym położeniu. Pod silnym ogniem partyzantów zaczęli odwrót w kierunku szosy. W tej fazie starcia padło ich co najmniej kilkunastu. Tak oto szala zwycięstwa w opisywanym boju przechyliła się na stronę partyzantów, którzy po walce zapadli w lasach Puszczy Kozienickiej. Straty sowieckie poniesione w dniu 15 czerwca 1946 r. w starciach z żołnierzami ZZK należy szacować na ponad trzydziestu zabitych i kilkunastu rannych. Wypada podkreślić, że walki stoczone tego dnia przez partyzantów "Oriona" były jednymi z ostatnich starć polskiego podziemia antykomunistycznego z jednostkami sowieckimi. Zwycięstwo nad sowietami w walce 15 czerwca 1946 r. zostało okupione śmiercią siedmiu partyzantów ZZK. Zginęli: Sylwester Rokita "Czarny", Tadeusz Krawczyk "Witold", Władysław Skrzypek "Groźny", Tadeusz Nowakowski "Zając", Jan Prygier "Gołąb", NN "Burza" i NN.

Sowieci, jak to sowieci, w zemście za porażkę na placu boju spalili  w okolicznych miejscowościach co najmniej 28 domów i zabudowań gospodarczych. Ich odwet spadł na Zwoleń, w którym spalono dziesięć domów, a także na  wsie Jedlanka, Karczówka i Kysocha.

"ORION" - POŚREDNIK WOLNOŚCI - JESZCZE RAZ W AKCJI

24 lipca 1946 r. Orion dowodził akcją odbicia ośmiu aresztowanych konspiratorów, przewożonych pod nadzorem strażników więziennych pociągiem z Radomia do Lublina. Pociąg zatrzymano na stacji Jedlnia –Letnisko. Po krótkiej walce z eskortą, w wyniku której zginął jeden strażnik i  prawdopodobnie jeden z aresztowanych, pociąg został opanowany przez partyzantów, a więźniowie odzyskali wolność.

POCZĄTEK KOŃCA

Dwa dni później na ZZK spadł ciężki cios. W następstwie zdrady jednego z partyzantów, funkcjonariusze UB aresztowali komendanta organizacji - mjr. Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka". To zdarzenie było początkiem końca ZZK.

Mjr Franciszek Jaskulski "Zagończyk"

Aresztowany "Zagończyk" przyjął wysuniętą przez UB propozycję podjęcia negocjacji na temat ujawnienia żołnierzy ZZK, w zamian za uwolnienie jego osoby i innych członków ZZK przebywających w więzieniach oraz za amnestię dla  tych, którzy zdecydują się ujawnić. Jak można sądzić, rozgrywka operacyjna z kierownictwem ZZK była dla komunistów poligonem doświadczalnym przed podobną operacją, tyle że  w skali makro, tj. przed "amnestią" zaplanowaną na okres po "wyborach" do Sejmu z 1947 r. Jak powszechnie wiadomo, "wybory" te zostały przez komunistów sfałszowane, a ogłoszona zaraz po nich, 22 lutego 1947 r., "amnestia" okazała się bardzo dużym sukcesem w walce z podziemiem, dała bowiem efekt w postaci ujawnienia się kilkudziesięciu tysięcy konspiratorów i położyła kres zjawisku masowego oporu. W rozprawie z ZZK działaniami strony komunistycznej kierował mjr Jan Tataj, jeden z najbardziej błyskotliwych ubowców zajmujących się zwalczaniem podziemia antykomunistycznego.

Major Jan Tataj - szef WUBP w Kielcach od 15 lipca 1946 r. do stycznia 1947 r.

W toku "negocjacji" doszło do kilkakrotnych spotkań między nim, a pozostającymi na wolności członkami kierownictwa ZZK. W rozmowach tych brał udział również "Orion". Jedno z takich spotkań miało miejsce w Kielcach. Uczestniczącym w nim reprezentantom ZZK umożliwiono kontakt z przebywającym w miejscowym areszcie UB "Zagończykiem", który wobec swych podkomendnych potwierdził wolę prowadzenia rozmów o ujawnieniu organizacji. Nie ma wątpliwości, że to jego  postawa zadecydowała o dalszym rozwoju sytuacji. Na przełomie sierpnia i września 1946 r. osiągnięto porozumienie w sprawie warunków zakończenia działalności przez ZZK. W dniu 6 września 1946 r. rozpoczęło się ujawnianie dowodzonych przez "Oriona" oddziałów zbrojnych tej organizacji. W okresie kilku najbliższych tygodni ujawniło się co najmniej 500 jej członków i współpracowników. Wśród ujawnionych był również  "Orion". Ponieważ proces ujawniania struktur ZZK był rozciągnięty w czasie, UB - dla utrzymania pozorów wykonywania ustaleń poczynionych z kierownictwem ZZK - w pierwszych dniach obowiązywania porozumienia zdecydowało o wypuszczeniu kilkunastu podkomendnych "Zagończyka". Kilkunastu innych, sądzonych we wrześniu 1946 r., otrzymało stosunkowo niskie wyroki, a wykonanie niektórych z nich zawieszono.

Taki stan rzeczy nie trwał, rzecz jasna, długo. Jak dzisiaj dobrze wiadomo, komuniści podeptali cały dorobek cywilizacji zachodniej, a zasadę pacta sunt servanda zszargali ze szczególną gorliwością. Porozumienia jakie zawarli w całej historii  swych rządów, niezależnie od szerokości geograficznej, były jedynie elementem przejściowej taktyki obliczonej na osiągnięcie celu wyznaczonego przez partię. Zaś celem w tym przypadku była rozprawa z podziemiem, a dokładnie z ZZK. Nie  powinno  zatem nikogo  dziwić, że "Zagończyk" nie tylko nie odzyskał wolności, ale  został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 19 lutego 1947 r., na dwa dni przed ogłoszeniem "amnestii".

BEZ GROBU, RACZEJ BEZ NASZEJ PAMIĘCI  I Z POMYLONYM PRZEZE MNIE IMIENIEM NA POMNIKU

Nie powinno także nikogo dziwić, że  na przełomie 1946/1947 r. aresztowanych zostało wielu członków ZZK a kilku innych, w tym "Orion", zostało zamordowanych przez komunistów w początkach 1947 r., w nieznanych do dzisiaj okolicznościach. Nie znamy także miejsca pogrzebania zwłok "Oriona". Jakby nigdy nie istniał. Bo komuniści  osobom takim jak on odmówili nawet prawa do godnego pochówku. Prawa, które jest usankcjonowane całą historią ludzkiej cywilizacji. Czy raczej było, zanim  barbarzyńcy spod znaku sierpa i młota prawo to podeptali. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, nie tylko miejsce pochówku "Oriona" pozostaje nieznane, ale - co gorsza - nieznana pozostaje także jego postać. A przecież bez wątpienia był jednym z najdzielniejszych żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego z okresu 1945-1946 roku.

WŁODZIMIERZ KOZŁOWSKI ps. "ORION"

Po prawdzie, w sprawie przywrócenia społecznej pamięci o postaci "Oriona" mam sobie wiele do zarzucenia. Dziesięć lat temu, prawie dokładnie w 55. rocznicę zwycięskiej walki partyzantów ZZK z sowietami pod Zwoleniem, staraniem Fundacji "Pamiętamy" stanął w Radomiu pomnik upamiętniający poległych i pomordowanych w walce z komunistami żołnierzy ZZK. W godziwej formie z brązu wymienione są na nim personalia i pseudonimy  najważniejszych żołnierzy tej zbrojnej struktury konspiracyjnej. Pośród  nich jest oczywiście "Orion". Tyle że, w skutek mojego błędu, został on na pomniku uwieczniony jako Władysław Kozłowski. A powinno być przecież Włodzimierz. Włodzimierz Kozłowski "Orion".

Pomnik w hołdzie żołnierzom ze zgrupowania Związku Zbrojnej Konspiracji mjr. Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka" odsłonięty 10 czerwca 2001 r. w Radomiu, dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".

To jego pamięci dedykuję ten tekst. Niech będzie formą zgrzebnych przeprosin za tę fatalną pomyłkę w imieniu na cokole pomnika. Pocieszam się jednak, bo nic innego w tej sprawie mi nie zostało, że za sprawą tego błędu pamięć o "Orionie" przechowam do końca moich dni. Jestem mu to winien. A może, po lekturze tego tekstu, również ktoś z Państwa, szanowni czytelnicy, zechce zabrać w swą dalszą drogę choćby refleks pamięci o tym dzielnym człowieku, o zamyślonym brunecie z opisanego przeze mnie zdjęcia zrobionego gdzieś w połowie 1946 roku...


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.

sobota, 19 listopada 2011
"Kochanemu Bratu...", czyli rzecz o realności świata
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć - autor strony]

"KOCHANEMU BRATU...", CZYLI  RZECZ O REALNOŚCI ŚWIATA

[…] jak trudno ustalić imiona wszystkich tych
co zginęli w walce z władzą nieludzką [...]
jesteśmy mimo wszystko stróżami naszych braci
niewiedza o zaginionych podważa realność świata [...]
Zbigniew Herbert,  "Pan Cogito o  potrzebie ścisłości"

Nie dajcie zwieść się pozorom, szanowni czytelnicy. To nie jest tekst historyczny, to jest opowieść o  niektórych ogniwach długiego łańcucha zdarzeń, który spowodował, że pewna mieszkanka Grodna na Białorusi, jeżeli założyć, że wrażliwość tej kobiety bliska jest intuicji wyrażonej przez Herberta we fragmencie wiersza przyjętym jako motto tego tekstu, niedawno zyskała znacznie większe przekonanie, co do realności świata niż to, które było jej udziałem przez z górą sześćdziesiąt lat. Początkiem tej historii niech będzie przypomnienie epizodu z  walk partyzantki antykomunistycznej na Podlasiu.

ŁUNA NAD KIEŁPIŃCEM

17 lutego 1947 r. w leżących na kolonii nadbużańskiej wsi Kiełpiniec zabudowaniach należących do Franciszka Goworka dopełnił się los czterech partyzantów dowodzonej przez kpt. Władysława Łukasiuka  "Młota" 6 Brygady Wileńskiej AK. Zginęli wówczas: dowódca 3 szwadronu 6 Brygady st. sierż. Józef Babicz "Żwirko", kpr. Franciszek Januszkiewicz "Zbieg", szer. Jan Małyszko "Grom" oraz szer. N.N. "Serdeczny".

St. sierż. Józef Babicz ps. "Żwirko", poległ w walce z KBW pod Kiełpińcem nad Bugiem 17 lutego 1947 r.

Początkiem splotu okoliczności, który zakończył się śmiercią tych czterech partyzantów był donos sołtysa Seroczyna, który w nocy z 16/17 lutego 1947 r. powiadomił jednostkę KBW stacjonującą w Sterdyni, że przez jego wioskę przechodzili członkowie bandy leśnej. Obywatelskie doniesienie sołtysa spowodowało, że w pościg za patrolem "Żwirki" wyruszyła dwudziestopięcioosobowa grupa żołnierzy KBW. W tym samym czasie partyzanci, nieświadomi nadciągającego niebezpieczeństwa, dotarli do położonego ok. 8 km od Sterdyni  Kiełpińca  i postanowili  tam odpocząć. Była sroga  zima. Podczas ostatnich godzin marszu grupy "Żwirki" padał gęsty śnieg, który, jak wiadomo z wiersza Herberta "Odpowiedź", ma moc głuszenia kroków, a dodatkowo jeszcze zaciera ślady. Aura była zatem dla leśnych sprzyjająca. Przy tym nic nie wskazywało na bliskie zagrożenie ze strony sił reżimu. W takich warunkach Kiełpiniec - wioska schowana pośród nadbużańskich lasów i otoczona  wówczas bezbrzeżnym morzem śniegu - musiał jawić się utrudzonym wielokilometrowym marszem partyzantom jako bezpieczna przystań. Do dzisiaj nie wiadomo, i zapewne tak pozostanie, co spowodowało, że grupa pościgowa dotarła do gospodarstwa, które patrol "Żwirki" wybrał na miejsce postoju. Możliwe, że stało się tak  za sprawą kolejnego donosu, ale niewykluczone, że żołnierze KBW zwyczajnie zgubili  w śniegu drogę. Po prawdzie nie ma to już teraz większego znaczenia, jeżeli w ogóle ma jakiekolwiek.

Por. Władysław Łukasiuk "Młot" i st. sierż. Józef Babicz "Żwirko". Podlasie, 1946 r.

Drużyna st. sierż. Józefa Babicza "Żwirki" (siedzi pierwszy z prawej w górnym rzędzie). Podlasie, lato 1946 r.

Wiadomo natomiast, co wydarzyło się, kiedy grupa pościgowa  zlokalizowała miejsce pobytu partyzantów. Zabudowania rodziny Goworków  natychmiast zostały okrążone przez żołnierzy KBW. Widząc to, ich mieszkańcy wybiegli na podwórze, dzięki czemu uratowali życie. Natomiast partyzanci pozostali wewnątrz budynku i stamtąd podjęli desperacką obronę. Po krótkiej wymianie ognia  dowódca grupy KBW wezwał ich do poddania, krzycząc że są otoczeni i nie mają możliwości ucieczki. Bez wątpienia miał rację, co do szans partyzantów na wyrwanie się z okrążenia, a dokładnie co do ich braku. Nie doczekał się jednak ze strony leśnych pozytywnej odpowiedzi, członkowie patrolu "Żwirki" nie mieli  zamiaru się poddać. Wtedy, na rozkaz dowódcy grupy KBW, w strzechę domostwa, w którym bronili się partyzanci, została wystrzelona rakieta zapalająca. Wkrótce cały budynek stanął w płomieniach. Pomimo to patrol "Żwirki" nie przerwał walki, aż do samego końca. Dwóch jego członków spłonęło w podpalonych przez KBW zabudowaniach. Jak wynika z raportu sporządzonego przez zastępcę Grupy Operacyjnej Sokołów KBW kpt. Wilczka spłonęli niemal doszczętnie, tak że pozostało po nich trochę stopionego tłuszczu i kości.
Ich dwaj towarzysze broni i niedoli zdołali, pomimo ostrzału ze strony żołnierzy KBW, wydostać się z płonącego budynku na podwórze. Jeden z nich zginął po przebiegnięciu ok. 100 metrów. Nieco dalej dobiegł "Żwirko". Poległ jakieś 150 metrów od zabudowań. Nie wiemy, którzy partyzanci bronili się do końca w budynku, a który padł wraz ze "Żwirką" w pozbawionym szans powodzenia, ostatnim zrywie ku wolności. W każdym razie żaden z nich nie skorzystał z możliwości oddania się w ręce wroga. Wybrali śmierć w walce. Pozostali wolnymi aż do samego kresu, do absolutnej granicy ludzkiego poznania, za którą zaczyna się wielka niewiadoma.

