Zapomniani Bohaterowie

WSPARCIE STRONY
Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie na facebook
FUNDACJA ''PAMIĘTAMY''
THE DOOMED SOLDIERS
Freedom And Independence
NATIONAL ARMED FORCES
Instytut Pamięci Narodowej
Zeszyty Historyczne WiN-u
GLAUKOPIS - Pismo Społeczno-Historyczne
Historia miejscowości Gminy Urszulin
ENDECJA.pl
Brygada Świętokrzyska NSZ

Leopold Okulicki
GRH Ogniowcy
PSRH ''X D.O.K.''
Wierni Ojczyźnie
Pamięci Żołnierzy Wyklętych
FUNDACJA ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH
KAMPANIA WRZEŚNIOWA 1939

Niepoprawni.pl - Blogerzy dla blogerów



www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
ALBUM POLSKI - Nasze Małe Ojczyzny
TWARDZI JAK STAL - muzyczny hołd dla NSZ
Witryna poświęcona twórczości i życiu Józefa Mackiewicza (1902 - 1985)
Łysiakmania
Strona Ks. Tadeusza Isakowicza - Zaleskiego
WOLNI i SOLIDARNI
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem
13grudnia.org.pl
Żarowska Izba Historyczna
Strony Patriotyczne
SURGE POLONIA
Prawy Prosty. Niezależny Magazyn Informacyjny
Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
Ogrody Wspomnień
Imperium Romanum
sobota, 30 sierpnia 2014
Nowy projekt muzyczny Fundacji "Pamiętamy" !
PREMIEROWE WYKONANIE REWELACYJNEGO PROGRAMU MUZYCZNEGO
"NAS NAUCZONO. TRZEBA ZAPOMNIEĆ"

POSŁUCHAJ WYBRANYCH UTWORÓW I PRZECZYTAJ GDZIE I KIEDY ODBĘDZIE SIĘ KONCERT.
TAM TRZEBA BYĆ !

Pamiętacie Państwo płytę „Myśmy rebelianci” zespołu „De Press”? Ja pamiętam ją bardzo dobrze, może dlatego, że byłem jej pomysłodawcą. Wiedziałem wówczas, a było to pięć lat temu, że czas najwyższy, aby teksty śpiewane przez Żołnierzy Wyklętych – Żołnierzy Niezłomnych w leśnych obozowiskach zostały rozpowszechnione w formie atrakcyjnej dla współczesnych, przede wszystkim dla ludzi młodych, czyli, przyjmijmy, dla osób poniżej 60 roku życia – wychowanych w estetyce muzycznej rocka. Uznałem, że najlepszym nośnikiem przekazu treści wyśpiewywanych swego czasu przez bohaterów walki o wolność z lat 1944-1954 będzie właśnie muzyka rockowa. Ze swoim pomysłem i zbiorem wyselekcjonowanych wspólnie z Kazimierzem Krajewskim (wybitnym znawcą tematu polskiego podziemia niepodległościowego) tekstów zgłosiłem się do Muzeum Powstania Warszawskiego, które zgodziło się zostać wydawcą płyty a jako wykonawcę piosenek wybrało grupę De Press. W mojej ocenie, był to wybór bardzo dobry. Znana i szanowana kapela punk rockowa poniosła teksty Żołnierzy Wyklętych w świat w sposób przyjemny dla ucha a, co równie ważne, także bardzo skutecznie. Wystarczy zajrzeć do Youtube i sprawdzić jaką popularnością, mierzoną liczbą zarejestrowanych „wejść”, cieszą się takie kawałki, jak „Myśmy rebelianci”, „Marsz oddziału „Zapory”, „Piosenka ludzi bez domu” czy „Patrol”.

Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że tytułowe TO – czyli program muzyczny „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” (fraza wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego „Pokolenie”) – zgodnie z moim zamysłem, znakomicie zrealizowanym przez muzyków zespołu CONTRA MUNDUM grającego ciężkiego, ale bardzo melodyjnego rocka, muzyków fantastycznych brzmieniowo i  rewelacyjnych warsztatowo, z niesamowitym charyzmatycznym wokalistą – Norbertem „Smołą” Smolińskim, jest rozwinięciem tematu podjętego przez De Press na płycie „Myśmy rebelianci”. Przeciwko światu, bo tak należy tłumaczyć nazwę kapeli, wykorzystując teksty m.in. Wyspiańskiego, Słowackiego, Norwida, Baczyńskiego i Gajcego, przeprowadzi publiczność przez istotny fragment dziejów polskiego ducha wolnościowego, opowie o ludziach, którym ojczyzna nie była dana, lecz zadana,  o  pokoleniach naszych przodków, które, poczynając od Konfederacji Barskiej a kończąc na Żołnierzach Wyklętych, stawały w obronie wolności naszej wspólnoty narodowej.


To wydarzenie muzyczne – 12 września 2014 r., godz. 20.45, Gdynia, ul. Świętego Piotra 2, Klub Ucho - będzie jedną z imprez towarzyszących VI edycji festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”, którego twórcą i organizatorem, we współpracy z Miastem Gdynia, jest znany dokumentalista Arkadiusz Gołębiewski. Gorąco zapraszam Państwa na ten koncert (wstęp wolny). A czynię tak, bo program „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” jest po prostu znakomity i koncert zapowiada rewelacyjnie!

Nie mogę i nie chcę zdradzać wszystkiego, ale wiedzcie Państwo, że CONTRA MUNDUM zagra między innymi utwór do tekstu „Zgasły dla nas nadziei promienie” Edmunda Wasilewskiego (pieśń sztyletników z Powstania Styczniowego). Zapraszam do wysłuchania wersji demo zarejestrowanej podczas prób zespołu:



Powinniście Państwo też wiedzieć, że kamieniem węgielnym programu muzycznego „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” jest refleksja profesora Henryka Elzenberga, zanotowana przez niego w sztambuchu pod datą 5 grudnia 1941 roku:
Ale przecież w głębi jakiś stosunek do zdarzeń kształtować się musi (…). Poczucie absolutnej dwutorowości dziejów – dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity.
Ta myśl nadal zachowuje aktualność.

W programie „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć”, na który składa się kilkanaście utworów skomponowanych przez zespół, reprezentanci dziejów zbrodni praktycznie się nie pojawiają, bo i po co. Dla nich pozostaje jedynie pogardliwe zapomnienie. CONTRA MUNDUM chce przypominać i nieść pamięć o tych, którzy swym życiem zapisali karty dziejów ducha. Ale jest w tym programie utwór będący rodzajem specyficznego dialogu pomiędzy jednym z przedstawicieli świata opresji a reprezentantami dziejów ducha. To utwór do tekstu Mieczysława Romanowskiego (zginął w Powstaniu Styczniowym jako partyzant oddziału Marcina Borelowskiego „Lelewela” 24 kwietnia 1863 r. w boju pod Józefowem) „Sztandary Polskie na Kremlu”. Zespół zamierza odśpiewać go razem z publicznością. Rekomenduję rozpoczęcie własnych prób od zaraz; w tym celu proszę dobrze zapoznać się z wersją demo tego utworu zarejestrowaną podczas prób CONTRA MUNDUM:



Najważniejszą ideą  programu „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” jest opowieść o ludziach, którzy znaleźli w sobie moc, aby w obronie wolności zmierzyć się z losem. Jak pisał najwybitniejszy współczesny poeta polski Zbigniew Herbert w eseju „Hamlet na granicy milczenia: los jest nieubłaganą obcą siłą, z którą ani paktować nie można, ani jej skruszyć. Bohaterowie tedy buntują się i walczą. Program „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” w wykonaniu CONTRA MUNDUM jest hołdem dla tych sprawiedliwych naszych przodków, którzy – tu znów przywołam Poetę – nie wygrażali pięściami niebu, ale dorośli do losu. Kiedy się go już dotknie rozumem i sercem, kiedy się go wewnętrznie zaakceptuje, przestaje on być gwałtem, a staje się siłą bohatera. Jakże  adekwatnie a jednocześnie dramatycznie  napisał  o tym  Krzysztof Kamil Baczyński w wierszu "Pokolenie":
Do palców przymarzły struny
Z cienkiego krzyku roślin.
Tak się dorasta do trumny,
jakeśmy w czasie dorośli
Jednymi z tych, którzy dorośli do losu, w znaczeniu, o którym pisali Baczyński i Herbert, byli żołnierze podległych  majorowi „Łupaszce” oddziałów 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK. Spośród ponad 400 partyzantów, którzy przewinęli się przez te formacje w latach 1945-1952, życie w walce komunistami oddało blisko 180 żołnierzy. Pozostała po nich, pośród tych, którym droga jest sprawa krwi przelanej za wolność naszej ojczyzny i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, dobra pamięć. Pozostała też pieśń – śpiewany na melodię „Szarej piechoty” Hymn 5 Brygady Wileńskiej mjra „Łupaszki” (spopularyzowany przez De Press w formie ballady „Wiernie iść"). Został napisany przez żołnierza 1 szwadronu o pseudonimie „Fryc” (Stanisław Łaszkiewicz; ”Fryc” dostał się do niewoli po zwycięskiej dla partyzantów walce z  komunistyczną grupą operacyjną  8 sierpnia 1945 r. pod Sikorami na Podlasiu. Był przesłuchiwany przez „Smiersz”, zaginął bez śladu). W wykonaniu CONTRA MUNDUM Hymn 5 Brygady Wileńskiej zabrzmi następująco (wersja demo, zarejestrowana podczas prób zespołu):


I już naprawdę niczego więcej na temat występu CONTRA MUNDUM nie zdradzę. No, jeszcze tylko, że o oprawę sceniczną koncertu zadba Tomasz Madejski, znakomity polski operator filmowy, autor zdjęć do takich obrazów, jak „Testosteron” czy „Pod mocnym aniołem”, twórca teledysku do utworu De Press „Myśmy rebelianci”.

Mam nadzieję, że teraz już wiecie Państwo, że koncertu CONTRA MUNDUM po prostu trzeba wysłuchać. Zagrają dla Państwa:
  • Norbert „Smoła” Smoliński – śpiew,
  • Adam „Malczas” Malczewski – gitara,
  • Tomasz Zień – organy Hammonda, pianino,
  • Michał Kamiński – gitara basowa,
  • Emil Wernicki – perkusja.



Do zobaczenia 12 września br. w Gdyni.



Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

sobota, 01 marca 2014
Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 1/2
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy - Grzegorz Makus]

KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT LOSÓW POSTACI DRUGIEGO PLANU W DRAMACIE ZWANYM HISTORIĄ, W KONTEKŚCIE DNIA PAMIĘCI ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH I ZBLIŻAJĄCEGO SIĘ UPIORNEGO RECHOTU  DZIEJÓW
           

EPOPEI  ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH OBRAZ WSPÓŁCZESNY

Hieronim Dekutowski „Zapora”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Władysław Łukasiuk „Młot”, Zdzisław Broński „Uskok”, bracia Leon i Edward Taraszkiewiczowie, z których pierwszy to „Jastrząb” drugi to „Żelazny”, Stanisław Sojczyński „Warszyc”, Kazimierz Kamieński „Huzar” czy Józef Kuraś „Ogień” to dla każdego, kto choć trochę interesuje się historią walki stoczonej z komunistami o niepodległość naszego kraju i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, nazwiska i pseudonimy doskonale znane. To elita Żołnierzy Wyklętych, Żołnierzy Niezłomnych.


Przywołane przeze mnie postacie to oczywiście tylko przykłady z długiej listy nazwisk zasłużonych dowódców oddziałów antykomunistycznego podziemia. Jednak dziś, spośród wielu tysięcy heroicznych przegranych obrońców sprawy wolności z tamtych czasów, to chyba oni właśnie są najlepiej rozpoznawalni. Na tyle dobrze, że zaryzykuję twierdzenie, iż może nawet całe pięć procent dorosłej populacji Polaków wie w jakich czasach ludzie ci żyli, z kim walczyli i za co zginęli. A przecież  jeszcze kilka lat temu z naszą zbiorową pamięcią w tym obszarze było znacznie gorzej. Przyrost świadomości i wrażliwości społecznej na epopeję żołnierzy podziemia antykomunistycznego zawdzięczamy w dużej mierze wprowadzeniu, z inicjatywy Janusza Kurtyki popartej formalnie przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i podtrzymanej przez jego następcę, Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych do kalendarza naszego życia publicznego. I oczywiście sumie wysiłków wielu środowisk i instytucji zaangażowanych w organizację obchodów tego dnia. Imponująca wręcz wielość inicjatyw społecznych, zwłaszcza działań będących owocem aktywności ludzi młodych, daje nadzieję, że przynajmniej odnośnie tego wycinka naszych dziejów najnowszych świadomość zbiorowa przekraczać będzie zwykły, nędzny, poziom, będący funkcją bylejakości systemu nauczania historii na poziomie gimnazjalnym i licealnym. Oby żywe zainteresowanie podziemiem antykomunistycznym było zjawiskiem o charakterze trwałym. Jeżeli tak się stanie, to może nawet doczekamy czasów, w których dla osób uznających, jak przykładowo aktualna wicemarszałek Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej Wanda Nowicka, że „kto za młodu nie był komunistą, ten nie będzie przyzwoitym człowiekiem”, nie znajdzie się miejsce pośród wybieranych przez nas  posłów i senatorów.

Emocje osób nieobojętnych wobec losów – jak nazwał ich Zbigniew Herbert - „Wilków”, zwłaszcza wśród ludzi młodych, poruszają spektakularne akcje i zacięte bitwy. Historia Żołnierzy Wyklętych (wszystkich, którzy chcą poznać lub przypomnieć sobie rodowód określenia „Żołnierze Wyklęci” zachęcam do lektury mojego tekstu: ŻOŁNIERZE WYKLĘCI… ALE PRZEZ KOGO? REFLEKSJE W PRZEDDZIEŃ ŚWIĘTA) obfituje w takie zdarzenia. Rozbicie więzienia w Kielcach, Radomiu, Radomsku, brawurowy atak na PUBP we Włodawie, w Puławach, walka z Sowietami w Lesie Stockim, Miodusach Pokrzywnych, Łempicach, pod Kuryłówką, Zwoleniem czy w Ostrowach Tuszowskich – to tylko kilka przykładów z  długiej listy pasjonujących epizodów epopei podziemia antykomunistycznego, pełnych dynamiki, napięcia, dramatyzmu oraz przykładów niezwykłej odwagi i ofiarności. To przez pryzmat tych i podobnych im wydarzeń postrzegamy obraz ówczesnych zmagań o wolność. Współczesne wyobrażenie o realiach tamtej walki uzupełniają, zatrzymane w kadrach fotografii, postacie „leśnych” - zwykle w pełnym umundurowaniu, często z ryngrafami na piersiach, z prezentowaną dumnie bronią. Na wielu zdjęciach Żołnierze Wyklęci uwiecznieni zostali na tle wiejskich chat, czasami w izbach.

Żołnierze oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa ppor. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” na jednej z najbardziej zaufanych kwater oddziału we wsi Lipniak (pow. Włodawa), styczeń 1946 r. Od lewej: Feliks Prucnal „Grunwald”, Józef Piasecki „Sokół” († 12 II 1946), Józef Taraszkiewicz (5-letni brat dowódcy oddziału), Henryka Kotlarska - współpracowniczka oddziału, Tadeusz Korzeniewski „Wilk”, Zdzisław Kogut „Ryś” († 24 XII 1946) (IPN).

Ale niezwykle rzadko, co z uwagi na wymogi konspiracji zupełnie zrozumiałe, można znaleźć na tych fotografiach twarze gospodarzy, twarze tych bezimiennych dla nas, a jakże odważnych ludzi, którzy z narażeniem siebie i najbliższych otwierali drzwi swoich domów przed partyzantami, karmili ich i udzielali im noclegu. Nie ma ich na tych zdjęciach i nie istnieją w rekonstruowanym dziś w pamięci zbiorowej obrazie epopei Żołnierzy Wyklętych. A przecież historia każdej wojny partyzanckiej to suma wspólnego wysiłku i ofiary, tak zbrojnych, jak i dającego im schronienie i wspierającego ich zaplecza.

MIARA RYZYKA

Żadna partyzantka nie utrzyma się nawet przez kilka tygodni w terenie, jeżeli nie ma realnego poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalnością „leśnych” – to zależność dość oczywista. Podobnie jak ta, że im bardziej okrutna jest władza, przeciwko której trwa w lasach zbrojny opór, tym większe represje spadają na ludność wspierającą walczących. Dobre wyobrażenie o realiach panujących w okresie pierwszych lat rządów partii komunistycznej dają fragmenty raportu szefa WUBP w Warszawie ppłk. Tadeusza Paszty oraz dowódcy WBW województwa warszawskiego płk. Rubinsztejna z 28 grudnia 1946 r. na temat działań władzy ludowej wymierzonych w ludność powiatu sokołowskiego na Podlasiu, podjętych u schyłku roku 1946:
"W dniach od 24-27 XII 1946 r. grupa nr 1 przeprowadziła operacje we wsiach Dzierzby, Sewerynówka, Bujały, Korczew, Józefin, Księżopole-Budki, Paczuski-Duże, Tosie Krupy, Rytele Świeckie i Garnek. Grupa nr 2 we wsiach Obryte, Pełchy i Wojtkowice-Glinne. Przepuszczono przez „filtr” ponad 250 osób, konfiskując jednocześnie inwentarz żywy u rodzin bandyckich lub udzielających pomocy bandytów. We wsi Wojtkowice-Glinne na 19 istniejących gospodarstw 14 gospodarstw okazało się bandyckich. U wszystkich 14-tu rodzin inwentaż żywy został skonfiskowany, u 5-ciu rodzin niezwiązanych z bandami - pozostawiono (…) W dniu 24 XII 1946 r.  we wsi Kamieńczyk został publicznie rozstrzelany Florczak Aleksander za systematyczne przetrzymywanie bandy „Młota” i udzielanie jej pomocy przez przeprowadzanie wywiadu na rzecz  bandy (...) ludność powiatu sokołowskiego jest bardzo przestraszona, na widok i odgłos samochodu wszyscy uciekają ze wsi (...) ludność powiatu sokołowskiego poczuła władzę państwową i zaczyna się z nią liczyć".
Tak, tak, Szanowni Czytelnicy, to nie jest obraz z okresu okupacji niemieckiej, to są realia z okresu Świąt Bożego Narodzenia  1946 r. w jednym z rejonów Podlasia.

Przypomnijmy, bo warto to uczynić dla lepszego zrozumienia jakiej odwagi wymagało niesienie pomocy Żołnierzom Wyklętym, że za niepoinformowanie władzy ludowej o napotkaniu partyzantów groziła kara do pięciu lat więzienia (z tzw. paragrafu „wiedział nie powiedział”),  za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy za okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło do dziesięciu lat więzienia, zaś za stałą współpracę z oddziałami partyzanckimi, polegającą na systematycznym udzielaniu gościny żołnierzom podziemia lub informowaniu ich o ruchach komunistycznych grup operacyjnych czy w ogóle o sytuacji w danym terenie, groziła kara śmierci bądź dożywotniego więzienia. Kary wymierzane współpracownikom Żołnierzy Wyklętych przez sądy komunistyczne poprzedzało bardzo często zniszczenie całego dobytku aresztowanych, a zawsze piekło nieludzkich przesłuchań w ubeckich katowniach.

Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (IPN)

Tym, którzy wątpią, że tak właśnie było, polecam zapoznanie się z drobnym epizodem z tamtych czasów odnotowanym przez kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, od września 1947 r. dowódcę podziemia antykomunistycznego z terenów południowej Lubelszczyzny. „Uskok” zapisał go w swych notatkach pod datą  30 maja 1948 r., prawie równo rok przed swoją śmiercią:
"Przed dom „faszystowski” zajeżdża ciężarówka z ubejcami [ubekami]. Dzieje się to w biały dzień, w małym miasteczku, wśród gęsto kręcącej się ludności. Byłoby rzeczą śmieszną pozorować rewizję za bandytami i bronią, gdyż taka rewizja miała miejsce w tym domu już kilkanaście razy, więc „kominiarze” (od rozwalania kominów) przystępują do dzieła bez ceregieli. Większość z nich jest porządnie wstawiona, nie wyłączając sprawującego komendę porucznika Gola z lubelskiego UB, notabene znanego z dawnych czasów złodzieja (…) Hołota opadła dom i wtargnęła do środka. W domu znajdowała się tylko chora gospodyni w łóżku. Reszta domowników w porę się ulotniła (…)
– Chora, stara, k…a! Ale jeszcze dziś by tańcowała za zwycięstwo faszystów. Hej, chłopcy. W kozły broń i przygotować się do rewizji! - zawarczał Gol.
Ubejcy odłożyli broń, poczęli uzbrajać się w siekiery, drągi, haki, piły itp. przybory znajdujące się pod ręką. Najpierw napadnięto na kaflowy piec, jeden z rycerzy ze słowami: „Wyłaź sku…synu z pieca!” – grzmotnął siekierą w kafle. Inni mu dopomogli i po chwili piec zdruzgotano, a mieszkanie wypełniło się tumanami kurzu i sadzy. „Okna!” – ryknął któryś. Zabrzęczały szyby, zatrzeszczały ramy i  w miejscu okien pozostały obskurne otwory, przez które kurz wydobywał się na zewnątrz. Kobieta patrzyła na to z łóżka szeroko rozwartymi z przerażenia oczami. (…) Widziała tylko, że na podłodze, z której też kilka desek wyrąbano, rośnie jakiś okropnie smutny w swoim widoku stos. Na stos ten bestialskie ręce zrzucają w stanie już zniszczonym wszystko to, co pracą tylu długich lat uciułało się i nagromadziło przy domowym ognisku. Z brzękiem padają naczynia i skorupy. Skorupy mieszają się z porwanymi fotografiami rodzinnymi i strzępami portretów jej męża i syna nieboszczyka….".
"WIATR POPIÓŁ ROZWIEJE, DESZCZ ŚLADY WYMYJE"

Poruszający jest ten opis wizyty przedstawicieli władzy ludowej w domu zamieszkałym przez rodzinę sprzyjającą podziemiu, po której z nawiedzonego przez nich domostwa nie pozostał przysłowiowy kamień na kamieniu. Z ryzykiem takich odwiedzin musiał liczyć się każdy, kto decydował się na pomoc Żołnierzom Wyklętym. Pomimo tego, dziesiątki tysięcy naszych rodaków takiego wyboru dokonało i w sposób systematyczny wspierało partyzantkę antykomunistyczną. Co najmniej kilkanaście tysięcy z nich zapłaciło za to bardzo wysoką cenę, niektórzy najwyższą.

Wieś Wąwolnica podpalona przez funkcjonariuszy UB 2 maja 1946 r. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)
Dnia 2 maja 1946 ok. godz. 13 [w odwecie za współpracę z oddziałem mjr. Mariana Bernaciaka "Orlika"] do osady Wąwolnica pow. puławskiego przybyli samochodem funkcjonariusze PUBP z Puław w liczbie 25 osób. Ludność, widząc uzbrojony tak liczny oddział, zaczęła uciekać w stronę tzw. Zarzecza. Na terenie Zarzecza funkcjonariusze UB wbiegli na podwórze Leszczyńskiego Wacława. Domownicy zostali spędzeni do mieszkania z zakazem opuszczania go. Zamknięci słyszeli strzelaninę, wybuchy granatów. Po chwili wyskoczyli przez okno z płonącego domu. Okoliczni mieszkańcy spieszący do pożaru nie zostali dopuszczeni do akcji ratowniczej. Wśród funkcjonariuszy UB rozpoznano por. Stefaniaka i ppor. Wargockiego z Puław. Po pewnym czasie cały oddział wycofał się z miasteczka bez żadnych przeszkód ze strony mieszkańców tej wsi. Ok. godz. 15 tego samego dnia do Wąwolnicy przybyli ponownie funkcjonariusze UB i rozbiegłszy się po miasteczku palili zabudowania bądź to przy pomocy pocisków zapalających, bądź też przy pomocy granatów, albo też używając do podpalenia zapałek. Pastwą płomieni padło: 101 domów mieszkalnych, 106 stodół, 121 obór, 120 chlewów i innych budynków, 255 świń, 2 krowy, 5 kóz, 145 kur i 60 królików. Straty te według szacunku mieszkańców wynoszą 70 364 800 zł. Ponadto spaleniu uległy 2 osoby, a szereg innych odniosło ciężkie lub lżejsze oparzenia. Jedna osoba zmarła wskutek udaru serca, a jedna wskutek wstrząsu nerwowego dostała pomieszania zmysłów.
Załącznik nr 6 do protokołu z posiedzenia
Komisji Administracji i Bezpieczeństwa KRN
z dnia 24.05.1946 r.


Pogorzelcy i ich niewielki dobytek, jaki udało się im uratować z płonącej Wąwolnicy. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)

Rozpacz ocalałej z pożogi mieszkanki Wąwolnicy (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)

Niezależne jak potoczyły się ich indywidualne dzieje, dostrzegam wspólną, wyrazistą cechę ich doli czy raczej niedoli. Z tych cichych bohaterów ówcześnie stoczonej i przegranej walki o wolność żaden nie znalazł należnego miejsca w naszej pamięci społecznej, a dokładnie nie znalazł w niej go w ogóle. A przecież bez nich historii Żołnierzy Wyklętych po prostu by nie było. Pewnie to normalne, że ci ludzie tak całkowicie bezgłośnie zginęli w otchłani czasu przeszłego dokonanego, pewnie nie można mieć o to do nikogo pretensji. Pamięć zbiorowa jest przecież tylko malutką wysepką na ogromnym oceanie zbiorowego zapomnienia. Nie ma na niej miejsca dla aktorów drugiego planu zdarzeń przeszłych, mimo że przecież bez nich nie byłoby głównych scen dramatu. Wobec nich znacznie szybciej i intensywnej, niż w stosunku do postaci wiodących dla danego wycinka dziejów, zachodzi proces, którego istotę dobrze oddaje fraza „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje”. Tak było, jest i zapewne zawsze będzie, nie tylko pod naszym niebem.

