Zapomniani Bohaterowie

WSPARCIE STRONY
Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie na facebook
FUNDACJA ''PAMIĘTAMY''
MUZEUM ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH w Ostrołęce
WIL3 SZLAK
THE DOOMED SOLDIERS
Freedom And Independence
NATIONAL ARMED FORCES
Instytut Pamięci Narodowej
Zeszyty Historyczne WiN-u
GLAUKOPIS - Pismo Społeczno-Historyczne
Historia miejscowości Gminy Urszulin
ENDECJA.pl
Brygada Świętokrzyska NSZ

Leopold Okulicki
GRH Ogniowcy
Pamięci Żołnierzy Wyklętych
KAMPANIA WRZEŚNIOWA 1939


www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
ALBUM POLSKI - Nasze Małe Ojczyzny
Witryna poświęcona twórczości i życiu Józefa Mackiewicza (1902 - 1985)
Łysiakmania
WOLNI i SOLIDARNI
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem
13grudnia.org.pl
Żarowska Izba Historyczna
Strony Patriotyczne
SURGE POLONIA
Prawy Prosty. Niezależny Magazyn Informacyjny
Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
Ogrody Wspomnień
środa, 23 marca 2016
Kpt. "Bury" a Białorusini - część 1/3
Dr Kazimierz Krajewski, Grzegorz Wąsowski

Kpt. Romuald Rajs "Bury" a Białorusini - fakty i mity


Nie przyjechałem na te tereny walczyć o kożuchy i wieprze,

ale walczyć o sprawiedliwość. Tak samo
[jak] walczyłem o Wilno,
tak samo krew będę przelewać za Polskę i na tej ziemi.
Z wystąpienia kpt. Romualda Rajsa "Burego" do partyzantów NZW
po wydaniu wyroku śmierci na jednego z podkomendnych w marcu 1946 r.



Ppor. Romuald Rajs "Bury", dowódca 2 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK, 1945 r.

ZAMIAST WSTĘPU

Mamy dziś do czynienia z jednej strony z mnogością inicjatyw służących przywracaniu i popularyzacji pamięci o Żołnierzach Wyklętych, z drugiej zaś z eskalacją ataku na nich. Jednym z najczęściej i najsilniej atakowanych jest kpt. Romuald Rajs „Bury” i dowodzeni przezeń żołnierze Narodowego Zjednoczenia Wojskowego.


Tragiczne zdarzenia z ich udziałem, które miały miejsce na przełomie stycznia i lutego 1946 r., stają się dla niektórych podstawą do dyskredytowania Żołnierzy Wyklętych jako zbiorowości. Historia powojennego podziemia niepodległościowego, tak jak historia wszelkich działań wojennych, zwłaszcza typu konspiracyjnego i partyzanckiego, nie ma nic wspólnego z żywotami świętych. To dzieje zwykłych ludzi gotowych walczyć i ginąć za swój kraj, ale też i popełniających błędy, niekiedy podejmujących nietrafne decyzje i popełniających czyny, które nie są dla nas powodem do dumy. Nie pozwólmy jednak, by propaganda kierunków ideologicznych niechętnych etosowi walki zbrojnej z komunistami skutecznie tworzyła lub podtrzymywała antymity dotyczące podziemia, falsyfikując historię poprzez upowszechnianie tezy, że w okresie powojnia starły się ze sobą dwie równoprawne wizje Polski, podczas gdy w rzeczywistości po jednej stronie barykady stali wówczas ludzie realizujący opracowaną w Moskwie koncepcję zniewolenia a następnie okupowania naszego kraju przez partię komunistyczną, zaś po drugiej stronie znaleźli się ludzie walczący o wolność Polski. Starajmy się poznać dokładnie okoliczności i tło wspomnianych zdarzeń, a także motywacje, którymi kierowali się uczestniczący w nich żołnierze antykomunistycznej partyzantki.

Kpt. Romuald Rajs "Bury" - dowódca 3 Wileńskiej Brygady NZW.

DZIAŁALNOŚĆ NIEPODLEGŁOŚCIOWA "BUREGO" PRZED 1946 R.