6 Brygada Wileńska AK na zbiórce. Podlasie, okolice Mężenina. 20 kwietnia 1946 r.

Wiadomo natomiast, że wtedy w Kiełpińcu poległ jeden z najdzielniejszych partyzantów oddziałów  "Łupaszki" i "Młota", bo za takiego należy bez wątpienia uznać "Żwirkę". Ten młody wiekiem żołnierz (miał 21 lat, gdy zginął) swój szlak partyzancki rozpoczął w lutym 1944 r. na Wileńszczyźnie w szeregach  5 Brygady Wileńskiej AK. Brał udział w kilkudziesięciu akcjach zbrojnych, był uczestnikiem kilku dużych bitew partyzanckich zarówno z Niemcami jak i Sowietami. Osoby zainteresowane poznaniem karty bojowej Żwirki lub  dalszymi szczegółami przypomnianych w niniejszym tekście wydarzeń z 17 lutego 1947 r. w Kiełpińcu serdecznie zapraszam do odwiedzenia strony internetowej Fundacji "Pamiętamy", na której, w zakładce "Nasze publikacje", można zapoznać się z poświęconym ostatniej walce patrolu "Żwirki" opracowaniem Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, Z walk oddziałów kpt. Młota 6 Brygady Wileńskiej AK na Podlasiu.

[kliknij w okładkę aby pobrać w PDF]

BRAT

W listopadzie 2005 roku, staraniem Fundacji "Pamiętamy", w Kiełpińcu stanął pomnik upamiętniający poległych tam 17 lutego 1947 r. żołnierzy 6 Brygady Wileńskiej AK.

2 szwadron 6 Brygady Wileńskiej AK. Podlasie, 1947 r. Dowódca szwadronu Walerian Nowacki "Bartosz" zginął 3 VII 1948 r. w walce z KBW.

Pośród uczestników uroczystości odsłonięcia i poświęcenia pomnika zabrakło, niestety, członków rodzin upamiętnionych nim partyzantów. "Żwirko" pochodził z Wileńszczyzny, z  wioski Izar. Nie wiedzieliśmy wtedy, i nadal nie wiemy, czy żyje ktoś z jego bliskich. Na odnalezienie rodziny "Serdecznego"  z oczywistych powodów nie mieliśmy żadnych szans. Pozostaje on żołnierzem nieznanym, mogliśmy tylko objąć go serdeczną pamięcią, na jaką zasługuje każdy członek naszej wspólnoty narodowej, który zginął za wolność. O "Gromie" wiedzieliśmy tyle, że pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Podlascy przyjaciele Fundacji "Pamiętamy" dość szybko ustalili, że rodzina Małyszków wyprowadziła się z Sokołowa jeszcze w drugiej połowie lat czterdziestych ubiegłego stulecia oraz że "Grom" miał brata, który zamieszkał potem w Łodzi. Niestety, na tym trop się urywał. Pomimo tego niesamowitym wręcz zrządzeniem losu udało się nam odnaleźć brata "Groma", Pana Zbigniewa Małyszko. Wprawdzie za względu na stan zdrowia nie mógł on wziąć udziału w uroczystości w Kiełpińcu, ale  mogliśmy przekazać mu wiadomość, że pamięć o jego bracie, Janie, nie tylko nie zaginęła, ale uzyskała formę trwałą. Wkrótce po ceremonii odsłonięcia pomnika nasza satysfakcja z odnalezienia brata "Groma" przez chwilę zmieszała się ze wzruszeniem. Stało się  tak, gdy na łamach wychodzącej wówczas w Sokołowie Podlaskim "Gazety Powiatowej" [nr 3/2006 (409)] przeczytaliśmy list Pana Zbigniewa Małyszko, w którym napisał:

Czytając wielokrotnie relację z uroczystości w Kiełpińcu musiałem uważać by własnymi łzami nie zmoczyć tekstu. W moim bardzo już długim, 83 letnim życiu nie było tylu wzruszeń naraz. Groza tragedii, dramat, żal, smutek, złość, że coś takiego mogło się stać [...]. Wreszcie duma i satysfakcja z postawy patriotycznej, z heroizmu i determinacji, że walczył do ostatniego tchnienia dla Ojczyzny ocalenia, że zginął śmiercią bohatera - Mój Brat !

A kiedy dowiedzieliśmy się, że wiosną roku 2006 brat "Groma" wyprawił się z Łodzi do Kiełpińca, gdzie modlił się przy pomniku - symbolicznej mogile  swego brata i jego trzech towarzyszy broni -  uznaliśmy, że w tej sprawie, jeśli chodzi o odnalezienie rodzin żołnierzy oddziału "Młota" poległych w lutowy dzień 1947 r. w Kiełpińcu, nic nowego już się nie przydarzy. Tym bardziej, że nasze próby dotarcia do bliskich Franciszka Januszkiewicza "Zbiega", podjęte jeszcze przed uroczystością odsłonięcia pomnika, zakończyły się niepowodzeniem.

Pomnik w Kiełpińcu odsłonięty staraniem Fundacji "Pamiętamy" w 2005 r.

PAMIĘCI ŻOŁNIERZY
3 SZWADRONU 6 WILEŃSKIEJ BRYGADY AK
KPT. WŁADYSŁAWA ŁUKASIUKA "MŁOTA"

ST. SIERŻ. JÓZEFA BABICZA "ŻWIRKI"
KPR. FRANCISZKA JANUSZKIEWICZA "ZBIEGA"
SZER. JANA MAŁYSZKO "GROMA"
SZER. NN "SERDECZNEGO"

POLEGŁYCH 17 II 1947 R. W KIEŁPIŃCU
W WALCE Z KOMUNISTAMI
ZA NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI, WIARĘ KATOLICKĄ
I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA

Odsłonięcie pomnika w Kiełpińcu w 2005 r.

SIOSTRA

"Zbieg" był dezerterem z LWP, przed wstąpieniem w szeregi 6 Brygady Wileńskiej AK czasowo mieszkał w Białymstoku. Udało się nam nawet ustalić adres, pod którym przebywał w tym mieście. Nie pamiętam kto  z  kręgu  Fundacji "Pamiętamy" wyprawił się wtedy do Białegostoku na poszukiwanie bliskich Zbiega. W każdym razie nic to nie dało. Na miejscu nikt nie kojarzył nazwiska Januszkiewicz. Więcej nie mogliśmy nic zrobić. Wydawało się, że jak w przypadku "Żwirki" i "Serdecznego", także bliscy Zbiega nie dowiedzą się o upamiętnieniu  w Kiełpińcu. Stało się jednak inaczej.

6. Brygada Wileńska AK w czasie świąt wielkanocnych, kolonia Figały pod Mężeninem, kwiecień 1946 r.

Ponad trzy lata po uroczystości odsłonięcia pomnika poległych partyzantów z patrolu "Żwirki" Kazimierz Krajewski, wybitny znawca dziejów podziemia niepodległościowego, historyk z IPN-u a także merytoryczna podpora Fundacji „Pamiętamy”, jeden z najważniejszych organizatorów uroczystości w Kiełpińcu, wyprawił się służbowo do Grodna. To położone nad Niemnem miasto było w okresie okupacji niemieckiej jednym z najważniejszym na wschód od linii Curzona ognisk polskiej konspiracji  niepodległościowej. Także później, już podczas okupacji sowieckiej, działała tam polska partyzantka. Ostatnie jej grupy, wierne Rzeczypospolitej i złożonej przysiędze, trwające do końca na straconych posterunkach za jałtańską granicą, zostały wybite przez Sowietów dopiero w 1950 roku. Nawiasem mówiąc, najwyższy czas upamiętnić tych naszych rodaków, którzy zdecydowali się pozostać za kordonem  i tam padli w walce z Sowietami. To przecież są setki ludzi. Tymczasem, oceniając rzecz z dzisiejszej perspektywy, nie można o nich powiedzieć nawet, że to Żołnierze Wyklęci; to żołnierze kompletnie zapomniani. Może kiedyś...

Kazimierz Krajewski, wybitny znawca dziejów podziemia niepodległościowego, historyk IPN a także merytoryczna podpora Fundacji „Pamiętamy”.

Jak wiadomo, w Grodnie i jego okolicach nadal żyje wielu Polaków. To z myślą o nich IPN, jeszcze  pod kierownictwem śp. Janusza Kurtyki, podjął  szereg cennych inicjatyw. Pracownicy warszawskiego oddziału tej instytucji wielokrotnie jeździli na Białoruś, w tym także do Grodna, z prelekcjami i wystawami przypominającymi m.in. historię Armii Krajowej na tamtych terenach. Jedna z głównych ról w tych działaniach przypadła Kazimierzowi Krajewskiemu. Podczas wspomnianego  wyjazdu do Grodna wygłosił  on w tym mieście wykład na temat dziejów Armii Krajowej na Grodzieńszczyźnie. Po prelekcji podeszła do niego starsza  kobieta. Zgodnie z jego relacją rozmowa  miała, mniej więcej, następujący przebieg:
  • Mój brat, proszę Pana, to walczył w Armii Krajowej na tych terenach. Jak potem przyszły ruskie, to jego wzięli siłą do Berlinga. To było gdzieś w końcu lata 1944 roku. Po tym już brata więcej nie widziałam. Wiem tyle, że później to on od tego Berlinga uciekł i ponownie poszedł do partyzantki, gdzieś w okolicach Białegostoku. Nie wyszedł z tego żywy, tyle wiem i nic ponadto na temat jego losów. Może Pan mi pomoże coś więcej ustalić?
  • A jak, szanowna pani, nazywał się  pani brat i jaki miał pseudonim?
  • Pseudonimu to nie znam, a nazywał się Franek. Franek Januszkiewicz.
  • Taaak, myślę, że mogę pani pomóc. Otóż pani brat....
I tylko szkoda, że nie było przy tym Arka Gołębiewskiego z kamerą, bo przecież to temat nie na zgrzebny mój tekst, lecz na dobry film dokumentalny w stylu "Sny stracone, sny odzyskane". W każdym razie kobieta była w kompletnym szoku, gdy Kazimierz Krajewski z miejsca podał pseudonim, pod którym jej brat walczył w szeregach 6 Brygady Wileńskiej, pokrótce opowiedział jego partyzanckie dzieje, aż do tragicznego końca 17 lutego 1947 r. w Kiełpińcu, a także poinformował, że od 2005 roku stoi tam pomnik upamiętniający między innymi jej brata. W ten oto sposób, po ponad sześćdziesięciu latach od śmierci "Zbiega", jego siostra dowiedziała się gdzie i w jakich okolicznościach zginął, a także usłyszała, że jego ofiara nie została przez współczesnych w Ojczyźnie zapomniana. Nie dziwcie się więc, szanowni czytelnicy, że gdy Kazimierz Krajewski zrelacjonował mi swoje spotkanie z siostrą "Zbiega", coś ścisnęło mnie za gardło.

KOCHANEMU  BRATU  FRANKOWI...

Zrobiło się ckliwie, a to znak, że najwyższy czas kończyć ten tekst. Zamknę go wspomnieniem z tegorocznej wyprawy na Podlasie. Jest dobrą tradycją, że co najmniej raz w roku przedstawiciele środowiska skupionego wokół Fundacji "Pamiętamy" wyruszają, w różnym składzie osobowym, w tę piękną krainę, aby  sprawdzić aktualną kondycję wzniesionych tam, staraniem fundacji, pomników. Wyjazdy te są okazją do spotkań z naszymi podlaskimi przyjaciółmi, a także wyprawą w historię, którą dawno temu uznaliśmy za ważną, wartą ożywienia oraz przekazania następnym pokoleniom; zasługującą na przetrwanie w pamięci społecznej choćby z tego powodu, że bohaterowie tej historii nie pisali żadnych listów otwartych do partii komunistycznej, aby dla urzeczywistnienia dyktatury proletariatu to i owo zmienić, lecz do szczególnie szkodliwych członków tej partii strzelali. A czynili tak, walcząc o niepodległość Polski i broniąc prawa człowieka do wolnego życia na ziemi.

W tym roku pojechałem na Podlasie w towarzystwie moich dwóch dobrych kolegów: notariusza i adwokata. Pogoda  sprzyjała naszej wyprawie. Podlasie przywitało nas słońcem, które przecież tego lata, niezależnie od regionu kraju, nie wyglądało zza chmur zbyt często. Do Kiełpińca dotarliśmy w okolicach południa. U podnóża pomnika stało kilka wypalonych zniczy, leżały dwa wieńce. Dostawiliśmy i zapaliliśmy nasze lampki pamięci i pomodliliśmy się w ciszy za dusze poległych partyzantów z patrolu "Żwirki". Potem rozwinąłem szarfy wieńców; to moje przyzwyczajenie. Tłumaczę ten nawyk tym, że cieszy mnie każdy symbol pamięci pozostawiony przy pomnikach wzniesionych staraniem Fundacji "Pamiętamy". Bo przecież jednym z materialnych dowodów na istnienie wielkiej historycznej i kulturowej wspólnoty, do której przynależymy, a której na imię Polska, są znaki pamięci pokoleniowej pozostawione w miejscach upamiętniających krew naszych przodków przelaną za wolność. Dlatego sprawdzam rodowody takich znaków. Jeden z  dwóch wieńców  leżących wówczas u podnóża pomnika w Kiełpińcu został złożony przez  środowisko kombatanckie z Podlasia. Natomiast na szarfie drugiego wieńca, mocno już wyblakłej, z trudem odczytałem napis: KOCHANEMU BRATU FRANKOWI – SIOSTRA.... Dalsza  jego część  zawierała imię siostry "Zbiega". Jednak ten fragment był  nieczytelny, a może po prostu zatarł się w mojej pamięci.  Zresztą jakie to ma w tej chwili znaczenie?

Wtedy w Kiełpińcu z całą ostrością dotarło do mnie, jak niezwykły splot wielu zdarzeń - wielkich (np. upadek komunizmu w Polsce), drobnych (np. działania Fundacji "Pamiętamy" czy inicjatywy podjęte przez IPN z myślą o rodakach żyjących za wschodnią granicą) i nieprawdopodobnych (np. opisane wcześniej w tekście spotkanie w Grodnie) - spowodował, że siostrze "Zbiega" dane było odbyć pielgrzymkę z Białorusi do miejsca śmierci jej brata, że przy pomniku upamiętniającym ofiarę z życia, którą złożył na ołtarzu wolności mogła pozostawić wieniec, wyraz siostrzanej pamięci. I tylko nie pamiętam czy to przywołana przeze mnie refleksja, czy też po prostu chwila zapatrzenia w świecące nad Kiełpińcem słońce spowodowała, że do moich oczu na krótką chwilę napłynęły łzy.