Jako dobry przykład wspomnianego procesu, w którym zakodowany jest zresztą drobny wycinek smutnej paralelności pomiędzy Powstaniem Styczniowym a epopeją Żołnierzy Wyklętych (więcej na ten temat w tekście: KRÓTKA REFLEKSJA O PARALELNOŚCI NA MARGINESIE TEKSTU PROF. NOWAKA O POWSTANIU STYCZNIOWYM, CZYLI RZECZ O DWÓCH „UZIEMIONYCH” POLITRUKACH I TYLU TEŻ DZIELNYCH KOWALACH), można przywołać wątek dotyczący pierwszej z wymienionych wyżej batalii o wolność. Spośród tych naszych rodaków, którzy mają wiedzę, że elementem dziejów naszego skrawka ziemi jest insurekcja styczniowa, pewnie wszyscy kojarzą postać księdza Stanisława Brzóski – dowódcy oddziału powstańczego na Podlasiu, aż do kwietnia 1865 r. wymykającego się ścigającym go Moskalom. Niektórzy z tego grona są również świadomi tego, że ksiądz Brzóska został pojmany i stracony ze swym adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim. Kto jednak, poza prawdziwymi znawcami tematu, wie pod czyim dachem ukrywali się ci dwaj powstańcy w ostatnim okresie przed aresztowaniem i jakie były losy człowieka, który był aż tak odważny, że dawał im schronienie? A dodajmy, że czynił tak mimo, że już dobrze od ponad roku wiadomo było, że powstanie zakończyło się klęską, że marzenia o niepodległości Ojczyzny nie ziszczą się szybko, wreszcie, że w razie wpadki przyjdzie mu drogo zapłacić za pomoc okazywaną dowódcy szajki (Rosjanie, polując na szajkę księdza Brzóski, ogłosili, że osoby ukrywające bandytów będą sądzone według prawa wojennego przez sądy polowe a ich domy zostaną zniszczone). Wiedza, jak brzmi nazwisko tego człowieka, jest udziałem wyłącznie garstki ludzi i nie ma znaczenia dla pamięci zbiorowej. Niemniej skoro już wywołałem ten wątek, to aby grono osób znających ów historyczny detal powiększyło się o kolejne jednostki dopowiem, że był nim Ksawery Bieliński. Za pomoc niesioną księdzu Brzósce skazany został na karę śmierci, którą carski namiestnik zamienił następnie na karę osiedlenia na Syberii. Nie zdołał wrócić do swoich, zmarł na zesłaniu. Osierocił córkę i syna. Tego ostatniego nie było mu dane nigdy zobaczyć; w chwili gdy został aresztowany jego żona, Julianna, była w drugim miesiącu ciąży. Poświęcił wszystko co było mu drogie, niosąc pomoc ściganym przez władze zaborcze uczestnikom przegranej batalii o świętą sprawę wolności. I stosunkowo szybko zniknął w mrokach wspólnotowej niepamięci. W tym miejscu jego dzieje są całkowicie zbieżne z losem kilkorga ludzi, o których chciałbym w dalszej części niniejszego szkicu cokolwiek powiedzieć. Zadanie to nie jest łatwe, bo nie wiem o nich wiele. W zasadzie jedynie to, że w czasach dla wolności najtrudniejszych dali z siebie wszystko i że zapłacili za to strasznie wysoką cenę. I jeszcze to, że jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni. Oto krótkie streszczenie  ich  losów.

ZARZYCCY

Władysław i Stefania Zarzyccy gospodarowali na ponad jedenastu hektarach ziemi, na kolonii Łuszczów, położonej niecałe 30 km na zachód od Łęcznej. Mieli trójkę dzieci. W początkach wiosny 1949 r. oczekiwali narodzin czwartego potomka, rozwiązanie miało nastąpić za kilka tygodni. Jak zdecydowana większość naszych przodków, byli przeciwnikami komunizmu, a „leśnych” uważali za swoich. Wielokrotnie gościli w swoim domu partyzantów walczących pod komendą kpt. „Uskoka”.
Ludzie nad wyraz poczciwi, uczciwi – oto najogólniejsza charakterystyka rodziny pp. Zarzyckich – tak wspomniał ich w swoich zapiskach „Uskok”.
Pierwszym ogniwem łańcucha zdarzeń, które doprowadziły do tragedii tej rodziny był donos złożony przez członka PPR i współpracownika UB Franciszka Drygałę. Za jego przyczyną w dniu 31 marca 1949 r. funkcjonariusze UB pojmali dwóch członków podległego „Uskokowi” patrolu Walentego Waśkowicza „Strzały”. Katowanie zatrzymanych partyzantów zaczęło się natychmiast i od razu też dało efekty. W wyniku pozyskanych w ten sposób informacji komuniści dzień później zastrzelili „Strzałę”. Ustalili także miejsce i orientacyjny czas umówionego spotkania dowódców partyzantki z południowej Lubelszczyzny – „Uskoka”, „Strzały”, Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, Stanisława Kuchciewicza „Wiktora” i Józefa Franczaka „Lalka”. Tym miejscem był właśnie dom państwa Zarzyckich.

Kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, ppor. Stanisław Kuchciewicz „Wiktor” (IPN)

Na podstawie zapisków pozostawionych przez „Uskoka” a także w oparciu o raporty wytworzone przez funkcjonariuszy sił komunistycznych możemy odtworzyć przebieg zdarzeń w zabudowaniach Zarzyckich. „Uskok” zanotował:
"Nocą z 2 na 3 kwietnia [1949 r.] zaszliśmy tam [do domu pp. Zarzyckich] z „Wiktorem” i „Żelaznym”. „Lalusia” jeszcze nie było (…) Po omacku, aby nie pokazywać światła o tak późnej porze, ulokowaliśmy się, jak komu przypadło i czekamy. Na zewnątrz nie ubezpieczaliśmy się , aby nie drażnić psów. W domu oprócz nas  znajdowała się pani Zarzycka i dwoje dzieci w szkolnym wieku. Mąż z kilkuletnią córeczką spał w obok położonym budynku inwentarskim, w którym urządzone było  mieszkanko. O naszym przybyciu Zarzycki został powiadomiony, aby na wszelki wypadek zawczasu wiedział, jakich gości ma u siebie. Oczekiwanie trwało ponad cztery godziny. Aby nie zasnąć, gawędziliśmy z panią Zarzycką, która też – jak mówiła- wybiła się ze snu. Przez okna zaglądała noc pogodna i rozgwieżdżona, choć bezksiężycowa. Psy szczekały od czasu do czasu i za każdym razem nasłuchiwaliśmy, czy nie nadchodzą oczekiwani [„Lalek” i „Strzała”], ale cisza panowała dalej, nikt w umówiony sposób nie stukał w okna."
Gdy partyzanci tak sobie gawędzili z gospodynią, za oknami czaiło się śmiertelne niebezpieczeństwo, które materializowała przybyła z Lublina grupa operacyjna UB-KBW-MO. Pełną i bolesną świadomość sytuacji, w dosłownym znaczeniu tego określenia, miał już wtedy Władysław Zarzycki. Z budynku, w którym nocował został wywabiony przez jednego ze schwytanych kilka dni wcześniej  partyzantów z patrolu „Strzały”, któremu towarzyszyli dwaj udający „leśnych” funkcjonariusze UB. Zarzycki był nieco zdezorientowany sytuacją, bo o ile partyzanta znał i kilka razy gościł pod swym dachem, to dwóch pozostałych widział pierwszy raz w życiu. Zapewne dlatego na zadane mu pytanie: czy jest kapitan (?), czyli „Uskok”, odpowiedział ostrożnie, że tego nie wie, zaś jeżeli jest, to w budynku mieszkalnym. Zachował czujność - wszak, jak wynika z notatek „Uskoka”, dobrze wiedział, że partyzancki dowódca  przebywa w jego domu. W chwilę potem przekonał się, że ma do czynienia z siłami reżimu, zobaczył bowiem sylwetki kilku żołnierzy KBW, wysłanych w ślad za udającymi partyzantów funkcjonariuszami UB. Zaraz też odprowadzony został na skraj nieodległego od jego zabudowań lasu, gdzie znajdowało się stanowisko dowództwa obławy. Był okrutnie bity, pomimo tego nie potwierdził, że partyzanci są w jego domu. Swoją postawą dał im cień szansy na wyrwanie się z matni. Gdyby wtedy przyznał, że „Uskok” jest w jego mieszkaniu, dowództwo obławy zamknęłoby szczelny pierścień okrążenia wokół zabudowań, wstrzymałoby się  z działaniami zaczepnymi do rana,  ściągając w tym czasie na miejsce duże posiłki, i epopeja partyzancka „Uskoka”, „Żelaznego” oraz „Wiktora” skończyłaby się ich śmiercią albo aresztowaniem w obrębie zabudowań Zarzyckich. Ale Władysław Zarzycki tego nie zrobił, mimo że przecież musiał mieć świadomość, że takim zachowaniem pogarsza, już i tak dostatecznie dramatyczne, położenie swoje i osób mu najbliższych; przypomnijmy: żony będącej w ostatnich tygodniach ciąży i trójki małoletnich dzieci. Dzięki jego postawie, dowództwo obławy nadal nie miało pewności czy partyzanci są w zabudowaniach.

Ppor. Edward Taraszkiewicz "Żelazny", Zdzisław Kogut "Ryś". Zima 1946 r. (IPN)

Do świtu pozostawało wówczas około godziny. Wtedy postanowiono wysłać pięciu milicjantów, aby zajęli stanowiska w bezpośredniej bliskości domu mieszkalnego Zarzyckich, w miejscach niewidocznych z okien czy drzwi budynku. Podczas podchodzenia do zabudowań zostali zauważeni przez partyzantów. Nie wiedząc o tym dwóch milicjantów podjęło próbę wejścia do mieszkania, zaraz też zostali śmiertelnie ranni od kul wystrzelonych przez „Uskoka” i „Wiktora”. Chwilę potem partyzanci rzucili na podwórze kilka granatów, pod ich osłoną  wybiegli z zabudowań i przez ogród ruszyli w stronę lasu. Następnie, przy dość biernej postawie żołnierzy KBW, przedarli się przez linię obławy i zniknęli w zbawiennym lesie. Tam byli bezpieczni. Zanim wybiegli z domu  Zarzyckich „Uskok”, jak zapisał w swych notatkach, usłyszał jeszcze od Stefanii Zarzyckiej: „Nie dacie rady? Może na strych? O Boże! Ratujcie się!”.

Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 2/2>
Strona główna>
Prawa autorskie>
Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 2/2
Dalej los Zarzyckich potoczył się tak, jak potoczyć się musiał. Właściwie to był on przesądzony już w chwili, kiedy Franciszek Drygała składał swój donos. Kominiarze z UB doszczętnie zdemolowali wnętrza zabudowań państwa Zarzyckich, a znajdującą się w nich żywność, zapasy mąki i ziarna zalali naftą. Stefanię i Władysława Zarzyckich oczywiście aresztowano i osadzono na Zamku w Lublinie.

Dawne więzienie NKWD–MBP w Lublinie - Zamek Lubelski.

W zniszczonym mieszkaniu pozostawiono na pastwę losu trójkę ich dzieci: dwie dziewczynki, Marysię i Zosię, w wieku odpowiednio 9 i 12 lat, i 11-letniego Henia. Przez kilka miesięcy cała ta trójka koczowała w ruinach rodzinnych zabudowań. Najpierw w pomieszczeniu nad chlewem, bo tam było nieco cieplej niż w zdemolowanym mieszkaniu, a później w jamie wygrzebanej w stercie słomy. Żywność potajemnie dostarczało im kilka osób z sąsiedztwa. Dopiero w październiku 1949 r. najstarsza córka Zarzyckich została umieszczona w szkole ogrodniczej w nieodległych Kijanach, zaś dwójka młodszych dzieci trafiła do domu dziecka. Ich siostrzyczka, Magdalena, urodzona już na Zamku w Lublinie, podzieliła los siostry i brata – także znalazła się w domu dziecka. Matki nigdy nie poznała. Dla komunistów nie miało bowiem żadnego znaczenia, bo i dlaczego miałoby dla nich mieć jakiekolwiek, że Stefania Zarzycka ma troje małych dzieci i że jest w zaawansowanej ciąży. Jeżeli brali pod uwagę te okoliczności, to tylko w tym kontekście, że mieli lepsze możliwości nacisku, tak na samą panią Stefanię, jak i na jej męża. Państwo Zarzyccy zostali poddani ciężkiemu śledztwu, połączonemu z torturami. Jak wspominała osadzona wówczas na Zamku w Lublinie, a pracująca w więziennym szpitalu kobieta, pochodząca z jednej z miejscowości sąsiadujących z Łuszczowem, Stefania Zarzycka była cała sina od pobicia. Znalazła w sobie jeszcze tyle sił, że dała życie swojemu czwartemu dziecku. Zmarła w więziennym szpitalu tuż po porodzie w dniu 29 maja 1949 r. Jej mąż po wyjściu z więzienia tak wspomniał, co komuniści wyprawiali z jego żoną  i z nim; relacja ta jest znana z przekazu jednej z jego córek:
"Ojca i matkę umieszczono w dwóch sąsiednich celach przedzielonych cienką ścianką. Jeden z ubeków wszedł do celi ojca i zapytał: - Słyszałeś jak drze się z bólu twoja baba? Nie? To zaraz usłyszysz. Po chwili z sąsiedniej celi rozlegał się przeraźliwy krzyk torturowanej, ciężarnej matki. Trwało to jakiś czas. Potem drzwi się otwierały, wchodziło kilku i mówiło do ojca: - A teraz ona usłyszy, jak ty wyjesz! - I rozpoczynało się bezlitosne bicie i kopanie".
Inaczej niż jego żonie, Władysławowi Zarzyckiemu dane było przeżyć piekło śledztwa. Sąd komunistyczny skazał go na 15 lat więzienia i orzekł konfiskatę całego majątku. W 1955 r. Zarzycki opuścił więzienne mury, wtedy też odzyskał dzieci. Po wyjściu z więzienia zamieszkał w Starachowicach, gdzie pracował w kopalni jako pomocnik górnika. Zmarł w 1963 r.

Swoim heroicznym uporem, jaki wykazał przez te kilkanaście minut na około godzinę przed świtem 3 kwietnia 1949 r., gdy katowany przez komunistów nie potwierdził, że kpt. „Uskok” przebywa w jego zabudowaniach, nie odmienił losu tych, których zdołał wówczas ochronić. „Uskok” zginął w niecałe dwa miesiące później. Nie zdążył ustalić kto złożył donos, który spowodował  śmierć „Strzały” i tragedię rodziny Zarzyckich. Dodajmy, że uczynili to jego podkomendni, „Wiktor” i „Lalek”. "Podziękowanie" nastąpiło 25 sierpnia 1951 r. – konfident został zastrzelony, a jego zabudowania spalone. „Wiktor” zginął 9 lutego 1953 r. Trzeci z partyzantów ocalonych dzięki Władysławowi Zarzyckiemu w ów kwietniowy dzień 1949 r., Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, poległ  w walce 6 października 1951 r.

WNIOSKI ODZNACZENIOWE  JAKO AKTY OSKARŻENIA

Z historią grupy „Żelaznego” związane są postacie Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi. Ich losy są kolejnymi smutnymi symbolami dziejów tej zapomnianej przez nas zbiorowości, której na imię „współpracownicy Żołnierzy Wyklętych”.

Roman Dobrowolski „Ostrożny”, współpracownik oddziału „Żelaznego”, aresztowany 7 X 1951 r., skazany na śmierć i 3 XII 1951 r. zamordowany na Zamku w Lublinie (IPN).

Odnośnie Romana Dobrowolskiego, wszystko to co istotne dla tego tekstu zawarte jest w zaświadczeniu, jakie wystawił Józef Domański „Znicz”, żołnierz oddziału Józefa Struga „Ordona”, a od jesieni 1949 r. podkomendny „Żelaznego”. Wspomniany dokument powstał 2 kwietnia 1951 r., na pół roku przed tragedią całej trójki: ”Żelaznego”, „Znicza” i Romana Dobrowolskiego. Oto jego treść:
"Niniejszym zaświadczam, że Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” urodzony 10 II 1906 roku, imię matki Jadwiga, imię ojca Stanisław, zamieszkały w Urszulinie, powiatu Włodawskiego, z chwilą okupacji sowieckiej z pełnym poświęceniem dla sprawy Polski Podziemnej, udzielał zawsze pomocy dla członków podziemia oraz oddziałów zbrojnych. Dom jego służył często za kwaterę oddziału ś.p. „Ordona”, oraz punkt opatrunkowy dla rannych członków oddziału. W chwilach najbardziej krytycznych, gdy U.B. przeprowadzało akcje na oddziały podziemne, Dobrowolski Roman z narażeniem swego życia oraz całej rodziny, robił u siebie kryjówki, by ratować żołnierzy podziemia. W roku 1947-48, gdy fala terroru reżimowego wzrosła do najwyższego stopnia, i gdy wielu członków oddziałów zbrojnych poległo (mogę powiedzieć, że zostały tylko jednostki), Dobrowolski Roman i tym razem nie zawahał się i nie odmówił pomocy dla członków oddziałów podziemnych. W roku 1948 w jesieni gdy naprawdę straciłem nadzieję, czy zdołam przetrwać zimę, która się zbliżała, (tym bardziej, ponieważ byłem rannym w lecie tegoż roku i ze zdrowiem szwankowałem jeszcze dość poważnie) Dobrowolski Roman nie odmówił mi pomocy, robiąc w swych budynkach kryjówkę, gdzie do listopada 1949 roku szczęśliwie u niego przeżyłem. W listopadzie tegoż roku spotkałem się z kolegą „Żelaznym”. Kol. „Żelazny” także doznał od Dobrowolskiego Romana wprost rodzinnego współczucia i pomocy. Większą część zimy 1950-1951 razem z kol. „Żelaznym” i kol. „Kazikiem” przeżyliśmy u Dobrowolskiego Romana, dodać jeszcze muszę, że pomoc jakiej nam udzielał była zawsze szczera i bezinteresowna. Dużo by można wyliczyć szczegółów i szlachetnego poświęcenia dla Polski Podziemnej przez tyle lat. Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” zasługuje na odznaczenie Złotym Krzyżem Zasługi".

Zaświadczenie (strona 1 i 2) wydane przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu (IPN). [kliknij w obraz aby powiększyć]

Podobnie wysoką ocenę partyzantów uzyskała Regina Ozga, także – jak Roman Dobrowolski - od lat niosąca pomoc „leśnym”. Ona również została przedstawiona do odznaczenia Złotym Krzyżem Zasługi. Zaświadczenie dla Reginy Ozgi wystawił osobiście „Żelazny”. Nosi ono datę 19 czerwca 1951 r. Czytamy w nim :
"Niniejszym zaświadcza się, że koleżanka Ozga Regina, pseudonim „Lilka” zamieszkała we wsi Jagodno gminy Wola – Wereszczyńska powiatu Włodawskiego, jest aktywnym członkiem podziemnej organizacji „WiN”. Koleżanka „Lilka” w pracy podziemnej czynna jest od czasu okupacji niemieckiej bez przerwy- do czasu obecnego. W czasie swej konspiracyjnej pracy kol „Lilka” udzielała aktywnej pomocy dla oddziałów ś.p „Ordona” i  „Jastrzębia”, pracując jako łączniczka i członek wywiadu. Oprócz tego w domu kol. ”Lilki” był swego czasu szpital polowy oddziału „Ordona” gdzie kol. „Lilka” pracowała jako sanitariuszka. Dla mej grupy w czasie obecnym kol. „Lilka” oddała niezmiernie ważne usługi i to w czasie kulminacyjnego terroru ze strony U.B. i kompartji. Gdyby mi sądzonem było przetrwać do wyzwolenia Polski, przedstawię koleżankę „Lilkę”  do odznaczenia „Złotym Krzyżem Zasługi” za Jej poświęcenie osobiste i ofiarną pracę dla dobra Polski Podziemnej".

Regina Ozga „Lilka”, łączniczka grupy „Żelaznego”, aresztowana 6 X 1951 r., skazana na karę śmierci, zamienioną na dożywotnie więzienie. Zdjęcie sygnalityczne wykonane przez UB (IPN).

Tyle że „Żelaznemu” nie było dane doczekać wolnej Polski. A kiedy wnioski te sporządzono, nie było już w podziemiu nikogo, kto byłby władny je rozpoznać – były pisane z nadzieją na lepsze czasy. Przejęte przez komunistów, przeleżały dziesiątki lat w archiwach bezpieki. Miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Dziś są pierwszorzędnym, choć raczej mało kogo obchodzącym, świadectwem bohaterstwa osób w nich opisanych. W każdym razie Regina Ozga ani Roman Dobrowolski nie otrzymali Złotych Krzyży Zasługi, choć po stokroć na nie zasłużyli. Ich oddanie dla idei wolności Ojczyzny zostało natomiast odpowiednio docenione przez komunistów.

Legitymacja (awers i rewers) członka Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” wydana przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu "Ostrożnemu" w dniu 2 IV 1951 r. (IPN)

Los obojga został wyznaczony przez koniec grupy „Żelaznego”, który nastąpił 6 października 1951 r. Ostatnia walka tej czteroosobowej wówczas grupy - pełna dynamiki, zwrotów akcji, brawury i zimnej krwi wykazanej przez „Żelaznego” ale i, niestety, również przez jednego z jego przeciwników - zakończyła się śmiercią dowódcy, jego podkomendnego oraz aresztowaniem dwóch pozostałych partyzantów (wszystkich zainteresowanych poznaniem lub przypomnieniem sobie szczegółów tego boju zachęcam do lektury znakomitego tekstu autorstwa Grzegorza Makusa - OSTATNIA WALKA PPOR. "ŻELAZNEGO"). Od kul funkcjonariuszy UB i KBW zginęli również gospodarze, u których „leśni” kwaterowali – Natalia i Teodor Kaszczukowie, przy czym Natalia Kaszczuk zmarła z upływu krwi, bo jako meliniarce bandy nie udzielono jej pomocy.
Jednym z dwóch pojmanych wówczas partyzantów „Żelaznego” był „Znicz”, ten sam, który pół roku wcześniej wystawił zaświadczenie opisujące oddanie Romana Dobrowolskiego dla sprawy wolności. Nie wytrzymał bicia i szybko wyjawił UB najważniejszych współpracowników oddziału. Na czele tej listy znajdowali się Roman Dobrowolski i Regina Ozga.

Zdjęcia wykonane przez bandytów z UB 6 października 1951 r. na  dziedzińcu PUBP we Włodawie. Leżą zabici: Kazimierz Torbicz "Kazik" (z lewej) i Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (z prawej). W środku siedzi Stanisław Marciniak "Niewinny", skazany na karę śmierci, zamordowany wraz z Józefem Domańskim "Łukaszem" 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie (IPN).


Hołota, o której pisał „Uskok”, odmalowując w swych notatkach wizytę funkcjonariuszy UB w jednym z faszystowskich domów gdzieś pod Lublinem, zjawiła się w zabudowaniach Romana Dobrowolskiego i jego siostry Janiny ps. "Joanna" (wspólnie prowadzili gospodarstwo i razem nieśli pomoc partyzantom) o świcie 7 października 1951 r. Na miejscu znalazła kompletne archiwum oddziału „Żelaznego”, w tym przywołane w niniejszym tekście wnioski awansowe, które z chwilą przejęcia ich przez UB, zaczęły pełnić funkcję gotowych aktów oskarżenia. Dzień wcześniej, 6 października 1951 r., aresztowana została Regina Ozga. Dodajmy, dla ścisłości opisu, choć to dla tematu niniejszego tekstu rzecz drugorzędna, że jej aresztowanie nie było wynikiem informacji pozyskanych przez UB od „Znicza”. Nastąpiło wcześniej i zostało spowodowane przez agenta, za przyczyną którego komunistom udało się ustalić miejsce pobytu partyzantów.

Janina Dobrowolska "Joanna" i jej brat Roman Dobrowolski "Ostrożny" z matką (IPN).

CENA  I  ŚWIADECTWO

Roman Dobrowolski został skazany na karę śmierci i zamordowany 3 grudnia 1951 r. na Zamku w Lublinie  (jego siostra Janina, otrzymała karę 12 lat więzienia; więzienne mury opuściła 30 kwietnia 1956 r.). Majątek rodzeństwa Dobrowolskich skonfiskowano. Miejsce pogrzebania doczesnych szczątków Romana Dobrowolskiego pozostaje nieznane. Regina Ozga usłyszała ten sam wyrok co Roman Dobrowolski - karę śmierci.

Legitymacja Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” Reginy Ozgi „Lilki”, wydana w kwietniu 1951 r. przez Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” (IPN).

Podczas rozprawy przed sądem komunistycznym oświadczyła: "byłam i jestem wrogiem Polski Ludowej". Trudno, zważywszy na okoliczności w jakich wypowiedziała te słowa, o piękniejsze i większe świadectwo hartu ducha i wiary w sprawę wolności. Powiedziała też: "wobec Boga i Ojczyzny i ludzi mam czyste sumienie, bo nikomu nic złego nie zrobiłam". Ta jej postawa została przywołana przez sąd komunistyczny w opinii na temat ewentualnego ułaskawienia skazanej; opinii oczywiście negatywnej. Orzeczona wobec niej kara śmierci została decyzją Bieruta zamieniona na dożywocie, a po pewnym czasie, w wyniku amnestii, zmniejszona do 15 lat więzienia. Jej rodzice, Zygmunt i Maria Ozgowie, byli sądzeni w oddzielnym procesie. Skazano ich na 15 lat więzienia. Majątek rodziny Ozgów skonfiskowano. Regina Ozga opuściła mury więzienia 26 lutego 1958 r. Zmarła 1 lipca 1994 r. w Pile.

Opinia składu sądzącego Reginę Ozgę „Lilkę” (strona 1 i 2), świadcząca o jej wyjątkowo godnej postawie w obliczu zasądzonej kary śmierci w dn. 14 VIII 1952 r. (IPN). [kliknij w obraz aby powiększyć]

REFLEKSJE FUNERALNE NA MARGINESIE PEWNEJ PRZEMOWY

Nie łudźmy się, dla poprawy nastroju, że w wolnej Polsce Regina Ozga doczekała się  jakichkolwiek wyrazów oficjalnego uznania za swoją ofiarę dla sprawy wolności. Jestem przekonany, że także na jej pogrzebie nie zaistniał jakikolwiek oficjalny akcent. Umarła zbyt wcześnie. O epopei Żołnierzy Wyklętych dopiero zaczynało się wtedy mówić. 

Niecałe dziesięć lat wcześniej, w październiku 1984 r., miała miejsce pewna uroczystość. Sądzę, że w kontekście tego tekstu należy ją przypomnieć. Przy pracy nad nim odtworzyłem sobie zapisane na taśmie filmowej fragmenty wspomnianej ceremonii. Oto jej oprawa i najważniejsze momenty: uroczystość odbywa się w niewielkiej auli. Na jednej ze ścian rozciągnięta jest czerwona kotara. Na kotarze, z prawej strony, zawieszony jest artystycznie wykonany napis "40 lat SB i MO". Prawa strona kotary służy jako tło dla tablicy, na której czytamy: "funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej Zawsze wierni socjalistycznej ojczyźnie".


Aula wypełniona jest gośćmi, wielu z nich przybyło w strojach mundurowych, niektórzy mają piersi udekorowane szeregiem orderów. Do zebranych przemawia przyszły pierwszy prezydent III Rzeczypospolitej Polskiej, wtedy jeszcze pierwszy sekretarz partii tow. Wojciech Jaruzelski. Od objęcia funkcji prezydenta dzieli go niecałe pięć lat.


Słowa, które wówczas padły z ust pana prezydenta in spe wydają mi się stosunkowo ważne i warte przypomnienia:
"Szanowne towarzyszki, szanowni towarzysze, drodzy moi,
chciałem złożyć serdeczne gratulacje, wam, czołowemu, kierowniczemu aktywowi resortu a za waszym pośrednictwem wszystkim funkcjonariuszom i żołnierzom najgorętsze gratulacje i życzenia w związku z czterdziestoletnim jubileuszem. Czterdzieści lat to przecież w historii odcinek nie tak długi, ale w życiu naszego narodu to cała epoka (…) W tej walce byliście zawsze i jesteście na pierwszej linii. Brzmi to na pozór banalnie, ale przecież ta pierwsza linia oznacza, że od narodzin Polski ludowej funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, milicjanci, wszyscy służący pod waszym znakiem musieli toczyć dzień po dniu ostrą walkę klasową. Ja szczycę się tym, że miałem możność i mam możność pracować i służyć razem z wami, na tej właśnie pierwszej linii (…) Na zakończenie złożę wam najserdeczniejsze również życzenia, aby wasza trudna służba przynosiła coraz większe owoce, by wróg został ostatecznie zepchnięty do defensywy i wyrzucony za burtę. Byśmy szli dalej z podniesioną głową w nowe, lepsze jutro socjalizmu".