Na wstępie przypomnijmy kim był Romuald Rajs „Bury”. Urodził się w 1913 r. w Jabłonce pow. Brzozów. W 1933 r. ukończył z wyróżnieniem podoficerską szkołę dla małoletnich i pozostał w wojsku jako podoficer zawodowy. Poprzez służbę wojskową związał się z Wilnem (służył w 85 pp, 13 p. uł. oraz przy dowództwie 19 DP). Od początku okupacji „Bury” zaangażował się w działalność konspiracyjną na terenie Wilna. Od września 1943 r. służył w 3 Brygadzie Wileńskiej AK, jednym z najbardziej bojowych oddziałów Okręgu AK Wilno. Dowodził 1 kompanią szturmową tej jednostki. Za męstwo wykazane w zwycięskiej walce z niemiecko-litewską ekspedycją przeciwpartyzancką stoczonej pod Mikuliszkami przez 3 i 6 Brygadę Wileńską AK 8 stycznia 1944 r. został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Wileńszczyzna 1944 r. Ppor. Romuald Rajs "Bury" z dziećmi trzymającymi zerwany drogowskaz z niemiecką nazwą miejscowości Ejszyszki.

Odegrał istotną rolę w wielu innych akcjach bojowych 3 Brygady, m.in. w boju z batalionem korpusu gen. Plechavicziusa w Murowanej Oszmiance (po tej walce otrzymał awans na podporucznika). W toku operacji „Ostra Brama”, mającej na celu wyzwolenie Wilna, poprowadził swoją 1 kompanię szturmową do walki o Kolonię Wileńską, którą opanowano po zaciętej walce z frontową jednostką Wehrmachtu, a następnie, w krwawych zmaganiach wyparł Niemców z umocnień broniących dostępu do dzielnicy Belmont. Za wybitną odwagę w tamtych bojach odznaczony został Krzyżem Virtuti Militari V klasy i otrzymał awans na porucznika.

Wielkanoc 1944 r. Romuald Rajs "Bury" i żołnierze 3. Wileńskiej Brygady AK wychodzą z kościoła w Turgielach.

Uniknął rozbrojenia przez Sowietów. Utrzymywał kontakt z działającymi już w realiach okupacji sowieckiej strukturami polskiej konspiracji na terenie Wilna. Pomagał swoim podkomendnym w uzyskaniu fałszywych dokumentów, umożliwiających ewakuację na tereny dzisiejszej Polski.
Pod koniec 1944 r. „Bury” pod fałszywym nazwiskiem Jerzego Górala zgłosił się do armii Berlinga. Jak wyjaśniał w toku śledztwa w 1949 r.:
Przed wyjazdem do Polski odwiedziłem żonę w Nowej Wilejce i następnego dnia po odwiedzeniu cmentarza na Kolonji Górnej tych co padli w walkach o Belmont około 60 i po krótkiej rozmowie z proboszczem plebanii udałem się w podróż […].
Transportem wojskowym dotarł do Białegostoku i został skierowany początkowo do jednostki zapasowej LWP w Dojlidach. 27 grudnia 1944 r. został mianowany dowódcą plutonu w samodzielnym batalionie ochrony lasów państwowych. Od lutego 1945 r. jego pluton stacjonował w Hajnówce. Zadaniem tej jednostki było zwalczanie kłusownictwa i ochrona lasów przed nielegalnym wyrębem i kradzieżą drzewa. Romuald Rajs miał wszelkie szanse, aby spokojnie i bezpiecznie przetrwać na głębokim zapleczu najtrudniejszy okres instalowania się władz komunistycznych i związanego z tym terroru komunistycznego. Nie pogodził się jednak     z sytuacją panującą w Polsce. Wybrał dalszą walkę o niepodległość naszego kraju. W maju 1945 r. zbiegł „do lasu” wraz z dowodzonym przez siebie plutonem i dołączył do odtworzonej na Białostocczyźnie 5 Brygady Wileńskiej AK podlegającej wówczas Komendzie Białostockiego Okręgu AK-AKO. Pełnił w tym oddziale funkcję dowódcy 2 szwadronu.
We wrześniu 1945 r., po rozformowaniu 5 Brygady Wileńskiej w związku z zarządzoną przez Delegaturę Sił Zbrojnych operacją „rozładowywania lasów”, przeszedł do Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (dalej: NZW). Otrzymał stopień kapitana i funkcję szefa Pogotowia Akcji Specjalnej Białostockiego Okręgu NZW. W 1946 r. dowodził największym zgrupowaniem partyzanckim NZW na Białostocczyźnie, działającym pod nazwą 3 Wileńskiej Brygady NZW (dalej: 3 Brygada NZW).
Aresztowany w wyniku donosu podkomendnego 13 listopada 1948 r., został skazany na karę śmierci przez WSR w Białymstoku i zamordowany 30 grudnia 1949 r.
Dnia 15 września 1995 r. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego na sesji wyjazdowej w Olsztynie unieważnił wyrok wydany 47 lat wcześniej. Miejsce pogrzebania przez komunistów zwłok kpt. „Burego” pozostaje nieznane.