Powiedzą jedni: wizyta siostry "Zbiega" w Kiełpińcu to proste następstwo rozmowy tej kobiety z Kazimierzem Krajewskim, zaś o ich spotkaniu w Grodnie zdecydował ślepy los, nic więcej. Inni, i do nich ja należę, uznają, że to wcale nie przypadek sprawił, że do wizyty tej doszło. Nie przesądzimy tu i teraz, która intuicja jest trafna. Rozstrzygnięcie leży poza granicą ludzkiego poznania; poza granicą, którą 17 lutego 1947 r. przekroczyli "Żwirko", "Grom", "Serdeczny" i "Zbieg".




Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.

piątek, 28 października 2011
Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim - część 1/2
O Jarząbku, Judaszu z Podlasia i przyniesionej pamięci - wywiad z Grzegorzem Wąsowskim z Fundacji "Pamiętamy"

Opublikowano: wpolityce.pl, 23 października 2011 r.

Rozmowa z Grzegorzem Wąsowskim - adwokatem,  który współkieruje pracami Fundacji  "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem  pamięci o żołnierzach polskiego  podziemia niepodległościowego z lat  1944- 1954.

Mec. Grzegorz Wąsowski, Prezes Zarządu Fundacji "Pamiętamy". W tle widać jeden z pomników Fundacji, poświęcony kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu ps. "Huzar" i jego żołnierzom, odsłonięty w Wysokiem Mazowieckiem w listopadzie 2007 r.

- Na III Festiwalu III Festiwal Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni wielkie wrażenie na publiczności zrobił - pokazany poza konkursem - film Arkadiusza Gołębiewskiego "Sny stracone, sny odzyskane". Opowiada historię rodziny Borychowskich z Borychowa - dzieci "bandytów", czyli żołnierzy niezłomnych zabitych przez UB. Dzieci Borychowskich zostały wysłane do domów dziecka, później zostały skazane na społeczna degradację i lata upokorzeń. Dopiero w latach 2000. - co pokazuje film - ci ludzie "odzyskali sny", czyli zdjęto z nich piętno, nadając należne miano bohaterów. Zrobili to konkretni ludzie - z kierowanej przez Pana Fundacji "Pamiętamy".

- Pozwoli Pan, że zacznę od krótkiej refleksji natury ogólnej. Otóż wspomniany przez Pana film Arka Gołębiewskiego jest wzorcowym wręcz przykładem, jak w sposób interesujący dla przeciętnego  widza  należy opowiadać o historii zmagań naszych, przywiązanych do sprawy wolności przodków z komunistami. Obraz ten pokazuje los bezbronnej polskiej rodziny, w tym dzieci, głęboko doświadczonej przez reżim komunistyczny. Jest w sumie suchym, pozbawionym zbędnych ozdobników, i przez to wstrząsającym, zapisem ludzkiego cierpienia. W wielu filmach dokumentalnych traktujących o tym wycinku naszych dziejów widz otrzymuje potężną porcję danych - nazwiska  i pseudonimy, stopnie wojskowe, straty osobowe, itd. Uważam, że taki sposób przekazu ani nie budzi, ani nie pogłębia wrażliwości historycznej widzów. Kwestię tę trafnie zobrazował Zbigniew Herbert w wierszu  Pan Cogito czyta gazetę. Wspomniał  w nim, prawidłowo rozpoznając „wrażliwość” masowego odbiorcy, o 120 poległych żołnierzach, którzy nie przemawiają do wyobraźni/ jest ich za dużo/ cyfra zero na końcu/ przemienia ich w abstrakcję. Film "Sny stracone, sny odzyskane" jest wolny od tego błędu. Dzięki temu oddziałuje na wrażliwość widzów i jako taki jest przydatny w żmudnym procesie odbudowy więzów wspólnotowych, zerwanych przez komunizm. Dlatego uznaję ten dokument za ważny. Moim zdaniem jednymi z najpotrzebniejszych działań  naszych czasów są starania o to, abyśmy przetrwali jako wspólnota ludzi szanujących wolność i wartości, które pozwalają wolność chronić i rozwijać, a także bronić jej, kiedy jest zagrożona. W tej wrażliwości mieści się oczywiście szacunek do ludzi, którzy w mroku nocy terroru komunistycznego, w czasie pełnego i niezwykle brutalnego triumfu systemu komunistycznego, który w całych dotychczasowych dziejach ludzkości był największym i najgroźniejszym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze, bronili prawa człowieka do wolnego życia na ziemi i  w obronie tego prawa ginęli czy cierpieli. Dotyczy to przede wszystkim uczestników walki czynnej, jak i  ludzi pełniących rolę  zaplecza terenowego partyzantki, bez którego ci zbrojni nie mogliby przecież działać. Ludzi takich jak Marian i Czesława Borychowscy.

Pomnik w Borychowie wybudowany dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".

- Jednak film "Sny stracone, sny odzyskane" kariery telewizyjnej raczej nie zrobił...

- Gdyby TVP S.A. była  rzeczywiście poważnie zainteresowana realizacją misji, jaka  zgodnie z porządkiem prawnym jest jej udziałem, to film "Sny stracone, sny odzyskane" zostałby wyemitowany w bardzo dobrej porze oglądalności w programie pierwszym albo drugim. Ale w mojej opinii nie jest. I dlatego film ten mogli obejrzeć widzowie elitarnego, jeżeli oceniać po wskaźnikach oglądalności, kanału TVP Historia i tzw. nocne marki - o ile wiem film został wyemitowany  nie tylko w TVP Historia, ale także w programie drugim TVP, tyle że gdzieś w okolicach północy. W konsekwencji wyobrażenie całkiem dużego kontyngentu młodzieży, czyli ludzi pozbawionych istotnych doświadczeń własnych z czasów PRL-u, na temat okresu komunistycznego zniewolenia kształtują duże współczesne produkcje fabularne "Różyczka" czy "Rewers". Silnie zarysowany w obu tych filmach motyw bezlitosnego wykorzystywania przez funkcjonariuszy tajnych służb komunistycznych uwiedzionych przez nich kobiet  zapewne nasuwa  widzom smutny wniosek, że niektóre niegodziwe metody tajnych policji są ponadczasowe. A to z kolei skłania wielu młodych ludzi, często  przekonanych o tym, że była posłanka Platformy Obywatelskiej Beata Sawicka padła ofiarą żigolaków z CBA, żeby użyć wyrażenia pana posła Gowina, do konstatacji, że czasy pokazane w 'Różyczce" czy "Rewersie", oceniając rzecz z perspektywy relacji władza-jednostka, nie są jakościowo różne od  koszmaru, który skończył się wraz  z odejściem rządu premiera Jarosława  Kaczyńskiego. Przy tym nie ma istotnego znaczenia, że wspomniane filmy nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, którą miały zobrazować. Uchodzą jednak, gdyby brać na poważnie poświęcone im recenzje, za wybitne dzieła traktujące o tamtych realiach. Pamiętajmy, w tym wątku naszej rozmowy, także o  nieśmiertelnym, a dotyczącym późniejszego okresu rządów partii komunistycznej filmie "Miś". Dla wielu miłośników tej świetnej komedii jedną  z najzabawniejszych scen w filmie jest obraz trenera drugiej kategorii, bodaj Jarząbka, który, nie wiedząc, że jest obserwowany, wygłasza wiernopoddańczy tekst pod adresem prezesa klubu Tęcza. Swoją przemowę kieruje do szafy, w której stoi uruchomiony przez niego, tuż przed rozpoczęciem wygłaszania laudacji, magnetofon. Dla mnie jest to jedna z najlepszych sekwencji filmowych traktujących o kondycji przeciętnego człowieka pod rządami partii komunistycznej. Tyle że w odróżnieniu od znakomitej większości rodaków uznaję ją za bardzo smutną. Bo to jest scena, w której obserwujemy człowieka, który już dawno przegrał walkę o własną godność, a my, oglądając co wyczynia przed ową szafą, widzimy tego stanu żałosny skutek. A czy porażka w walce o ocalenie własnej godności nie była w tamtych czasach udziałem milionów, podobnie jak trener Jarząbek dających w różny sposób dowody uznania prezesowi klubu, czyli partii komunistycznej? Mam na myśli choćby obecność na pierwszomajowych pochodach, gdzie niektórzy, uśmierzając mechanizmem samooszustwa poczucie wstydu, bronili się jeszcze przed sobą, chwytając za biało- czerwone, a nie za czerwone flagi. Nie mówię tego, aby komukolwiek sprawić przykrość, czy tym bardziej kogoś obrazić. Mówię o tym, aby podkreślić, że często wyrażane przekonanie, że Polska była najweselszym barakiem w obozie krajów demokracji ludowej jest następstwem ahistoryczności wielu z nas, podlewanej obficie inicjatywami typu kochamy polskie seriale oraz wcielanym w czyn rozumowaniem, że rok bez powtórzenia serialu "Czterej  pancerni i pies" oraz "Stawka większa niż życie" jest rokiem dla kultury straconym. Pamiętajmy, w imię elementarnej wierności wobec faktów, że  ten rzekomo  najweselszy barak w obozie został zbudowany na kościach dziesiątków tysięcy naszych rodaków, np. Mariana Borychowskiego, na cierpieniach kolejnych  setek tysięcy, np. dzieci Mariana i Czesławy Borychowskich, i mógł trwać dzięki mechanizmom powodującym upokorzenie milionów ludzi. Niezrozumienie tego, powtarzam - dość powszechne, jest jednym z wielu przejawów infantylizmu trawiącego  nasze społeczeństwo. W sumie jest to wytłumaczalne - wykazywany w wieku dojrzałym infantylizm jest przecież jedną z form ucieczki przed  postawieniem sobie niewygodnych pytań i podjęciem próby znalezienia na nie odpowiedzi. Przy okazji, skoro dotknęliśmy tematu X Muza a okres komunizmu, polecam "Dom zły" czy produkcję naszych południowych sąsiadów "Czeski błąd". To poruszające filmy. Można się z nich całkiem sporo dowiedzieć o czasach, które stanowią tło fabuły. A klasą dla siebie jest ostanie dzieło Wojciecha Smarzowskiego "Róża". Film, fabularny czy dokumentalny, to znakomite narzędzie uwrażliwiania ludzi na historię. Tylko trzeba umieć to robić. W każdym razie Arkowi Gołębiewskiemu  w filmie "Sny stracone, sny odzyskane" sztuka ta się udała.

Tablica memoratywna na pomniku w Borychowie.

- Jak doszło do odnalezienia rodziny Borychowskich?

- Zaczynem odnalezienia przez nas rodziny Państwa Borychowskich były zapoczątkowane w 2000 r. działania Fundacji „Pamiętamy” obliczone na upamiętnienie żołnierzy walczących na Białostocczyźnie i Podlasiu w szeregach 5 a następnie 6 Brygady Wileńskiej AK. Starania te zostały uwieńczone we wrześniu 2001 r. wzniesieniem okazałego pomnika w Siedlcach.Wymienione jednostki partyzanckie uznaję za jedne z najlepszych, najbardziej walecznych oddziałów polskiej antykomunistycznej partyzantki. Stawiały one zbrojny opór komunistom nieprzerwanie od kwietnia 1945 r do jesieni 1952 r. Epopeja tych oddziałów, a z czasem już tylko kilkuosobowych  patroli, jest nierozerwalnie związana z Podlasiem - piękną krainą, która wielokrotnie dawała świadectwo przywiązania do wolności; wystarczy wspomnieć Powstanie Styczniowe i postać księdza  Stanisława Brzóski.  Gdzieś w początkach 2005 r. uznaliśmy, że warto podjąć dzieło nadania materialnego kształtu - w wymiarze symbolicznym – wspomnianemu wieloletniemu zakorzenieniu partyzantów Brygad Wileńskich w krajobrazie Podlasia. Tak zrodził się pomysł, aby w miejscach, w których zginęli  żołnierze ostatnich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK postawić pomniki upamiętniające ofiarę złożoną przez nich w obronie  wolności. Wczesną wiosną 2005 r. idea weszła w stadium realizacji. I tak znaleźliśmy się w Borychowie, gdzie  w zmasowanym ogniu broni maszynowej komunistycznej obławy padł  30 września 1950  r. czteroosobowy patrol 6 Brygady Wileńskiej AK. Do Borychowa pojechaliśmy „w ciemno”, uzbrojeni w monumentalną monografię odtworzonych na Podlasiu Brygad Wileńskich, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego (Łupaszka, Młot, Huzar. Działalność  5 i 6 Brygady Wileńskiej AK), i dobre chęci. Po przyjeździe na miejsce wytypowaliśmy zabudowania, w których postanowiliśmy zasięgnąć języka. Wjechaliśmy na podwórze, gdzie wkrótce pojawił się gospodarz, w słusznym już wieku, którego zapytaliśmy o wydarzenia z września 1950 r. Ponieważ człowiek był przychylnie nastawiony do rozmowy na ten temat, bardzo szybko poinformowaliśmy go, że mamy zamiar upamiętnić zabitych na polach Borychowa partyzantów oraz Mariana Borychowskiego -  miejscowego gospodarza, którego komuniści zamęczyli w więzieniu za to, że udzielał schronienia leśnym. Zapytaliśmy naszego rozmówcę, czy jego zdaniem mieszkańcy Borychowa mieliby coś przeciwko takiemu upamiętnieniu. Pamiętam jak dziś, że odpowiedział: a dlaczego mieliby  być temu przeciwni? Sądzę, że nie. To wydarzenie należy upamiętnić.
Nie wiem czy pomnik w Borychowie stanąłby, gdyby ten człowiek okazał sprzeciw wobec naszej inicjatywy. Nie dlatego, że łatwo się poddajemy. Przeciwnie, np. o prawo postawienia w Radomiu pomnika upamiętniającego żołnierzy z oddziałów Związku Zbrojnej Konspiracji poległych w zmaganiach z komunistami w latach 1946 - 1954 walczyliśmy z eseldowskimi  wówczas - rzecz działa się w latach 2000-2001 r. - władzami Radomia ponad rok i w końcu walkę tę wygraliśmy; pomnik, o którym wspominam, stanął w wybranym przez nas miejscu , w pobliżu dworca PKP w Radomiu, a w uroczystości jego odsłonięcia w czerwcu 2001 r. wzięło udział kilka tysięcy ludzi. Po prostu nie widzimy sensu stawiania tego rodzaju upamiętnień wbrew woli większości członków lokalnej wspólnoty. Zaś nasz rozmówca z Borychowa wydał się nam człowiekiem rzetelnym, który w sposób obiektywny oddał prawdopodobny stosunek mieszkańców tej wsi  do naszej inicjatywy. Szczęśliwie dla naszych planów, dodał nam przysłowiowego wiatru w żagle. Na dodatek dowiedzieliśmy się od niego, że jedna z córek Mariana Borychowskiego, Pani Teresa Zawadzka, zamieszkuje w sąsiadujących z Borychowem  Zawadach. Los nam sprzyjał. Tak miało być, po prostu. Podziękowaliśmy  naszemu rozmówcy za poświęcony nam czas  i  pojechaliśmy do Zawad, złożyć niezapowiedzianą wizytę Pani Teresie Zawadzkiej z domu Borychowskiej.