Wędrówką życie jest człowieka. Prawda ta, wyrażona strofą piosenki, oznacza też, że dla każdego przychodzi wędrówki kres. Nikt z nas nie zna dnia ani godziny, nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało. Możemy tylko z pewnym prawdopodobieństwem zakładać, że niektórzy, na przykład z racji wieku, mają bliżej do końca swej ziemskiej wędrówki niż inni. Powyższe pozwala przypuszczać, że w stosunkowo nieodległym czasie przyjdzie po pierwszego prezydenta III Rzeczypospolitej Polskiej „zegarmistrz światła purpurowy”. Taka jest kolej rzeczy, po prostu. I tylko wizja obrazów z jego pogrzebu z asystą Kompanii Honorowej Wojska Polskiego, z udziałem najwyższych władz państwowych - z Prezydentem Rzeczypospolitej na czele, z odegraniem hymnu państwowego, z orderami ułożonymi na lawecie z trumną, z biciem werbli i salwą honorową jawi mi się tak niesamowitym i upiornym rechotem historii, że aż…


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS (i) fragmenty notatek kpt. „Uskoka” przywołałem za publikacją: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (ii) „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje” – fragment tekstu Jacka Kaczmarskiego, „Kataryniarz”; (iii) faktografię dotyczącą  Ksawerego Bielińskiego zaczerpnąłem z artykułu mec. Bogusława Niemirki, „Powstańcy styczniowi regionu sokołowskiego w świetle spisów represjonowanych”; publ: Sokołowski Rocznik Historyczny (nr 1/2013); (iv) fragment „jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Raport z oblężonego miasta”; (v) losy rodziny Zarzyckich były tematem kilku artykułów, m.in.: Grzegorz Makus, Tragedia rodziny Zarzyckich, publ: „Gazeta Polska"; relacja córki Władysława Zarzyckiego oddająca jego wspomnienia z okresu śledztwa została przywołana za książką Henryka Pająka, „Uskok” kontra UB, Lublin 1992 r.; (vi) najpełniejszy opis działań grupy operacyjnej przeprowadzającej w kolonii Łuszczów operację przeciwko kpt. „Uskokowi” przedstawiony został w sporządzonym 13 kwietnia 1949 r. raporcie p.o. naczelnika Wydziału ds. Funkcjonariuszy MBP płk. Jerzego Siedleckiego do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza; publ: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (vii) treść wniosków odznaczeniowych dot. Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi podałem za: Grzegorz Makus, "Bracia Wyklęci". Działalność oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" w latach 1945–1951 (Zarys monograficzny), praca niepublikowana; (viii) fragmenty uroczystości z okazji 40-lecia MO i SB z udziałem Wojciecha Jaruzelskiego zostały przypomniane w filmie dokumentalnym „Bezpieka. Pretorianie komunizmu”, w reż. Bogdana Łoszewskiego; (ix) „wędrówką życie jest człowieka” – tytuł i fragment tekstu Edwarda Stachury, (x) fragment  „nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Proces”; (xi) „zegarmistrz światła purpurowy” - tytuł piosenki Tadeusza Woźniaka.

Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 1/2>
Strona główna>
Prawa autorskie>
poniedziałek, 06 stycznia 2014
O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 1/2
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć - autor strony]

O SIOSTRZE ZAKONNEJ, FILMIE PEERELOWSKIM Z PLEJADĄ GWIAZD, LUDZIACH BEZ GROBÓW I DWUTOROWOŚCI DZIEJÓW, CZYLI KRÓTKA REFLEKSJA WOKÓŁ POMNIKA W  RADOMSKU

SIOSTRA

„Po nocach śni się brat, który zginął, któremu oczy żywcem wykłuto, któremu kości kijem złamano” – napisał w wierszu „Pokolenie” Krzysztof Kamil Baczyński. Ciężar i siłę tej poetyckiej frazy zrozumiałem z całą mocą podczas uroczystości odsłonięcia pomnika poświęconego ponad dwustu trzydziestu żołnierzom Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległym i pomordowanym w walce z komunistami w latach 1945 – 1955.


Odsłonięty 26 września 2010 r. w Radomsku pomnik poświęcony pamięci żołnierzy i współpracowników Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem.

Ceremonia ta odbyła się w Radomsku we wrześniu 2010 r. Miałem zaszczyt uroczystość tę współorganizować, w ścisłej współpracy z Prezydent Radomska Anną Milczanowską (jako warszawiak, ciężko doświadczony wolą większości głosujących w stolicy w ostatnich dwóch wyborach samorządowych, mogę tylko zazdrościć mieszkańcom Radomska gospodarza miasta), i prowadzić. Chwilę po tym, jak zapowiedziałem odczytanie apelu pamięci podeszła do mnie starsza wiekiem zakonnica. Była drobnej budowy i niewielkiego wzrostu. Miała delikatne rysy i dobrotliwą twarz. W rękach trzymała różaniec. Od razu widać było, że silnie przeżywa wydarzenia pod pomnikiem. Powiedziała do mnie: jestem siostrą rodzoną Ryszarda Nurkowskiego. Nic nie odpowiedziałem, bo i co też miałem tej kobiecie wówczas powiedzieć. Pochyliłem się jedynie w głębokim przed nią ukłonie. Staliśmy blisko siebie, gdy oficer Wojska Polskiego wzywał do apelu kolejnych poległych i pomordowanych żołnierzy KWP. Po kilku minutach ludzie zgromadzeni przy pomniku usłyszeli:
"Was wzywam!

Żołnierze piotrkowskiego batalionu KWP kryptonim „Żniwiarka”: Janie Rogulko „Grocie”, Ryszardzie Kapczyński „Szary”, Benedykcie Ratajski „Mikusiu”, Ryszardzie Chmielewski „Blondynie”, Ryszardzie Nurkowski „Mewo”, Czesławie Turlejski, Stanisławie Wersalu, Karolu Wielochu, Piotrze Proszewski „Wrono”, Józefie Koniarski, Tadeuszu Schabowski, Leopoldzie Słomczyński, którzyście z 19 na 20 kwietnia 1946 roku przynieśli wolność braciom naszym, więzionym przez komunistów w radomszczańskim więzieniu, a 12 maja 1946 roku, bestialsko pomordowani przez komunistów, swoje młode życie Bogu i Polsce w ofierze złożyli.

Stańcie do apelu!"
I na to odpowiedź pododdziału Wojska Polskiego:
"zginęli śmiercią męczeńską!"


Moja uwaga skupiona była wtedy na stojącej obok mnie zakonnicy. Gdy wyczytano nazwisko jej brata skuliła ramiona i na dłuższą chwilę przymknęła oczy. To wtedy przyszła mi na myśl przywołana na początku tego tekstu fraza wiersza Baczyńskiego. Skojarzenie chyba było adekwatne, bo przecież brata tej pani i jedenastu innych żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego komuniści zamordowali ze szczególnym okrucieństwem. Zrobili to w zemście za udział tej dwunastki w akcji opanowania Radomska, której efektem było rozbicie miejscowego więzienia i uwolnienie 70 skazańców.

Uderzenie oddziałów KWP na Radomsko miało miejsce w nocy  z 19 na 20 kwietnia 1946 r. Ryszard Nurkowski był jednym z 167 uczestników tej akcji. Został aresztowany przez UB już dwa dni później, 22 kwietnia 1946 r. 7 maja 1946 r. zasiadł wraz z szesnastoma innymi żołnierzami KWP jako oskarżony w pokazowym procesie w sali radomszczańskiego kina „Kinema”.

Ryszard Nurkowski, żołnierz KWP, uczestnik akcji na więzienie w Radomsku, skazany na śmierć i zamordowany przez komunistów w maju 1946 r.

Jeszcze nim zapadł zmierzch dwunastu żołnierzy KWP zostało skazanych na karę śmierci. Wszyscy oni zostali zamordowani w okrutny sposób przez komunistów w nocy z 12 na 13 maja 1946 r. (niektóre relacje podają, że do mordu doszło w nocy z 9 na 10 maja 1946 r.). Zwłoki ofiar  porzucono  w poniemieckim bunkrze  w lesie blisko Bąkowej Góry. Przypadkowym świadkiem tego był kilkunastoletni chłopiec z pobliskiej wsi, który powiadomił jej mieszkańców. Przybyli na miejsce ludzie wynieśli ciała z bunkra. Wezwano lekarza, zaprzysiężonego członka KWP, który dokonał  oględzin zwłok. To między innymi z jego relacji, przekazanej towarzyszom broni pomordowanych, wiadomo, że ciała nosiły ślady okrutnych okaleczeń, a kończyny i żebra ofiar były połamane. W chwili swej męczeńskiej śmierci Ryszard Nurkowski miał 20 lat. Ponad sześćdziesiąt lat później, gdy Radomsko oddawało honory swoim bohaterom, stałem obok jego rodzonej siostry. Byłem wówczas i nadal jestem przekonany, że brat śnił się jej wielokrotnie a i wtedy, przy pomniku, po raz kolejny miała go przed oczami.

Zbiorowa mogiła 12 zamordowanych przez komunistów żołnierzy KWP.

"KLINGA" I ROZSTRZELANIE SOWIETÓW

Niedawne jeszcze usytuowanie mojej kancelarii powodowało, że prawie codziennie przechodziłem przez ulicę Nowogrodzką, w miejscu jej zetknięcia z ulicą Chałubińskiego. To ścisłe centrum Warszawy. Dawno temu, w 1946 roku, na rogu Nowogrodzkiej i Chałubińskiego, na chodniku po drugiej stronie Nowogrodzkiej niż zbudowany w końcu lat 80–tych ubiegłego stulecia hotel Marriott stała budka z napojami.
31 sierpnia 1946 r. zatrzymało się przy niej dwóch mężczyzn. Chcieli ugasić pragnienie. Nie zdążyli. Jeden z nich został obezwładniony przez kilku osiłków z Informacji Wojskowej, którzy wyrośli jak spod ziemi, i zawleczony do zaparkowanego nieopodal auta. Miał przed sobą niespełna sześć miesięcy życia, choć bez wielkiej przesady można powiedzieć, że w chwili gdy wrzucono go wówczas do samochodu był już martwy. Pozostała mu tylko pełna męki „droga pod górę zwaną czaszka”; był jednym z tysięcy naszych rodaków, którym za sprawą komunistów przemierzyć przyszło tę najtrudniejszą z ludzkich dróg. Nazywał się Henryk Glapiński, nosił pseudonim „Klinga” i, w mojej ocenie, zasłużył na miano najlepszego dowódcy polowego  KWP. Towarzyszący mu wówczas mężczyzna odszedł z miejsca zdarzenia nie niepokojony. Wcale nie dlatego, że miał szczęście i umknął uwadze tych, którzy pojmali „Klingę”. Po prostu nie mieli oni żadnego powodu, aby go zatrzymać. Przeciwnie, zasłużył na ich pochwałę, gdyż w sposób perfekcyjny wykonał swoje zadanie. „Z-24”. To on zaprowadził „Klingę” na śmierć (przywiózł Glapińskiego oraz dwóch innych żołnierzy KWP do Warszawy pod pretekstem rozpoznania możliwości przerzutu za granicę). Zresztą, nie tylko „Klingę”…

Por. Henryk Glapiński "Klinga", dowódca Oddziału Partyzanckiego Służby Ochrony Społeczeństwa "Warszawa", walczącego w pow. radomszczańskim.

W ataku na Radomsko, który, wbrew dość powszechnym sądom, zakończył się tylko połowicznym sukcesem partyzantów KWP (rozbito więzienie, ale nie opanowano miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa i nie uwolniono przetrzymywanych tam ludzi), „Klinga” dowodził jednym z oddziałów biorących udział w tej operacji. Podczas odwrotu z miasta oddział „Klingi” najpierw zatrzymał wojskową ciężarówkę wiozącą mundury i zaopatrzenie dla jednostki KBW z Katowic, a chwilę potem samochód wojskowy, w którym jechało ośmiu enkawudzistów. Ich dowódca, w stopniu lejtnanta, słusznie, co do zasady, uznając, że w kwietniu 1946 r. na ziemi polskiej podbitej przez komunistów to on decyduje, co komu wolno, a co nie, i że nikt mu tu jego samochodu nie będzie zatrzymywał, starał się krzykiem zaprowadzić porządek a dla dodania sobie autorytetu sięgnął po broń. Miał pecha. Nie mógł wiedzieć, bo i skąd, że zasada jego funkcjonowania w zniewolonej Polsce doznaje właśnie wyjątku. Zapewne sądził, że ludzie, którzy mieli czelność zatrzymać samochód, w którym jechał, są jakąś miejscową komunistyczną formacją mundurową. Po prostu popełnił błąd w ocenie. Chwilę potem już nie żył, zastrzelony przez ochraniającego „Klingę” żołnierza. Pozostali enkawudziści zostali zabrani przez partyzantów.
Oddział „Klingi”, wykorzystując dwa zarekwirowane samochody, przemieścił się w rejon gajówki Borowe, położonej nieco ponad kilometr od wsi Graby (ok. 20 km na południe od Radomska), i tam zatrzymał się na odpoczynek. Sowietom nakazano (służyli w kompanii łączności) założyć linię telefoniczną łączącą wysuniętą w kierunku wsi czujkę partyzanckiego oddziału z gajówką, w której stały główne siły „Klingi”. Wkrótce zwiad oddziału przyniósł informację, że wieś Graby została zajęta przez UB i KBW. Walka z obławą była już tylko kwestią czasu. W tej sytuacji „Klinga” podjął decyzję o likwidacji siedmiu enkawudzistów. Zostali rozstrzelani przez wydzieloną w tym celu sekcję z plutonu Mariana Knopa „Własowa”.

Plut. Marian Knop "Własow", "Wicher", fotografia wykonana po aresztowaniu przez GZI WP (zamordowany przez komunistów 19 II 1947 r.)

Uderzenie sił komunistycznych na 46-osobowy wówczas  oddział „Klingi” nastąpiło 20 kwietnia 1946 r. około godziny 18.00. Grupa operacyjna atakująca partyzantów KWP liczyła około 180 ludzi i była uzbrojona m.in. w działko oraz ciężkie karabiny maszynowe. Główne siły oddziału „Klingi”, uprzedzone meldunkiem przekazanym z wykorzystaniem polowej linii telefonicznej, wytrzymały napór atakujących a następnie przeszły do kontrataku, wyrzucając grupę pościgową z lasu na otwartą przestrzeń. To był klucz do sukcesu partyzantów. W zaciętej i zwycięskiej dla KWP walce pod Grabami zginął dowodzący ścigającą oddział „Klingi” grupą operacyjną kapitan o czysto polskim nazwisku Kuzarow a także kilku innych oficerów. Łączne straty po stronie atakujących wyniosły 11 zabitych i 16 rannych; kilkunastu innych poddało się partyzantom, reszta uciekła z pola walki. Partyzanci zdobyli czternaście ciężkich karabinów maszynowych i większą liczbę broni automatycznej a także jedno działko i kilka samochodów. Po stronie oddziału „Klingi” poległ jeden żołnierz (Jerzy Karnicki „Bursztyn”). Należy podkreślić, że wszyscy ranni  i wzięci do niewoli w  tym starciu członkowie grupy operacyjnej zostali przez partyzantów „Klingi” puszczeni wolno, a dodatkowo partyzanci zwolnili na potrzeby rannych dwa spośród przejętych samochodów.

Por. Henryk Glapiński "Klinga", dowódca oddziału partyzanckiego SOS "Warszawa". W czasie odwrotu po ataku na Radomsko dowodzony przez niego oddział stoczył 20 kwietnia 1946 r. zwycięską walkę z żołnierzami 6. pp WP, po której część z nich przeszła na stronę KWP.

Niemniej wydarzenia pod Grabami posłużyły komunistom do celów propagandowych. Podczas procesu I Komendy Głównej KWP reżimowa prasa mocno eksponowała fakt rozstrzelania siedmiu Sowietów, oczywiście nie wspominając, że służyli w NKWD. Pośród sądzonych wówczas byli m.in. twórca i dowódca KWP Stanisław Sojczyński „Warszyc”, Henryk Glapiński „Klinga” i Marian Knop „Własow” (cała ta trójka wraz z trzema innymi skazanymi w tym procesie na karę śmierci została zamordowana przez komunistów 19 lutego 1947 r.; miejsce pogrzebania Ich ciał pozostaje nieznane).

Proces "Warszyca" i jego 11 podkomendnych przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi, w dniach 9-14 grudnia 1946 r. Na zdjęciu: Kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc" (na pierwszym planie), por. Ksawery Błasiak "Albert" (drugi z prawej), por. Czesław Kijak "Romaszewski" (pierwszy z prawej), sierż. Marian Knop "Własow" (pierwszy z lewej), Albin Ciesielski "Montwiłł" (drugi z lewej).

„Warszyc”, jak można sądzić powodowany troską o właściwy obraz KWP w opinii publicznej, mimo że ona (jeżeli pod pojęciem opinii publicznej rozumieć niezależne od władzy podmioty przekazujące wiadomości do masowego odbiorcy) w tamtych czasach nie istniała, potępił „Klingę” za wydanie rozkazu likwidacji Sowietów. „Klinga” twierdził zaś, że działał pod wpływem zamroczenia alkoholowego i niewiele pamięta, co zresztą pozwoliło mu zasłaniać się niepamięcią także odnośnie tego, kto jego rozkaz wykonał.

Czemu o tym wspominam? Dlatego, że niektórzy współcześni mędrcy, przywołując wyjaśnienia „Warszyca” i „Klingi” złożone przez przed sądem komunistycznym i snując na ich podstawie dywagacje na temat podziemia, sprawiają wrażenie, że nie potrafią uczynić użytku z wiedzy, że kazamaty UB, w których więźniów oprawiano długo, metodycznie i z całą bezwzględną fachowością, a przed procesem zapowiadano im, że jeżeli nie będą odpowiednio zachowywać się na rozprawie, to ponownie zasmakują przyjemności spotkania ze śledczymi, nie były miejscami sprzyjającymi przygotowaniu do naturalnej w kontekście wydarzeń pod Grabami obrony, to znaczy powiedzeniu prawdy wyrażonej  np. takimi słowy:
"wydałem rozkaz rozstrzelania tych enkawudzistów, gdyż ludzi służących w tej formacji traktowaliśmy jak wcześniej, w czasie okupacji niemieckiej, traktowaliśmy esesmanów. To znaczy nie puszczaliśmy ich żywych. Nie dysponowałem aresztem, a poza tym, w tej konkretnej sytuacji, czekała mnie walka z grupą pościgową. Nie mogłem ich wypuścić, bo zdradziliby pozycje obronne i liczebność mojego oddziału, nie mogłem też tych Sowietów dłużej przetrzymywać, bo co najmniej dwóch moich żołnierzy musiałoby ich pilnować w czasie walki, w której broniliśmy się przed kilkakrotnie liczniejszym i znacznie lepiej uzbrojonym przeciwnikiem; nie mogłem i nie chciałem dodatkowo osłabiać na naszą niekorzyść proporcji sił. Dlatego zostali rozstrzelani".
Warto mieć to na uwadze, ferując współcześnie sądy o podjętej wówczas przez „Klingę” decyzji, bez wątpienia trudnej, ale przy pewnym wysiłku myślowym i poszanowaniu dla prawdy życia, w pełni zrozumiałej.

O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 2/2>
Strona główna>
Wsparcie>
O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 2/2
FILM

Odwrót partyzantów „Klingi” po uderzeniu KWP na więzienie w Radomsku przyniósł ze sobą kilka jeszcze, poza walką pod Grabami, emocjonujących zdarzeń, których suma zasługuje na film fabularny. Ale taki film póki co nie powstał, co nie oznacza, że żadna z wymienionych przeze mnie w tekście osób nie została uwieczniona obrazem filmowym. Doczekał się tego „Z-24”. Ten sam, który od budki z napojami, przy której pojmano „Klingę”, odszedł nie niepokojony. Był bardzo skutecznym agentem Zarządu Głównego Informacji Wojskowej. W szeregi KWP przeniknął tuż po aresztowaniu „Warszyca”, gdy pozbawiona dowódcy i osłabiona aresztowaniami organizacja przeżywała poważny kryzys. Podawał się za wysłannika gen. Andersa (po wojnie „Z-24” służył przez kilka miesięcy w PSZ na Zachodzie). Na kanwie jego osiągnięć w walce z KWP powstał film „Akcja Brutus”. Ta peerelowska produkcja została zrealizowana w 1970 roku. Należy ją zaliczyć do  klasycznych przykładów materializacji ducha moczarowskiego w sztuce filmowej. „Akcja Brutus” jest ekranizacją powieści Zbigniewa Nienackiego „Worek Judaszów, którą autor przygód Pana Samochodzika popełnił w 1961 roku.

Plakat reklamujący film "Akcja Brutus"


Temat potraktowano bardzo poważnie, wszak opowieść dotyczyła okresu utrwalania władzy ludowej. Scenariusz filmu napisał sam Nienacki, a reżyserował Jerzy Passendorfer. Konsultantem historycznym filmu był Tadeusz Maj „Łokietek” (w okresie okupacji niemieckiej dowodził oddziałem Armii Ludowej, miał na sumieniu morderstwa na Żydach i zasługi w zwalczaniu partyzantki niepodległościowej; w okresie walki z reakcją był najpierw oficerem KBW a następnie szefem prokuratury w Łodzi). W „Akcji Brutus” wystąpiła plejada znanych i lubianych aktorów. W rolę ekranowego odpowiednika „Z-24” (jest pokazany w filmie nie jako agent Informacji Wojskowej, lecz oficer UB, który, udając zrzutka z „Londynu”, zyskuje zaufanie bandytów) wcielił się Zygmunt Hübner, przez wielu uznawany za najlepszego aktora tamtych czasów. Kreację postaci dowódcy bandy zawdzięczamy niezawodnemu Witoldowi Pyrkoszowi (wcześniej aktor ten znakomicie wcielił się w rolę herszta bandy, „Malutkiego”, w filmie Jerzego Kawalerowicza „Cień” nakręconym na podstawie scenariusza Aleksandra Ścibora-Rylskiego; warto przy tym wspomnieć, że inny przywódca bandy reakcyjnego podziemia, nie pokazany, a jedynie przywoływany w tym dziele późniejszego reżysera „Quo vadis”, nosił  pseudonim będący prostą emanacją tęsknoty za wolnością i z tego też powodu bardzo popularny w szeregach leśnej braci: „Pompiarz”). Wtyczkę bandy w UB zagrał powszechnie lubiany Marian Kociniak, a cyngla (egzekutora) bandy nie mniej popularny Wojciech Pokora. Łączniczką dowódcy bandy była niezapomniana Ewa Krzyżewska. W rolę szefa lokalnego UB, szczerego, ale i stanowczego towarzysza, wcielił się Tadeusz Szmidt.


Obsada „Akcji Brutus” jest zatem gwiazdorska. Ale jak każde dzieło propagandowe, a ten film należy do tej kategorii, obraz wywołuje raczej smutne wrażenie. I to jest refleksja pozafilmowa, dotyczy kondycji ludzkiej. Henryk Elzenberg napisał, że „o człowieku nigdy nie można myśleć dość pesymistycznie”. Mnie się zdaje, że „Akcja Brutus” - owoc podjętego w roku 1970 wysiłku twórczego szeregu osób - może służyć za przykład, drobniuteńki, z nieskończonego zbioru ludzkich postaw, że przywołana myśl tego filozofa jest nader trafna. Jeśli chodzi natomiast o wymiar artystyczny filmu, to gdy kilka lat temu oglądałem go, pamiętając, że został nakręcony bardzo na poważnie i miał widza trzymać w napięciu, towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że człowiek nie znający kontekstu historycznego, w tym realiów, w jakich obraz ten powstał, taki dajmy na to Amerykanin, może w sposób uzasadniony odebrać „Akcję Brutus” jako mało udaną parodię obrazów sensacyjnych z  wątkiem szpiegowskim; coś w rodzaju produkcji z nieodżałowanym Leslie Nielsenem, typu „Naga broń”, tyle że ze znacznie wolniejszym tempem akcji oraz mniej wyrazistą manierą szyderstwa i kpiny. W każdym razie jeżeli dla twórców jest porażką, gdy poważne w ich założeniu dzieło przeradza się w sposób niezamierzony w jego własną parodię, to w mojej ocenie „Akcja Brutus” jest takiej porażki klasycznym wręcz przykładem.

DYGRESYJNIE O PEERELOWSKIEJ SZKOLE FILMOWEJ

Jedna kwestia w ramach wywołanego wątku filmowego wydaje mi się warta zaakcentowania. Pisząc o „Akcji Brutus”, że jest to produkcja peerelowska, nie miałem na celu wyrządzenia komuś przykrości czy wyostrzenia oceny dla uzyskania lepszego efektu u odbiorcy tego tekstu. Chciałem po prostu być w miarę precyzyjny w opisie. Poruszałem już w jednym ze swych tekstów  ten temat  (patrz: O NIENAKRĘCONYM ODCINKU SERIALU „CZTEREJ PANCERNI I PIES” ORAZ DWÓCH FILMACH ANDRZEJA WAJDY, CZYLI ZDAŃ KILKA NA TEMAT PEERELOWSKIEJ SZKOŁY FILMOWEJ), ale ponieważ wydaję mi się on ważny, pozwolę sobie powtórzyć, że zagadnienie czy filmy powstałe w okresie rządów partii komunistycznej w Polsce należy zaliczyć do polskiej czy peerelowskiej szkoły filmowej (?) warte jest głębszej refleksji. Uznaję je za zbyt poważne, abym pozwolił sobie tylko na wynurzenia własne, bez właściwego wsparcia.
Otóż  w 1967 r. podobną kwestię, w znakomitym artykule „Droga Pani”, podjął Józef Mackiewicz. Wprawdzie tekst Mackiewicza poświęcony jest rozważaniom na temat literatury z okresu Peerelu, ale gdyby zamienić w nim wyraz „literatura” na „film” a przemyślenia adresowane przez Pisarza do pojęcia „literatura” zastąpić, przy zachowaniu ich istoty, właściwymi dla terminu „film”, to wydaje się on idealnie pasować do wywołanego przeze mnie zagadnienia. Mackiewicz napisał:
"jestem osobiście jedynym bodaj wyjątkiem, który nie uważa literatury PRLu w  jej całości, za literaturę, i w tradycyjnym, i w ścisłym znaczeniu: polską. Podobnie jak nikomu nie przyszłoby nawet do głowy przed wojną literaturę sowiecką - nawet tę z okresu leninowskiego NEPu, która cieszyła się o wiele większą swobodą, niż dzisiejsza „peerelowska” w komunistycznej Polsce - nazywać „rosyjską”. Termin byłby wówczas zgoła niezrozumiały. Literatura rosyjska, to była ta sprzed rewolucji bolszewickiej, plus jej kontynuatorka na emigracji. Pod Sowietami zaś powstała: sowiecka, jako całość; choćby poszczególne książki traktowały o dziecinnych zabawach, czy zawiedzionej miłości. I tak to cały świat rozumiał. Po ostatniej wojnie, od czasu „ewolucyjnego” konkursu rozpisanego w świecie zachodnim: kto niżej w pas pokłoni się komunistom (...), to już się dawno zmieniło. Osobiście jednak zachowałem przedrewolucyjny pogląd, i tak też patrzę na całość literatury peerelowskiej. Sprawdzianem każdej literatury jest, moim zdaniem, jej szczerość. Komunista piszący w wolnym świecie, jeżeli nie jest wyjątkowo funkcjonariuszem, lecz, załóżmy, szczerze wypowiada swe komunistyczne poglądy, należy niewątpliwie do całości literatury narodowej swego kraju. Natomiast nie tylko komunista, ale i nie-komunista piszący w państwach komunistycznych, tzn. podlegający i fizycznej, i psychicznej reglamentacji, ustanowionej przez ustrój komunistyczny, nie należy już do literatury swego kraju, lecz do literackiego typu temu krajowi narzuconego. (Mówię tu ciągle o całości literatury jako takiej, a nie o poszczególnych dziełach). Sprawdzianem tego typu przestaje być indywidualna szczerość twórcy, lecz nadrzędny postulat obowiązujący (stale, i w jakimś stopniu) każdą indywidualność literacką. Słowem to, co, jak wspomniałem wyżej, Miłosz nazywa „zniewolony umysł”, Jedlicki „relatywizm prawdy”, a przedwojenny Stanisław Mackiewicz „myśl w obcęgach”.”
To jest dla mnie bardzo przekonywujący wywód. Uważam, że powinniśmy mówić o literaturze peerelowskiej i filmie peerelowskim. Bynajmniej nie z tendencji, wynikającej np. z wysoce negatywnego stosunku do tamtego czasu, lecz z potrzeby ścisłości.