Protokół wykonania kary śmierci na kpt. Romualdzie Rajsie "Burym".

ZARZUTY FORMUŁOWANE WOBEC "BUREGO"

W okresie służby „Burego” w NZW, a dokładnie na przełomie stycznia i lutego 1946 r., miały miejsce tragiczne wydarzenia, w których jak się dziś ocenia śmierć poniosło 79 obywateli polskich narodowości białoruskiej, które sprawiają, że niektórzy oskarżają go dziś o zbrodnię ludobójstwa, o dokonanie czystki etnicznej poprzez mordowanie ludzi z powodu przynależności do narodowości białoruskiej i wyznawania wiary prawosławnej, a także o zabijanie kobiet i dzieci. Niedawna, siedemdziesiąta, rocznica tych zdarzeń, a także obchodzony w tym roku szczególnie podniośle Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych stały się dla przeciwników pielęgnowania dobrej pamięci o antykomunistycznej partyzantce okazją do wręcz festiwalu takich oskarżeń. Należy odnotować, że osoby formułujące te zarzuty najczęściej odwołują się do ocen sformułowanych przez prokuratora IPN w toku śledztwa sygn. akt S 28/02/Zi, prowadzonego w okresie od 4 lutego 2002 r. do 30 czerwca 2005 r., zakończonego postanowieniem o umorzeniu postępowania; patrz: Informacja o ustaleniach końcowych śledztwa S 28/02/Zi w sprawie pozbawienia życia 79 osób – mieszkańców powiatu Bielsk Podlaski w tym 30 osób tzw. furmanów w lesie koło Puchał Starych, dokonanych w okresie od dnia 29 stycznia 1946r. do 2 lutego 1946 r. (dalej: informacja o umorzeniu śledztwa).

Czytamy tam m.in., że partyzanci „Burego” swoje działania skierowali nie przeciwko indywidualnym osobom, lecz przeciwko określonym społecznościom wiejskim – grupom ludzkim, których łączyło pochodzenie i wyznanie. Rozstrzelanie furmanów […] miało na celu zlikwidowanie tych spośród nich, których uznano za Białorusinów. Wobec tego przyjąć należy, że rozpoznane czyny przestępne miały na celu likwidację członków grupy o takim samym pochodzeniu narodowo – religijnym. […] Spośród wszystkich wymienionych powyżej motywów, które determinowały działania „Burego” i części jego podwładnych, czynnikiem łączącym było skierowanie działania przeciwko określonej grupie osób, które łączyła więź oparta na wyznaniu prawosławnym i związanym z tym określaniu przynależności tej grupy osób do narodowości białoruskiej. Reasumując zabójstwa, i usiłowania zabójstwa tych osób należy rozpatrywać jako zmierzające do wyniszczenia części tej grupy narodowej i religijnej, a zatem należące do zbrodni ludobójstwa, wchodzących do kategorii zbrodni przeciwko ludzkości.
Nie zgadzamy się z taką oceną.

WSTĘP DO PRÓBY REKONSTRUKCJI ZDARZEŃ

Próbę rekonstrukcji wspomnianych wydarzeń z 1946 r. należy zacząć od przypomnienia, że zgodnie z rozkazem komendanta Okręgu NZW Białystok majora Floriana Lewickiego „Kotwicza” z 20 września 1945 r. „Bury” miał przeprowadzić, wspólnie z oddziałem Pogotowia Akcji Specjalnej Komendy Powiatu NZW Bielsk Podlaski (kryptonim „Burza”) dowodzonym przez Jana Boguszewskiego „Bitnego”, „pacyfikację” południowo-wschodnich terenów powiatu bielskiego. W myśl tego rozkazu „pacyfikacja” miała dotyczyć pracowników i konfidentów UB, a także objąć zorganizowanie odwetu na wrogiej ludności do sprawy konspiracyjnej.