- Jak wyglądało Wasze pierwsze spotkanie?

- Było trudne, wzruszające i zapadające w pamięć. Takie spotkania  z zasady nie należą do łatwych. Wiemy coś na ten temat, bo odbyliśmy ich już wiele. Poruszamy przecież sprawy, które dla naszych rozmówców są  bardzo bolesne, są  po prostu ciągle niezagojoną raną. Kiedy zjawiliśmy się u Pani Teresy Zawadzkiej i przedstawiliśmy jej plany, które nas do niej przywiodły, to była tak zdziwiona, że nie przesadzę twierdząc, że gdybyśmy powiedzieli jej, że przylecieliśmy z Marsa, to pewnie przyjęłaby to z mniejszym zdziwieniem, co z nas za cudaki. Jak już doszła do siebie, to powiedziała przez łzy: pamiętajcie, panowie, że w domu mojego ojca ubecy nie znaleźli żadnej kradzionej rzeczy. Takie chwile zapadają w pamięć. Zresztą to jest może najbardziej tragiczny moment tej historii, w jej współczesnej odsłonie. Ten, będący wynikiem dziesiątków lat życia  z brzemieniem  rodziny bandyckiej, mechanizm obronny: panowie, mój ojciec nie był paserem, a ci partyzanci, którym udzielał schronienia, nie byli złodziejami. Po piętnastu latach od upadku komunizmu w Polsce. Ten obrazek  chyba powinien być powodem do smutnej zadumy nad kondycją naszego społeczeństwa. Jak bardzo komunizm nas, jako wspólnotę, spustoszył, skoro tak długo  nie potrafiliśmy dać takim ludziom jak Borychowscy nawet namiastki zadośćuczynienia, w wymiarze emocjonalnym i symbolicznym, za ich cierpienia? Podkreślam, że sytuacja jaką opisuję nie jest wyjątkiem, lecz raczej normą. Takie osoby jak Borychowscy żyją pośród nas  i często do dziś nie zostały objęte symbolicznym, współczującym ramieniem zbiorowości,  nie doczekały się gestu będącego emanacją naszego szacunku i empatii dla ofiary ich bliskich a także dla będącego ich udziałem cierpienia za sprawę wolności. A przecież jesteśmy, my - szanujący wolność, im to winni.

- W historii Borychowskich przeraża między innymi fakt, że odwet ze strony komunistów nie ominął nawet małych dzieci.

- Tak. Władza ludowa była  całkowicie wolna od choćby odrobiny wspaniałomyślności. Nie zwykła darowywać swym przeciwnikom, a wobec rodzin bandyckich powszechnie stosowała szykany oparte o zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Za czynny opór przeciwko  komunistom wysoką ceną płaciły całe rodziny walczących. Także dzieci. Przypadek  Borychowskich jest dramatyczny, ale w tamtych czasach – utrwalania władzy ludowej - to była, niestety, norma. Płynie z tego ważny wniosek: historia, o której rozmawiamy, nie została zamknięta, czasem przeszłym dokonanym, z chwilą zabicia ostatniego partyzanta. Ona miała dalszy, dramatyczny ciąg. Cichymi bohaterami kolejnych rozdziałów tej historii były rodziny Żołnierzy Wyklętych, niosące przez długie dekady rządów komunistycznych nie tylko krzyż cierpienia po stracie bliskiej osoby: męża, syna, ojca czy brata, lecz także wspomniane już przeze mnie  brzemię rodziny bandyckiej. W praktyce oznaczało ono status obywateli drugiej albo nawet trzeciej kategorii, co wiązało z szeregiem szykan utrudniających i tak dostatecznie ciężkie życie pod rządami partii komunistycznej. To samo było oczywiście udziałem tych nielicznych Żołnierzy Wyklętych, którzy dożyli  drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i dalej (choć trzeba pamiętać, że ostatni z nich opuścili więzienia dopiero na początku lat siedemdziesiątych!). Co ważne   i straszne jednocześnie,  wszystko to musieli  oni znosić w osamotnieniu i milczeniu, przez dziesiątki lat. Dużą  ulgą w cierpieniu  bywa często możliwość podzielenia się swym bólem z innymi, daje ją również objaw empatii ze strony  otoczenia, a gdy źródłem cierpienia jest sprawa ważna dla ogółu, także i szacunek tego otoczenia. Zaś cierpienie, o którym rozmawiamy, trwało w całkowitej samotności, w najlepszym wypadku, przy obojętności otoczenia. Komunizm doprowadził  bowiem do zerwania więzów społecznych. O ile podczas okupacji niemieckiej rodzina, która ucierpiała od nazistów mogła co do zasady liczyć na współczucie i sąsiedzką pomoc, to  osobom prześladowanym  przez władze w okresie terroru komunistycznego towarzyszyła w cierpieniu jedynie samotność. To bardzo gorzki towarzysz niedoli. Dzieci Borychowskich, po tym jak funkcjonariusze UB aresztowali ich  rodziców, zanim same nie zostały aresztowane przez władzę ludową, nie miały co z sobą począć. I tylko jedna osoba spośród mieszkańców Borychowa miała odwagę przyjąć je do  siebie na nocleg. Zapłaciła za ten gest - przyjęcia dzieci pod swój dach - kilkutygodniowym uwięzieniem. I nie dziwmy się takiej postawie większości. Takie zachowanie było wynikiem kilkuletniego, intensywnego terroru  komunistycznego oraz będącego jego prostą  konsekwencją całkowitego zastraszenia i sparaliżowania społeczeństwa. Po wielu latach, kiedy działaniami Fundacji „Pamiętamy” zaczynaliśmy pisać epilog tej historii, Pani Teresa Borychowska zapukała do każdych drzwi w Borychowie, pytając czy mieszkańcy zgadzają się na postawienie pomnika upamiętniającego jej zamęczonego przez komunistów ojca i partyzantów, którzy tuż przed śmiercią kwaterowali w jej rodzinnym domu. Wszyscy zapytani, poza jedną rodziną, wyrazili zgodę na wzniesienie takiego pomnika. Dzięki temu  oraz za sprawą dobrej woli  miejscowych władz samorządowych, które wyraziły zgodę na  to upamiętnienie, uroczystość odsłonięcia i poświęcenia pomnika odbyła się już  w kilka miesięcy od naszej pierwszej wizyty w Borychowie.

Grzegorz Wąsowski podczas odsłonięcia pomnika w Borychowie.

- Za Waszą sprawą udało się też wyjaśnić, kto doniósł na Borychowskich.

- I nie tylko na nich. Wyjaśnienie tej zagadki to zasługa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, pracowników IPN, wybitnych znawców dziejów zbrojnego podziemia antykomunistycznego. To oni, niedługo przed opisaną przeze mnie wizytą przedstawicieli Fundacji „Pamiętamy” u Pani Teresy Zawadzkiej, odnaleźli w archiwach bezpieki przejętych przez IPN dokumenty wyjaśniające przyczyny tragedii w Borychowie. Dopiero wtedy, w początkach 2005 r., wyszło na jaw, że winnym zagłady partyzanckiego patrolu i cierpienia rodziny Borychowskich był niespełna osiemnastoletni wówczas Czesław Białowąs (TW Małachowski).


Czesław Białowąs, TW „Małachowski” – niezwykle niebezpieczny konfident UB. Sprawca śmierci por. Józefa Małczuka "Brzaska", sierż. Kazimierza Ilczuka "Sępa" i szer. Arkadiusza Pieniaka oraz zagłady patrolu Arkadiusza Czapskiego "Arkadka".

Został on  zwerbowany przez UB do współpracy w marcu 1950 r. Człowiek ten cieszył się  pełnym zaufaniem partyzantów, gdyż pochodził z rodziny bardzo zaangażowanej w działalność niepodległościową. Jego najstarszy brat (przyrodni) Stanisław Białowąs "Boruta" był zasłużonym konspiratorem AK-WiN. Zginął w walce z komunistami w lipcu 1946 r. - otoczony przez UB, ranny, bez szans na ucieczkę, popełnił samobójstwo. Drugi z braci Czesława Białowąsa, Witold, był partyzantem 6 Brygady Wileńskiej  AK  i  pod pseudonimem "Litwin" walczył w jej szeregach aż do sierpnia 1952 r., kiedy to, ciężko ranny w walce, wpadł w ręce ubeków. Matka Białowąsów, za pomoc udzielaną partyzantom, siedziała wówczas, w początkach 1950 r., w więzieniu. Znając  te fakty trudno się dziwić, że TW Małachowski, miał możliwość stosunkowo łatwego dotarcia do partyzantów spod znaku 6 Brygady Wileńskiej AK. Dzięki Kazimierzowi Krajewskiemu, który jest merytoryczną podporą Fundacji „Pamiętamy”, już podczas pierwszego pobytu u Pani Teresy Zawadzkiej mieliśmy możliwość podzielenia się z  nią informacją, kto jest odpowiedzialny za tragedię jej rodziny. Początkowo nie mogła w to uwierzyć. Czesław Białowąs był  szkolnym kolegą jej starszej siostry, Janiny. Poza tym bezpieka, chroniąc swego agenta, starała się wyrobić w mieszkańcach Borychowa i pobliskich wsi przekonanie, że doniósł ktoś inny. I to bezpiece się udało - przez ponad pół wieku mieszkańcy tamtych okolic byli przekonani, że miejsce postoju partyzantów zdradził jeden z mieszkańców Borychowa.

Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim - część 2/2>
Strona główna>

Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim - część 2/2
- Ta historia przypomina dzieje Pawki Morozowa. A jednocześnie uczy, że bezpieka była w stanie zrobić wiele dla osłony swej agentury.

Ma Pan rację. Ten sam mechanizm, służący ochronie TW "Małachowski" przed podejrzeniami o współpracę, komuniści zastosowali także wobec społeczności Jabłonny Lackiej, wsi leżącej kilkanaście kilometrów od Borychowa. Nieopodal Jabłonny Lackiej, w lesie pod wsią Toczyski-Podborne, 7 kwietnia 1950 r. siły reżimu, na skutek donosu  złożonego przez tegoż konfidenta, zlokalizowały i otoczyły dziewięcioosobowy pododdział 6 Brygady Wileńskiej AK dowodzony przez  legendarnego wtedy w tamtych stronach por. Józefa Ludwika Małczuka "Brzaska". W nierównej walce, w której siły obławy liczyły 400 żołnierzy KBW, zginęło trzech partyzantów, w tym "Brzask". Pozostali członkowie pododdziału "Brzaska" szczęśliwie zdołali przedrzeć się przez trzy pierścienie okrążenia i umknąć obławie. Donos na partyzantów "Brzaska" został złożony przez TW "Małachowski" już w dwa tygodnie po tym, jak został on  zwerbowany przez UB.

Por. Józef Małczuk "Brzask" z żoną Ireną.

O powodach tak łatwego dotarcia przez tego konfidenta do partyzantów już mówiłem. Grozę sytuacji potęgują dwa fakty, oba o wymiarze symbolicznym. Po pierwsze, zdrajca odwiedził obozowisko partyzantów z okazji Świąt Wielkanocnych. Po drugie, spotkał się wtedy ze swym bratem - Witoldem, członkiem grupy "Brzaska". W leśnym obozowisku przebywał TW "Małachowski" przez dwa dni, co pozwoliło mu poznać wielu współpracowników terenowych por. Małczuka, którzy  mieli pecha odwiedzić wtedy miejsce postoju oddziału. Na koniec bytności pośród partyzantów konfident  wyściskał  swego brata oraz jego towarzyszy walki - prawdziwy, współczesny pocałunek Judasza - a następnie ruszył prosto do Sokołowa Podlaskiego, gdzie na ręce szefa tamtejszego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa złożył doniesienie o miejscu pobytu oddziału "Brzaska". Efektem tego donosu TW "Małachowski" było, poza śmiercią trzech partyzantów, aresztowanie ponad 60 współpracowników grupy. W przeprowadzonych wkrótce procesach zostali oni skazani na wysokie kary więzienia, zapadły też dwa wyroki śmierci, na szczęście nie wykonane. I tylko jedna osoba spośród aresztowanych i sądzonych wówczas współpracowników oddziału "Brzaska" odpowiadała z wolnej stopy a następnie została skazana na karę pozbawienia wolności, której wykonanie zostało zawieszone. Zaś po procesie została ona wywieziona pod ochroną  UB, w biały dzień, w nieznanym kierunku - jak wkrótce dowiedzieli się mieszkańcy Jabłonny Lackiej  na  ziemie zachodnie. Dla formalności tylko dodam, że każdy z pamiętających tę sprawę mieszkańców Jabłonny Lackiej był święcie przekonany - i taki też był przekaz pokoleniowy -  że to  właśnie owa osoba była zdrajcą  i doprowadziła do śmierci "Brzaska", jego dwóch żołnierzy, a także spowodowała liczne aresztowania wśród współpracowników oddziału. Nic bardziej błędnego. Ta osoba była tylko ofiarą gry bezpieki, która, chcąc chronić cennego agenta, czyli TW "Małachowski", zrobiła wszystko, aby podejrzenia  miejscowej ludności i trwających jeszcze w lesie partyzantów padły na kogoś innego.
A teraz puenta do tego wątku. W maju 2006 r. w Jabłonnie Lackiej, staraniem Fundacji „Pamiętamy”, stanął pomnik upamiętniający "Brzaska" i dwóch partyzantów  poległych wraz z nim w kwietniu 1950 r. w lesie pod Toczyskami. Gdy na kilka tygodni przed uroczystością wraz z kolegą przyjechałem do Jabłonny Lackiej, na spotkanie z przedstawicielami miejscowych władz, aby omówić szczegóły uroczystości, miała miejsce taka oto scena. W spotkaniu ze strony władz gminnych uczestniczyło około dziesięciu osób. Po uzgodnieniu scenariusza ceremonii, opowiadałem zebranym  kto jest winny zdrady "Brzaska" i w jaki sposób bezpieka, w celu zapewnienia osłony dla działań TW "Małachowski", zrzuciła podejrzenie na wytypowaną przez siebie osobę. W pewnym momencie dostrzegłem, że jedna z kobiet uczestniczących w spotkaniu zaczęła płakać. Powiedziałem wtedy mniej więcej: przepraszam jeżeli czymś Panią uraziłem, nie było to moim zamiarem, ale sądzę, że ważne jest, abyście wiedzieli Państwo jak naprawdę było. Na to wójt Jabłonny Lackiej powiedział do mnie cicho - ta Pani jest synową człowieka, który decyzją bezpieki miał w oczach miejscowej społeczności uchodzić za zdrajcę.
I uchodził. Przez  całe 55 lat. Łzy tej kobiety były łzami szczęścia, że pamięć jej teścia, a tym samym  dobre imię rodziny do której weszła zostało wreszcie oczyszczone. Nasza wizyta w Jabłonnie Lackiej nie skończyła się wtedy szybko – potrwała jeszcze dobrych kilka godzin. Po opuszczeniu Urzędu Gminy zostaliśmy ugoszczeni przez ową Panią i jej męża, czyli syna osoby oczernionej przez bezpiekę. To była iście królewska gościna. Trzeba było widzieć radość tych ludzi. I pamiętam jak nasza gospodyni  w pewnym momencie powiedziała do nas: mój teść jeszcze na łożu śmierci powtarzał, że nie jest winien krwi rozlanej pod Toczyskami. Wyjaśniam, że zmarł on w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia w Jabłonnie Lackiej. Na moje pytanie czy ludzie mu wierzyli, uśmiechnęła się smutno i powiedziała, że poza nią i jej mężem nikt nie dawał wiary w niewinność jej teścia. Dlatego gdy w kilka tygodni po wspomnianej rozmowie pomnik w Jabłonnie Lackiej został odsłonięty i podczas tej uroczystości  rozdaliśmy 600 egzemplarzy publikacji Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, w której autorzy szczegółowo opisali  kto i w jakich okolicznościach zdradził miejsce postoju pododdziału "Brzaska", mieliśmy - mam na myśli osoby skupione wokół dzieła Fundacji „Pamiętamy”  - poczucie, że ta tragiczna historia sprzed lat doczekała się dopełnienia.