PRAWDA CZASU I PRAWDA EKRANU

Z szeregu paskudnych scen w „Akcji Brutus” jedna zapadła mi w pamięć. Otóż w finałowych  sekwencjach filmu członkowie leśnego oddziału, czyli ekranowej bandy, mają być przerzuceni przez filmowego odpowiednika agenta „Z-24” na inny teren, na Lubelszczyznę, do „Żelaznego”. Zanim wyruszą w tę podróż, ostatnią w swoim życiu, stoją karnie na zbiórce. Kamera robi bliski najazd na stojące w szeregu postacie, kolejno przesuwając się po nich. I wtedy widzimy na ekranie twarze, z których znakomita większość to ponure gęby, przy których fotografie z albumu Lombroso mogą być śmiało zakwalifikowane jako katalog zdjęć pretendentów do tytułu Mister World. Dodajmy, że bandyci sportretowani we wspomnianej scenie „Akcji Brutus” nie dotarli na Lubelszczyznę. Zgodnie z planem prowokacyjnego przerzutu mieli zostać aresztowani, jednak w przypadkowym w sumie, kończącym film starciu z plutonem MO wszyscy zginęli. Stało się tak na skutek eksplozji amunicji i granatów złożonych na skrzyni samochodu ciężarowego, którym podróżowali i z którego otworzyli ogień do milicjantów.

Finałowe sceny przerzutu i śmierci grupy zbrojnych w filmie „Akcja Brutus” nawiązują do mającej miejsce w rzeczywistości zagłady części oddziału Adama Dulęby „Jura” z KWP. To właśnie partyzantów z tej grupy „Z-24”, w ramach prowokacji zaplanowanej przez Zarząd Główny Informacji Wojskowej, „przerzucał” na Lubelszczyznę. Do pomocy miał kierowcę, przydzielonego przez UB z Łodzi. 9 września 1946 r. w godzinach rannych na skrzynię ciężarówki wsiadło trzynastu partyzantów KWP. Wyruszyli z okolic Prusicka (ok. 15 km na zachód od Radomska). Za kierownicą siedział wspomniany funkcjonariusz UB, obok niego „Z-24”. Wszystko potoczyło się zgodnie z planem operacji. Nieopodal Garwolina samochód wiozący partyzantów stanął w miejscu, w którym miał stanąć. Kierowca i „Z-24” wyskoczyli z szoferki i ukryli się w przydrożnym rowie. Wtedy z boku szosy zagrały cztery cekaemy ustawione tam wcześniej przez Informację Wojskową i UB. Żaden z partyzantów nie zdołał nawet zeskoczyć ze skrzyni ciężarówki. Zadowolony z siebie „Z-24” mógł zaraportować do swoich mocodawców:
"Wykonałem wszystko w myśl planu, z auta nikt nie wyszedł, wszyscy zostali zlikwidowani".
Można tylko jeszcze dodać, że później pogrzebano Ich, niczym martwe zwierzęta, gdzieś nieopodal drogi, na której zostali rozstrzelani pociskami z cekaemów. Wspomnijmy chociaż pseudonimy kilku z nich: „Jur”, „Kmicic”, „Odważny”, ”Księżyc”, „Twardy”, „Morus”. I miejmy nadzieję, że kiedyś Krzysztof Szwagrzyk i jego współpracownicy zlokalizują miejsce, w którym spoczywają doczesne szczątki tych partyzantów, i że ci żołnierze KWP zostaną pochowani jak ludzie, z należnymi im honorami. Do tego czasu zaś symbolicznym grobem niech będzie dla nich pomnik wzniesiony w Radomsku, na którym utrwalone zostały ich leśne imiona i (o ile mieliśmy taką wiedzę) nazwiska.

O DWUTOROWOŚCI DZIEJÓW

Własnego grobu nie ma także „Z-24”, czyli Zygmunt Lercel, który działał jako agent Informacji Wojskowej do jesieni 1948 r. Wtedy to popadł w niełaskę komunistów, a ponieważ o stosowanych przez nich metodach wiedział za dużo, został aresztowany, oskarżony o okupacyjną kolaborację z Niemcami (w czasie wojny należał  do AK, ale miał też krótki epizod pracy w niemieckiej policji kryminalnej Kripo) i skazany na karę śmierci.

Zygmunt Lercel ps. "Siwiński" oraz "Z-24", agent specjalny Głównego Zarządu Informacji WP.

Czekając na wykonanie wyroku napisał list do swych, niedawnych jeszcze, mocodawców z Zarządu Głównego Informacji Wojskowej. Zawarł w nim  następujące słowa:
„[…] pragnąłem dosłużyć się i dostać mundur, być Waszym kolegą i żyć wśród Was. […]”.
Munduru mu nie dano, 1 czerwca 1950 r. dostał  natomiast kulę w tył głowy. Wyrok śmierci na Lercelu wykonano w warszawskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej a jego zwłoki pogrzebano na znanej dziś chyba wszystkim Łączce, na której udało się ekipie kierowanej przez Krzysztofa Szwagrzyka odnaleźć m.in. szczątki legendarnych dowódców polowych antykomunistycznego podziemia: Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” i Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Zapewne szczątki „Z-24” też już ekshumowano. Swoją drogą, fakt, że Lercel spoczywał obok takich ludzi, jak wspomniani dowódcy partyzanccy jawi się jako ponury raczej paradoks. A piszącemu te słowa nasuwa na myśl kolejną bardzo trafną i wartą powtarzania refleksję Henryka Elzenberga, zanotowaną przez niego w sztambuchu pod datą 5 grudnia 1941 roku:
"Ale przecież w głębi jakiś stosunek do zdarzeń kształtować się musi (…). Poczucie absolutnej dwutorowości dziejów – dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity."

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS (i) „droga pod górę zwaną czaszka” – fraza wiersza Zbigniewa Herberta „Na marginesie procesu”; (ii) we fragmentach tekstu przywołujących fakty z dziejów Konspiracyjnego Wojska Polskiego oparłem się na pracy monograficznej autorstwa Ksawerego Jasiaka „Działalność  partyzancka Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Z dziejów II Konspiracji w środkowej Polsce w latach 1945–1955”, Wieluń – Opole 2008; czytelnikom zainteresowanym historią KWP gorąco polecam tę pozycję; (iii) refleksja Henryka Elzenberga „o człowieku nigdy nie można myśleć dość pesymistycznie” została przez niego zanotowana pod datą 21 grudnia 1941 r. (Henryk Elzenberg „Kłopoty z istnieniem”, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994 r.); (iv) tekst Józefa Mackiewicza „Droga Pani” ukazał się po raz pierwszy w londyńskich „Wiadomościach” 1967 nr 10, za: Józef Mackiewicz Barbara Toporska „Droga Pani...” Kontra. Londyn 1993 r.; (v) fakty z życiorysu Zygmunta Lercela, w tym fragment jego listu  z więzienia, przywołałem za tekstem Jerzego Bednarka „Zagadka kapitana „Z 24”, Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej (nr 1-2 z 2007 roku); (vi) końcowy fragment tekstu za: Henryk Elzenberg „Kłopoty z istnieniem”, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994 r.

O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 1/2>
Strona główna>
Wsparcie>
wtorek, 27 sierpnia 2013
Odsłonięcie pomnika Żołnierzy Wyklętych poległych na Kresach - FOTOREPORTAŻ
Pomnik  Żołnierzy Wyklętych poległych na Kresach odsłonięty! - FOTOREPORTAŻ


Augustów 2013 r. Pomnik poświęcony żołnierzom Polski Podziemnej poległym na Kresach II Rzeczypospolitej w walce z Sowietami w latach 1944-1954.

25 sierpnia 2013 r. w Augustowie, staraniem Fundacji "Pamiętamy", przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Burmistrza Augustowa, odsłonięty został pomnik poświęcony żołnierzom Polski Podziemnej, którzy polegli na Kresach II Rzeczypospolitej w walce z Sowietami w latach 1944-1954.

Na pomniku uwiecznione zostały personalia lub pseudonimy - w zależności od stanu aktualnej wiedzy – ponad 650 naszych rodaków, Żołnierzy Wyklętych, Żołnierzy Niezłomnych, którzy wytrwali do końca na kresowych, straconych posterunkach – płacąc za to cenę najwyższą. Kolejnych  858 naszych braci, którzy w walce tej stracili życie, a których nazwisk ani pseudonimów nie udało się dotąd ustalić, zostało uhonorowanych wspólnym napisem memoratywnym.



Pomnik upamiętnia zatem ofiarę ponad 1500 żołnierzy Polski Podziemnej, którzy zginęli na terenach na wschód od linii Curzona (za tzw. kordonem) w walce z Sowietami po lipcu 1944 r. Dla znakomitej większości z Nich jest on symboliczną mogiłą, gdyż Ich doczesne szczątki zostały pogrzebane przez Sowietów w nieznanych do dziś miejscach. Pomnik, który stanął w Augustowie, jest pierwszym w naszej Ojczyźnie zbiorowym upamiętnieniem Żołnierzy Wyklętych z Kresów poległych i pomordowanych, w tym zamęczonych w łagrach, za kordonem.




W uroczystości zorganizowanej przez władze miasta Augustowa i Fundację „Pamiętamy” udział wzięło  kilkaset osób. Jeszcze przed jej  rozpoczęciem pod pomnik przybyli uczestnicy tegorocznego Rajdu Katyńskiego. Oddali oni hołd naszym kresowym bohaterom i ruszyli dalej w swoją motocyklową pielgrzymkę na wschód.







Podczas ceremonii pod pomnikiem okolicznościowe przemówienia wygłosili: Burmistrz Augustowa Kazimierz Kożuchowski, Minister Andrzej Krzysztof Kunert, Prezes Mateusz Morawiecki i Poseł Jarosław Zieliński. Szczególnie wzruszającym momentem uroczystości były słowa wypowiedziane przy pomniku przez Panią Weronikę Sebastianowicz, mieszkankę Grodna. Jej brat, Antoni Oleszkiewicz „Iwan”, partyzant ziemi wołkowyskiej, poległ od kul NKWD w 1952 r., zaś ona została skazana przez sąd  sowiecki na 25 lat katorgi. Pani Weronika Sebastianowicz powiedziała m.in., że pomnik jest dla niej bardzo ważnym miejscem - symboliczną mogiłą brata, oraz że jest wdzięczna za to, że ofiara złożona przez jej brata i innych uwiecznionych pomnikiem  kresowych bohaterów walki z sowieckim zniewoleniem nie została w Ojczyźnie zapomniana. Chyba dla wszystkich osób zaangażowanych w ideę budowy pomnika słowa Pani Weroniki Sebastianowicz były wspaniałą nagrodą za wysiłek włożony realizację tego dzieła.

Kpt. Weronika Sebastianowicz "Różyczka"

Bardzo  podniosłym elementem ceremonii był odczytany w przejmujący sposób przez Rafała Werbanowskiego Apel Pamięci. Asysty wojskowej na potrzeby uroczystości odsłonięcia pomnika udzielił pododdział Wojska Polskiego z 14 Suwalskiego  Dywizjonu Artylerii Przeciwpancernej imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego. Po Apelu Poległych żołnierze oddali salwę honorową.

Podczas uroczystości jej uczestnicy otrzymali bezpłatnie okazjonalnie wydane opracowanie, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, zatytułowane "Polegli na straconych posterunkach. Z dziejów polskiego podziemia niepodległościowego na Kresach  II Rzeczypospolitej (1944-1956)", które - klikając na okładkę poniżej - można pobrać w całości (w formacie PDF).



Zapraszam do obejrzenia dalszej części fotorelacji, do której zdjęcia udostępniła Fundacja "Pamiętamy".
























APEL POLEGŁYCH !



Od prawej: mec. Grzegorz Wąsowski, prezes Fundacji "Pamiętamy" oraz Pan Marek Szczepanik, rzeźbiarz z Radomia, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, autor i pomysłodawca pomnika w Augustowie, jak również twórca wszystkich wzniesionych przez Fundację "Pamiętamy" pomników i tablic pamiątkowych.











Więcej zdjęć i fragment Apelu Poległych zobacz tutaj:

Zainteresowanych walką polskich partyzantów na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej (m.in. ppłk cc Macieja Kalenkiewicza "Kotwicza", por. Jana Borysewicza "Krysi", ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera", ppor. Anatola Radziwonika "Olecha") po wkroczeniu Sowietów, zapraszam do lektury kategorii Im poświęconej:


Strona główna>
sobota, 17 sierpnia 2013
Pomnik Żołnierzy Wyklętych poległych na Kresach odsłania w Augustowie Fundacja "Pamiętamy"
"NIE DAJMY ZGINĄĆ POLEGŁYM", CZYLI  AUGUSTÓW, 25 SIERPNIA 2013 r., godz. 12.00. TAM TRZEBA BYĆ !



POMNIK  ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH POLEGŁYCH  NA KRESACH

25 sierpnia br. (niedziela) w Augustowie, staraniem Fundacji "Pamiętamy", przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Burmistrza Augustowa, odsłonięty zostanie pomnik poświęcony żołnierzom Polski Podziemnej, którzy polegli na Kresach II Rzeczypospolitej w walce z Sowietami w latach 1944-1954.

Uroczystość  rozpocznie się o godzinie 12.00 Mszą Św. w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, przy ul. 3 Maja. Po Mszy Św. nastąpi uroczysty przemarsz pod pomnik (ul. Portowa, przy moście), gdzie będzie miała miejsce dalsza część ceremonii, m.in. odczytany zostanie Apel Pamięci.

Na pomniku uwiecznione zostaną personalia lub pseudonimy - w zależności od stanu aktualnej wiedzy – ponad 650 naszych rodaków, Żołnierzy Wyklętych, Żołnierzy Niezłomnych, którzy wytrwali do końca na kresowych, straconych posterunkach – płacąc za to cenę najwyższą. Kolejnych  858 naszych braci, którzy w walce tej stracili życie, a których nazwisk ani pseudonimów nie udało się dotąd ustalić, zostanie uhonorowanych wspólnym napisem memoratywnym.

Pomnik upamiętni zatem ofiarę ponad 1500 żołnierzy Polski Podziemnej, którzy zginęli na terenach na wschód od linii Curzona (za tzw. kordonem) w walce z Sowietami po lipcu 1944 r.

Jeden z pododdziałów ppor. Anatola Radziwonika "Olecha" przed ziemianką. Ppor. "Olech" siedzi przed grupą, nad nim NN "Lis". Drugi od lewej (w rogatywce) adiutant ppor. "Olecha", Zygmunt Olechnowicz "Zygma", "Grom". W okresie okupacji niemieckiej partyzant oddziału ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera"; ciężko ranny wiosną 1949 r. wpadł w ręce NKWD. Skazany na 25 lat łagrów, po wyjściu zamknięty w psychuszce, gdzie zmarł. Zdjęcie ze stycznia 1948 r.

Dla znakomitej większości z Nich będzie on symboliczną mogiłą, gdyż Ich doczesne szczątki zostały pogrzebane przez Sowietów w nieznanych do dziś miejscach. Pomnik, który stanie w Augustowie, będzie pierwszym w naszej Ojczyźnie zbiorowym upamiętnieniem Żołnierzy Wyklętych z Kresów poległych i pomordowanych, w tym zamęczonych w łagrach, za kordonem.

Ostatnie prace nad pomnikiem Fundacji "Pamiętamy" poświęconym Żołnierzom Wyklętym poległym na Kresach, który zostanie odsłonięty w Augustowie 25 sierpnia 2013 r.

W imieniu organizatorów – Fundacji „Pamiętamy” i władz miasta Augustowa  - gorąco zapraszam do udziału w uroczystości. Niech przy pomniku, podczas odczytywania Apelu Pamięci, gdy zawołamy po imieniu naszych kresowych bohaterów z okresu walki z Sowietami, będzie nas jak najwięcej. Bo przecież jesteśmy "stróżami naszych braci". Bo przecież upamiętniona zostanie tam historia naprawdę heroicznego przywiązania do wartości wysokich, jakimi są niepodległość Ojczyzny i wolność jednostki ludzkiej, historia wierności napisana krwią, nie byle jaka historia.

ZA  "RENA" NIE BYŁO KOGO ARESZTOWAĆ

Tych z Państwa, którzy z różnych względów nie będą mogli przybyć do Augustowa, aby wziąć udział w ceremonii odsłonięcia pomnika, nieśmiało proszę o myśl serdeczną o Żołnierzach Wyklętych poległych na kresowych posterunkach.

Pomyślcie ciepło, choć przez krótką chwilę, o Mieczysławie Niedzińskim "Menie", "Renie", "Niemnie" - komendancie Samoobrony Ziemi Grodzieńskiej i jego żołnierzach, którzy wraz z nim padli w walce z NKWD w maju 1948 r. na przedpolach Grodna.

Tak o Ich ostatnim boju, stoczonym w otwartym, bezleśnym terenie w chutorach wioski Łopiejki koło Kulbak pod Grodnem (dziś to przedmieścia tego miasta), pisze jeden z żołnierzy grodzieńskiej organizacji AK Jan Łopaciński "Skowroński":
"[…] oddział pod dowództwem Niedzińskiego przyszedł na dniówkę do wsi Dąbrowa, około 5 km od Grodna, gdzie się zamaskowali w liczbie 16 ludzi. Tam rozszyfrował ich szpicel i dał cynk sowietom do Grodna. Ze względu na bliskość Grodna, nadjechała szybko samochodami masa wojsk sowieckich i okrążyła wieś z daleka, posuwając się tyralierą. AK-wcy w tej sytuacji próbowali się bronić, a raczej przebić przez okrążenie, ale przy takiej masie wojska, a w dodatku na odkrytym terenie […] cała obrona była bezskuteczna. Ostatni dowódca obwodu Grodno, kapitan Mieczysław Niedziński ps. "Niemen" trafiony w głowę zginął na miejscu i większość żołnierzy została tam zabita. […] Bolszewicy chcieli się upewnić, czy rzeczywiście zabito dowódcę 5-ej kompanii w Druskiennikach, a ostatnio dowódcę Obwodu Grodno, kapitana Mieczysława Niedzińskiego ps. "Niemen". W dniu 5-go maja 1948 r. wożono zabitego Niedzińskiego po wszystkich wioskach wokoło w celu rozpoznania głównego "bandyty" w grodzieńskim, a na końcu przywieziono go do Druskiennik, gdzie rzucono na rynku miejskim, aby ludzie mogli rozpoznać i ktoś może przyzna się do niego. Leżał na tym rynku, aż zaczęło czuć od niego, wtedy zabrano te zwłoki i wywieziono w nieznanym kierunku. Nikt nie wie, gdzie zostało rzucone […] Za Mieczysława Niedzińskiego ps. "Men", "Ren", "Niemen" nie było kogo aresztować, bo wcześniej jego całą rodzinę Niemcy aresztowali i rozstrzelali."
OSTATNIE CHWILE „SAMOTNEGO”

Pomyślcie ciepło, proszę, także o Józefie Stasiewiczu "Samotnym", podkomendnym "Mena". Jemu udało się wyrwać z okrążenia pod Kulbakami. Ci z Państwa, którzy słyszeli płytę grupy De Press "Myśmy Rebelianci", powinni kojarzyć utwór "Szesnastka". Jest to fragment tekstu autorstwa "Samotnego", w którym opisał on śmierć "Mena" i swoich kolegów z oddziału. Przypomnimy kilka zwrotek tego tekstu:
W piękny ciepły dzień majowy
niebo było całkiem jasne
Gdy pod Grodnem koło Kulbak
otoczyli naszych krasne.

Wszędzie pola, lasu nie ma
a żołnierzy ruskich wiele.
Wszystkim chłopcom serca drżały
w naszym małym tym oddziele.

Naszych garstka, ruskich mrowie
nacierają z każdej strony
Gdzie nie spojrzysz, wszędzie pola
wszędzie pola i zagony

I jak kosą ścięte zboże
na zagonach chłopcy padli
kule z wroga broni strasznej
młode życie ich pokradli.

"Samotny" przeżył swego dowódcę o dwadzieścia miesięcy. Dowodził kilkuosobową grupą partyzantów z oddziału "Mena". Zginął 17 stycznia 1950 r. Ostatnie chwile "Samotnego" tak wspomina jeden z jego podkomendnych:
"Zdradził nas osobisty łącznik […] ze wsi Krasne. Dnia 17 stycznia 1950 r. o świcie wydał nas naprowadzając masę wojska sowieckiego. […] W takiej sytuacji powstało od razu zamieszanie. Dowódca ["Samotny"] widząc sytuację bez wyjścia w kilku słowach przeprowadził naradę, a w międzyczasie z zimną krwią zdążył spalić wszystkie dokumenty oraz pozwalając na wyjście i poddanie się sowietom, kto tego sobie życzy. Partyzanci wychodzili z baraku na zewnątrz z podniesionymi rękami, a sowieci strzelali po tych rękach z automatów. W ten sposób zostali ranni żołnierze, "Ryś" i "Żbik", których to potem skazano w sądzie na karę śmierci i stracono. […] Z baraku wyszło pięciu partyzantów, a trzech popełniło samobójstwo. Dowódca oddziału "Samotny" – "Kowadło" strzelił sobie w usta z pistoletu, a "Iskra" z Łuszniewa strzelił sobie pod brodę z pistoletu, natomiast "Benak" rozerwał się granatem."
OPLUTE CIAŁO "SKOCZKA"

Wspomnijcie ,proszę, także czterech partyzantów wywodzących się z oddziału "Mena", w tym dowódcę tej grupy - Stanisława Burbę "Skoczka". Kres Ich żołnierskiej wędrówki przypadł na maj 1952 r. Jak wspomina Jan Łopaciński:
"Wszystkich członków oddziałku, czterech ludzi na miejscu rozstrzelano [w tym "Skoczka"], natomiast dowódcę oddziału Burbę ps. Skoczek zabrano i przywieziono do Grodna. W Grodnie na placu Stefana Batorego, który sowieci przemianowali na Sowieckaja Płoszczadź, przywiązano go do słupa. Rozebrano go prawie do naga […] Przechodzący bolszewicy charkali i opluwali [jego] ciało […]. Ten barbarzyński czyn miał zademonstrować miejscowej ludności siłę i spryt NKWD, która ujęła i rozstrzelała ostatniego "bandytę" AK w Ziemi Grodzieńskiej."
DOBRZE ZASŁUŻYLI SIĘ OJCZYŹNIE

Obejmijcie, proszę, myślą serdeczną ppłk. cc Macieja Kalenkiewicza "Kotwicza", por. Jana Borysewicza "Krysię", ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera", ppor. Anatola Radziwonika "Olecha" - bohaterskich dowódców polskiego oporu przeciwko sowietyzacji Kresów po lipcu 1944 r.

Mjr/ppłk cc Maciej Kalenkiewicz ps. "Kotwicz".

Por. Jan Borysewicz "Krysia", Mściciel". Zdjęcie przedwojenne. [ze zbiorów Michała Wołłejko]

Ppor. Czesław Zajączkowski ps. "Ragner", dowódca IV batalionu 77 pp AK, a następnie Zgrupowania "Południe" na Nowogródczyźnie.

Ppor. Anatol Radziwonik „Olech”, „Mruk”, „Ojciec”, „Stary”, oficer VII batalionu 77 pp AK, komendant połączonych poakowskich obwodów Szczuczyn i Lida, walczył z reżimem komunistycznym do 12 maja 1949 r., kiedy to poległ przebijając się przez trzy kordony obławy NKWD.

A także Ich podkomendnych, którzy padli w kolejnych bojach z Sowietami bądź zostali zamęczeni w sowieckich więzieniach lub łagrach.