Rozkaz Komendanta Okręgu NZW Białystok mjr. Floriana Lewickiego "Kotwicza" z 20 września 1945 r. nakazujący dowódcy 3 Wileńskiej Brygady NZW kpt. "Buremu" spacyfikowanie terenów południowo-wschodnich powiatu Bielsk Podlaski. (kliknij w dokument, aby powiększyć)

Do wykonania przywołanego rozkazu „Bury” przystąpił dopiero w końcu stycznia 1946 r. Na czele liczącego około 100 żołnierzy oddziału, po rozbrojeniu 16 stycznia 1946 r. pod Hermanami plutonu KBW, ścigany przez grupę operacyjną UB-KBW dowodzoną przez sowietnika WUBP w Białymstoku ppłka Dmitrenkę, ruszył z terenu powiatu Wysokie Mazowieckie, będącego bazą dla 3 Brygady NZW, na południe. Partyzanci poruszali się saniami ciągniętymi przez konie. Rzekę Nurzec przekroczyli 21 stycznia 1946 r. na odcinku pomiędzy Zaszkowem a Dadami, wsiami leżącymi na południowy-zachód od Ciechanowca. Następnie oddział „Burego” przyjął kierunek na stację Nurzec, leżącą na linii kolejowej Czeremcha-Siedlce. Wkrótce oddział znalazł się na terenach zamieszkałych w większości przez obywateli polskich narodowości białoruskiej.
26 stycznia 1946 r. rano partyzanci przeszli przez wieś Augustynówka (15 km. na wschód od Siemiatycz), a następnie Milejczyce. Późnym wieczorem 27 stycznia 1946 r. przejechali przez Wólkę Wygonowską. W niej zabrali ze sobą trzech gospodarzy jako furmanów-przewodników, mających poprowadzić oddział w kierunku wschodnim do wsi Saki. Stamtąd partyzanci „Burego” skierowali się dalej na wschód, w kierunku wsi Grabowiec. 28 stycznia 1946 r. nad ranem dotarli do położonej ok. 7 km na południe od Hajnówki wsi Łozice.
Na liczącym ok. 40 km. odcinku pomiędzy Augustówką a Łozicami przejechali przez kilkanaście wsi i kolonii białoruskich, w tym, co istotne, także przez Wólkę Wygonowską, o której będzie jeszcze mowa. Nie zginął wówczas żaden obywatel polski narodowości białoruskiej wyznania prawosławnego, nie spłonęło żadne gospodarstwo.

W kontekście rozpowszechnionego zarzutu, że „Bury” i jego żołnierze zabijali ludzi za wiarę prawosławną, godzi się w tym miejscu przypomnieć, że w okresie walki toczonej przez „Burego” z reżimem komunistycznym u jego boku stali, pełniąc odpowiedzialne funkcje, także żołnierze wyznania prawosławnego. Mamy na myśli zastępcę „Burego” z 1945 r., ppor. Mikołaja Kuroczkina „Leśnego” i dowódcę 1 plutonu 3 Brygady Wileńskiej NZW Władysława Jurasowa „Wiarusa”. Obaj zginęli za Polskę – „Leśny”, kawaler Krzyża Walecznych za walkę z Niemcami, został zamordowany na mocy wyroku sądu komunistycznego 18 lutego 1947 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, zaś „Wiarus” poległ 16 lutego 1946 r. w walce z NKWD pod wsią Gajrowskie.

Dowódca 1 plutonu 3 Brygady Wileńskiej NZW Władysław Jurasow "Wiarus". Żołnierz wyznania prawosławnego, poległ 16 lutego 1946 r. w walce z NKWD pod wsią Gajrowskie.

W szeregach oddziałów „Burego” spotykamy także szeregowych żołnierzy prawosławnych, w tym miejscowych - pochodzenia białoruskiego. Można tu wspomnieć Antoniego Michalczuka „Szpaka”, Mikołaja Kostarowa czy Czesława Głuszuka.

Warto też zauważyć, iż przywołania i analizy faktu, że w oddziałach „Burego” służyli polscy Białorusini i wyznawcy prawosławia, a nawet pełnili odpowiedzialne funkcje dowódcze, zabrakło w informacji o umorzeniu śledztwa. Wydaje się przecież, że okoliczność ta ma nader istotne znaczenie dla właściwej oceny - czy rzeczywiście „Bury” zabijał lub wydawał rozkazy zabicia ludzi za wiarę prawosławną oraz pochodzenie narodowe.