Józef Małczuk "Brzask". Zdjęcie pośmiertne wykonane przez UB.

Tę opowieść dedykuje tym rodakom, którzy popierają postulat likwidacji IPN czy też ograniczenia budżetu tej instytucji. Gdyby nie ta placówka, to  sprawca śmierci siedmiu partyzantów, aresztowania blisko setki osób i pośredni sprawca śmierci Mariana Borychowskiego do dziś byłby nieznany, natomiast osoby, które decyzją bezpieki miały uchodzić za winne tych ludzkich nieszczęść nadal byłyby za takie uznawane. Zaś TW "Małachowski" pozostałby w  społecznej pamięci przede wszystkim jako zasłużony wychowawca kilku pokoleń wrocławskiej młodzieży.

- Chce Pan powiedzieć, że TW "Małachowski" został nauczycielem?

Tak. Dojrzałe lata swego życia przepracował bowiem jako nauczyciel, a od pewnego momentu także jako wicedyrektor jednego z wrocławskich liceów. To był na pewno świetny pedagog. Niedawno natrafiłem na wywiad z jedną z uczennic Czesława Białowąsa, czyli TW „Małachowski”. Pani ta jest  poetką,  aktualnie zamieszkuje w Australii. Wywiad pochodzi z 2007 r. Zapewne do dziś nie ma ona pojęcia o wydarzeniach, które przed chwilą przypomniałem Oto jak pięknie wspomina swego nauczyciela:

"Drugim nauczycielem, który nie tylko pozostał mi w pamięci, ale miał wielki wpływ na to kim jestem, był mój polonista – Czesław Białowąs. Niezwykły nauczyciel. Każda lekcja z nim była ciekawa. Był bardzo mądrym, sprawiedliwym nauczycielem i jednocześnie niezwykle skromnym człowiekiem. Kochał książki i zachęcał nas abyśmy czytali, nie tylko lektury szkolne. Był też zapalonym turystą: co miesiąc zabierał wszystkich chętnych w Sudety. Raz w roku organizował obozy wędrowne. Na wycieczkach i obozach panowała bardzo mila atmosfera, żadnej musztry, żadnego ustawiania się w szeregu… Niestety, zmarł na atak serca, zaraz po wprowadzeniu Stanu Wojennego, po upadku Solidarności. Miał tylko 51 lat. Podobno bardzo wielu z Jego dawnych uczniów przyszło na pogrzeb. Ja byłam już w tym czasie w Danii".

Prawda, że ładnie? I tak mogłoby zostać. Ale powiedzmy to wprost: spoceni lustratorzy spod znaku IPN w swym zacietrzewieniu, nieliczeniu się z człowiekiem, z tą budzącą odrazę satysfakcją z grzebania się w ludzkich brudach, ci rozkochani w ubeckich, kłamliwych raportach, pętaki, zniszczyli pamięć o Czesławie Białowąsie, a w każdym razie uczynili na niej głęboką  rysę. Nikczemnicy. Jest to tym bardziej podłe, że jak wiemy od niedawna, bo pouczyła nas o tym pani Wanda Nowicka, aspirująca do roli Wicemarszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, każdy porządny człowiek musi być za młodu komunistą. Zatem warunek bycia porządnym człowiekiem, postawiony przez  przyszłą Wicemarszałek Sejmu RP, Czesław Białowąs spełnił można powiedzieć w sposób wzorowy. Mówiąc nawiasem, równie wartościowa logicznie byłaby taka oto implikacja: kto za młodu nie był nazistą, ten nie będzie porządnym człowiekiem.

Fragment zobowiązania do współpracy agenturalnej z UB Czesława Białowąsa - TW "Małachowski".

Ta historia - wypełniona czynami Czesława  Białowąsa i krańcowo odmiennymi wyborami jego dwóch braci oraz Mariana Borychowskiego - to dramatyczna, ale jakże przemawiająca ilustracja boleśnie prawdziwej myśli Henryka Elzenberga, że towarzyszy mu poczucie absolutnej dwutorowości dziejów - dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity.
Korzystając z okazji, zachęcam wszystkich zainteresowanych szczegółami wydarzeń w Borychowie z września 1950 r. lub historią "Brzaska" do lektury: Józef Małczuk „Brzask” Komendant Obwodu „Jezioro”. Ostatni dowódca sokołowskiej konspiracji oraz W rocznicę walki w Borychowie 30 IX 1950 r. Powiat Sokołów Podlaski w  walce przeciw komunistycznemu zniewoleniu 1944-1952 - do odczytu i swobodnego pobrania w formacie PDF.


Pomnik odsłonięty w Jabłonnie Lackiej dzięki Fundacji "Pamiętamy".

- To jednak dość smutne, że Żołnierzom Wyklętym  a także takim ludziom jak Borychowscy oddano cześć dopiero w latach 2000., i to  głównie za sprawą Państwa Fundacji, a nie urzędów państwowych.

Subiektywnie nie jest to dla mnie smutne, bo dzięki temu Fundacja „Pamiętamy” ma realny i, będę nieskromny, ważny dorobek w przywracaniu  społecznej pamięci o bohaterach walki o wolność z komunistami, a osoby zaangażowane w działalność Fundacji miały szanse spełnienia przy tej okazji kilka dobrych uczynków, ale oczywiście jest rzeczą obiektywnie karygodną, że przez pierwsze dziesięć lat po upadku komunizmu w Polsce, bohaterowie walki z władzą nieludzką spod znaku dyktatury proletariatu pozostawali w całkowitym społecznym zapomnieniu. Pisałem o tym w jednym z artykułów, ale powtórzę, bo rzecz wydaje się ważna dla zrozumienia przyczyn takiej sytuacji. Otóż stosunek kręgów opiniotwórczych III RP w okresie ostatniej dekady ubiegłego stulecia do żołnierzy podziemia antykomunistycznego nie był przypadkowy. Był funkcją konceptu, którego istotnym elementem było wmawianie nam, że historia wysiłków niepodległościowych w Polsce po roku 1944, zakończona  przecież tak pięknie w 1989 r. porozumieniem w Magdalence i przy „Okrągłym Stole”, to suma wysiłków członków partii komunistycznej pracujących na rzecz pozytywnej ewolucji systemu oraz aktywności byłych członków tejże partii, którzy po wystąpieniu z niej bądź wyrzuceniu, działali w opozycji demokratycznej. W  takim równaniu nie mogło być  oczywiście miejsca  na dodatkowy składnik, tj. tych, którzy w obronie niepodległości Polski i prawa człowieka do wolnego życia na ziemi podjęli walkę zbrojną z komunistami. Powtórzę również, przypominając sielski klimat Okrągłego Stołu, a jak wiemy z relacji Ryszarda Bugaja (patrz:  wPolityce - fragment książki Ryszarda Bugaja, "O sobie i innych", wydawnictwo "The facto”, Warszawa 2010) czasami wręcz biesiadną atmosferę poprzedzających Okrągły Stół negocjacji w Magdalence, że obowiązujący  przez całą dekadę lat 90-tych ubiegłego stulecia pośród elit III RP mechanizm  utrzymywania etosu podziemia antykomunistycznego poza obszarem pamięci społecznej uważam za psychologicznie zrozumiały i łatwy do wytłumaczenia. Jeżeli bowiem siadam z przedstawicielami jakiejś formacji do stołu negocjacyjnego, piję z nimi wódkę, pozuję do zdjęć, osiągam porozumienie itd., to trudno, abym równolegle, czy chwilę potem, odbudowywał pamięć o tych, którzy zginęli w walce stoczonej z ojcami założycielami tejże formacji; zwłaszcza, że zanim Żołnierze Wyklęci w  boju swym  padli, to zadali wrogowi  realne straty. A  jeżeli  dodatkowo założymy, że  niemały kawałek swego życia spędziłem wcześniej w szeregach tej formacji, to mamy pełny obraz powodów, dla których Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” obchodziliśmy po raz pierwszy dopiero po ponad dwudziestu latach od odzyskania niepodległości.
Mimo wszystko i z tego  należy się cieszyć, bo to duży sukces wszystkich zaangażowanych w przywracanie społecznej pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Pamiętajmy, że obowiązującą miała być wersja historii, którą w krótkich słowach  wyłożył w 1998 r. Aleksander Kwaśniewski, wówczas Prezydent RP, honorując Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego Orderem Orła Białego, czyli najwyższym współczesnym polskim orderem. Powiedział wtedy, że Kuroń i Modzelewski byli pierwszymi, którzy otwarcie sprzeciwili się systemowi dyktatury. Zostali oni odznaczeni za wystosowany w 1964 r.  List otwarty do partii, w którym poddali krytyce partyjną biurokrację i postulowali przekazanie władzy w ręce rad robotniczych.  Pamiętajmy też o tym, że gdzieś w  drugiej połowie lat 90-tych  zrodził się pomysł, aby Włodzimierz Cimoszewicz z  Adamem Michnikiem wypracowali wspólną propozycję wykładni polskiej historii najnowszej. Ten bez wątpienia ważny dla polskiej kultury i myśli historycznej projekt nie doczekał się  jednak realizacji. Można powiedzieć, że komuś zabrakło cienkiej nici, która połączyłaby zamiar z jego wykonaniem. Niemniej jednak, oceniając rzecz z perspektywy mojej wrażliwości historycznej, było groźnie. Na szczęście koncept, o którym wspominam legł w gruzach, jako wyłącznie obowiązująca w przestrzeni publicznej narracja historyczna, gdzieś około 2000 r.

- Czy w swych działaniach Fundacja „Pamiętamy” mogła liczyć na jakiekolwiek wsparcie ze strony instytucji państwowych?

Tak, choć zacznę od tego, że nasze działania, skupiające się na symbolizacji przestrzeni i nadawaniu pamięci formy trwałej, bo tak rozumiemy znaczenie wznoszonych przez nas pomników, nie należą do sfery zadań państwa. Modelowym rozwiązaniem na tym polu jest aktywność organizacji pozarządowych dysponujących własnymi środkami, korzystających z pomocy powołanych do tego instytucji państwowych jedynie przy realizacji konkretnych projektów. I tak to działa w przypadku Fundacji „Pamiętamy”, która dzięki szczodrości darczyńców od lat systematycznie ją wspierających, przy praktycznie  zerowych kosztach własnych - działalność w ramach Fundacji „Pamiętamy” odbywa się bez wyjątku bez jakiejkolwiek gratyfikacji pieniężnej - mogła szereg inicjatyw zrealizować własnymi siłami. Natomiast instytucją wspierającą działania Fundacji była Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Zawsze  do tej pory mogliśmy liczyć na pozytywną opinię - istotną w procesie uzyskiwania wymaganych prawem  pozwoleń na pobudowanie danego pomnika - tejże  instytucji na temat kolejnych naszych inicjatyw służących upamiętnieniu poległych i pomordowanych żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. W kilku przypadkach, gdy chodziło o pomniki wymagające większych nakładów finansowych, skorzystaliśmy także ze wsparcia finansowego ze strony Rady. To zasługa śp. Andrzeja Przewoźnika, który wysoko oceniał jakość pracy Fundacji i,  chcę  to mocno zaakcentować, doskonale rozumiał potrzebę upamiętniania ofiary złożonej przez Żołnierzy Wyklętych. Ale to także zasługa Władysława Bartoszewskiego, pełniącego funkcję Przewodniczącego Rady. Pamiętajmy, że Pan Bartoszewski w komunistycznych kazamatach przesiedział kilka lat i na swej więziennej drodze miał okazję spotkać wielu bohaterów walki zbrojnej z komunistami. Miałem  raz okazję zamienić z nim kilka zdań na ten temat. W tej krótkiej rozmowie wyraził jednoznaczne przekonanie o zasadności upamiętniania ofiary złożonej na ołtarzu wolności w walce z komunistami. Ostatni pomnik wzniesiony siłami Fundacji, upamiętniający 230 żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistami w latach 1945–1954, stanął w Radomsku we wrześniu 2010 r., już w czasach, gdy funkcję Sekretarza Rady pełnił Pan Andrzej Kunert. To jeden z projektów zrealizowanych przez Fundację przy wsparciu Rady. Także Prezydent RP Bronisław Komorowski podjął kilka działań świadczących o woli kontynuacji procesu przywracania pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Kilka tygodni temu uhonorował  on orderem wysokiej rangi jednego z dzielniejszych dowódców polowych 5 Brygady Wileńskiej AK z okresu walki z komunistami, por. Zygmunta Błażejewicza "Zygmunta". A przecież "Zygmunt" osobiście zlikwidował wielu  sowietów oraz komunistycznych konfidentów, zaś 18 sierpnia 1945 r. w Miodusach Pokrzywnych dowodził  partyzantami 5 Brygady w jednym z najbardziej zaciekłych starć polskiego podziemia z NKWD. W walce tej zginęło kilkudziesięciu żołnierzy formacji reżimowych, w tym co najmniej kilkunastu  enkawudzistów. Mówię o tym, aby mocno podkreślić jedną rzecz.

Otóż niezależnie od bardzo silnej bieżącej  polaryzacji politycznej są sprawy święte dla każdego, kto szanuje krew przelaną przez naszych przodków w obronie wolności. Jedną z takich spraw jest walka i ofiara Żołnierzy Wyklętych. Sprawa ta  jest  ponadczasowa i ponadpartyjna. Szyldy  partyjne przemijają, a pamięć musi trwać, jeżeli chcemy zachować swą narodową tożsamość. Dlatego każdy, kto chciałby używać Żołnierzy Wyklętych do bieżącej walki partyjnej, przypisać ich do wrażliwości historycznej środowiska jednej strony politycznego konfliktu, a  drugiej  odmówić  prawa  do aktywności na polu upamiętniania tej historii i jej bohaterów, popełnia poważny występek przeciwko naszej wspólnotowej, i tak bardzo słabej tożsamości.