Im wszystkim poświęcony zostanie główny napis pamiątkowy na pomniku:

PAMIĘCI
ŻOŁNIERZY POLSKI PODZIEMNEJ
POLEGŁYCH
NA KRESACH II RZECZYPOSPOLITEJ
W WALCE Z SOWIECKIM ZNIEWOLENIEM
W LATACH 1944-1954

 WYTRWALI DO KOŃCA
NA STRACONYCH POSTERUNKACH

ODDALI ŻYCIE
ZA  POLSKĘ
WIARĘ PRZODKÓW I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA

DOBRZE ZASŁUŻYLI SIĘ OJCZYŹNIE


"WYLECZYŁ MNIE BÓG, WRÓCIŁ PAMIĘĆ, DAŁ CIERPLIWOŚĆ"

Ofiara złożona przez Żołnierzy Wyklętych, którzy podjęli na Kresach walkę z Sowietami, to także tysiące aresztowanych i wywiezionych do łagrów w Rosji Sowieckiej. Ci, którzy przeżyli to piekło na ziemi również powinni mieć miejsce w naszej pamięci. Wybór, którego dokonali – walka z reżimem komunistycznym - zadecydował przecież o całym ich życiu. Miał również wpływ na pozycję społeczną ich rodzin. To oczywiście dotyczy także bliskich tych, którzy w walce tej zginęli. "Bandyckie rodziny", obywatele trzeciej kategorii nie mogący realizować aspiracji zawodowych – taka była w okresie komunizmu dola bliskich Żołnierzy Wyklętych. To cena jaką ludzie ci zapłacili za odwagę swoich ojców, mężów i braci, za ich heroiczne przywiązanie do polskości i wolności w czasach brutalnego triumfu systemu, który w całych dotychczasowych dziejach był największym zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze. O tym też warto pamiętać. Także wtedy, gdy zastanawiamy się nad przyczynami jakże słabej kondycji naszych współczesnych elit…

Wymownym przykładem tragicznych losów kresowych żołnierzy AK, którzy podjęli walkę z Sowietami i którym przyszło przejść przez piekło sowieckiej niewoli, jest ujęta w formę zwięzłego życiorysu historia jednego z żołnierzy placówki VI batalionu 77 pp AK, a następnie partyzanta oddziałów Michała Durysa i Jana Bukatko, Edwarda Sapieżki:
"Ojciec mój, syn Antoniego i Rozalii, był legionistą, a od 1922 r. zawodowym, stałodziennym kolejarzem. W 1939 r. skończyłem 4 kl[asy] w szkole nr 3 w Lidzie. W 1943 r. spełniło się mnie 14 lat. Niemcy dali mnie paszport i urządzili na robotę w TOT [Todt]. Pracowałem na budowie, pomocnikiem u cieślów. 22 kwietnia 1944 r. na placówce 311 w Bieńkiewiczach organizowała się 3 kompania VI [batalionu] 77 pp AK. Przed szeregiem stali ojciec z małoletnim synem i składali przysięgę do por. «Szczura» Lalewskiego. Mój pseudonim był «Edward», a ojca mego [pseudonim] «Jodła». 1 lipca 1944 r. nasze zgrupowanie pod dowództwem kap[itana] «Pala», Dedelisa, rozbroiło Niemców i BAK w miasteczku Traby. 7 lipca 1944 r. [kompania] brała udział w operacji «Ostra Brama» w Wilnie. [...] 18 lipca 1944 r. - około Miedników okrążyli nas sowiety. Dali ultimatum: «Zdawajcieś!» Dowódca pułku, major «Kotwicz» dał rozkaz: »Małymi grupami, przerywać się!» Brat mój Józef ps[eudonim] «Burza III», «Groszek» Romuald Grański, ja, «Szperacz» i «Butelka» Franek Grański, szczęśliwie przerwali się z okrążenia. Za dwie nocy przyszli pod Lidę. A ojca już zastaliśmy w domu. Mieszkali my w czworaku w folwarku w Rekściach. Ojciec koniem swoim pracował na roli, a ja stałem na atasie [straży]. Uwidzę sowietów, siadam na konia i uciekam do lasu, żeby nie zabrali, albo nie obmienili. W okolicy Zaleskich istniała radiostacja. Posyłali nas często na jej obespieczenie. Poprosili mego ojca: «Żeby rozwiózł prowiant». Rozwiózł. Na jutro jego aresztowało NKWD. Sądzili jego na 10 lat. A w 1948 r. zmarł w obozie w Nowosady [Nowosadach] na Białorusi. Poprosili mnie: «Żebym przeszedł po placówce i przepisał, kto u kogo mieszka». Na jutro łazili rakiem po moich śladach [NKWD]. Musiałem oddalić się do lasu, w bunkier. Znalazłem się w grupie ojca Michała Durysa. Stary Mazur, legionista [osadnik wojskowy]. Rozbili nas 13 czerwca 1947 r. w Wielkim Siole. Zabili ś.p. Ojca [Durysa], a mnie ranionemu w prawy bok udało się ukryć w lesie. Wyleczyli mnie dobre ludzie i zaprowadzili do grupy ojca Bukatko. 28 marca 1948 r. napadli na nas [NKWD] całym batalionem we wsi Domejki. Zabili ojca Jana Bukatko, Smolaka Waleriana, Wacława Królika. Mnie ranionego w głowę przywieźli w bardzo ciężkim stanie, bez przytomności w szoku, do więzienia. Wyleczył mnie Bóg, wrócił pamięć, dał cierpliwość. 27 lipca 1948 r. Grodzieński Wojenny trybunał W/M WD sądził [mnie] po paragrafie 63-1, 70,76 na 25 lat ITŁ. 6 lat odbywałem wyrok w Komi ASRR p/o Inta, p/s 388, 14 lat w Mordowskiej ASRR p/o Jawas p/s 385. [...] 28 marca 1968 r. zwolnili mnie. Przyjechałem do Lidy".



Mam nadzieję, że tych z Państwa, którym nie jest obca wrażliwość na dzieje naszej wspólnoty narodowej zachęciłem do wzięcia udziału w uroczystości odsłonięcia pomnika 25 sierpnia br. w Augustowie, a w każdym razie do poświęcenia chwili czasu na myśl serdeczną o Żołnierzach Wyklętych poległych na Kresach w walce z Sowietami. O ludziach, których motywację do czynnego oporu przeciwko sowieckiemu zniewoleniu bardzo dobrze oddają fragmenty tekstu piosenki śpiewanej w oddziałach Samoobrony Wołkowyskiej, organizacji rozbitej przez NKWD latem 1948 r. (tekst ten został przypomniany przez grupę De Press na płycie "Myśmy Rebelianci"):
Bij bolszewika w każdej go postaci,
bo to jest twój największy dzisiaj wróg.
To przecież on kościami twoich braci,
brukował sieć swych niezliczonych dróg.
[...]
To przecież on w katyńskim ciemnym lesie
wbił w polską pierś znienacka ostry nóż,
mordując tam najlepszych polskich synów
jak podły zbir, nikczemny zdrajca, tchórz.
[…]
To przecież on nie wierzyć w Boga zmusza
tumaniąc nas potęgą krasnych szmat,
by człowieczeństwo w sercu twoim zgasło,
byś ty nie wiedział, co to znaczy brat.
[…]
To przecież on braterstwa głosząc hasła
do więzień pcha młodzieży naszej kwiat.
by człowieczeństwo w sercu twoim zgasło,
byś ty nie wiedział, co to znaczy brat.

Zasłonę więc zrzuć z oczu miły bracie,
Niech zagrzmi znów praojców złoty róg.
Bij bolszewika w każdej go postaci
bo to jest twój największy dzisiaj wróg.

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS. (i) osoby, które zdecydują się na wzięcie udziału w uroczystości, do której nawiązuje niniejszy tekst, będą miały okazję otrzymać okazjonalnie wydane opracowanie, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, zatytułowane "Polegli na straconych posterunkach. Z dziejów polskiego podziemia niepodległościowego na Kresach  II Rzeczypospolitej (1944- 1956)"; tekst tego opracowania dostępny będzie od 26 sierpnia br. na stronie www.fundacjapamietamy.pl (w zakładce "Nasze publikacje"), (ii) "nie dajmy zginąć poległym" to fraza z wiersza Zbigniewa Herberta "Trzy wiersze z pamięci"(iii) "jesteśmy stróżami naszych braci" to zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta "Pan Cogito o potrzebie ścisłości".

Zainteresowanych walką polskich partyzantów na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej (m.in. ppłk cc Macieja Kalenkiewicza "Kotwicza", por. Jana Borysewicza "Krysi", ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera", ppor. Anatola Radziwonika "Olecha") po wkroczeniu Sowietów, zapraszam do lektury kategorii Im poświęconej:


Strona główna>
niedziela, 14 kwietnia 2013
O prawdzie... refleksja na temat tekstu Adama Michnika o Żołnierzach Wyklętych - część 1/2
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć - autor strony]

O PRAWDZIE, WOJNIE DOMOWEJ, POTOPIE SZWEDZKIM I ZBIGNIEWIE HERBERCIE, CZYLI KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT TEKSTU ADAMA MICHNIKA  O ŻOŁNIERZACH WYKLĘTYCH

Jeśli więc rzeczywiście coś pozostało po komunizmie, to jedynie to, co było walką z komunizmem.
Ksiądz Józef Tischner

KRAJOBRAZ PO DNIU ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH
(ZAMIAST WSTĘPU)


Na początku jestem winien tej szacownej garstce, która z pewną dozą sympatii czyta moje teksty, przeprosiny. Za ten szkic. Bo on, „nie chcąc, ale musząc”, ożywia tekst, którego ożywiać być może nie warto. Mam na myśli artykuł Adama Michnika „Żołnierze wyklęci w potrzasku” (Gazeta Wyborcza 2-3 marca 2013 r., kolumna: PODZIELONA POLSKA pamięć).


Duży to objętościowo materiał. Na całą stroną dwudziestą czwartą i połowę dwudziestej piątej. W całej wieloletniej już historii publicystyki Michnika, od zawsze skoncentrowanej na tematach doniosłych, to bodaj dopiero drugi artykuł poświęcony Żołnierzom Wyklętym, przy czym zostały one napisane w nieodległym od siebie czasie.

Dla mnie ów tekst Michnika jest kolejnym powodem do wyrażenia słów uznania osobom, które zaangażowane były w organizację tegorocznych obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, jak również tym, którzy tak licznie wzięli w nich udział. Wielkie brawa zatem dla wszystkich, dzięki którym skala i różnorodność form obchodów tego bardzo ważnego przecież dla naszej tożsamości wspólnotowej dnia była tak wzruszająco duża. Jak sądzę, również tekst Adama Michnika jest formą uznania dla bogactwa i rozmachu tegorocznych inicjatyw mających na celu upamiętnienie Żołnierzy Wyklętych; może trochę specyficzną formą, ale jednak.

Dla wszystkich jest chyba oczywiste, że tak znacząca postać naszego życia publicznego nie zawracałaby sobie głowy podjęciem tematu obchodzącego ledwie garstkę czy choćby nawet garść fascynatów historii, i z tego powodu zupełnie nieważnego w wymiarze społecznym. No chyba, że chodziłoby np. o dzieje komunistów z Polski rodem walczących w Hiszpanii przeciwko wojskom gen. Franco czy o wspomnienie kolejnej rocznicy napisania tego czy innego listu otwartego do partii komunistycznej. To co innego. Pewne tematy, niezależnie od tego jak mało one ludzi w danym momencie dziejów obchodzą, są obiektywnie ważne i wymagają przypominania. Tak właśnie uważam. I dlatego, gdy praktycznie przez całe pierwsze dziesięciolecie po upadku rządów partii komunistycznej na temat Żołnierzy Wyklętych w przestrzeni publicznej nie mówiono w Polsce nic, jakby nie istnieli, to ja i niektórzy moi koledzy, wtedy z Ligi Republikańskiej, byliśmy pośród tej garstki, która robiła wówczas wszystko co mogła, aby przywrócić dobrą pamięć o Żołnierzach Wyklętych (uprzejmie przy tym przypominam, że termin Żołnierze Wyklęci, wymyślony przez mojego kolegę jako tytuł dla pierwszej w Polsce wystawy poświęconej zbrojnemu podziemiu antykomunistycznemu w Polsce po 1944 roku, której inauguracja naszym staraniem miała miejsce w 1993 r., zawierał w sobie krytykę władz wolnej Polski za to, że sprawa pamięci  o poległych za wolność w walce z komunistami była dla wówczas rządzących zupełnie obojętna; w tym znaczeniu termin ten, na szczęście, utracił aktualność).

Przygotowana przez Ligę Republikańską i Oficynę Wydawniczą Volumen w 1993 r. wystawa "Żołnierze Wyklęci - antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r."

Intuicja podpowiada mi, że właśnie z tego powodu – braku silniejszego rezonansu społecznego na ówczesne wysiłki podejmowane dla upamiętnienia epopei Żołnierzy Wyklętych - Adam Michnik przez cały tamten okres uznawał, że Żołnierze Wyklęci  nie są warci „zmarszczki stylu” jego publicystyki, zaś kierowana przez niego gazeta podejmowała wówczas znacznie ważniejsze, z perspektywy jej redaktorów, tematy historyczne. Na przykład żywo zainteresowała się liczbą Żydów, niedobitków z warszawskiego getta, których mnóstwo, przy okazji walki o Miasto stoczonej latem 1944 r., mieli wytłuc Powstańcy Warszawscy. Materialnym dowodem tego zainteresowania był obszerny, aż na pełne dwie strony, tekst na ten temat, pióra Michała Cichego, opublikowany na łamach Gazety Wyborczej bodaj w przeddzień pięćdziesiątej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

Jednak czasy się zmieniają, wszystko płynie – jak niektórzy mawiają. Jaskółką wieszczącą tekst Michnika na temat Żołnierzy Wyklętych były już ubiegłoroczne obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych i będąca ich ważną treścią aktywność społeczna. Społeczeństwo obywatelskie zamanifestowało wówczas po raz pierwszy potrzebę dobrej pamięci o tych, którzy w naszej świadomości zbiorowej mieli nie istnieć (ewentualnie kojarzyć się negatywnie). Wtedy też red. Blumsztajn Seweryn, w tekście, którego przesłanie zawarł w tytule „Zostawcie tych żołnierzy”, raczył wyrazić swój niesmak z powodu tych przejawów społecznej aktywności. Niestety, ludzie w kraju nad Wisłą, mimo żmudnej nad nimi pracy, nadal często pozostają stumanieni. Nie zostawili „tych żołnierzy”. Pamięć o Nich podnieśli w tym roku jeszcze wyżej. Krajobraz tego wycinka naszej pamięci wspólnotowej wygląda jakże cudownie bogaciej, niż jeszcze kilka lat temu. Bohaterowie walki zbrojnej z komunizmem, z największym w dotychczasowych dziejach zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze, nie zostali zapomniani.


Obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych

Troska o odbudowę i upowszechnianie pamięci o złożonej przez nich ofierze jest dziś udziałem wielu, bardzo różnych  środowisk, a co równie ważne, od kilku lat jest ona także udziałem niektórych ognisk władzy. Wspomnijmy w tym miejscu Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Jego zasługi na tym polu są ogromne. Wspomnijmy także prof. Janusza Kurtykę, pomysłodawcę Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Pamiętajmy o Andrzeju Przewoźniku, który przez lata kierował pracami Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i zawsze wspierał starania o przywrócenie epopei Żołnierzy Wyklętych dla pamięci zbiorowej.

Dzieło tych osób, w obszarze dbania o pamięć o Żołnierzach Wyklętych, kontynuują: Prezydent RP Bronisław Komorowski, Łukasz Kamiński i Andrzej Krzysztof Kunert. To bardzo ważne. Kto nie rozumie jak doniosłe znaczenie w wymiarze społecznym ma kontynuacja procesu upowszechniania dobrej pamięci o Żołnierzach Wyklętych – Żołnierzach Niezłomnych przez wymienione osoby, ten, w mojej ocenie, w sprawie pamięci wspólnotowej rozumie nader niewiele. Mechanizm jest prosty: im więcej jest osób dbających o dobrą pamięć o Żołnierzach Wyklętych, im większa jest różnorodność tych osób, im więcej instytucji publicznych ma w tym procesie swój udział, tym pamięć ta będzie silniejsza, zaś głosy temu procesowi niechętne będą coraz bardziej pozbawione znaczenia. I w tej akurat sprawie nie ma nic do rzeczy, że ci, którzy ofiarę Żołnierzy Wyklętych uznają za ważną dla naszej pamięci zbiorowej, mają czasami bardzo odmienne poglądy na współczesność. Bo nie o politykę bieżącą tu chodzi, lecz o fundamenty tożsamości wspólnotowej, a także o to czy i jaką pamięć o braciach naszych poległych w obronie wolności w walce z komunistami - a tym samym także o komunizmie - przekażemy naszym następcom w sztafecie pokoleń.

1 marca 2013 roku, w Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych, Prezydent RP Bronisław Komorowski złożył hołd poległym żołnierzom podziemia antykomunistycznego w Rykach.

Wobec siły i bogactwa tegorocznych inicjatyw upamiętniających Żołnierzy Wyklętych nie wystarczyło już słowo specjalisty od wulgarnego sposobu wyrażania, frapującej nieco, z racji jego uwarunkowań płciowych, niezgody na macierzyństwo. Głos zabrał sam Adam Michnik.

O OCENACH POSTAW LUDZKICH W CZASACH TRUDNYCH

Tekst „Żołnierze wyklęci w potrzasku” zaczyna się następująco:
"Zazdroszczę tym, dla których wszystko jest jasne. Tym, dla których ówczesny świat dzieli się na bohaterów i zdrajców. Dla mnie nie jest to tak jasne."
Jak sądzę, przy odniesieniach do czasów brutalnego i masowego terroru państwowego, w których aparat przymusu nie służył ochronie wolności, lecz był narzędziem do niszczenia osób walczących o niepodległość kraju i  prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, jeśli odniesienia te dotyczą postaw ludzkich w tychże czasach, podział na bohaterów i zdrajców wspólnoty poddanej terrorowi jest jednym z najważniejszych i najbardziej naturalnych. Jest to bowiem podział na tych, którzy w koszmarnym dla wolności okresie zachowali się heroicznie, dając świadectwo wierności, i na tych, którzy z różnych powodów wówczas się ześwinili. Ci pierwsi zasługują na wieczną, dobrą pamięć kolejnych pokoleń, ci drudzy co najwyżej na łaskę zapomnienia.

Ale oczywiście taki podział nie jest wyczerpujący dla opisu  ludzkich postaw pod władzą nieludzką. Bo większość stara się po prostu przeżyć. I nikt rozsądny nie powinien mieć o to do niej pretensji. Co więcej, postawa przetrwaniowa jest postawą dla człowieka zwykłą, standardową. To bohaterstwo jest zachowaniem niezwykłym, niestandardowym. Jak pisał Zbigniew Herbert, często przywoływany w tekście Michnika, o czym dalej, „giną ci, którzy kochają bardziej piękne słowa niż tłuste zapachy”. I, powtarzam, między innymi dlatego zasługują  oni na dobrą pamięć kolejnych pokoleń.

Zatem nie jest tak, jak zdaje się sugerować swym czytelnikom Michnik, że hołd dla Żołnierzy Wyklętych oznacza potępienie dla tych, którzy wówczas nie podjęli oporu przeciwko komunizmowi. Podobnie jak hołd dla żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego z czasów okupacji niemieckiej nie jest równoznaczny z potępieniem tych naszych współplemieńców, którzy stali wtedy z boku. Przy zrozumieniu dla biernych z chęci przeżycia i przy braku zgody na akceptację dla postawy aktywnego uczestniczenia w strukturach władzy nieludzkiej czy choćby jej popierania, dobra pamięć o Żołnierzach Wyklętych jest po prostu przejawem szacunku dla tych, którzy w czasach gdy triumfowało zło dali heroiczne świadectwo przywiązania do wartości wysokich, jakimi są niepodległość Ojczyzny i wolność jednostki ludzkiej.

ŻADNA NIERACJONALNOŚĆ. WALKA  O WOLNOŚĆ I  OBRONA KONIECZNA
"Polska znalazła się wtedy w potrzasku. A w potrzasku naród, tak jak człowiek, zachowuje się często nieracjonalnie – i trudno go za to winić" – pisze dalej Michnik.
Warto tę myśl troszeczkę rozwinąć. Otóż ten potrzask miał konkretne oblicze – terroru komunistycznego. Dla  zrozumienia dokonanego przez Żołnierzy Wyklętych wyboru dalszej walki warto do znudzenia przypominać, że w okresie II wojny światowej Polska miała dwóch śmiertelnych wrogów: hitlerowskie Niemcy oraz partię komunistyczną z centralą w Moskwie i głównym narzędziem podboju w postaci Armii Czerwonej. Trzeba także przypominać, że  wojennej klęski Niemiec nie powinno się utożsamiać ze zwycięstwem sprawy polskiej. Wycofanie się wojsk niemieckich z ziem polskich w 1944 r. - 1945 r. nie oznaczało, niestety, triumfu celów, o które żołnierz polski bił się na frontach II wojny światowej. Niepodległość Polski i prawo jednostki do wolnego życia na ziemi były po opanowaniu terenów naszego kraju przez wypierającą Niemców na Zachód Armię Czerwoną równie dalekie od urzeczywistnienia, jak w okresie okupacji niemieckiej.

Ta smutna prawda od razu nabrała wymiernego, a zarazem jakże tragicznego wymiaru praktycznego. Tylko do końca 1944 r., a więc w czasie pierwszych pięciu miesięcy od wejścia Armii Czerwonej na Lubelszczyznę, straty osobowe Okręgu AK Lublin, poniesione w wyniku działań komunistycznego aparatu przymusu, przede wszystkim NKWD, sięgnęły blisko dwudziestu tysięcy ludzi (zamordowanych, aresztowanych, wywiezionych do Związku Sowieckiego), czyli były wielokrotnie większe niż straty tegoż Okręgu odniesione w ciągu całego okresu okupacji niemieckiej. Terror komunistyczny dotyczył wszystkich terenów objętych aktywnością polskiego podziemia niepodległościowego z okresu okupacji niemieckiej. Zatem to nie żadna nieracjonalność, lecz morze zbrodni komunistycznych spowodowało, że wielu konspiratorów z okresu brunatnego terroru kontynuowało walkę, tym razem z komunistycznym zniewoleniem. Walkę, którą należy kwalifikować jako zbiorową obronę konieczną. W wymiarze ideowym była to dla Żołnierzy Wyklętych nadal walka o wolność. Natomiast w wymiarze praktycznym była to, niezmiennie od wejścia wojsk sowieckich na teren ziem polskich, samoobrona przed terrorem komunistycznym.

KILKA ZDAŃ O  PRAWDZIE I KONTROWERSJACH
"Przed laty usłyszałem od znakomitego poety głęboką myśl: prawda tkwi w sprzeczności. Czas „żołnierzy wyklętych” to epoka wielkiej sprzeczności. Dlatego „żołnierz wyklęty” do dziś dzieli polską pamięć. „Dla jednych jest symbolem walki z władzą komunistyczną i dominacją sowiecką, dla innych przywódcą bandy rabunkowej, odpowiedzialnym za mordy na sprzeciwiających mu się osobach”. Tak brzmi opinia współczesnego historyka o jednym z dowódców leśnych. Kto ma rację? Może jedni i drudzy?" – kontynuuje swój wywód Adam Michnik.
Nie mnie mierzyć się z głębokimi myślami poetów. Być może owym wybitnym poetą przywołanym przez Michnika był Zbigniew Herbert. Lubił on antynomie (inaczej: paradoksy), czyli sprzeczne wnioski wyprowadzone, przy zachowaniu prawidłowych reguł wnioskowania, z prawdziwych przesłanek; na przykład: kłamca mówi że kłamie (tzw. antynomia kłamcy). Jako człowiek z natury swej raczej nieskomplikowany uznaję, i mam przy tym nadzieję, że część z Was, Szanowni Czytelnicy, podziela moje zapatrywanie, że prawda w klasycznym ujęciu jest odwzorowaniem obiektywnej rzeczywistości, którą z kolei tworzą fakty.

Ciekawie mówił swego czasu na ten temat ksiądz Tischner. Przypomnę, że  spopularyzował on starą, góralską teorię poznania wyróżniającą następujące kategorie prawdy: „świento prawda, tys prawda i gówno prawda”. Swój ważny wkład w dyskurs na temat prawdy ma także Adam Michnik. W tekście dotyczącym książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka na temat Lecha Wałęsy poruszył  to zagadnienie w sposób, który, jak sądzę, wart jest zapamiętania. Zatem przypominam:
"Nie mówcie, demaskatorzy, że bronicie prawdy (...) To wy kłamiecie. W całej opowieści o Lechu Wałęsie, którą powtarzacie, choćby to wszystko naprawdę się wydarzyło, mimo to jest to nieprawda."
Przywołana myśl Michnika, moim zdaniem, znakomicie uświadamia celność przypomnianego przez księdza Tischnera podziału prawdy na dwie podstawowe kategorie (bo „też prawda” nie jest przeciwstawna „świętej prawdzie”, raczej ją uzupełnia). Można tylko, wspominając postać Księdza Profesora, dodać: święta prawda, Księże Profesorze, święta prawda.

Poniechajmy jednak tych akademickich rozważań na temat prawdy i wróćmy do tekstu Michnika o Żołnierzach Wyklętych. W jego ocenie „żołnierz wyklęty” do dziś dzieli polską pamięć. Michnik rozwija tę myśl przykładem niesprecyzowanego dowódcy oddziału leśnego, co to dla jednych jest bohaterem walki z komunistami, a dla drugich przywódcą bandy rabunkowej odpowiedzialnym za mordy na sprzeciwiających mu się osobach. Wartość poznawcza tego przykładu wydaje mi się zerowa. Na marginesie warto zauważyć, że tekst Michnika zawiera w przywołanym fragmencie sprzeczność logiczną (czyli sprzeczność nie mającą nic wspólnego z antynomią). Dla jednych ów dowódca ma być bohaterem, dla innych przywódcą bandy rabunkowej – tak zdaniem Michnika brzmi opinia jakiegoś historyka o jednym z dowódców oddziałów antykomunistycznego podziemia. Tymczasem, jak wynika z wcześniejszej partii tekstu Michnika (odpowiedni fragment przywołałem powyżej), wcale nie jest to opinia własna owego historyka, lecz przywołuje on przeciwstawne poglądy osób trzecich (historyk jest tych opinii jedynie relantem). Ale ta sprzeczność logiczna to oczywiście marginalny detal.

Owe zrelacjonowane przez historyka, nader krytyczne opinie o jakimś dowódcy partyzanckim mają  charakter współczesny. Są one niczym innym jak funkcją stanu świadomości, czy raczej nieświadomości zbiorowej po kilkudziesięciu latach propagandy komunistycznej i mocnym echem pierwszych dziesięciu lat po upadku rządów partii komunistycznej, w której to dekadzie byliśmy świadkami praktycznie całkowitej rezygnacji państwa polskiego z działań obliczonych na przywrócenie pamięci zbiorowej o rodzimych bohaterach walki z komunizmem. Miałem okazję pisać o tych sprzecznych sądach, kontrowersjach, na przykładzie postaci Józefa Kurasia „Ognia” (czytaj: KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT KONTROWERSJI WOKÓŁ POSTACI JÓZEFA KURASIA „OGNIA”, ODPOWIEDNIEJ PERSPEKTYWY I PATRIOTYZMU PEJZAŻU). Serdecznie w tym miejscu zachęcam do lektury tego tekstu, bo on, moim zdaniem, dobrze pokazuje główne przyczyny owych kontrowersji, a przy tym można ten szkic odnieść praktycznie do każdego znaczącego dowódcy polowego antykomunistycznej partyzantki na ziemiach polskich.

Tak czy inaczej, ponieważ Michnik w żaden sposób nie umożliwia identyfikacji dowódcy leśnego, o którym wspomina, pozostaje mi jedynie przypomnieć w tym miejscu kwestię dość oczywistą a mającą charakter ogólny. Żadna partyzantka nie utrzyma się w terenie choćby przez kilka tygodni bez poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalnością „leśnych”. A najbardziej znane, przez postacie dowódców, oddziały polskiego podziemia antykomunistycznego prowadziły działalność, w podstawowych swoich składach osobowych,  przeważnie aż do „amnestii” 1947 r., zaś ci partyzanci, którzy wybrali wówczas dalsze trwanie w oporze walczyli często przez kolejne lata – czasami aż do początku lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Sztuka ta udała się Żołnierzom Wyklętym w warunkach zmasowanego terroru komunistycznego, pomimo zaangażowania wielkich sił reżimu w walkę z podziemiem i ciężkich represji wymierzonych w jego społeczne zaplecze, gdy za niepoinformowanie władzy ludowej o napotkaniu partyzantów groziła kara pięciu lat więzienia, za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło dziesięć lat więzienia, zaś za stałą współpracę z nimi, polegającą np. na częstym udzielaniu gościny czy informowaniu o ruchach komunistycznych grup operacyjnych, można było otrzymać dożywocie czy nawet karę śmierci (czytaj: "Tragedia rodziny Zarzyckich"). Podczas gdy za zadenuncjowanie partyzantów czekała nagroda, zwykle pieniężna, od władzy ludowej.