BIAŁORUSINI A "WŁADZA LUDOWA"

Ponieważ ludność białoruską zamieszkującą tereny, przez które wiodła trasa przemarszu 3 Brygady NZW podziemie antykomunistyczne uznawało nie bez racji za skomunizowaną, a tym samym wrogą wobec polskiego ruchu niepodległościowego, partyzanci „Burego” otrzymali od dowódcy rozkaz udawania wobec miejscowych jednostki KBW ścigającej „bandę”, tj. oddziały podziemia. Mieli też używać nie pseudonimów, lecz nazwisk budowanych od pseudonimów (np. „Wróbel” stawał się Wróblewskim - itp.). Ten sam kamuflaż obowiązywał rzecz jasna wobec osób, które podczas przemarszu przez wspomniane tereny zostały zabrane przez partyzantów jako furmani, w tym wobec wspomnianych wcześniej trzech mieszkańców Wólki Wygonowskiej. Stwarzało to szansę uniknięcia natychmiastowych donosów o przejściu „bandy” składanych przez miejscowych zwolenników komuny. Ponadto miejscowi, przekonani, że mają do czynienia z komunistyczną grupą operacyjną, mogli udzielić partyzantom cennych informacji na temat lokalnych aktywistów komunistycznych oraz współpracowników UB i NKWD. Zastosowany kamuflaż dawał też możliwość rozpoznania, czy dany rozmówca gotów jest wskazać osoby współpracujące i sympatyzujące z podziemiem lub po prostu przeciwne reżimowi komunistycznemu.
 
W tym miejscu należy postawić pytanie, co spowodowało, że ludność białoruska zamieszkująca tereny, o których mowa powyżej, uznawana była przez „leśnych” za skomunizowaną i wrogą polskiemu podziemiu niepodległościowemu. Konflikt pomiędzy częścią społeczności białoruskiej i społecznością polską nie zaczął się w 1945 czy 1946 roku. Podsycany przez agitację bolszewicką dojrzewał w okresie międzywojennym i znalazł ujście we wrześniu 1939 r., kiedy to część prawosławnych obywateli wystąpiła przeciwko państwu polskiemu, czynnie wspierając sowiecką agresję. Doszło wówczas do licznych zbrodni na żołnierzach WP i polskiej ludności cywilnej, popełnionych przez białoruskich „sąsiadów” działających pod szyldem różnych „rewolucyjnych komitetów” i „czerwonej milicji”. Skąd jednak „Bury” miałby wiedzieć o tych faktach? Na to pytanie jest prosta odpowiedź - zyskał na ich temat znaczną wiedzę gdy w 1945 r. służył w jednostce ochrony lasów państwowych. Mieszkańcy białoruskich wiosek, wiedząc że jest on oficerem „ludowego” WP, rozmawiali z nim szczerze, ponoć nawet chwaląc się swymi wyczynami z 1939 r. Ponadto informacje na ten temat otrzymał z Komendy Powiatu NZW Bielsk Podlaski.