Osobiście, choć jestem niezwykle odległy od poglądów Władysława Bartoszewskiego na czasy współczesne, to mam dla niego wielkie uznanie za drogę życiową w okresie komunistycznego zniewolenia i wdzięczność za to, że dawał zielone światło dla akceptacji i  wspierania przez Radę działań Fundacji. Bo dzięki temu Fundacja mogła wznieść dotychczas 20 pomników, którymi upamiętniła  ponad 1300 osób poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem. Osób, które  w znakomitej większości nie mają swych grobów, bo komuniści odmówili tym osobom nawet prawa do godnego pochówku. Prawa, które jest usankcjonowane całą historią ludzkiej cywilizacji. Czy raczej było, zanim przyszli barbarzyńcy spod znaku sierpa i młota i prawo to podeptali. Nie głosowałem na Bronisława Komorowskiego, ale cieszę się, że w obszarze krzewienia pamięci  o Żołnierzach Wyklętych podejmuje on starania będące kontynuacją działań zainicjowanych przez jego poprzednika, śp. Lecha Kaczyńskiego. Z pełną świadomością używam słowa zainicjowanych, bo to polityka orderowa Lecha Kaczyńskiego dała początek pełnemu uhonorowaniu Żołnierzy Wyklętych. I za to mu chwała.

Wracając do losów rodziny Borychowskich, czyli do punktu wyjścia dla naszej rozmowy, to ostatnią, ale jakże piękną sekwencją epilogu tej dramatycznej historii był moment, uwieczniony zresztą przez Arka Gołębiewskiego w filmie "Sny stracone, sny odzyskane", gdy  bohaterowie filmu, dzieci Mariana Borychowskiego, odebrali z rąk Lecha Kaczyńskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany pośmiertnie ich ojcu postanowieniem Prezydenta RP.  Miałem okazję być obok nich w tej ważnej chwili. I widziałem radość na ich twarzach. Dla takich chwil, choć oczywiście nie tylko dla nich, warto żyć.

- Pamięć pokoleniowa to świadectwo trwania wspólnoty...

I my tak to widzimy. Kiedyś, siedząc przy jakimś godziwym trunku z jedną z osób  zaangażowanych w działania Fundacji „Pamiętamy”, słuchaliśmy piosenek Marka Grechuty. W jednej z nich, dotykającej relacji międzyludzkich, ale oczywiście nie mającej żadnego  związku z tematem tej rozmowy, artysta wyśpiewał: ktoś do drzwi zapuka, pamięć przyniesie. I powiedzieliśmy sobie wtedy, uzurpatorsko, ale niech tłumaczeniem będzie wspomniany godziwy trunek, że kilkakrotnie udało się nam, czyli osobom skupionym wokół działań Fundacji „Pamiętamy”, zapukać do tych czy owych drzwi  i przynieść  ze sobą pamięć. Za to, korzystając z okazji, bardzo dziękuję  dobroczyńcom Fundacji, którzy swą bezinteresowną hojnością dają  piękne świadectwo zrozumienia, że krew przelana za wolność wymaga pamięci w formie trwałej, wszystkim współpracownikom Fundacji, bez których wysiłku dorobek Fundacji byłby znacznie uboższy. Słowa  podzięki należą się także tym władzom samorządowym, które udzieliły nam zgody na realizację zaplanowanych przez nas upamiętnień.

I, drodzy darczyńcy i współpracownicy Fundacji „Pamiętamy”, pamiętajcie -  jest jeszcze wiele drzwi do których powinniśmy zapukać, niosąc ze sobą pamięć...

- Dziękuję za rozmowę.



Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim - część 1/2>
Strona główna>

piątek, 22 lipca 2011
Dziwy na cmentarzu... postscriptum do Apelu 9 maja
Grzegorz Wąsowski

O CZEKISTACH, KTÓRZY PRZEŻYLI SWOJĄ ŚMIERĆ, CZYLI DZIWY NA CMENTARZU

Dygresja zamiast wstępu, czyli wspomnienie "nieudanej próby asertywności"

Zabieram Państwa na cmentarz. Nie na ten, na którym były przewodniczący klubu poselskiego Platformy Obywatelskiej i komisji finansów Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej pan Zbigniew Chlebowski dał jeden z przykładów nieudanej próby asertywności wobec pana Ryszarda Sobiesiaka (uprzejmie przypominam, że nieudana próba asertywności to prawie urzędowe określenie istoty kontaktów pomiędzy panami Chlebowskim i Sobiesiakiem, bo przecież sformułowane w publicznej, w ocenie niżej podpisanego jednej z najważniejszych i naprawdę godnych zapamiętania, wypowiedzi  premiera Rzeczypospolitej Polskiej pana Donalda Tuska; pasuje ono zatem, jak sądzę, także do spotkania obu dżentelmenów, do którego doszło w dyskretnym otoczeniu cmentarnych mogił).

Zabieram Państwa na cmentarz wojenny żołnierzy radzieckich w Bielsku Podlaskim. Zapewniam, że jest na nim miejsce prawdziwie frapujące...


Wprowadzenie do zagadki

Zanim wkroczymy na  teren wzmiankowanego  cmentarza, powinniśmy zapoznać się z treścią dużej granitowej tablicy informacyjnej, która znajduje się  na prawo od głównego wejścia. Dość dawno temu wykuto na niej informację, że obiekt, którego tablica jest zwiastunem, to "CMENTARZ ŻOŁNIERZY ARMII RADZIECKIEJ I MOGIŁA ŻOŁ. WOJSKA POLSKIEGO POLEGŁYCH W WALKACH O WYZWOLENIE ZIEMI BIELSKIEJ W OKRESIE DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ". Z  tablicy  można również wyczytać, że na cmentarzu jest pochowanych ogółem 2147 żołnierzy radzieckich.

Pozostawmy za cmentarną bramą konstatację, że napis jest nieprecyzyjny, ponieważ walki toczone przez Armię Czerwoną o wyparcie Niemców z ziemi bielskiej, co dotyczy zresztą każdego innego kawałka  polskiej ziemi, i nie tylko polskiej, nie były walkami  o jej wyzwolenie, gdyż Armia Czerwona niosła ze sobą nie wolność, lecz inną niewolę - torowała bowiem drogę do zastąpienia totalitarnego i zbrodniczego nazizmu (czyli socjalizmu narodowego) totalitarnym i zbrodniczym komunizmem (czyli socjalizmem międzynarodowym). Pamiętajmy przy tym, że wielu naszych współplemieńców ma w tej sprawie odmienne zdanie. Dla nich cmentarz w Bielsku Podlaskim jest jednym z miejsc, w których koniecznie należy pojawić się 9 maja, aby zapalić lampki na grobach żołnierzy radzieckich.

Osobiście uważam, że tego dnia  należy postawić zapalone znicze  w miejscach upamiętniających naszych przodków poległych i pomordowanych w walce z reżimem komunistycznym, dla którego Armia Czerwona była głównym narzędziem podboju. A to dlatego, że, jak słusznie w komentarzu pod zamieszczonym na portalu wpolityce.pl Apelem w tej sprawie napisał  jeden z internautów, 9 maja 1945 r. należy uznać za symboliczną datę zatwierdzenia przez aliantów komunistycznego zniewolenia Polski. Zostawmy jednak tę kwestię z boku. Ani ja tym tekstem nie nakłonię kogokolwiek, aby lampki, które miał zapalić na grobach żołnierzy radzieckich spożytkował w miejscach upamiętniających krew przelaną przez naszych rodaków, którzy padli w walce z reżimem komunistycznym, ani  nikt mnie w żaden sposób  nie przekona bym dobrowolnie zapalił znicz czy inny symbol pamięci na grobie czerwonoarmistów. W tej sprawie, mówiąc frazą wiersza Zbigniewa Herbertaani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach...

Zagadka

Skupmy się lepiej na faktach. Spróbujmy nanieść wydarzenia, w których śmierć poniosło tych 2147 radzieckich nieszczęśników  pochowanych na cmentarzu w Bielsku Podlaskim, na oś czasu. Zapytuję: w którym roku oni zginęli? Moja wyobraźnia szybko sufluje do ucha komentarze zdziwionych czytelników: o co mu chodzi?, zgłupiał? Przecież to oczywiste - Niemcy zostali wyparci z ziemi bielskiej latem 1944 r. (wojska niemieckie opuściły Bielsk Podlaski 30 lipca 1944 r.). Na proste pytanie pada zatem szybka, jasna odpowiedź: zginęli w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym. Ornamentyka ogrodzenia cmentarza, układająca się na każdym jego przęśle od strony głównego wejścia na teren cmentarza w treść 1944, wskazuje że  to prawidłowa odpowiedź. Także cmentarne mogiły potwierdzają, że tak właśnie jest.  Nagrobki na nich wyglądają  jednakowo: patrząc na nie od frontu widzimy płaszczyznę czworoboku złamaną w jej lewym górnym rogu czerwoną gwiazdą, a w środku pola czarną tablicę z nazwiskami pochowanych albo informacją, że to mogiła zbiorowa (w takim wypadku podana jest liczba pochowanych w danej mogile). W lewym dolnym rogu czworoboku frontowej płaszczyzny  nagrobka wyryty jest napis 1944, a na górze z prawej strony POLEGLI W WALCE. Napisy te jeszcze kilka lat temu dobrze widoczne są teraz, wskutek odpadnięcia czarnej farby, mało czytelne, ale nadal świadczą o roku, w którym zginęli ci, co pod nimi spoczywają.


O względności czasu i czekiście  poległym w walce o "wyzwolenie" ziemi bielskiej

Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty czwarty to jest prawie dobra odpowiedź na moje pytanie; prawie, ale nie w pełni. Można rzec, powtarzając za Poetą, że proste z pozoru pytania wymagają zawiłej odpowiedzi. Zapowiadałem przecież, że jest na cmentarzu w Bielsku Podlaskim miejsce frapujące. Czas je wskazać.

Pochylmy się nad jedną z mogił usytuowanych w drugim bodaj rzędzie na lewo od głównego wejścia na teren cmentarza. Pośród uwiecznionych na tablicy nagrobnej nazwisk pochowanych w tej mogile  osób,  poległych w walce o wyzwolenie ziemi bielskiej w 1944 r., figuruje, jako piąte od góry, nazwisko DOKSZYN.

Dla poszukiwaczy przykładów dowodzących słuszności twierdzenia, że czas to pojęcie względne, mogiła  ta powinna  być naprawdę interesującym miejscem. Z jakiego powodu? Już wyjaśniam. Otóż Aleksander  Dokszyn, bo o niego tu chodzi,  zginął  nie w 1944 r., lecz 5 stycznia 1945 r.

Powie ktoś: zaraz, zaraz, przecież Niemców, to już ustaliliśmy, nie było wtedy na ziemi bielskiej od dobrych kilku miesięcy...

Zgoda, ale byli za to "reakcjoniści" spod znaku AK i to oni zastrzelili Aleksandra Dokszyna... czekistę Aleksandra Dokszyna.


Zginął on w stopniu starszego lejtnanta, pełniąc odpowiedzialną z punktu widzenia sowieckiego aparatu terroru, instalującego w Polsce reżim komunistyczny, funkcję szefa  kontrwywiadu "Smiersz" na powiat Bielsk Podlaski. Został zlikwidowany, podczas wykonywania zadania operacyjnego na terenie gminy Boćki, przez sekcję egzekucyjną Obwodu AK Bielsk Podlaski dowodzoną przez por. Zygmunta  Błażejewicza  "Zygmunta".

Por. Zygmunt Błażejewicz ps. "Zygmunt"

Należy dodać, że śmierć st. lej. Dokszyna nie pozostała bez konsekwencji dla ówczesnych mieszkańców okolic Bociek. W końcowej części poświęconego zamachowi na Dokszyna fragmentu meldunku sztabu 32 Zmotoryzowanego  Pułku Strzeleckiego WW NKWD za okres od 25 grudnia 1944 r. do 10 stycznia 1945 r. znajdujemy brzmiący złowróżbnie passus:

WNIOSEK: należy przyjąć, że napadu dokonała uzbrojona banda. PODJĘTE ŚRODKI: Grupa operacyjna KRO "Smiersz" pod dowództwem majora Gribko wzmocniona przez pododdział pułku w sile 50 ludzi przeprowadziła operację w celu wzięcia niektórych podejrzanych o uczestnictwo w bandzie.

W ciągu kolejnych kilkunastu dni stycznia 1945 r. sowiecka grupa operacyjna kierowana przez mjr. Gribko aresztowała na terenie gminy Boćki blisko 100 osób...

Gribko i inni

Wróćmy jednak z tych ponurych i niebezpiecznych czasów na chwilę do teraźniejszości - na cmentarz w Bielsku Podlaskim. Na tablicy nagrobnej na mogile, w której spoczywa czekista Dokszyn, odnajdziemy również nazwisko GRIBKO. Sąsiaduje ono z nazwiskiem Dokszyn. Jest  na niej umieszczone jako szóste od góry. To wspomniany w ww. meldunku NKWD major Walsilij Gribko. Jego walka o "wyzwolenie" ziemi bielskiej trwała nieco dłużej niż starania A. Dokszyna. Ten zasłużony enkawudzista, bohater Związku Radzieckiego, pełnił funkcję sowieckiego doradcy przy szefie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bielsku Podlaskim. Zginął 18 sierpnia 1945 r., jako dowódca sowieckiej ekspedycji karnej złożonej z żołnierzy 4 kompanii 2 batalionu 267 Pułku Strzeleckiego WW NKWD, wspartej funkcjonariuszami UB z Bielska Podlaskiego i plutonem żołnierzy 1 praskiego pułku 1 Dywizji Piechoty LWP im. Tadeusza Kościuszki, podczas działań represyjnych przeciwko członkom konspiracji niepodległościowej z terenu powiatu Bielsk Podlaski. Na swej drodze, we wsi Miodusy Pokrzywne, nieopodal Perlejewa, grupa operacyjna prowadzona przez mjra Gribko napotkała  1 szwadron 5 Brygady Wileńskiej AK dowodzony przez wspomnianego już wcześniej "Zygmunta" oraz oddział ppor./kpt. Władysława Łukasiuka "Młota", w sumie ok. 100 partyzantów.