Wypada mieć to na uwadze, czytając w tekście Michnika o kontrowersjach wokół niesprecyzowanego dowódcy polowego z tamtego okresu oraz o tym, że Żołnierze Wyklęci dzielą naszą pamięć zbiorową. Pamiętajmy przy tym, że nasi dziadowie w zdecydowanej większości traktowali komunistów wrogo, zaś „leśnych” uznawali za walczących w słusznej sprawie. Weźmy na przykład  wspomnianego wcześniej Józefa Kurasia „Ognia”, o którym Michnik w swym tekście pisze, że to „partyzant czczony przez jednych i znienawidzony przez innych” (czyli kontrowersyjny). Przypomnijmy co na temat stosunku miejscowej ludności do partyzantki „Ognia” można wyczytać w oryginalnych, w większości ściśle tajnych meldunkach wytworzonych przez oficjalne władze w okresie walki „Ognia”, a także we wspomnieniach komunistów znających realia Podhala z tamtego okresu:
"Chłopi znów po wsiach pomagają mu („Ogniowi” przyp. G.W.) przechowując go i jego ludzi. Są takie wsie, gdzie formalnie żadna władza wcale nie ma dostępu, dlatego organizacja PPR w terenie się wcale nie rozwija a cały Komitet Powiatowy PPR w Nowym Targu pracuje pod strachem".
"Sprzyjającymi warunkami działania bandy „Ognia” jest przychylne ustosunkowanie się ludności cywilnej do ww. oraz dogodny teren w jakim ona przebywa".

Żołnierze Oddziału Partyzanckiego "Błyskawica" mjr. Józefa Kurasia "Ognia".

Czas na krótkie, ale jakże wymowne świadectwo wspomnieniowe. Pozostawił je po sobie człowiek, który bez wątpienia wiedział o czym pisze. Jan Półchłopek (od 1947 r. Janusz Korczyński), bo o nim mowa, w czasach walki prowadzonej przez „Ognia” był pierwszym sekretarzem komitetu powiatowego PPR w Nowym Targu. W swoich wspomnieniach z okresu wyrąbywania przez partię komunistyczną drogi do władzy w żywym ciele społeczeństwa polskiego Półchłopek zawarł taką oto refleksję:
"Najgroźniejsze było to, że banda „Ognia” miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie."
Ano miała. Podobnie było na innych terenach aktywności podziemia antykomunistycznego. I jak Żołnierze Wyklęci cieszyli się szerokim poparciem ludności, tak komuniści byli go pozbawieni.

O prawdzie... refleksja na temat tekstu Adama Michnika o Żołnierzach Wyklętych - część 2/2>
Strona główna>

O prawdzie... refleksja na temat tekstu Adama Michnika o Żołnierzach Wyklętych - część 2/2
O DWÓCH WIZJACH POLSKI, WOJNIE DOMOWEJ I POTOPIE SZWEDZKIM

Towarzysze doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ich tyrania jest w Polsce możliwa tylko dzięki sile Armii Czerwonej. To ona i tylko ona była nośnikiem i gwarantem dla rządów partii komunistycznej na ziemiach polskich. To za jej przyczyną zapanował w naszym kraju, i trwał z górą czterdzieści lat, system będący materializacją ideologii, która zanegowała cały pozytywny dorobek cywilizacji zachodniej wyrosłej na fundamencie chrześcijaństwa.
Adam Michnik widzi to jednak nieco inaczej. W najważniejszym dla mnie fragmencie swego tekstu napisał na temat tamtej walki w sposób następujący:
"Dla jednych była to obrona Polski przed sowiecką opresją; dla drugich – obrona reform przed reakcyjnymi obrońcami „okopów Świętej Trójcy”."
Przyznaję, że trudno mi było czytać ów fragment tekstu Michnika ze spokojem. Ale potem pomyślałem, że trzeba przyjąć, że przytoczone powyżej zdanie jego autorstwa jest prawdziwe. Daję wiarę, bo na szczęście nie mam takiej wiedzy, a jest prawdopodobne, że  Michnik  odwołuje się do swych wspomnień z okresu dorastania, że były w Polsce domy, w których krwawe żniwo potężnej machiny terroru komunistycznego tak właśnie postrzegano - jako obronę reform wprowadzanych przez partię komunistyczną (pamiętajmy, bo wypada, że komuniści w obronie swych reform pozbawili życia kilkadziesiąt tysięcy ludzi zaangażowanych w walkę o niepodległość Polski i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, a ponad dwieście tysięcy naszych rodaków zapędzili do więzień).

Rok 1989. Adam Michnik w towarzystwie "obrońców reform" - gen. Czesława Kiszczaka i gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

Tyle że nie warto chyba aż tak nikczemnych osądów rzeczywistości przywoływać na potrzeby stworzenia wrażenia, że oto po 1944 roku starły się ze sobą dwie równoprawne, choć radykalnie odmienne wizje Polski. A wywołanie takiego właśnie wrażenia u czytelników wydaje się być jednym z  głównych celów tekstu Michnika.

Żołnierze patrolu NZW plut. Eugeniusza Lipińskiego "Mrówki", polegli w walce z KBW i UB. Leżą od lewej: Stanisław Radomski "Kula", Stanisław Garliński "Cichy", Eugeniusz Lipiński "Mrówka", Alfred Gadomski "Kajdan" i Eugeniusz Kuligowski "Ryś".

Pośmiertne zdjęcie partyzantów z oddziału Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja" (patrol "Tygrysa"), poległych 25 II 1950 r. w walce z UB i KBW; od lewej: Ildefons Żbikowski "Tygrys", Józef Niski "Brzoza", Henryk Niedziałkowski "Huragan" i Władysław Bukowski "Zapora".


Zdjęcia wykonane przez UB 6 października 1951 r. na  dziedzińcu PUBP we Włodawie. Leżą zabici podczas obławy UB-KBW: Kazimierz Torbicz "Kazik" (z lewej) i ppor. Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (z prawej). W środku siedzi Stanisław Marciniak "Niewinny", skazany przez komunistów na karę śmierci, zamordowany wraz z Józefem Domańskim "Łukaszem" 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie.

Grupa por. Wacława Grabowskiego "Puszczyka" - ostatni oddział niepodległościowego podziemia zlikwidowany przez "obrońców reform" na Mazowszu Północnym 5 lipca 1953 r. Na zdjęciu wykonanym przez funkcjonariuszy UB leżą od lewej: Henryk Barwiński "August", Kazimierz Żmijewski "Jan", Lucjan Krępski "Jastrząb", Feliks Gutowski "Gutek", Piotr Suwiński "Stanisław", por. Wacław Grabowski "Puszczyk", Antoni Tomczak "Malutki".

Ekshumacja szczątków "reakcyjnych obrońców »okopów Świętej Trójcy«” zamordowanych przez "obrońców reform", prowadzona od lipca 2012 roku na kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na warszawskich Powązkach.








Temu też celowi, jak sądzę, służy dokonane przez Michnika zestawienie dwóch cytatów. Pierwszym z nich jest fragment jakiegoś paszkwilu z prasy komunistycznej. Jednego  z setek  tysięcy, jakie przyniosły wówczas ze sobą łamy oficjalnych gazet. To komunistyczny standard z tamtego okresu: mordują i grabią Polaków, idą ręka w ręką z banderowcami a nawet z hitlerowcami z Wehrwolfu itd. Ten fragment artykułu z jakiejś gadzinówki komunistycznej z drugiej połowy lat czterdziestych ubiegłego stulecia Michnik zestawia z fragmentami ulotki z marca 1946 roku autorstwa dowódcy 5 Brygady Wileńskiej AK mjra Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", adresowanej do rodaków, w tym żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, w której znalazły się znane słowa: „nie jesteśmy żadną bandą, jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich.” Na marginesie wspomnę, że Michnik, z właściwą dla osoby niezbyt dobrze znającej temat słabą precyzją, błędnie kwalifikuje przywoływany przez siebie fragment ulotki „Łupaszki” jako artykuł z prasy podziemnej. Nie to jest jednak istotne, ważne jest, że zestawienie wspomnianych tekstów – propagandowego artykułu z gadzinówki komunistycznej i odezwy dowódcy 5 Brygady Wileńskiej AK – służy Michnikowi do takiej oto konkluzji:
"Taki był wtedy język wojny polsko – polskiej, która odczłowiecza  i dehumanizuje."
Swą myśl o wojnie domowej, o wojnie polsko – polskiej, Michnik wzmacnia cytatem z eseju Pawła Jasienicy „Rozważania o wojnie domowej”. Tyle że esej ten jest poświęcony powstaniu w Wandei, gdzie rzeczywiście miała miejsce wojna domowa.

A jak teza o wojnie domowej w Polsce po 1944 r. ma się do faktów? Dokładnie tak, jak ostatnia kategoria prawdy, z upowszechnionej przez ks. Tischnera starej góralskiej teorii poznania, ma się do świętej prawdy. Nie ma wątpliwości, że rządy komunistyczne w Polsce były możliwe wyłącznie dzięki potędze Armii Czerwonej, a zatem czynnikowi zewnętrznemu. Gdyby nie Armia Czerwona, podziemie niepodległościowe obroniłoby Polskę przed komunistami bardzo szybko i skutecznie. Tę zależność – pomiędzy zdobyciem i utrzymaniem się przy władzy (a zapewne także przy życiu), a obecnością Armii Czerwonej na ziemiach polskich - komuniści rozpoznawali bardzo dobrze. Bolesław Bierut, występując 9 października 1944 r. na posiedzeniu KC PPR, powiedział:
„Tow. Stalin ostrzegał nas, że w tej chwili mamy bardzo dogodną sytuację w związku z obecnością Armii Czerwonej na naszych ziemiach. „Wy macie teraz taką siłę, że jeśli powiecie 2 razy 2 jest 16, to wasi przeciwnicy potwierdzą to” – powiedział tow. Stalin. Ale nie zawsze tak będzie. Wtedy was odsuną, wystrzelają jak kuropatwy (...).”
Kłopotów z rozpoznaniem rzeczywistości nie miał również Władysław Gomułka, sekretarz KC PPR, kiedy podczas posiedzenia kierownictwa partii, mającego miejsce w dniach 20-21 maja 1945r., stwierdził:
„Nie jesteśmy w stanie walki z reakcją (czyli z  polskim podziemiem niepodległościowym i popierającym je w znakomitej większości społeczeństwem polskim – przyp. G.W.) przeprowadzać bez Armii Czerwonej (...) Niesłusznym byłoby żądanie wycofania wojsk. Nie mielibyśmy swoich sił, aby postawić na ich miejscu.”
Oddajmy głos historykowi Andrzejowi Chmielarzowi:
"Likwidację podziemia niepodległościowego w latach 1944 – 1947 próbuje się nazywać ostatnio wojną domową, zapominając, że nie można mówić o wojnie domowej, gdy wyzwolenie jest faktyczną nową okupacją. Nie można tym terminem określić braku zgody na wprowadzone przemocą rządy komunistów w państwie, które nie posiadało żadnej suwerenności. Państwie, którego charakter nie tak znowu bardzo różnił się od dominium. Jego granic strzegły wojska pograniczne NKWD, władze – tj. PKWN, a następnie Rząd Tymczasowy – ochraniał batalion NKWD, a osobistą ochronę Bieruta również stanowili funkcjonariusze NKWD. (...) Wojny domowej w Polsce nie było. Mieliśmy natomiast brutalną pacyfikację społeczeństwa polskiego, połączoną z krwawą rozprawą z podziemiem niepodległościowym, którą w latach 1944-1945 dokonano głównie siłami obcych wojsk".
I jeszcze jedna uwaga na temat wojny domowej. Otóż w początkowym okresie „potopu szwedzkiego” po stronie najeźdźców walczyło więcej Polaków niż liczyło wojsko wierne polskiemu królowi. W najbardziej znanym i symbolicznym epizodzie tej wojny, jakim była obrona Jasnej Góry, ta dysproporcja była szczególnie niekorzystna – oczywiście dla broniących tego świętego dla naszej tożsamości wspólnotowej miejsca. Ale czy w związku z tym przychodzi komuś do głowy, aby tamte zmagania uznawać za wojnę domową, za wojnę polsko–polską? Może warto przywoływać to sięgające do XVII wieku porównanie, ilekroć zetkniecie się, Szanowni Czytelnicy, z tezą, że powstanie antykomunistyczne po 1944 roku to odsłona wojny polsko-polskiej.

ANTYSEMITYZM?

Jednym z wyróżników podziemia antykomunistycznego jest dla Michnika antysemityzm. Podaje on na to dwa przykłady. Pierwszym są notatki z dziennika Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” dotyczące akcji na miejscowość Parczew (powiat włodawski), jaką oddział dowodzony przez jego brata, Leona Taraszkiewicza” Jastrzębia”, wykonał w lutym 1946 r. Ponieważ owe notatki partyzanta jak i samo uderzenie oddziału „Jastrzębia” na Parczew często służą jako koronny dowód na antysemityzm podziemia antykomunistycznego, należy poświęcić temu zdarzeniu kilka zdań.

Warto w tym miejscu przywołać fragment treści dokumentu z 10 września 1945 r. zatytułowanego Stanowisko Starostwa (Powiatowego – przyp. GW) we Włodawie na rozporządzenie wojewody lubelskiego w kwestii powojennego antagonizmu polsko – żydowskiego, w którym Starosta Powiatowy, pisząc do Wydziału Społeczno – Politycznego Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie, informował:
"W związku z powołanym wyżej zarządzeniem, które w odpisie otrzymałem przy piśmie z dnia 4 bm. SP.II/1266/45, donoszę, że aktów zorganizowanej akcji antysemickiej nie było dotąd na terenie powiatu (włodawskiego – przyp. G.W.). Spostrzega się jednak w społeczeństwie szeroką niechęć do żydów, a źródło takiego nastawienia wypływa stąd, że żydzi w pierwszych miesiącach niepodległości byli zbyt agresywni do pozostałej ludności, nie potrafią z nią współżyć, a już jeżeli chodzi o pozostających na stanowisku w Milicji, czy w Urzędzie Bezpieczeństwa, to stosunek ich do innej nacji był wręcz wrogi. Na terenie miasta (Włodawa – przyp. G.W.) przed kilku miesiącami zginęło 2-ch aryjczyków z rąk milicjanta żyda, a fakty takie nie wytwarzają harmonijnego współżycia w duchu demokratycznym (…)."
W ocenie Grzegorza Makusa, najlepszego w Polsce znawcy historii oddziału „Jastrzębia” – „Żelaznego”, dokumenty i relacje dotyczące przebiegu akcji na Parczew, w tym wytworzone przez agendy władzy komunistycznej, nie pozostawiają wątpliwości, że celem ataku partyzantów były struktury komunistycznego aparatu represji. Potwierdza to również odebrana przez tego historyka latem 2008 roku relacja żołnierza oddziału „Jastrzębia”, biorącego udział w tej akcji, Ryszarda Jakubowskiego „Kruka”, który tak opisał zasadnicze motywy podjęcia decyzji o uderzeniu na Parczew:
"Parczew był obsadzony przez milicję żydowską. Jarmarki odbywały się w każdy wtorek w Parczewie i kto chciał sobie coś kupić, jakieś produkty rolnicze, czy świnię, to do Parczewa jechał, bo nie było żadnego zaopatrzenia i chaos cały czas wszędzie panował. Ludzie zaczęli przychodzić i  mówić, że AK-owców lub sympatyków AK-owców łapią tam Żydzi, biorą na przesłuchania i leją. Żydzi ci wywodzili się z tego terenu, więc znali poszczególnych gospodarzy. „Jastrząb” zatrzymał któregoś z PPR-owców z Pieszowoli i przez niego przekazał do resortu parczewskiego list: „nie czepiajcie się ludzi, nie maltretujcie gospodarzy, którzy przyjeżdżają zaopatrzyć się w Parczewie, bo jeżeli będziecie przetrzymywali, śledztwa prowadzili, bili, to rozliczymy się inaczej”. Oni na odwrocie tego listu odpisali „Jastrzębiowi”, że będą nadal aresztować ludzi, nawet teraz kilku mają, i jak jest taki mocny, to niech przyjdzie i sam sobie ich weźmie. W końcu doszło do tego, że parczewscy milicjanci i ubecy zamordowali jednego z członków placówki WiN  z Wołoskowoli, i to spowodowało, że „Jastrząb” ruszył na Parczew.”
Ruszył skutecznie. Miasteczko zostało opanowane przez partyzantów. Wykonano wówczas wyroki na trzech funkcjonariuszach komunistycznego aparatu represji. To że byli oni Żydami nie miało żadnego znaczenia. Poza nimi nikomu z żydowskich mieszkańców Parczewa, a było ich wtedy kilkuset, włos z głowy nie spadł. Ponadto partyzanci dokonali rekwizycji w miejscowej spółdzielni i kilku sklepach, których właściciele, według wskazań miejscowych Polaków, sprzyjali władzy komunistycznej.

Styczeń 1946 r. Część oddziału por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia". Dowódca siedzi przy RKM-ie; czwarty od lewej: Ryszard Jakubowski ps. "Kruk".

Ale o tych „niuansach” wydarzeń w Parczewie czytelnik z tekstu Michnika się nie dowie. Przeczyta jedynie niepełny fragment zapisków „Żelaznego” dotyczący akcji na Parczew (istotne elementy, które nie znalazły się w tekście Michnika zostały poniżej wytłuszczone):
"Proponowaliśmy „Orlisowi” uderzenie na miasto Parczew i rozgromienie zamieszkałych tam Żydów w ilości około 500 osób, którzy złapali w swoje ręce całkowity handel nie dając życia innym drobnym kupcom i handlarzom polskim. Milicja i UB składało się tam z około 25 ludzi, których w nocy można było łatwo zaszachować przy pomocy 2-3 erkaemów. Przy okazji tej można się było dobrze podreperować na żydowskich sklepach, a przeważnie na obuwiu, które nam było bardzo potrzebne, gdyż staliśmy pod tym względem źle. (…) Parczew był miastem dość dużym, a Żydkowie też posiadali broń, i to prawie że każdy."
Jako inny przykład antysemickiego oblicza Żołnierzy Wyklętych Michnik przywołuje postać Józefa Kurasia „Ognia”. Cytuje fragmenty ulotki „Ogniowców” z 1946 r., której autor (być może sam „Ogień” - przyp. G.W.) pisze źle o Żydach „sprowadzanych ze wschodu” (przy czym Michnik pomija zdanie ostatnie tekstu ulotki: „Niech nam zwrócą tych Polaków, których wywieźli w latach 1939-1941”). Dalej Michnik twierdzi, że „„Ogień”, prowadząc negocjacje z lokalnym Urzędem Bezpieczeństwa, domagał się „usunięcia Żydów z Nowego Targu w jak najkrótszym czasie, w przeciwnym razie będzie ich tępił bezlitośnie.” Otóż, jedynym źródłem informującym o rzekomym takim stanowisku „Ognia” jest oficer UB, z którym „Ogień” rozmawiał raz jeden na temat warunków ewentualnego złożenia broni. Źródło to, mówiąc delikatnie, ma dla mnie bardzo niską wiarygodność.

Zaś fakty są takie, że na terenie objętym działalnością oddziałów „Ognia” przebywały wówczas setki Żydów. Mieszkali oni również w Nowym Targu, miasteczku leżącym u podnóża masywu Turbacza, czyli matecznika „Ognia”. Nowy Targ oraz inne okoliczne miejscowości, w których przebywali Żydzi, nie jeden raz były miejscem zbrojnych wystąpień partyzantów „Ognia”. Nigdy jednak nie doszło tam z polecenia „Ognia” do akcji, której celem, z powodu pochodzenia, byłby Żyd. Natomiast bez względu na pochodzenie ginęli z rozkazu „Ognia” funkcjonariusze UB, konfidenci, szczególnie szkodliwi lokalni aktywiści komunistyczni i złodzieje.

Major Józef Kuraś "Ogień"

Co więcej, znana jest sprawa lokalnego dowódcy oddziału podziemia, który już po zakończeniu działalności partyzanckiej (ujawnił się w 1945 r. – przyp. GW) dopuścił się zabójstwa dwóch żydowskich kupców. Za ten czyn, popełniony na tle rabunkowym, otrzymał on od „Ognia” wyrok śmierci, i wyrok ten został przez  podkomendnych „Ognia” wykonany. Jego wspólnicy w tej zbrodni, w obawie przed partyzantami „Ognia”, uciekli z terenu Podhala. Nawet po śmierci „Ognia” bali się tam wrócić. Ich lęk był uzasadniony - oni również zostali przez „Ognia” skazani na karę śmierci, a następca „Ognia”, „Mściciel”, uznawał te wyroki za obowiązujące. To raczej nietypowe zachowanie - mam na myśli działania podjęte przez „Ognia” dla ukarania zabójców dwóch  kupców żydowskich - jak na człowieka chcącego bezlitośnie tępić okolicznych Żydów. „Nie było wypadku, żeby Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany” - powiedział wiele lat po wojnie Bogusław Szokalski „Herkules”, adiutant „Ognia”. Według mnie mówił świętą prawdę.
 
SPYTAJ SWEGO BRATA, ON CI PRAWDĘ POWIE

Wątek antysemityzmu podziemia antykomunistycznego jest w tekście Michnika kluczem  do bram poezji. Wybór wierszy w tekście Michnika otwierają owoce pracy twórczej Mieczysława Jastruna, w ocenie Michnika „polskiego inteligenta orientacji liberalno-lewicowej, dla którego język antysemityzmu musiał wzbudzać pogardę i lęk”.  A ponieważ, jak twierdzi Michnik, „żołnierz wyklęty” przemawiał językiem hitlerowskiej propagandy”, to Jastrun pisał wtedy, tak jak pisał. Na przykład:
"Skrytobójcy, gachy, szabrownicy,
pośród czołgów wyrośli i armat,
tuczą ich dolary zza granicy!
Dzisiaj życia, jutro śmierci kamrat:
Twarz bez rysów, czoło bez nazwiska,
spójrz mu w oczy i przeraź się z bliska."
Po przypomnieniu powyższego fragmentu z urobku twórczego Jastruna Mieczysława, Michnik stawia pytanie:
"Czy tacy właśnie byli „żołnierze wyklęci”?"
Cóż, proces poznawczy wymaga stawiania pytań i prób sformułowania na nie odpowiedzi. To prawidło dotyczy również historii Żołnierzy Wyklętych. Treść pytań, także retorycznych, bywa różna, w zależności od wiedzy czy poziomu wrażliwości pytającego. Bardzo często pytania dużo mówią o samym pytającym. Moim zdaniem, tak właśnie jest z pytaniem postawionym przez Michnika. Nie wiem czy godzi się pozostawić go z taką rozterką. Może, parafrazując tekst zespołu Dezerter: „spytaj milicjanta, on ci prawdę powie”, należy posunąć Michnikowi następujące rozwiązanie: spytaj swego brata, on ci prawdę powie (przepraszam za formę per „ty”).

Brat Adama Michnika - Stefan Michnik, jeden z najbardziej znanych żyjących zbrodniarzy komunistycznych. W latach 1951-1953 był sędzią Wojskowego Sądu Rejonowego. Wydawał wyroki w fingowanych procesach oficerów Wojska Polskiego i wysyłał na śmierć żołnierzy polskiego podziemia. W tym samym czasie, pod pseudonimem "Kazimierczak", był również agentem Informacji Wojskowej.

Tak czy inaczej, jedną z odpowiedzi na pytanie sformułowane przez Michnika może być fragment listu Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” z 1951 roku do siostry. Tego samego „Żelaznego”, którego fragmenty zapisków na temat akcji na Parczew, wzmocnione wątkiem dotyczącym „Ognia”, posłużyły Michnikowi do sformułowania tezy, że "„żołnierz wyklęty” przemawiał językiem hitlerowskiej propagandy", a także do usprawiedliwiania niegodziwych słów kilku wierszy Jastruna. Wzmiankowany fragment listu zawiera niejako posumowanie sześcioletniego prawie okresu walki „Żelaznego” z reżimem komunistycznym. Gdy jego autor kreślił te słowa, zostało mu jeszcze tylko kilka miesięcy życia. Zginął w walce z komunistyczną obławą 6 października 1951 r. (czytaj: Ostatnia walka ppor. "Żelaznego"):
„Gdy przypomnę sobie tylu kolegów i naszych najlepszych ludzi, którzy nam pomagali i których kości popróchniały, mimowolnie mnie dławi, a dla przykładu przytoczę niektóre fakty i szczegóły. W roku 1946 grupa nasza liczyła 48 ludzi, dziś  z nich zostałem tylko sam jeden, wszyscy niemal złożyli swe młode życie na szali Ojczyzny. Wszystkie grupy, które operowały w tym czasie na terenie Lubelszczyzny spotkał taki sam los i koniec. Ci, co zostali, to tylko jednostki, które tylko cudem Bożym żyją i dalej niosą sztandary swoich rozbitych oddziałów. (…). Jakiego trzeba hartu ducha i sił, aby ludzie tacy jak my mogli w tak okropnych warunkach pracować, a praca, którą wykonaliśmy to praca bezcenna, która obecnie nie ma znaczenia, lecz z chwilą wybuchu będzie na pewno miała znaczenie bardzo duże. Czy to jest praca dla swoich własnych korzyści? Na pewno nie! (…). O ile żyję do tej pory, przypisuję to łasce najwyższego Boga (…) zawsze gorąco Boga proszę w codziennym różańcu, by mi dał siłę wytrwać w tej ciężkiej pracy i trudach, który dźwigam na swych barkach. Widocznie Bóg dobry iskierkę łaski ma dla mnie, bo naprawdę przez tyle lat walki ręce moje nie splamiły się niczym brudnym czy czyjąś krzywdą.”

Czerwiec 1947. Od lewej: Henryk Wybranowski "Tarzan" († 6 XI 1948), Edward Taraszkiewicz "Żelazny" († 6 X 1951), Mieczysław Małecki "Sokół" († 11 XI 1947), Stanisław Pakuła "Krzewina" (skazany na wieloletnie więzienie).