Białostocczyzna, lato 1945 r. Od lewej ppor. Kazimierz Chmielowski "Rekin", por. Romuald Rajs "Bury", ppor. Mikołaj Kuroczkin "Leśny" - zastępca "Burego" w 2 plutonie 5 Brygady Wileńskiej AK, żołnierz wyznania prawosławnego, zamordowany przez komunistów 18 lutego 1947 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Sytuację po lipcu 1944 r., czyli w warunkach drugiej okupacji sowieckiej (lub jak kto woli komunistycznego zniewolenia), dobrze charakteryzują następujące dane: według stanu na połowę kwietnia 1945 r. liczba członków PPR w powiecie bielskim wynosiła 547 osób, z czego 463 było narodowości białoruskiej. Sekretarz KW PPR w Białymstoku Edwarda Orłowska w pochodzącym z tamtego czasu opracowaniu do władz centralnych partii komunistycznej pisała: gros elementu partyjnego stanowią Białorusini […], w zachodniej części powiatu zamieszkałej przez element szlachty zagrodowej, wpływy partii minimalne. Obsada personalna struktur UB i MO w powiecie bielskim była pod względem narodowościowym analogiczna. Dodajmy, na zakończenie tego wątku, że w maju 1945 r. komendant Obwodu AK-AKO Bielsk Podlaski w następujący sposób scharakteryzował sytuację na zamieszkiwanych przez ludność białoruską terenach powiatu bielskiego:
Ludność białoruska w olbrzymiej większości sprzyja sowietom i PKWN-owi. Do Polaków odnoszą się wrogo. W wypadku przejścia oddziału samoobrony przez wieś białoruską dziesiątki donosicielów [styl] biegnie z meldunkami do Milicji O[bywatelskiej]. Są miejscowości, przez które Polak – nie urzędnik, nie PPR-owiec – przedostaje się z dużym narażeniem się na niebezpieczeństwo. […] Ostrzeliwanie oddziałów samoobrony AK przez Białorusinów we wsiach białoruskich zdarza się bardzo często.
Miał zatem „Bury” powody, aby uznawać, że jego oddział z chwilą wkroczenia na obszary zamieszkałe przez obywateli polskich narodowości białoruskiej porusza się po terenie skomunizowanym i wrogim partyzantom.

Kpt. "Bury" a Białorusini - część 2/3>
Strona główna>
Prawa autorskie>

Kpt. "Bury" a Białorusini - część 2/3
PRÓBA REKONSTRUKCJI DALSZYCH ZDARZEŃ - ZALESZANY I WÓLKA WYGONOWSKA

Cofając się do wydarzeń istotnych dla naszej opowieści, należy powrócić do zdarzeń, które rozegrały się 28 stycznia 1946 r. we wsi Łozice. Przypomnijmy, że tego dnia rano partyzanci „Burego” zatrzymali się tam na postój. W tym samym dniu do Łozic zjechało się kilkudziesięciu furmanów z okolicznych wsi, takich jak Czyże, Jagodniki, Pasieczniki Duże, Mochnate czy Zbucz. Mieli przewieźć drewno na opał do Orli, na zlecenie tamtejszego Urzędu Gminy. Żołnierze „Burego”, udający wojsko komunistyczne, wpuszczali przybywających do wsi, natomiast nikogo z niej nie wypuszczali. Dokonali też wówczas wyboru i rekwizycji około czterdziestu najlepszych furmanek i koni. Decyzją „Burego” ich właściciele mieli ruszyć w dalszą drogę z oddziałem jako wozacy.

Komendant Okręgu NZW Białystok mjr Florian Lewicki „Kotwicz” przed frontem żołnierzy 3. Wileńskiej Brygady NZW (jesień 1945 r.)

Wieczorem 28 stycznia 1946 r. większość sił 3 Brygady NZW wyruszyła do Hajnówki. W Łozicach pozostał, z zatrzymanymi podwodami i furmanami, pluton „Leszka” (NN). Natomiast w Hajnówce, po opanowaniu przez żołnierzy „Burego” posterunku MO i rozbrojeniu kilkunastu Sowietów w miejscowej łaźni, doszło do walki z sowieckim transportem wojskowym. Siły sowieckie były kilkakrotnie większe i żołnierze 3 Brygady NZW zmuszeni zostali do szybkiego odwrotu z miasteczka. Partyzanci wycofali się do Łozic, gdzie wsiedli na czekające na nich podwody. Oddział poruszał się na nie mniej niż 40 furmankach. Dowódcy partyzanccy, „Bury” i jego zastępca Kazimierz Chmielowski „Rekin, założyli zdobyte w Hajnówce sowieckie oficerskie epolety. Zarówno oni, jak i inni funkcyjni 3 Brygady NZW wydawali rozkazy w języku rosyjskim, Furmani podążający z oddziałem byli przekonani, że mają do czynienia z komunistyczną grupą operacyjną.

Por. Kazimierz Chmielowski „Rekin”. Żołnierz 3.Wileńskiej Brygady AK "Szczerbca", 5.Wileńskiej Brygady AK "Łupaszki", potem zastępca dowódcy 3. Wileńskiej Brygady NZW. Został zamordowany 1 kwietnia 1950 r. w białostockim więzieniu. Miejsce pochówku nieznane.