Kpt. Władysław Łukasiuk "Młot"

W chwili starcia siły po obydwu stronach były zrównoważone, z lekką przewagą po stronie żołnierzy podziemia. W zaciekłym, trwającym około 3 godzin boju zginęło co najmniej 18 oficerów i żołnierzy NKWD, 11 żołnierzy LWP i kilku funkcjonariuszy UB; niektóre źródła podają, że po stronie komunistycznej zginęło ponad 50 osób (zainteresowanych szczegółami tej walki zachęcam do lektury publikacji pt.  5 Brygada Wileńska AK 18 sierpnia 1945 r. Bitwa w Miodusach Pokrzywnych). Pośród zabitych był major Wasilij Gribko. W walce z partyzantami "Zygmunta" i "Młota" padł również dowódca 4 kompanii strzeleckiej 2 batalionu 267 Pułku Strzeleckiego  WW NKWD starszy lejtnant Aleksiej AMELIN, zginęli także sierż. Michaił DANIŁOW, lej. Grigorij GAWRUSZYN i sierż. Wasilij KAŁABOW. Wszyscy oni spoczywają w jednej mogile, razem ze swym dowódcą, mjr. Gribko. Ich nazwiska znajdziemy na  tablicy nagrobnej odpowiednio jako pierwsze, trzecie, czwarte i siódme. Dodajmy, że walkę o "wyzwolenie" ziemi bielskiej zakończył 18 sierpnia 1945 r.  w Miodusach także  kpt. Nikołaj KRASNOW. On również spoczywa na cmentarzu w Bielsku Podlaskim, tyle że  w sąsiedniej mogile, urządzonej w taki sam sposób jak mogiła jego kolegów – czekistów.


Wysokiej klasy fachowcy

Warto wiedzieć, ze wszyscy wyżej wymienieni jak również inni enkawudziści polegli w  walce z partyzantami "Zygmunta" i "Młota" w Miodusach byli specjalistami w zwalczaniu kontrrewolucyjnego podziemia i naprawdę wysokiej klasy fachowcami w tej dziedzinie. Dali tego dowód choćby w Bodakach, gdzie w maju 1945 r. rozbili 50 osobowy oddział NZW  por. Zbigniewa Zalewskiego "Drzymały" (zginęło wówczas  ponad 20 partyzantów), oraz w lipcu 1945 r. w  Lubiejkach, likwidując poakowski oddział  pchor. Franciszka Pietrzykowskiego „Cincinatusa".

"Ostatni sk...syn"

Nie dziwi więc, że w meldunku Komendy Powiatu NZW Bielsk Podlaski za sierpień 1945 r., w jego fragmencie dotyczącym walki w Miodusach napisano co następuje

[...] dochodzi do potyczki między oddziałem Zygmunta i Młota a bolszewicką obławą (oddziałem szturmowym). Bolszewicki oddział szturmowy zostaje całkowicie rozbity. Zabitych jest ponad 50 bolszewików, masa rannych. Wśród zabitych znajduje się major Grypko (błędna pisownia nazwiska; oczywiście chodzi o mjra Wasilija Gribko – przyp. G.W.), kierownik UB Bielsk. W ręce Zygmunta wpadają cenne dokumenty (cała teczka), spisy członków konspiracji, dowódcy oddziałów, składy broni w  całym terenie. Było to przy mjr. Grypko. Zabitym bolszewikom zrobiono w Bielsku manifestacyjny pogrzeb. Na grób Grypki przysłano wieńce z Mińska i Smoleńska. Wygłoszono mowy pełne pogróżek pod adresem Polaków. Major Grypko (opinia): ohydny bolszewik, polakożerca, ostatni skurwysyn. Kula partyzanta, która rozwaliła mu łeb, z punktu widzenia Polaka, jest to najlżejszy wymiar kary. [...].


Sowietnik PUBP w Bielsku Podlaskim mjr NKWD Wasilij Gribko, zginął 18 sierpnia 1945 r. w walce 1 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK w Miodusach Pokrzywnych.

Porażka, którą sowieci ponieśli w walce w Miodusach obiła się echem w gabinetach dowódców NKWD działających na froncie walki z polską kontrrewolucją - generał lejtnant Nikołaj Seliwanowski, sowiecki doradca przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, wydał adresowany do dowództwa 62 Dywizji Strzeleckiej WW NKWD rozkaz, mocą którego nakazywał, aby operację mającą rozpoznać i zlikwidować bandę Zygmunta kontynuować do pełnego zniszczenia bandy. W wyniku owej operacji tylko do 24 sierpnia 1945 r. na terenie gmin Ciechanowiec i Brańsk zatrzymano około 300 osób.

Smutny paradoks

Przyznacie Państwo, mam nadzieję,  po lekturze tego tekstu, że  cmentarz wojenny w Bielsku Podlaskim to ciekawe i jednocześnie, jak na cmentarz przystało smutne, dosłownie i w przenośni, miejsce. Pośród czerwonoarmistów poległych w walce z Niemcami spoczywają na nim enkawudziści, którzy kierowali wymierzonym w naszych rodaków sowieckim aparatem terroru na ziemi bielskiej i padli od kul braci naszych rozpaczliwie walczących o niepodległość Polski oraz prawo człowieka do wolnego życia na ziemi. Zasmuca nie to, że są tam pochowani, lecz to że do dziś leżą na polskim cmentarzu jako polegli w 1944 r. w walce o wyzwolenie ziemi bielskiej, choć  przecież  byli esencją czynników zniewolenia tejże ziemi; zresztą każdej ziemi, która miała nieszczęście dostać się w jarzmo komunistyczne. Ot, po prostu jeden  z paradoksów czasów, w których żyć nam przyszło.


Corocznie, 9 maja na mogiłach żołnierzy radzieckich płoną lampki pamięci. Tak jak na wezwanie kilkudziesięciu osobistości życia publicznego miało to miejsce w ubiegłym roku. Pewnie i cmentarz w Bielsku Podlaskim rozbłysnął światełkami zapalonymi przez naszych ziomków. Jeżeli tak było, to lampki pamięci stanęły także na mogile wspomnianych w niniejszym tekście czekistów. W końcu, jak przekonuje cmentarz w Bielsku Podlaskim, zginęli oni w walce o wyzwolenie ziemi bielskiej w 1944 r., więc w czym problem?

Epilog

Skoro dotknąłem problemu pamięci, to niech mi będzie wolno wspomnieć poległych 18 sierpnia 1945 r. w walce z ekspedycją karną kierowaną przez mjra Gribko partyzantów z oddziałów  „Zygmunta" i „Młota". To dzięki ich ofierze czekiści GRIBKO, AMELIN, GAWRUSZYN, KAŁABOW, DANIŁOW, KRASNOW i jeszcze kilkunastu innych zakończyli "wyzwalanie" ziemi bielskiej właśnie w Miodusach, w ten sierpniowy dzień 1945 r. I więcej nie krzywdzili ludzi. Robili to  już ich następcy.

Zginęli z oddziału "Zygmunta":
  • Sierż. Zygmunt Kuczyński "Kruk" i kpr. Mikołaj Torniewicz "Wacek" – padli trafieni serią z sowieckiego erkaemu Diegtariewa;
  • Kpr. Witold Kozłowski "Pikuś"- trafiony w głowę przez sowieckiego strzelca wyborowego;
  • Kpr. Stanisław Sawicz "Gołąb" - trafiony w głowę przez sowieckiego strzelca wyborowego;
  • Kpr. NN "Dziadźka" - "Orkan" - trafiony w głowę przez sowieckiego strzelca wyborowego;
  • Kpr. Ryszard Łubrzyc "Harłapan" - ciężko ranny w brzuch, dobił się z własnej broni;
Zginęli z oddziału "Młota":
  • NN "Olek", NN "Noc" -  padli trafieni serią  z sowieckiego erkaemu Diegtariewa.
  • Rany odniosło kilkunastu partyzantów, w tym kilku ciężkie. Jeden z rannych, NN "Lis", zmarł w kilka dni po walce w Miodusach.
"Kruk", "Wacek", "Pikuś" i "Harłapan" spoczywają na cmentarzu w Perlejewie.
"Gołąb", "Dziadźka" - "Orkan", "Olek" i "Noc" leżą na cmentarzu w Śledzianowie.

Może warto Ich pamięć czcić 9 maja?


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.

czwartek, 30 czerwca 2011
O nienakręconym odcinku "Czterech pancernych"...
Grzegorz Wąsowski
[wybór ikonografii - autor strony]

O NIENAKRĘCONYM ODCINKU SERIALU "CZTEREJ PANCERNI I PIES" ORAZ DWÓCH FILMACH ANDRZEJA WAJDY, CZYLI ZDAŃ KILKA NA TEMAT PEERELOWSKIEJ SZKOŁY FILMOWEJ.


Serial przez duże "S" ciągle z nami

Kto z wychowanych w PRL-u nie zna serialu Czterej pancerni i pies? Tylko wyjątki. Trzeba przyznać, że zarówno pułkownik Ludowego Wojska Polskiego Janusz Przymanowski - twórca postaci Janka Kosa i jego towarzyszy broni, jak i Konrad Nałęcki – reżyser serialu, spisali się znakomicie. Obaj panowie wykonali kawał dobrej, propagandowej roboty. Tak dobrej, że w "podziwie" dla niej, o serialu Czterej pancerni i pies będę pisał dalej z odpowiednią dystynkcją, używając w wyrazie serial dużej litery "S".


Przez długie lata kolejne pokolenia Polaków zastygały przed odbiornikami telewizorów, śledząc w napięciu losy załogi czołgu "Rudy". Wśród nich i ja. Ba, dużo młodsi ode mnie - ci, którzy z racji wieku zasiedli przed telewizorami już po upadku rządów partii komunistycznej, także nie uniknęli kontaktu z Serialem. Stacje telewizyjne cały czas dbają, aby gościł on na ekranach telewizorów, czyli w naszych domach, nie rzadziej niż dwa - trzy razy w roku. Wspólna to troska nie tylko kanałów komercyjnych. Także TVP, realizując misję właściwą telewizji publicznej, przez cały czas pozostaje w awangardzie ambasadorów Serialu. Zdaje się, że tylko w czasie prezesury Pana Bronisława Wildsteina obowiązywał na Woronicza zapis na "Pancernych". Na szczęście jednak dla tego dzieła i jego wiernych fanów, ponury  ten czas nie trwał zbyt długo, i wielki skarb filmoteki narodowej, jakim bez wątpienia jest Serial, został zdjęty z półki, na którą niezasłużenie, z powodów  czysto politycznych, trafił. Niedawno był on emitowany w stacji prywatnej TVN 7, a że wakacje już w toku możemy właśnie po raz kolejny usłyszeć, tym razem w TVP 1 i TVP Seriale, jak Edmund Fetting  uroczym głosem  pięknie wyśpiewuje strofy znanej, chwytającej  za serce piosenki z Serialu.
 
O  poczuciu zubożenia i dwóch filmach Andrzeja Wajdy
               
Dzieło to ma jednak pewien feler. Jest bowiem niedokończone. Koniec filmowej epopei "Pancernych" następuje za szybko, nie pozwala poznać całej ich historii (marginalnie zasygnalizowałem tę kwestię w tekście Paweł Jasienica u mjr. "Łupaszki". A przecież chodzi o sprawę ważną. O dobro kultury narodowej. Na Serialu wychowały się wszak miliony rodaków. Sądzę, że nie można pozwolić, aby taki stan rzeczy trwał nadal. Bo przezeń wszyscy jesteśmy jakby  zubożeni. Zanim jednak rozwinę ten wątek, muszę odreagować takie właśnie odczucie – zubożenia, które towarzyszyło mi, gdy niedawno czytałem na wpolityce.pl felieton Pana Krzysztofa Kłopotowskiego pt. Orzeł Biały dla Wajdy. Autor, uznany krytyk filmowy, dokonał w swym tekście krótkiej retrospekcji twórczości filmowej Andrzeja Wajdy, wykazując niezbicie, że Order Orła Białego należy się Mistrzowi jak mało komu. Co racja, to racja, ale nie w tym rzecz. Felieton, jak już zaznaczyłem, zawiera krótkie omówienie najważniejszych dokonań reżysera. Przy wspomnieniu niektórych obrazów filmowych Mistrza powstałych w okresie PRL-u autor poczynił godne uwagi zastrzeżenie. Napisał mianowicie, że: Nawet jeśli były to filmy zakłamane wobec faktów historycznych, to przecież nie tylko pożyteczne, ale także piękne.
Jednocześnie dziwnym trafem  pominął w swym tekście, co wywołało u mnie wspomniane poczucie zubożenia, pierwsze bodaj pełnometrażowe dzieło filmowe Mistrza, czyli Pokolenie, z Tadeuszem Janczarem i Tadeuszem Łomnickim w rolach głównych. Film, wyprodukowany w roku 1954, opowiada o bojowcach PPR-u i Gwardii Ludowej, czyli członkach organizacji dyspozycyjnych wobec centrali partii komunistycznej w Moskwie, dążących, niestety skutecznie, do skomunizowania Polski. Czyżby Pan Kłopotowski uznał, że ten obraz Mistrza wykracza jednak poza ramy pożyteczności i piękna?

Kadr z filmu "Pokolenie" (1954), reż. A. Wajda.

Wybaczcie Państwo dygresję, ale warto zauważyć, że weryfikacji przez kryterium prawda/fałsz podlega w zacytowanym zdaniu z tekstu Pana Kłopotowskiego tylko teza dopuszczająca zakłamanie niektórych filmów Andrzeja Wajdy wobec faktów historycznych. I trudno z nią polemizować. Natomiast twierdzenie, że coś jest pożyteczne lub piękne jest w istocie jedynie oceną, o tyle dowolną, że nie weryfikowalną za pomocą kryterium prawdziwości. Ujmując rzecz innymi słowy, wyrażony przez Pana Kłopotowskiego pogląd na temat pożyteczności oraz piękna filmów Andrzeja Wajdy, także tych, które niekoniecznie  zachowały lojalność wobec faktów historycznych, oddaje jedynie emocje autora tekstu wobec komentowanych przez niego dzieł filmowych Mistrza, natomiast nie mówi nic obiektywnego na ich temat.

Dodam, że jeżeli Pan Kłopotowski pominął film Pokolenie powodowany względami wobec piękna lub pożyteczności, to w moim odczuciu, postąpił zupełnie niesłusznie. Uważam, że scena, w której bojowiec Gwardii Ludowej, grany przez Tadeusza Janczara, zostaje osaczony przez niemieckich żandarmów i po wystrzeleniu amunicji rzuca się w dół klatki schodowej z czwartego bodaj piętra kamienicy jest warsztatowo znakomita, a przy tym piękna obrazowo (zastrzegam, że nie dlatego jest piękna, jak niektórzy mogą w swej zaciekłości sądzić, że śmierć uzbrojonego komunisty po prostu cieszy oko ludzi poważnie traktujących idee wolnościowe, lecz z powodu świetnej dynamiki ujęć i poetyki obrazu w jej finałowych sekwencjach). Jest prawie tak samo piękna, jak scena z Popiołu i diamentu, w której podziurawiony jak sito kulami z pistoletu maszynowego Maćka Chełmickiego, bogu ducha winny robotnik umiera przed świętą figurą w przydrożnej kapliczce (dodajmy dla precyzji opisu - nie on był celem egzekucji, zginął wskutek pomyłki jej wykonawców), czy też jak finałowa sekwencja śmierci bohatera na gigantycznym śmietnisku. Zakładam też, że dla wielu miłośników kina wszystkie ww. sceny z obrazów Mistrza są nie tylko piękne, są również pożyteczne, bo dlaczego mają nie być?