"
ANI NAM WITAĆ SIĘ ANI ŻEGNAĆ"


Jak już wspomniałem, w tekście Michnika aż gęsto od poezji. Z niegodziwymi słowami  kilku wierszy Jastruna Mieczysława sąsiadują piękne frazy wiersza Zbigniewa Herberta „Wilki”. Przywołując postać Herberta, Michnik stawia tezę, że poeta ten w sprawie Żołnierzy Wyklętych spierał się z samym sobą, był targany wewnętrznymi sprzecznościami. Otóż, nie był. Dla Zbigniew Herberta opór stawiany przez Żołnierzy Wyklętych zasługiwał na najwyższy szacunek, jako esencjalny wręcz przykład heroicznego wyboru w obronie wartości. Wiem, że tak było, bo miałem zaszczyt z Nim o tym długo rozmawiać. Zresztą Zbigniew Herbert swoje jednoznaczne zdanie w tej sprawie wyraził publicznie. W jednym z wywiadów, zatytułowanym „Pojedynki Pana Cogito”, udzielonym w październiku 1994 r.  „Tygodnikowi Solidarność”,  powiedział:
„Jeśli ktoś rzeczywiście walczył o tę niepodległość – to była Armia Krajowa (…). A także polskie oddziały walczące w lasach już po „wyzwoleniu”.
A jeszcze ci, co ginęli w lochach i kazamatach bezpieki.”
Dlaczego zatem Michnik usiłuje przekonać swych czytelników, że Herbert w tej sprawie miotał się w sprzeczności? Jak się zdaje, Michnik, ilekroć pisze na temat Herberta, powinien być wyjątkowo precyzyjny, choćby z powodu kilku bardzo krytycznych wypowiedzi Poety na temat uczciwości intelektualnej Michnika. Co ciekawe, w wywiadzie, którego fragment przywołałem, Herbert odniósł się także do osoby Michnika. Poeta mówił wtedy następująco:
„Z Michnikiem bardzo się przyjaźniłem. Teraz jest to dla mnie zamknięta historia. Dlaczego nasza przyjaźń się skończyła? Otóż, przestałem rozumieć meandry jego myślenia, wierzyłem w jego intelekt, a także w zwykłą uczciwość – zawiodłem się. (…) Smutna historia wyjątkowo uzdolnionego, pełnego talentu chłopca, który doszedł do lat, kiedy to ludzie natarczywie pytają: „Co on właściwie zrobił z całą swoją heroiczną młodością?”. A on stacza się po równi pochyłej, w gorączkowy aktywizm. Cynizm godny admiratora Księcia i najpospolitszy nihilizm.”

Wypowiedź Zbigniewa Herberta o Adamie Michniku [kliknij w zdjęcie, by posłuchać]


Nie wiem czy taka ocena jest sprawiedliwa. Natomiast wiem, że gdy czytałem tekst Michnika o Żołnierzach Wyklętych, kilkakrotnie przyszła mi na myśl wypowiedź poetycka Herberta, będąca przedostatnią frazą znakomitego wiersza „Tren Fortynbrasa”:
"ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach"
Tak chyba właśnie jest. I to nie tylko z tego powodu, że Adam Michnik i  ludzie myślący jak on piszą: "żołnierze wyklęci", zaś osoby myślący podobnie jak autor niniejszego szkicu używają w tym wyrażeniu wielkich liter.


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS. (1) „giną ci którzy kochają bardziej piękne słowa niż tłuste zapachy” – fraza wiersza Zbigniewa Herberta „Substancja”, (2)  „zmarszczka stylu” - zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Przemiany Liwiusza”, (3) „Nie mówcie, demaskatorzy, że bronicie prawdy (...)” – fragment tekstu Adama Michnika, „Zła przeszłość i psy gończe, czyli odpieprzcie się od Wałęsy”, Gazeta Wyborcza, 5-6.07.2008 r., (4) wypowiedź Andrzeja Chmielarza na temat wojny domowej w Polsce po 1944 r. pochodzi z tekstu Działania 64 dywizji Wojsk Wewnętrznych NKWD przeciwko polskiemu podziemiu, [w:] Wojna domowa czy nowa okupacja? Polska po roku 1944, Wrocław 1998, s. 73., (5) myśl na temat „potopu szwedzkiego” zapożyczyłem od Kazimierza Krajewskiego, (6) przywołane w tekście wypowiedzi Zbigniewa Herberta pochodzą z wywiadu jakiego Poeta udzielił Annie Poppek i Andrzejowi Gelbergowi, [w:] Herbert nieznany. Rozmowy, Warszawa 2008, (7) wiersz Zbigniewa Herberta „Tren Fortynbrasa” pochodzi z tomu „Studium przedmiotu”, opublikowanego po raz pierwszy w 1961 r.

O prawdzie... refleksja na temat tekstu Adama Michnika o Żołnierzach Wyklętych - część 1/2>
Strona główna>

środa, 27 lutego 2013
Refleksja w związku Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 1/2
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć - autor strony]

KRÓTKA REFLEKSJA W ZWIĄZKU Z DNIEM PAMIĘCI ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH, CZYLI KILKA ZDAŃ O KINIE POLSKIM I NIESFILMOWANEJ  HISTORII WŁADKA, LUCJANA I ANTOSIA

 
"OBŁAWA", "POKŁOSIE" I "ORŁY"

Niedługo, bo już 4 marca br., poznamy tegorocznych laureatów nagród filmowych „Orły”, rodzimych odpowiedników amerykańskich „Oscarów”. Zanosi się na triumf kina z historią w tle. Największym zwycięzcą tej edycji „Orłów” mógłby być film opowiadający losy Władka, Lucjana i Antosia, które pokrótce przedstawię w dalszej części niniejszego szkicu (patrz śródtytuł: HISTORIA NIESFILMOWANA). Ale nie będzie... bo taki film nie powstał.


Może dlatego najwięcej nominacji do „Orłów”, aż dwanaście, w tym w kategorii najlepszy film, otrzymała „Obława” w reżyserii Marcina Krzyształowicza. Trzecie miejsce na liście produkcji filmowych nominowanych do „Orłów” zajęło „Pokłosie”, najnowsze dzieło Władysława Pasikowskiego, które uzyskało nominacje w dziesięciu kategoriach. Zapewne na oba te obrazy spadnie deszcz nagród, a „Obława” zostanie uznana najlepszym polskim filmem ubiegłego roku.

Ponieważ na temat „Obławy” i tła historycznego „Pokłosia” popełniłem opublikowane na portalu wPolityce krótkie refleksje (patrz wPolityce.pl: O demitologizacji nieistniejącego mitu, czyli krótka refleksja na marginesie filmu "Obława"; Krótka refleksja zainspirowana filmem „Pokłosie”, oparta na cytatach z materiałów pomocniczych do nauki o Polsce i świecie współczesnym), to wręcz z obowiązku starałem się śledzić inne głosy prasowo-portalowe poświęcone tym obrazom. Lektura tekstów, w których ich autorzy pochylili się nad „Obławą” wywołała u mnie sympatyczne poczucie wyalienowania. Pomijając będące udziałem publicystów „Gazety Wyborczej”, „Polityki” itd., i w tym kontekście zupełnie dla mnie zrozumiałe zachwyty nad tą produkcją filmową, dzieło Marcina Krzyształowicza zostało wysoko ocenione także przez red. Łukasza Adamskiego i red. Piotra Zarembę.


Zatem mogę chyba powiedzieć, że w swojej bardzo krytycznej ocenie „Obławy” pozostaję niczym biały żagiel z tytułu pewnej powieści bolszewickiej. Dodam jeszcze tylko, że obaj ww. redaktorzy poddali krytyce film „Pokłosie”, pośrednio przeciwstawiając te dwa obrazy filmowe. Tymczasem ja uważam filmy te za w pełni kompatybilne, za wzajemnie się uzupełniające. Jestem przy tym przekonany, że jeszcze tylko kilka lat, jeszcze kilkanaście filmów w podobny sposób przedstawiających trudną przeszłość z „czasów nadaremnych” i wyobraźnia zbiorowa młodych odbiorców rodzimej X Muzy zostanie ukształtowana w takim oderwaniu od rzeczywistości historycznej, a zatem i od prawdy życia, że rozbieżność pomiędzy tym, jak naprawdę było, a tym co wie na dany temat młoda widownia polskich filmów będzie bliska rozpiętości, jaka – przywołując myśl Józefa Mackiewicza - w czasach zniewolenia komunistycznego istniała zwykle między myślą a słowem.

TROCHĘ O SZTUCE I GROSZU PUBLICZNYM

Tak czy inaczej, jeden istotny argument amatorów „Obławy” uznaję za całkowite nieporozumienie. Otóż siłą tego filmu ma być to, że jest on bliski rzeczywistości wojennej, że pokazuje jej znacznie bardziej prawdziwe oblicze, niż czyni to np. cukierkowaty serial telewizyjny „Czas honoru”. W tle tego twierdzenia pojawia się  teza, że osoby mocno krytyczne wobec „Obławy” chcą, aby kino polskie pokazywało sielankowy, jednowymiarowy a zatem  nieprawdziwy obraz realiów wojennych, który ma obsługiwać zbiorową wyobraźnię w procesie budowy czy utrwalania mitu heroicznego. A to nie jest zadaniem sztuki. Całkiem słuszna to opinia. Dygresyjnie można do tego dodać, że sztuka powinna być nieskrępowana, nie musi niczemu służyć, niczego budować, co więcej - może atakować, prowokować, ośmieszać itd. Wolna wola artystów. Zwłaszcza jeżeli owoce ich wysiłku twórczego powstają niezależnie od grosza publicznego. Ponieważ kwestia finansowania obu ww. filmów nie jest tematem mojego tekstu, tylko nawiasowo zasygnalizuję, że produkcje te skorzystały z hojnego dofinansowania przez Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, który na podstawie obowiązujących przepisów ściąga pieniądze od nadawców telewizyjnych oraz operatorów kablowych i, jako podmiot będący  beneficjentem przymusowych danin od przedsiębiorców, dysponuje właśnie groszem publicznym.

Otwarte pozostaje zatem pytanie, czy PISF koniecznie musiał  dofinansować film, z którego nasz młody las może się dowiedzieć, że miejscem składania donosów do Gestapo był konfesjonał w kościele, zaś nasi partyzanci z czasów Drugiej Apokalipsy generalnie i przede wszystkim byli zainteresowani pozyskaniem studzącego popęd seksualny bromu, a będąca ich udziałem kondycja ideowa jeżeli predysponowała ich w ogóle do jakiejś akcji zaczepnej, to chyba jedynie na najbliższą aptekę w celu zdobycia owego specyfiku. Zwłaszcza, że polskie oddziały partyzanckie z tamtych dni mają jednak pewien, nieznany szerszemu gremium dorobek bojowy i może warto byłoby, angażując grosz publiczny w filmowy portret leśnych, kompletnie od tego dorobku nie abstrahować w imię opacznie realizowanego hasła demitologizacji, czy żeby to powiedzieć mądrzej i  ładniej: dla pokazania nagiej prawdy o człowieku w czasie tak bardzo ponurym, jak wojna.

Podobnie zasadnie zapytać można o powód dofinansowania przez PISF ekranizacji spaczonej kreacji rzekomych realiów współczesnej wsi podlaskiej i wplecionej w tę kreację, równie specyficznej wizji reżyserskiej stanowiącej luźne nawiązanie do tragicznych zdarzeń w Jedwabnem z lata 1941 roku. Próba odpowiedzi na te pytania nieuchronnie wpędziłaby mnie w obszar polityki, historycznej, ale jednak, a w tym szkicu chcę być od niej jak najdalej. Zatem pozostawmy je bez odpowiedzi i wróćmy do wątku głównego.

MYŚL MACKIEWICZA NA TEMAT PRAWDY A  X  MUZA

Otóż np. moja krytyczna krótka refleksja na temat filmu „Obława”, do lektury której bezczelnie zachęcam, bynajmniej nie oznacza specjalnego uznania dla takich obrazów, jak „Czas honoru”. Sądzę, a nawet więcej: jestem tego pewny, że pomiędzy dwoma przeciwstawnymi biegunami – z których, przyjmijmy, jeden wyznaczony jest przez „Obławę”, zaś drugi przez „Czas honoru” – pozostaje całkiem spora przestrzeń, która może i powinna zostać wypełniona interesującą i w miarę bliską prawdzie życia treścią. Józef Mackiewicz, autor dwóch moich zdaniem najwybitniejszych powieści wojennych w literaturze polskiej („Lewa wolna” i „Nie trzeba głośno mówić”), którego nie sposób zasadnie posądzić o jakąkolwiek cukierkowatość czy łatwe uproszczenia w opisach czynów ludzkich i splotów ludzkich  losów w czasach historycznie trudnych, swoje credo pisarskie sformułował w następujący sposób:
"Dlaczego powieść oparta być musi koniecznie na fikcji? Sądzę, że może być bardziej ciekawa, gdy oparta jest na prawdzie."
A uzupełnił je w następujący sposób:
"Jestem za ścisłością, gdyż jedynie prawda jest ciekawa. Ale jednocześnie prawda jest z reguły bardziej wielostronna i bogata, i bardziej barwna niż wykoncypowane jej przeróbki. (…) Prawda bywa też z reguły bardziej wstrząsająca, bardziej poruszająca czy bardziej podniecająca, bardziej sensacyjna i bardziej kryminalna od wymyślonych sensacyjnych i kryminalnych powieści. Zupełnie nie widzę powodu odbiegania w twórczości od prawdy historycznej, ażeby wywołać zamierzony efekt prawdy historycznej. (…) Dlaczego w takim razie – słyszałem – nie ograniczyć się do samego dokumentu? Po co stosować formę powieściową na przydatek? Mnie się zdaje, że po to, aby oddać właśnie tej prawdy całość. Bo jakże w innej formie przedstawić nie tylko rzeczy, ale wyrazić sferę duchową (Geist), emocjonalną minionych zdarzeń, która bywa nie tylko drugą połową prawdy dokumentalnej, ale czasem ważniejszą. Tego nie zastąpi najbardziej precyzyjny, ale suchy zestaw faktów (…) forma powieściowa jest, moim zdaniem, po to by uzupełniać, ale nigdy by zniekształcać prawdę."
Jak sądzę, tę znakomitą myśl wybitnego pisarza polskiego można z pełnym powodzeniem przenieść na grunt X Muzy, i odnieść ją zwłaszcza do filmów, których twórcy za tło fabuły wybierają historię.

TOŚMY DALEKO ZASZLI

Tak czy inaczej, uważam, że jeśli uznajemy „Obławę” za wyznacznik dobrych standardów opisu językiem filmu kondycji naszych zbrojnych przodków z „czasów nadaremnych”, to po pierwsze, zacznijmy od razu wszyscy prenumerować „Gazetę Wyborczą” i „Politykę”, ogłośmy wszem wobec, że łamy tych tytułów to krynica dogmatów o naszej historii najnowszej, zresztą o innych sprawach również, i dajmy sobie spokój z hasłami typu pamięć pokoleniowa, bo o czym tu pamiętać i jaki etos pielęgnować; raczej uznajmy, że „niepamięć to dar”.

Z tą darowaną niepamięcią to oczywiście przesadzam, wszak zawsze pozostanie nam, całe szczęście, historia i etos „dąbrowszczaków”, „czerwonego harcerstwa”, „komandosów” i autorów listów otwartych do partii komunistycznej. Po drugie, co równie istotne, zrezygnujmy z poważniejszych wymogów wobec rodzimej sztuki filmowej. Polskie kino z historią w tle niech obsługują, ku satysfakcji nas wszystkich, dzieła takie jak „Różyczka”, „Obława”, „Pokłosie”, za chwilę pewnie „Wałęsa” (kapitalną analizę scenariusza tego filmu popełnił Sławomir Cenckiewicz, patrz - wPolityce.pl: Naprawdę tak nie było. Sławomir Cenckiewicz o scenariuszu Janusza Głowackiego do filmu Wajdy o Lechu Wałęsie). Oklaskiwany wspólnie przez krytyków i widzów wysoki standard  polskiej komedii niech dalej wyznaczają filmy typu „Ryś”, zaś o współczesnym człowieku niech opowiadają, przy powszechnym aplauzie, takie obrazy jak „Sponsoring”.

I tak już niewielu tylko wie, czego smutnym przejawem jest dla mnie praktycznie jednogłośny zachwyt nad „Obławą”, że filmy o sprawach jednocześnie interesujących i trudnych, np. o postawach ludzkich w warunkach wojny, można i należy robić  zasadniczo inaczej i istotnie lepiej; znacznie bliżej prawdy życia, a tym samym  również o wiele ciekawiej.

W każdym razie, ubiegłoroczną galę wręczenia nagród „Orłów” prowadził Maciej Stuhr. Ponieważ w tym roku zanosi się na spektakularny sukces filmów dotykających naszej historii, mam gorący apel do organizatorów, żeby w żadnym wypadku nie oddali prowadzenia tegorocznej uroczystości wręczenia statuetek „Orłów” w inne ręce. Nikt nie jest bowiem bardziej godny, czego świetnym dowodem  są  ogłoszone niedawno przez tego aktora rewelacje faktograficzne, znakomicie i dogłębnie demitologizujące forsowaną dotychczas przez historyków wersję wydarzeń z pola bitwy pod Cedynią, dostąpienia zaszczytu prowadzenia tego uroczystego wieczoru. Gali, która potwierdzi wysoką pozycję rodzimego kina z historią w tle, z historią opowiedzianą na miarę aktualnych możliwości naszych twórców filmowych i w sposób zgodny  z dominującymi  obecnie trendami kulturowymi.

WSTĘP DO HISTORII NIESFILMOWANEJ

Niewielką część niedługiego już czasu oczekiwania na uroczyste wręczenie tegorocznych nagród „Orłów” mam zamiar, o czym już wspominałem, zająć Wam, szanowni czytelnicy, opowieścią tyczącą czasów wojennych, choć formalnie powojennych. Treścią tej opowieści będzie historia kilku ludzi postawionych wobec granicznie trudnych wyborów. Przedstawię ją z taką ścisłością, na jaką mnie stać, bez brązowienia czy „demitologizacji”. Mam nadzieję, że kiedyś historia ta stanie się podstawą ciekawie opowiedzianej fabuły filmu kinowego. A wtedy moje śmieszne zmagania z obrazami typu „Obława” może staną się bardziej zrozumiałe. I podkreślam, zwłaszcza wobec amatorów „Obławy” (bo we wzajemne zrozumienie z amatorami „Pokłosia” jakoś nie wierzę, i po prawdzie wcale go nie poszukuję), że w opowieści, którą chcę przedstawić, nie chodzi wcale o detal historyczny. Jak sądzę, ona po prostu dość dobrze pokazuje, a takich historii w naszym kraju życie napisało setki, że nie brom był w tym wszystkim najważniejszy, nie brom.

HISTORIA NIESFILMOWANA

Punktem wyjścia do tej opowieści niech będzie list z lutego 1948 roku:
M.P. 3 lutego 1948 r.

Kochany Witeczku,
Niezmiernie jestem Ci wdzięczny za troskę nad moją rodziną, która na pewno powiększyła i tak niechude twoje kłopoty. Lecz gdyby Ci niesprawiło to zbyt wielkich trudności to byłbym bardzo rad, a tobie bardzo wdzięczny, gdyby żona z Martą mogła nadal zamieszkać u Ciebie. (…) Witeczku, Ty sobie tego niewyobrażasz jak ja pragnąłbym, ażeby z tobą mieszkali moi chłopcy, choć to stanowczo za dużo byłoby na twoją skłopotaną głowę. Nie wiem czy z tym wszystkim dałbyś sobie radę, bo chłopcy to na pewno strasznie żulują, a przeważnie Jędrek. Ale miałbyś dodatkowe zajęcie bo musiałbyś wszystkich porozstawiać po kątach i przynajmniej 2 godziny dziennie wywijać pasem, bo i twój Wićka pewno niezły nicpoń.
Witeczku widzę z twojego listu, że zaczynasz się trochę denerwować, radzę Ci nie przejmuj się bo szkoda nerwów, a wszystkich polityków posłać pod cholerę, bo mówię Ci oni guzik wiedzą, a tylko przewidują, a każdy polityk przewiduje inaczej, bo każdy z innego punktu widzenia(...) Co u nas to jest trudne do opisania, bo potrzeba by było pewnie ze dwa dni, ażeby Ci dokładnie opisać. Zatrzymaj dłużej Antosia to Ci opowie dokładniej. Święta mieliśmy w podskokach. Nie przypuszczasz nawet ile rzucili na nas wojska (K.B.W), ale wierzę teraz mocno, że walczymy za dobrą sprawę, bo Pan Bóg Witeczku z nami i wyprowadza nas stale z najgorszych i krytycznych sytuacji. Ile wojska i sprzętu rzucili przeciwko nam to naprawdę nie do uwierzenia i co z tego? Uderzają stale w próżnię i mszczą się ze złości na bezbronnej ludności cywilnej w straszliwy sposób terroryzując ją. Jakie są aresztowania to opowie Ci Antoś. Ja wyciągnąłem z tego wszystkiego wniosek, że oddział zbrojny cieszący się zaufaniem u szerokich mas społeczeństwa jest nie do pokonania, gdyż będzie zdolny uniknąć większych ciosów. Ostatnio zabraliśmy im radiostację, szyfry i rozkazy i wiemy teraz z kim mamy do czynienia, ale oni za to wściekli się zupełnie w swej bezradności i niewiedzą co mają robić i ostatnio szukają kontaktów i proszą, ażeby im oddać to tylko co zabraliśmy i oni do nas nic nie mają. (...) Z ostatniego zajścia był jeden zabity oficer w stopniu ppor. i dwóch żołnierzy rannych. Rannych kazałem porządnie opatrzyć zakładając opatrunki i oświadczyłem im, że  nie na nich zrobiłem zasadzkę a na szpicla UB. Ranny który pozostał przy życiu (bo jeden zmarł) rozgadał to, że zaszła pomyłka, bo „Młot” do wojska nie strzela. (…)
Chciałbym bardzo ażebyś mógł przyjechać do nas choć na tydzień, a na pewno humor by Ci się poprawił. U nas zimy nie ma wcale, styczeń i do dziś to wiosna (...).
Jak Kukuś dobrze się czuje to niech przyjedzie z Antosiem, albo jak będziesz jechał to weź swojego Wićkę i Kukusia.(…). Pisz więcej co robi się w świecie i za dużo nie wiesz naszym politykom. Kończę i zasyłam serdeczne pozdrowienia Dance, Kukusiowi i małemu, a Tobie serdeczny żołnierski uścisk dłoni. Jednocześnie prześlij od nas wszystkich pozdrowienia żołnierskie panu Majorowi.

Czołem, Władek


List Władka do Lucjana z kwietnia 1948 roku.

WŁADEK, LUCJAN I ANTOŚ

Jak łatwo się domyśleć, autor tego listu nie wrzucił go do skrzynki w urzędzie pocztowym, i też nie listonosz dostarczył list adresatowi. Podpisany pod listem Władek, to kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”, od lutego 1946 r. zastępca, a od października 1946 r. dowódca odtworzonej na Podlasiu 6. Brygady Wileńskiej AK. Adresatem tego listu kpt. „Młota” był Lucjan Minkiewicz „Wiktor”, pierwszy dowódca ww. jednostki partyzanckiej (od chwili jej formalnego powstania w lutym 1946 r.).

Oddział Lucjana i Władka. Podlasie, kwiecień 1946 r. [kliknij w zdjęcie aby powiększyć]

Dalsza część tej opowieści przyjmie tonację mniej oficjalną, niech będzie, że ubiorę ją w formę bardzo wstępnego szkicu założeń scenariusza filmowego.

W początkach 1948 r. Władek na czele oddziału zmaga się z obławami komunistycznymi na Podlasiu, natomiast Lucjan mieszka we Wrocławiu. Ukrywa się tam, pod fałszywym nazwiskiem, wraz z ciężarną żoną Wandą (wcześniej sanitariuszką 5. a następnie 6. Brygady Wileńskiej AK, używającą pseudonimu "Danuta") i niespełna dwuletnim synkiem. Z oddziału w sposób formalny odszedł w październiku 1946 r., kiedy to z uwagi na zły stan zdrowia i skomplikowaną sytuację rodzinną otrzymał od wspomnianego w liście Władka do Lucjana „pana Majora” (chodzi oczywiście o mjra Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” – przyp. GW.) bezterminowy urlop. Jednak nadal czuje się odpowiedzialny za zespół ludzki, którym dowodził, a który w powoli topniejącym składzie trwa nadal, pod komendą Władka, w oporze przeciwko terrorowi komunistycznemu, umykając kolejnym obławom przetaczającym się przez teren Podlasia. Ta odpowiedzialność, nie ukrywajmy, mocno mu ciąży. Wszak żyje prawie normalnie w podnoszącym się ze zniszczeń wojennym dużym mieście, którego ulicami jeżdżą samochody, a mieszkający w nim ludzie chodzą do kina, zaludniają kawiarnie itp. Widzi jak rośnie jego syn, z radością oczekuje na przyjście drugiego dziecka.

Ppor. Lucjan Minkiewicz "Wiktor" (1) z synem (2) i żoną Wandą (3).

A tu raz na jakiś czas w progu jego mieszkania, burząc spokój domowego ogniska, pojawia się, niczym przybysz z innej czasoprzestrzeni, wzmiankowany w liście Władka a zastępujący listonosza Antoś. Ppor. Antoni Wodyński „Odyniec”. Od 1945 r. w partyzantce antykomunistycznej, od czerwca 1946 r. w żandarmerii 6. Brygady Wileńskiej AK, od 1947 r. łącznik pomiędzy Władkiem a Lucjanem; jeden z najbardziej zaufanych podkomendnych Władka. Dostarcza Lucjanowi okresowe raporty i meldunki od Władka. Wraz z listem z lutego 1948 r. Antoś przywozi Lucjanowi, obok dokumentów sporządzonych przez Władka – mężnego żołnierza, także nieśmiałą prośbę Władka - troskliwego ojca o wsparcie dla jego żony w opiece nad dziećmi, zwłaszcza niesfornymi chłopcami (obu chłopców Władka mam zaszczyt znać, a z Jędrkiem łączą mnie relacje, które nieco uzurpatorsko określam mianem przyjacielskich – przyp. GW). Musicie wiedzieć, szanowni czytelnicy, że żona Władka, Jadwiga, w obawie przed zemstą komunistów za działalność męża, w trosce o bezpieczeństwo dzieci i własne wyjechała z rodzinnego Podlasia i przebywa we Wrocławiu. Utrzymuje kontakt z Lucjanem i Wandą, przez pewien czas nawet mieszka z  nimi wraz z córką Martą. Chłopcy Władka przebywają pod opieką dalszej rodziny. Stąd kierowana do  Lucjana prośba Władka o wsparcie Jadwigi w opiece nad dziećmi.