Nad ranem 29 stycznia 1946 r. partyzanci, przejeżdżając wcześniej przez białoruskie wsie Istok i Toporki, dotarli do małej wioski Zaleszany, także zamieszkałej przez Białorusinów. Postój 3 Brygady NZW w tej wsi trwał kilka godzin. Tam rozegrał się pierwszy akt dramatu. Podkreślmy, że początkowo „Bury” nie miał zamiaru wykonywać wobec ogółu ludności Zaleszan żadnych działań o charakterze represyjnym. Podjął natomiast decyzję o likwidacji Łukasza i Piotra Demianiuków, o których uzyskano informacje, że są zaangażowani w działalność na rzecz reżimu komunistycznego. Okazało się też, że mieszkańcy Zaleszan są bardzo źle nastawieni nie tylko do „band reakcyjnego podziemia”, ale w ogóle do „polskiego” munduru, także wtedy, gdy był to mundur wojska komunistycznego, bo przecież w tej roli występowała w Zaleszanach 3 Brygada NZW. Nie kryli swej wrogości i odmówili wykonania rozkazów „Burego” dotyczących aprowizacji oddziału, a jeden z młodych mieszkańców uderzył kamieniem „Rekina”. To wszystko spowodowało, że „Bury” postanowił za karę spalić wieś. Jego podkomendni nakazali wówczas mieszkańcom osady, aby ci udali się do domu Dymitra Sacharczuka. Zgodnie z praktyką działań we wsiach uznawanych za wrogie, partyzanci zapewne grozili śmiercią za niewykonanie polecenia; w mieszkaniu Sacharczuka zgromadzonych zostało kilkadziesiąt osób, w tym kobiety i dzieci.
Zanim „Bury” krótko przemówił do nich, komunikując, że wieś zostanie spalona, a oni zniszczeni materialnie, jego podkomendni wyprowadzili z chałupy młodocianego członka PPR Piotra Demianiuka oraz Aleksandra Zielonko, sekretarza partii komunistycznej z pobliskiej wsi Suchowolce, który na swe nieszczęście wybrał się z wizytą do Zaleszan i został zatrzymany przez partyzanckie warty. Jego los przypieczętowało okazanie wartownikowi zaświadczenia o służbie w Armii Czerwonej. Obaj wyżej wymienieni zostali zastrzeleni. Partyzanci poszukiwali też Łukasza Demianiuka, miejscowego komunistycznego aktywisty (członkiem partii komunistycznej był już w czasie pierwszej okupacji sowieckiej 1939-1941). Ten jednak ukrył się w chlewie, a następnie uciekł do lasu. W niektórych zeznaniach złożonych przez mieszkańców Zaleszan pojawia się wątek zastrzelenia przez partyzantów Teodora Sacharczuka, rzekomo za odmowę wydania z miejscowego spichlerza owsa dla koni. Warto w tym kontekście przywołać fragment zeznań wspomnianego już komunisty Łukasza Demianiuka, złożonych w 1946 r. w sprawie majora „Kotwicza”:
Spalenie wsi nie było spowodowane nie wykonaniem rozkazu zdania owsa, ale z uwagi na nienawiść do białoruskiego nasilenia [sic – nasielenia tj. mieszkańców], a także, że w naszej wsi byli członki PPR, którym był i mój syn, drugim powodem było, że większość wsi Zaleszany 100% podporządkowywała się rozkazom Państwa […].
Wydaje się zatem, że i śmierć Teodora Sacharczuka była konsekwencją informacji uzyskanych przez żołnierzy 3 Brygady NZW na jego temat podczas postoju w Zaleszanach.

Na zdjęciu od lewej por. Kazimierz Chmielowski "Rekin", kpt. Romuald Rajs "Bury", ppor. Mikołaj Kuroczkin "Leśny", Józef Bandzo "Jastrząb".