Kadr z finałowej sceny filmu "Popiół i diament" (1958), reż. A. Wajda, w której główny bohater - żołnierz AK, Maciek Chełmicki - umiera na śmietnisku.

Szkoła filmowa - polska czy peerelowska?
(z dorobku Józefa Mackiewicza zaczerpnięte)

Jak na mój niewyrobiony gust, sceny te, tak jak filmy, z których pochodzą, są wręcz kultowe dla peerelowskiej szkoły filmowej. Nie polskiej, ale właśnie peerelowskiej. Tak jak dla peerelowskiej szkoły filmowej kultowy jest również Serial Czterej pancerni i pies. Oczywiście, nie śmiem porównywać ogromu walorów artystycznych Pokolenia, czy Popiołu i diamentu do wartości artystycznych Serialu. Tu Mistrz bez wątpienia wygrywa na całej linii. I artyzmem, i pięknem. Tym bardziej, że Serial był obliczony na dotarcie do mas, a te zawsze są mierne (prosta zasada arytmetyki: im większy wspólny mianownik, tym mniejsza wartość ułamka), zaś Mistrz adresował swoje dzieła zawsze raczej do elit. Masa ładunku pożyteczności natomiast wydaje mi się być w przypadku tych trzech obrazów filmowych na zbliżonym poziomie, ale to, jak prawie każda ocena, kwestia smaku.

Temat wart jest jednak głębszej refleksji - polska czy peerelowska była to szkoła filmowa? Jest to zagadnienie zbyt poważne, abym pozwolił sobie na wynurzenia własne. Pozwolę sobie natomiast przypomnieć, że swego czasu – w 1967 r. –  podobną kwestię podjął, w znakomitym artykule Droga Pani, Józef Mackiewicz. Artykuł jest  wprawdzie  poświęcony rozważaniom na temat literatury z okresu PRL-u, ale gdyby zamienić w nim wyraz literatura na film (a zwroty adresowane przez Pisarza do pojęcia literatura zastąpić przystającymi do terminu film), to wydaje się on idealnie pasować do wywołanego przeze mnie tematu.

Mackiewicz napisał:

[…] jestem osobiście jedynym bodaj wyjątkiem, który nie uważa literatury PRL-u w jej całości, za literaturę, i w tradycyjnym, i w ścisłym znaczeniu: polską. Podobnie jak nikomu nie przyszłoby nawet do głowy przed wojną literaturę sowiecką - nawet tę z okresu leninowskiego NEP-u, która cieszyła się o wiele większą swobodą, niż dzisiejsza "peerelowska" w komunistycznej Polsce - nazywać "rosyjską". Termin byłby wówczas zgoła niezrozumiały. Literatura rosyjska, to była ta sprzed rewolucji bolszewickiej, plus jej kontynuatorka na emigracji. Pod Sowietami zaś powstała: sowiecka, jako całość; choćby poszczególne książki traktowały o dziecinnych zabawach, czy zawiedzionej miłości. I tak to cały świat rozumiał. Po ostatniej wojnie, od czasu "ewolucyjnego" konkursu rozpisanego w świecie zachodnim: kto niżej w pas pokłoni się komunistom [...], to już się dawno zmieniło. Osobiście jednak zachowałem przedrewolucyjny pogląd, i tak też patrzę na całość literatury peerelowskiej. Sprawdzianem każdej literatury jest, moim zdaniem, jej szczerość. Komunista piszący w wolnym świecie, jeżeli nie jest wyjątkowo funkcjonariuszem, lecz, załóżmy, szczerze wypowiada swe komunistyczne poglądy, należy niewątpliwie do całości literatury narodowej swego kraju. Natomiast nie tylko komunista, ale i nie-komunista piszący w państwach komunistycznych, tzn. podlegający i fizycznej, i psychicznej reglamentacji, ustanowionej przez ustrój komunistyczny, nie należy już do literatury swego kraju, lecz do literackiego typu temu krajowi narzuconego. (Mówię tu ciągle o całości literatury jako takiej, a nie o poszczególnych dziełach). Sprawdzianem tego typu przestaje być indywidualna szczerość twórcy, lecz nadrzędny postulat obowiązujący (stale, i w jakimś stopniu) każdą indywidualność literacką.
(Wiadomości 1967 nr 10, za: Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Droga Pani..., Kontra, Londyn 1993 r.)


Mam nadzieje, że choć część z Państwa uzna, iż to interesująca perspektywa spojrzenia na znakomitą większość dorobku literackiego, a też filmowego z okresu PRL-u. Polecam również przyłożenie tej perspektywy do takich dzieł Mistrza jak właśnie pominięty przez Pana Kłopotowskiego, w jego tekście pt. Order Orła Białego dla Wajdy, film Pokolenie, czy chwalony przez niego Popiół i diament. I liczę na Państwa opinie w tej sprawie.

"Do domu wrócimy, w piecu napalimy, nakarmimy psa..."
       
Wróćmy jednak do Serialu. Wspomniałem, że ma on pewien defekt. Tak jak tekst Pana Kłopotowskiego poświęcony twórczości Andrzeja Wajdy pomija Pokolenie, pozostawiając czytelnika w błędzie poznawczym jeśli chodzi o całokształt twórczości Mistrza, tak i wielbiciele Serialu pozbawieni są obrazu końcowych akordów działalności jego zbiorowego bohatera, czyli  1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. To trochę niesprawiedliwe. Człowiek się utożsamia, otwiera swą wrażliwość, a czegoś, nie ze swojej winy, zostaje pozbawiony. Czegoś ważnego dla całokształtu zjawiska, któremu poświęcił swą uwagę i oddał część emocji.

Przypomnijmy sobie, że ostatni strzał, który pada w Serialu, zostaje oddany przez niemieckiego wyrostka i przecina życie sowieckiego oficera. Serial, jeśli dobrze pamiętam, kończy się scenami weselnymi. Jego główni bohaterowie biorą za żony piękne i uczciwe dziewczyny-żołnierki. Wszystko to dzieje się w maju 1945 r. Wspomniany  Edmund Fetting śpiewa, i to jak (łza się w oku kręci): do domu wrócimy / w piecu napalimy / nakarmimy psa (słowa: Agnieszka Osiecka). Serial nie pokazuje powrotu "Pancernych" do domu; ostatnie kadry - te z wesela - zapowiadają jednak to, co przed nimi, a co, głosem Fettinga, solennie obiecali nam w piosence - dom ogrzany ciepłem rozpalonego pieca, nakarmiony pies...

Wyobraźnia dopowiada resztę, czyli obraz powojennej sielanki. Tymczasem "Pancerni", po powrocie na polskie ziemie, do domu powrócili nie tak od razu. Tu bowiem łeb wysoko trzymała jeszcze reakcyjna Hydra. I należało jej ten łeb urwać.

"Pancerni"  w natarciu. Podlasie, lipiec 1945 r.

Niektóre tereny, np. Podlasie, były wręcz opanowane przez bandy reakcyjnego podziemia. Dlatego też partia komunistyczna wysłała tam najlepsze, najbardziej sprawdzone siły, w tym zaprawione w bojach z hitlerowcami jednostki frontowe: 1 Dywizję Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i właśnie 1 Brygadę Pancerną im. Bohaterów Westerplatte. "Pancerni" i tym razem nie zawiedli - wnieśli realny wkład w przechylenie szali zwycięstwa na froncie wewnętrznym na stronę partii komunistycznej. Tak więc to nie sukcesy wojenne w Berlinie w maju 1945 r., lecz oczyszczenie terenu Podlasia z szeregu band reakcyjnych było ostatnim wyczynem bojowym "Pancernych", nie wiedzieć czemu pominiętym w Serialu. I to na Podlasiu właśnie, nie w Berlinie, zakończyli oni szlak bojowy. Spójrzmy przez chwilę na dokumentację ostatniego sukcesu "Pancernych", wytworzoną przez dowództwo 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte (zachowałem oryginalną pisownię):

Zgodnie z rozkazem Dowódcy 1 Dywizji Piechoty 1 polska Brygada Pancerna dnia 23 VII 1945 r. przeprowadzała operację w celu likwidacji band "Tura" [Zygmunt Kamiński] i "Młota" [Władysław Łukasiuk] pod kierownictwem "Szumnego" [Teodor Śmiałowski]. Dnia 24 VII 1945 r. Brygada Pancerna zajęła podstawowe pozycje wyjściowe w celu rozwinięcia natarcia wyłącznie na Sokołów Podlaski, Zaniecyn Bielany, Kowiesy, Podnieśno włącznie Suchożebry [...] W ukazanym kierunku posuwał się Baon Zmotoryzowanych Fizylierów i 1 Batalion Czołgów [...] 25 VII 1945 r. resztki bandy wykryto w m. Korczew, które próbowały jeszcze się utrzymać prowadząc ogień, gdzie w końcu zostały wzięte z bronią i amunicją. Przedłużając wykonanie zadania kompania przeciwczołgowa spotkała się z bandą "Szumnego" w rejonie półn.- zach. skraj Drożniew. W wyniku zawiązanego boju został zabity komendant okręgu "Szumny", bandyta "Jesion" (nazwisko nieznane), ranny adiutant "Szumnego" "Zdzisiek" (Jabłoński), bandyta "Deoniza" (Cykjan) uczestnik bandy [...]. W dalszym ciągu przedłużając wykonanie zadania, dnia 26 VII 1945 r. zatrzymano 53 osoby podejrzane, z których 18 po ściśle dokonanym zbadaniu ich dokumentów okazało się jawnymi członkami bandy AK.
Za okres operacji Brygada Pancerna wzięła: 70 bandytów AK z bandy "Tura" i "Szumnego" oraz "Młota", 67 osób podejrzanych, których po dokładnym przejrzeniu dokumentów puszczono.

Tyle meldunek specjalny nr 05 Sztabu 1 Polskiej Warszawskiej Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte z dnia 28 VII 1945 r., pod którym swój podpis złożył m.in. Dowódca 1 Brygady Pancernej - pułkownik, o czysto polskim nazwisku, Malutin.

Dodam jeszcze, że w nie było to pierwsze wystąpienie "Pancernych" na froncie walki z rodzimą reakcją. Tylko podczas przeprowadzonych przez tę jednostkę w dniu 8 VII 1945 r. działań w rejonie Latowicza (nieopodal Stoczka Łukowskiego) zatrzymano 185 osób  zakwalifikowanych przez "Pancernych" jako podejrzane, z których 68 przekazano do dalszego śledztwa.

W tej sytuacji akcja ostatniego, nienakręconego do dziś odcinka Serialu chyba powinna ogniskować się wokół przeprowadzonego w końcu lipca 1945 r. natarcia jednostek 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte w kierunku na Sokołów Podlaski, Bielany, Kowiesy i kilka jeszcze innych podlaskich wsi, a  ostatnimi akordami Serialu  powinny być sceny, w których od kul "Pancernych" ginie "Szumny" i jego trzech podkomendnych. A może powinny być nimi sekwencje, w których rodziny ppor. Teodora Smiałowskiego "Szumnego", Zdzisława Jabłońskiego "Pirata", N.N. "Jesiona" i czwartego z wówczas poległych partyzantów rozpaczliwie poszukują ciał swoich bliskich?

Bez grobu. Czy z naszą pamięcią?


Ppor. Teodor Śmiałowski ps. "Szumny"

Miałem zaszczyt znać syna "Szumnego", Pana Bogdana Śmiałowskiego. Do końca swych dni (zmarł w 2007 roku) wierzył, że odnajdzie miejsce pogrzebania swego ojca - ppor. Teodora Śmiałowskiego, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r., komendanta ośrodka Drohiczyn - Siemiatycze w Obwodzie AK-AKO Bielsk Podlaski, dowódcy oddziału partyzanckiego, odznaczonego dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Niestety. Tak się nie stało. Miejsce pogrzebania zwłok "Szumnego" pozostaje do dziś nieznane. W ostatnich latach życia Pan Bogdan Śmiałowski, wskutek choroby, był mocno ograniczony ruchowo. Z tego powodu nie mógł wziąć udziału w uroczystości odsłonięcia pomnika poświęconego Jego ojcu i poległym 25 VII 1945 r. podkomendnym "Szumnego", który wysiłkiem Fundacji "Pamiętamy" stanął w 2005 r. na cmentarzu w Drohiczynie.

Pomnik w Drohiczynie wzniesiony staraniem Fundacji "Pamiętamy" w hołdzie PAMIĘCI BOHATERSKICH ŻOŁNIERZY OBWODU ARMII KRAJOWEJ BIELSK PODLASKI PPOR. TEODORA ŚMIAŁOWSKIEGO "SZUMNEGO", ZDZISŁAWA JABŁOŃSKIEGO "PIRATA", NN "JESIONA" i KAZIMIERZA NN, POLEGŁYCH 25 VII 1945 R. W WALCE Z KOMUNISTAMI ZA NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI, WIARĘ KATOLICKĄ I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA.

Po ceremonii, bardzo podniosłej, na której byli obecni jego bliscy, zadzwonił do mnie, znając już z ich relacji jej przebieg. Łamiącym się ze wzruszenia głosem wyraził swą wielką radość z faktu, że pomnik ten, będący wyrazem naszej pamięci m.in. o Jego ojcu, został wzniesiony. Nie wspominam tego zdarzenia, aby się przed Państwem chwalić, wspominam je dla uświadomienia niektórym jak wielka jest przepaść między "wrażliwością" historyczną tłumów ukształtowaną m.in. na Serialu, a doświadczeniem rodziny "Szumnego", rodziny "Pirata" i innych żołnierzy sprawy polskiej wolności, którzy padli ofiarą działań 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte z lata 1945 r.

I nieśmiało apeluję: ilekroć natkniemy się na tym czy innym kanale telewizyjnym na odcinek Serialu, a natkniemy się jeszcze wielokrotnie, to - niestety - pewne, wspomnijmy "Szumnego" i Jego żołnierzy zabitych przez "Pancernych". Jeżeli mamy aspiracje utrzymania więzów wspólnotowych na poziomie narodowym, to nie powinniśmy zapomnieć o Ich ofierze. A może ten odruch pamięci skłoni nas do skorzystania z prawa wyłączenia telewizora?


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.

sobota, 07 maja 2011
O "Żołnierzach Wyklętych" w Niezależna TV...
Rozmowa z prezesem Fundacji "Pamiętamy" Grzegorzem Wąsowskim o "Żołnierzach Wyklętych" i Apelu 9 maja - Niezależna TV



Strona główna>
 
1 , 2 , 3