Lucjan z żoną Wandą "Danutą"

Może jestem w błędzie, ale mnie się zdaje, że już z tej, lekko tylko zarysowanej i krótkiej, sekwencji zdarzeń dotyczących Władka i Lucjana - ludzi znajdujących się w ekstremalnie trudnej sytuacji, ludzi, którzy jeszcze żyją, choć z wyroku historii są już martwi, da się wydobyć takie bogactwo napięcia i prawdziwych (niewydumanych) emocji i rozterek, że wystarczy ręka w miarę zdolnego scenarzysty a bardzo ciekawa i dramatyczna siatka faktograficzna tej historii zostanie uzupełniona równie interesującą, co w świetle prawdy życia prawdopodobną sferą duchową, sferą emocjonalną, o której pisał Józef Mackiewicz. I mamy świetny scenariusz filmowy. Jego podstawowe założenia odnośnie głównych postaci męskich, o których więcej za chwilę, widzę następująco: obaj  – Władek i Lucjan – to troskliwi ojcowie i kochający mężowie. Bardzo pragną zapewnić swoim pociechom i kobietom, to czego nie ze swej winy zapewnić im nie mogą: bezpieczeństwo. Wydaje się na pozór, że ich  aktualna sytuacja życiowa jest diametralnie różna, a w rzeczywistości jest ona przecież tożsama. Obaj są w matni. I trzeci z nich: Antoś – również, jak Władek i Lucjan, poszukiwany przez UB; dzielny partyzant i łącznik pomiędzy dwoma światami: światem trwającej jeszcze walki i światem pozornego spokoju, który zapowiada wyłącznie śmiertelną ciszę… Jeszcze tylko sprawna ręka reżysera, zainteresowanie producentów i… wróćmy na ziemię, do polskiej rzeczywistości.

Refleksja w związku Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 2/2>
Strona główna>
Refleksja w związku Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 2/2
LUCJAN I WŁADEK

Kilka zdań o Lucjanie i Władku. Lucjan pochodzi z Litwy kowieńskiej. Działa w konspiracji od 1940 roku, od 1943 r. walczy w szeregach partyzantki, najpierw na Wileńszczyźnie, a od 1945 r. na Białostocczyźnie i Podlasiu. Bierze udział w szeregu poważnych walk z grupami operacyjnymi NKWD - UB – LWP – KBW. Wymieńmy niektóre z nich: Sikory – 8 sierpnia 1945 r., Miodusy – 18 sierpnia 1945 r., Łempice – 29 listopada 1945 r., Brzozowo – Antonie - 28 kwietnia 1946 r., Śliwowo – 30 kwietnia 1946 r., Łosice – 2 lipca 1946 r. W każdym z tych bojów działo się, oj działo (sprawna kamera, np. w rękach Tomka Madejskiego, mogłaby wydobyć w scenach retrospekcji tej czy innej z ww. walk cały jej dynamizm, zaciekłość, a co się tyczy starć z NKWD czy UB także brak pardonu po obu walczących stronach).

Ppor. Lucjan Minkiewicz "Wiktor"

Wspomniany szlak bojowy od Sikor do Łempic Lucjan przechodzi razem z Władkiem. Władek to rodowity podlasiak, do jesieni 1944 r. zamieszkujący wraz z żoną i trójką małych dzieci w pięknie położonej nad Bugiem wiosce Mężenin. Akowiec, zasłużony w akcji V; w październiku 1944 r. tylko przypadkowo unika aresztowania przez Sowietów. Od tego czasu na stałe pozostaje w polu.

Kpt. Władysław Łukasiuk "Młot"

Lucjan i Władek różnią  się mocno  zarówno  wyglądem, jak i osobowością. Lucjan to chudy dryblas o pociągłej twarzy, wrażliwy inteligent (w chwili wybuchu wojny miał rozpoczęte studia politechniczne) z zacięciem do muzykowania (potrafi bardzo ładnie grać na skrzypcach). Władek jest dobrze zbudowany, można powiedzieć krępy, średniego wzrostu; bardzo silny i wytrzymały fizycznie (walczy w partyzantce pomimo tego, że ma sztywną lewą nogę – to wynik wypadku podczas jazdy konnej, jakiemu uległ  jeszcze przed wojną podczas odbywania służby wojskowej). Mocny człowiek, mocnego charakteru. Bardzo dobry dowódca partyzancki, znający Podlasie jak własną kieszeń. Zdecydowany na walkę do końca, nie wierzy w żadne amnestie ani propozycje ugodowe ze strony komunistów. W tym sensie, nie ma złudzeń i nie zaprząta sobie głowy problemem czy i w jaki sposób w realiach terroru komunistycznego zakończyć walkę i wyjść z lasu.

Co innego Lucjan. Ma nadzieję, mimo wszystko, że zdoła jakoś wyprowadzić  podległych mu żołnierzy i  siebie z partyzantki i rozpocząć życie cywila. Od jesieni 1945 r. nie chce już dłużej walczyć, nie widzi sensu kontynuacji zbrojnego oporu. Taka postawa towarzyszy mu przez kolejne miesiące zmagań. Jednak Major oczekuje od Lucjana, aby ten dalej dowodził oddziałem. I Lucjan, jako człowiek bardzo ideowy i odpowiedzialny za swoich podkomendnych, nadal trwa w walce. Czyni tak pomimo poważnych kłopotów ze zdrowiem oraz próśb a czasem ostrych wyrzutów ze strony ciężarnej żony (Wanda spodziewa się wtedy pierwszego dziecka), która domaga się od Lucjana żeby przestał walczyć a zajął się nią. Zachował się list Lucjana do Wandy (przy czym Lucjan posługuje się w nim leśnym imieniem małżonki – przyp. GW) napisany w połowie 1946 r. Warto go przeczytać. Polecam jego lekturę zwłaszcza tym, którzy uważają, że ten tak bardzo sugestywnie nakreślony w filmie „Obława” obraz człowieka – partyzanta, dla którego uderzeniowa dawka bromu jest rzeczą zapewne najważniejszą spośród potrzebnych mu w bliskim planie do szczęścia, to jest właśnie właściwe wybitnym obrazom filmowym, a w każdym razie produkcjom zasługującym na uznanie, celne oddanie rzeczywistych pragnień czy rozterek ludzi przedstawionych na ekranie - w  tym przypadku  naszych przodków, którzy w „czasach nadaremnych” znaleźli się w szeregach leśnych. Innymi słowy, polecam lekturę tego listu tym, którzy sądzą, że narracja „Obławy” dotyka owej prawdy życia, do której odnosi się przywołana przeze mnie myśl Józefa Mackiewicza. Namawiam do niej także tych, którzy nie są zupełnie obojętni na świadectwa trudnej ludzkiej wielkości. Bo ów list jest właśnie takim świadectwem.
Don Najdroższa!
Twój ostatni list przesłany przez „Bobra” (Władysław Rymaszewski- poległ w walce z UB 3 kwietnia 1947 r. – przyp. GW), zrobił mi wielką przykrość. Wiem, że kochasz mnie bardzo, ale nie umiesz czy nie chcesz mnie zrozumieć. (...) Wiesz że Cię jedynie kocham i chciałbym zawsze z Tobą przebywać, ale mi warunki na to nie pozwalają. Naprawdę zostawiłbym już to wszystko, ale gdy pomyślę, że zrobiłbym tak samo jak ci, których zawsze potępiałem, wolę przeżywać męki rozstania, wolę zginąć z honorem niż narazić się na podobne powiedzenie (…) Przecież wiesz jak potępia się wszystkich, którzy wyjechali! Don! Piszesz, że nie chcę z Tobą przebywać dłuższy czas, aby inni nie krytykowali mnie. Nie Don! Ja tej krytyki się nie boję, ale nie chcę spraw ogólnych podporządkowywać sprawom osobistym (…). Don! Widzę jak ty się męczysz ,czuję to, ale nie mogę ci pomóc i to mnie dobija do reszty (...) Gdyby to się już nareszcie wszystko skończyło, naprawdę wtedy bylibyśmy szczęśliwi. Wiesz, że wtedy, gdy byłem chory prosiłem Boga, aby coś się ze mną stało takiego, bym musiał pozostać dłużej na kuracji, gdyż moglibyśmy wtedy przebywać razem. Don! Jak ja zazdroszczę tym, którzy już odeszli z oddziału, że mogą sobie swobodnie urządzić życie. Z drugiej jednak strony boję się, żeby w mieście nie było ze mną jak z „Mścisławem” (Ppor. Marian Pluciński
"Mścisław", skazany przez komunistyczny sąd na karę śmierci i zamordowany w więzieniu w Białymstoku 28 czerwca 1946 r. – przyp. GW). Wolę zginąć w walce niż na szubienicy. Wiesz, że u mnie już teraz nie ma litości u panów z UB, a przecież ja chcę żyć jak najdłużej z Wami, chcę choć trochę zaznać szczęścia przy Twoim boku. Don! Musisz pogodzić się z tym, że jeszcze dłuższy czas  będziemy musieli żyć z dala od siebie. Danuś! Pamiętaj, że jesteś moją żoną, że byłaś tak jak ja żołnierzem. Musisz trwać na swoim posterunku, musisz wychować nasze dziecko w duchu takim,w jakim i my byliśmy wychowani! (...)

Twój Witek

Podlasie, sierpień 1946 r. Grupa żołnierzy z pododdziału Żandarmerii 6. Brygady Wileńskiej AK. Oznaczeni numerami: 1. NN „Orzełek”; 2. NN „Sokolik”; 3. sierż./ppor. Antoni Borowik „Lech”, poległ 7 maja 1948 r. podczas próby przedarcia się przez pierścień obławy; 4. Czesław Pilecki „Jaskółka”; 5. ppor. Lucjan Minkiewicz „Wiktor”; 6. NN „Krzak”; 7. sierż. Władysław Wasilewski „Grot”; 8. NN „Żbik”; 9. Józef Cegliński „Zemsta”.

Pamiętam, że gdy pierwszy raz czytałem ten list, miałem przed oczyma znaną mi ze zdjęć postać Lucjana. Była mocno rozmazana, a to za sprawą  łez , które szkliły się wtedy w moich oczach. Tak, tak – wiem - ten list jest raczej daleko od bromowych, tak oklaskiwanych przez znawców kina, potrzeb partyzantów z filmu „Obława”. A jednak uważam, o święta naiwności, że odpowiednie przełożenie, bez zbędnej tkliwości, na język filmu tragedii Lucjana, Wandy i innych bohaterów tej opowieści – ludzi tak bardzo chcących normalnie żyć, i tak całkowicie  pozbawionych  przez komunistów szansy na normalne życie, dałoby bardzo mocny efekt. Ale pewnie nie mam racji.

ANTOŚ

Antoś, ten wyręczyciel listonosza w wymianie korespondencji pomiędzy ludźmi, którzy nie korzystają, bo nie za bardzo mogą, z usług poczty, po krótkim pobycie u Lucjana i spotkaniu z żoną Władka, której przekazuje wiadomości i list od męża, wraca na Podlasie, do oddziału. Zawsze szczęśliwie wraca, niezależnie od stopnia niebezpieczeństwa i skali trudności misji kurierskich, które realizuje na rozkaz Władka. Od początku 1948 r. przemieszcza się pomiędzy leśnymi obozowiskami oddziału Władka a tętniącymi życiem ulicami Wrocławia. Wiąże świat śmierci w walce, nierównej, ale jednak walce, ze światem, w którym spokój jest wyłącznie zwiastunem nadchodzącej śmierci po piekle przesłuchań. Spaja dwa pozornie biegunowo odległe od siebie rzeczywistości, w których  nieodległa przyszłość jest równie tragicznie ponura.

Wspomniani przez Lucjana w liście do Wandy panowie z UB nie próżnują. Urząd Bezpieczeństwa od miesięcy przygotowuje bardzo dużą operację wymierzoną w środowisko wileńskiej konspiracji, oznaczoną kryptonimem „X”. Rozpracowaniem w ramach tej operacji   objętych zostaje kilka tysięcy osób, wśród nich ukrywający się na Podhalu Major, wraz z towarzyszką jego życia, piękną kobietą i dzielnym żołnierzem 5 Brygady Wileńskiej z lat 1943 – 1947 Lidią Lwow „Lalą”, Lucjan i Wanda, a także Jadwiga i wspomniany w liście Władka „Kukuś” (Janusz Rybicki „Kukułka”).

Osielec na Podhalu, 1948 r. - w cywilu, już bez mundurów, po 4 latach spędzonych w partyzantce - od prawej: mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", Lidia Lwow "Lala", Wanda Minkiewicz "Danka" (żona "Wiktora").

Rozpoznanie poczynione przez komunistów jest bardzo dokładne. Uderzenie następuje na przełomie czerwca i lipca 1948 r. Zatrzymanych zostaje w ramach akcji „X”  sześć tysięcy osób. 26 czerwca 1948 r. w  ręce bezpieki wpadają  Major i Lidia Lwow, 1 lipca 1948 r. ubecy aresztują  Lucjana i Wandę, a 3 lipca 1948 r. Jadwigę, żonę Władka. W jej mieszkaniu ubecy zastawiają kocioł. Los sprawia, że właśnie wtedy po raz kolejny do Wrocławia przyjeżdża Antoś. Do mieszkania Jadwigi dociera 5 lipca 1948 r. Już na miejscu, praktycznie w progu lokalu, orientuje się, że w środku jest zastawiona zasadzka; nie wchodzi do środka i, mimo pościgu ubeków, ucieka. Nie dowiemy się nigdy, co pozwoliło mu rozpoznać czające się za drzwiami mieszkania Jadwigi niebezpieczeństwo. Tak jak nigdy nie ustalimy, co zdecydowało, że postanowił tam wrócić, aby ponownie podjąć próbę skontaktowania się z żoną Władka. Ot, losu gra.

Ppor. Antoni Wodyński "Odyniec", żołnierz 6. Brygady Wileńskiej AK, jeden z najbardziej zaufanych współpracowników kpt. "Młota", postrzelony przez funkcjonariuszy UB we Wrocławiu 2 lipca 1948 roku, umarł po bestialskim przesłuchaniu we wrocławskim szpitalu 8 lipca 1948 r.

Zapewne nie chciał powrócić do oddziału, do Władka, z niczym, bez jakiejkolwiek informacji na temat aktualnej sytuacji Jadwigi, Lucjana i innych, z którymi nie mógł się już tym razem skontaktować. Tak czy inaczej, dwa dni później, 7 lipca 1948 r., podejmuje piekielnie ryzykowną próbę ponownego dotarcia do żony Władka. Tym razem nie ma już szczęścia. Przy próbie ucieczki z ubeckiej pułapki zostaje ciężko ranny w brzuch. Ubecy doskonale wiedzą kogo mają w swoich rękach i jak ważnymi informacjami dysponuje Antoś. Zaczyna się wyścig z czasem, koszmarny wyścig nie o ocalenie jego życia, lecz o wydobycie z niego wiadomości, zwłaszcza o aktualnym miejscu postoju oddziału Władka, a także o terminie i punkcie kontaktowym, w którym ma po powrocie na Podlasie dołączyć do oddziału. Ciężko ranny Antoś błyskawicznie zostaje przewieziony do gmachu WUBP we Wrocławiu. Nie epatujmy okrucieństwem, jak twórcy filmu „Obława” odciętą głową niemieckiego spadochroniarza, która następnie posłużyła jako wkładka do zupy podanej przez bohatera filmu dwóm jeńcom niemieckim, i oszczędźmy sobie opisu przebiegu  przesłuchania Antosia. Przypomnijmy sobie kadry z filmu „Akcja pod Arsenałem”, ze scenami pobytu Janka Bytnara „Rudego” w Alei Szucha. Przesłuchanie Antosia musiało wyglądać podobnie, a jeszcze ta rana postrzałowa, kula w brzuchu….

Siedzą od lewej: Antoni Wodyński "Odyniec", Czesława Czarnecka, Janusz Rybicki "Kukułka" (Kukuś), Marian Jankowski "Marek".

Na potrzeby tej opowieści wyobraźmy sobie, że o  jego przebiegu rozmawiają pomiędzy sobą ubecy:
- No i co, wyciągnąłeś z niego, gdzie jest „Młot”?
- Gówno wyciągnąłem. Twardy był, ścierwo. Sam zobacz.
Zaciekawiony ubek spogląda na protokół przesłuchania Antosia, na ostatnie materialne świadectwo istnienia tego dzielnego człowieka, na dowód jego heroicznej postawy w piekle ubeckiej katowni. W protokole odnotowano tylko trzy pytania, choć zadano ich Antosiowi znacznie, znacznie więcej. Zostały utrwalone na papierze dokumentu  przesłuchania obok trzech odpowiedzi, jakich udzielił Antoś:
-na pytanie: gdzie jest "Młot"? odpowiedział: - „Młot” wraz z oddziałem przebywa w lesie,  ostatnio  myśli o  zaprzestaniu walki i rozwiązaniu oddziału (Władek nie nosił się z takim zamiarem – przyp. GW),
- na pytanie: gdzie jest "Lufa" (pseudonim Henryka Wieliczki, partyzanta 5. i 6. Brygady Wileńskiej – przyp. GW)? odpowiedział: - niedawno spotkałem go przypadkowo na dworcu w Warszawie. Nie wiem gdzie teraz przebywa,
- na pytanie: gdzie jest Cyrski (fałszywe nazwisko jednego z partyzantów 5. Brygady Wileńskiej – przyp. GW)? odpowiedział: - nie wiem.
Nie podpisał protokołu przesłuchania, nie był w stanie. W miejscu przeznaczonym na podpis  przesłuchiwanego znajduje się odcisk jego kciuka.

Ubecy doskonale wiedzą kogo mają w swych rękach, ale w protokole przesłuchania wpisują, że przesłuchują nieznanego z imienia i nazwiska mężczyznę. Na skutek takiego zabiegu Antoś trafia do znajdującego się pod kontrolą WUBP szpitala we Wrocławiu jako NN. Tam umiera 8 lipca 1948 r. Jego zwłoki, jako zwłoki NN, zostają przekazane do Zakładu Anatomii Prawidłowej Kliniki Uniwersyteckiej we Wrocławiu, gdzie są przechowywane przez ponad pół roku. W końcu stycznia 1949 r. ciało Antosia, oczywiście jako ciało NN, zostaje oddane do ćwiczeń studentom medycyny. Następnie, po upływie blisko miesiąca, zwłoki Antosia, czy raczej to, co z nich pozostało, zostają pogrzebane w nieznanym do dziś miejscu.

Na podhalańskiej kwaterze - pierwszy z lewej ppor. Antoni Wodyński "Odyniec" (1), w środku ppor. Lucjan Minkiewicz "Wiktor" z żona Wandą (4 i 5).

WŁADEK

Oddział Władka nadaremnie czeka w ustalonym miejscu i terminie na powrót Antosia. Dzięki  jego heroicznej postawie podczas przesłuchania, partyzanci bezpiecznie odchodzą z wyznaczonego punktu kontaktowego. Nieobecność Antosia w umówionym czasie i miejscu jest oczywiście dla Władka niepokojąca, ale jeszcze niczego nie przesądza. Przecież Antoś zawsze wraca. Dopiero  cisza kolejnych tygodni przynosi ze sobą Władkowi smutną prawdę, że doszło do nieszczęścia, że już  nie zobaczy Antosia stojącego pośród żołnierzy oddziału, że  tym razem Antoś nie wróci. Strata tego dzielnego żołnierza oznacza dla Władka także zerwanie kontaktu z Jadwigą (przez kilka miesięcy Władek nie wie, że jego żona została aresztowana), z Lucjanem i innymi. Pozostaje mu tylko Podlasie, jego matecznik, już bez kontaktu ze światem, przy coraz silniejszych i celniej trafiających obławach komunistycznych, przy coraz bardziej sterroryzowanej przez komunistów miejscowej ludności. I tak trwa w walce przez kolejne miesiące….

Podlasie, jesień 1947 r. Żołnierze 2. szwadronu 6. Brygady Wileńskiej AK. Oznaczeni numerami: 0 – ppor. Antoni Wodyński „Odyniec”, zamordowany 8 lipca 1948 r.; 1 – ppor. Marian Nowak vel Walerian Nowacki „Bartosz”, zamordowany 3 lipca 1948 r.; 2 – plut. NN „Mściciel”; 3 – plut. NN „Wichura”; 4 – kpr. NN „Marynarz”; 5 – Władysław Łukasiuk „Młot”, zginął 27 czerwca 1949 r.; 6 – plut. Mieczysław Magadzia „Wilan”; 7 – Zdzisław Kręciejewski „Brzoza”; 8 – NN „Szach”; 9 – NN „Wicher”; 10 – kpr. NN „Akacja”.

LUCJAN

W tym samym czasie rozgrywa się ostatni rozdział życia Lucjana. Jego położenie jest beznadziejnie trudne. W chwili aresztowania Wanda jest przecież w ciąży z drugim dzieckiem; w więzieniu przychodzi na świat ich córka. Ubecy oczywiście chcą wykorzystać sytuację rodzinną Lucjana do zwerbowania go do współpracy. Ich celem jest przede wszystkim zabicie, albo jeszcze lepiej pojmanie Władka i tych, którzy trwają wraz z nim w zbrojnym oporze. A Lucjan może być w tym wydatnie pomocny.

Ppor. Lucjan Minkiewicz "Wiktor", zdjęcie wykonane po aresztowaniu przez UB w 1948 r.

Dostaje gwarancję w miarę łagodnego wyroku w zamian za pomoc w dotarciu do Władka; jednocześnie jest straszony, że jeżeli  odmówi  podjęcia współpracy, to los Danuty i dzieci będzie jeszcze gorszy od tego, który już jest ich udziałem. Ubecy  mają  zatem bardzo dużo do zaoferowania Lucjanowi, niezależnie od tego, że danych mu obietnic  nie zamierzają  dotrzymać. Ale Lucjan, pomimo, że stawką w tej grze jest jego życie i los jego żony i dzieci, nie zdradza Władka. Odmawia podjęcia współpracy….

Wanda Minkiewicz "Danka", żona "Wiktora". Zdjęcie wykonane po aresztowaniu przez UB w 1948 r.

ZAMIAST EPILOGU
 
Czas przerwać tę opowieść, bo nawet najwytrwalsi czytelnicy zapewne mają już dość.
  • Władek ginie 27 czerwca 1949 r. na skraju lasu rudzkiego, nieopodal wsi Czaje - Wólka;
  • Lucjan po ciężkim śledztwie zostaje skazany na karę śmierci. Jego los dopełnia się  8 lutego 1951 r. o godz. 19.55 w więzieniu mokotowskim w Warszawie;
  • Major także zostaje skazany na karę śmierci, w tym samym co Lucjan procesie. Jego życie zostaje przerwane kulą wystrzeloną w tył jego głowy przez więziennego kata raptem dwadzieścia minut po zastrzeleniu Lucjana;
  • Wanda również jest sądzona razem z Lucjanem. Zostaje skazana na 12 lat więzienia. Więzienne mury opuszcza w 1956 r. Ostatnie kilkanaście lat życia spędza na wpół sparaliżowana pod opieką troskliwej córki, Ewy. Umiera w 2001 roku;
  • Jadwiga zostaje skazana na 9 lat więzienia. Karę odbywa do lipca 1954 r. Umiera w tym samym roku co Wanda.
Miejsca pogrzebania przez komunistów ciał Władka, Lucjana i Majora pozostają nieznane.

To była krótka opowieść o ludziach, którzy bronili wolności w czasach dla niej najgorszych, i w jej obronie dali z siebie wszystko. Dosłownie i do końca. "Kłaniam się Ich cieniom."

Mój symboliczny ukłon przed Władkiem, Lucjanem, Antosiem, Majorem, Wandą i Jadwigą pierwotnie miał kończyć ten tekst. Ale po namyśle uznałem, że choć opowiedziana w nim historia nie ma happy endu, to jednak nie powinna kończyć się tak całkowicie tragicznie. Ekran – cały czas myślę o tym, że dożyję sfilmowania historii tych ludzi - tego nie zniesie. Dlatego z uśmiechem patrzę na fotografię wykonaną wczesną wiosną 1949 r., a na niej trzech mężczyzn w garniturach i kapeluszach. Stoją na tle samolotu. I nie powinno to nikogo dziwić, bo zdjęcie zostało wykonane na płycie lotniska w Sydney. Nie wiem kto zrobił tę fotografię, ale jeżeli nie znał historii uwiecznionej na niej trójki, to byłby bardzo zdziwiony, jak dużo pieniędzy za pomoc w schwytaniu tych ludzi (czyli w praktyce za ich głowy) dawała wówczas policja polityczna Polski Ludowej. A szczególnie za głowę jednego z nich. Za głowę „Kukusia”, czyli Janusza Rybickiego „Kukułki”.

Kpr. Janusz Rybicki "Kukułka" (Kukuś)

Tego samego, którego Władek, w przypomnianym w niniejszym szkicu liście z lutego 1948 r. do Lucjana, tak serdecznie zachęcał do wypadu na Podlasie. Obaj – Władek i Lucjan - lubili i cenili „Kukusia”, do początku sierpnia 1946 r. dowódcę jednego ze  szwadronów w  ich oddziale.

Również komuniści wysoko oceniali  bogaty dorobek bojowy „Kukusia”, stąd na ich liście życzeń lokował się on w ścisłej czołówce, był jednym z najbardziej poszukiwanych przez bezpiekę żołnierzy Brygad Wileńskich. A jednak nie zdołali go dopaść (nie mogli w to zresztą uwierzyć; intensywnie tropili go do połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, a już bardziej rutynowo do końca lat sześćdziesiątych).

Białostocczyzna, lato 1945. Żołnierze z dowodzonego przez por. "Zygmunta" 1 szwadrony 5. Brygady Wileńskiej AK. Od lewej: kpr. Janusz Rybicki "Kukułka", Władysław Kendyśl "Tarzan", Szczepan Filipiuk "Kula", NN "Lot", Stanisław Romańczuk "Staś".

Dosłownie w ostatniej chwili przed aresztowaniem – na przełomie czerwca i lipca 1948 r. - „Kukuś” i dwaj inni partyzanci z oddziałów „pana Majora” („Zbyszek” i „Marek”) zdołali przedostać się przez zieloną granicę do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Austrii. Po kilku miesiącach pobytu na terenie Austrii i Niemiec dotarli do Włoch, a następnie na pokładzie okrętu „Generał Omar Bundy” dopłynęli 20 marca 1949 r. do wybrzeży Australii, do Sydney. Na antypody. Byli wolni.


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS. I) Blisko rok temu miałem okazję przeczytać scenariusz pierwszego odcinka serialu telewizyjnego mającego opowiadać historię majora „Łupaszki” i jego podkomendnych. Nie mogłoby zabraknąć w tym serialu losów Władka, Lucjana i Antosia. Scenariusz jest świetny. Napisany został przez znanego i zdolnego scenarzystę i reżysera filmowego. Tylko co z tego, skoro wedle mojej wiedzy żadna rodzima telewizja, z tzw. publiczną na czele, nie wyraziła najmniejszego zainteresowania tym projektem. Takie czasy... czasy „Obławy” i „Pokłosia”.
PS. II)
1.
„niepamięć to dar” – fraza piosenki Toma Waitsa „The Part You Throw Away” (z albumu "Blood Money") w przekładzie Romana Kołakowskiego,
2. „czasy nadaremne” - zapożyczenie z wiersza K. Baczyńskiego „Spojrzenie”,
3. „z czasów Drugiej Apokalipsy” - zapożyczenie z wiersza Z. Herberta „Raport z oblężonego miasta”,
4. „Dlaczego powieść (…).” – zapożyczenie z książki Józefa Mackiewicza „Sprawa pułkownika Miasojedowa”,
5. „Jestem za ścisłością (…).” – fragment tekstu Józefa Mackiewicza „Literatura contra faktografia”, „Kultura”, nr 7-8 z 1973 r.


Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
Refleksja w związku Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 1/2>
Strona główna>

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5