Wracając do głównego nurtu wydarzeń - po przemowie do mieszkańców zgromadzonych w domu Sacharczuka i opuszczeniu go przez „Burego”, budynek ten został podpalony seriami pocisków zapalających wystrzelonych w słomianą strzechę. Jednocześnie partyzanci Brygady NZW podpalali inne zabudowania we wsi. Wówczas ludzie zgromadzeni w domu Sacharczuka zaczęli z niej uciekać. Nie jest prawdą, pomimo szeregu odmiennych zeznań złożonych na tę okoliczność przez mieszkańców Zaleszan, tak podczas procesu „Burego” i „Rekina” w 1949 r., jak i później – w toku czynności podjętych w latach 1996-1997 i 2002-2005, że do ludzi uciekających z domu Sacharczuka strzelano. W rzeczywistości ludzie ci bez przeszkód ze strony partyzantów opuścili podpalony budynek. Potwierdził to zresztą jeden z obecnych wówczas w domu  Sacharczuka mieszkańców Zaleszan - Piotr Leończuk. W 1996 r. zeznawał na ten temat następująco:
Ja uciekałem przez drzwi od kuchni. Otworzyli je sami ludzie […]. Nie strzelano do nas […]. Jestem natomiast pewien, że z tych ludzi co byli w chałupie nikt nie zginął.
Z kolei Maria Gołub, zeznając na tę samą okoliczność, stwierdziła:
Pamiętam, że strzelano, ale nie do nas, lecz w powietrze.
Mając na uwadze surowość i bezwzględność „Burego” wobec podkomendnych w egzekwowaniu wydanych im rozkazów nie mamy wątpliwości co do tego, że nieprzeszkadzanie ludziom w ucieczce z podpalonego domu Sacharczuka było zgodne z wolą tego partyzanckiego dowódcy. Tym bardziej, że ucieczka ludzi z tego domu musiała zacząć się chwilę po wyjściu z niego „Burego”, a zatem prawie na pewno nastąpiła na jego oczach. W naszej ocenie zamiarem „Burego” nie było pozbawienie życia przypadkowych mieszkańców Zaleszan. Zginąć mieli wyłącznie konkretni mężczyźni obciążeni aktywnością we wspieraniu władzy komunistycznej, którzy zostali zastrzeleni jeszcze przed podpaleniem zabudowań wsi. Natomiast pozostali mieszkańcy Zaleszan mieli zostać ukarani, z przyczyn wskazanych wcześniej, poprzez zniszczenie ich materialnego dorobku w następstwie spalenia wsi.

Pamiętajmy przy tym, że „Bury” i część jego podkomendnych zostali wygnani z ojcowizny na Kresach. Po latach walki z okupantem niemieckim, na własnej polskiej ziemi ścigani byli jak najgorsi przestępcy przez wojska sowieckie i rodzimych zdrajców, wspieranych przez aktyw komunistyczny i konfidentów. I gdy zetknęli się z otwarcie wrogą postawą zbiorowości mieszkańców Zaleszan, „Bury” postanowił ukarać ich materialnie, paląc wieś.
Warto w tym kontekście przywołać fragment zeznań Eugenii Bazyluk, mieszkanki Zaleszan, złożonych podczas procesu „Burego” w 1949 r.:
Spalona wieś nasza została tylko z tych powodów, że byliśmy dobrze ustosunkowani do Rządu Polskiego jak również do Związku Radzieckiego i wrogo ustosunkowani do band leśnych, ponieważ u nas we wsi było jusz koło PPR i Samopomoc Chłopska i w ogóle była wsią postępową.
Szkoda, że tego fragmentu zeznań nie można przeczytać w informacji o umorzeniu śledztwa. Czyżby dlatego, że niespecjalnie pasuje on do tezy, że działania żołnierzy 3 Brygady NZW w Zaleszanach podjęte zostały z powodu wyznania prawosławnego i narodowości białoruskiej mieszkańców tej wsi?

Wszystkie te okoliczności nie zmieniają jednak tragicznego faktu, że zginęły tam przypadkowe osoby, w tym dzieci. Jak do tego doszło? Otóż część mieszkańców, w tym dwie kobiety z kilkorgiem małych dzieci, nie posłuchała rozkazu „Burego” i nie poszła do domu Sacharczuka, chowając się przed partyzantami w zakamarkach własnych zabudowań. Mieszkańcy ci zapewne uznali, że tak będzie dla nich bezpieczniej. Zabudowania wsi, o czym była już mowa, zostały podpalone przez żołnierzy 3 Brygady NZW. Osoby, które w nich się ukryły, udusiły się dymem, spłonęły lub zmarły od rozległych poparzeń. „Bury” powinien był przewidzieć, że w podpalanych przez jego żołnierzy zabudowaniach Zaleszan mogli ukryć się ludzie, którzy w następstwie jego rozkazu spalania wsi narażeni zostaną na utratę życia lub zdrowia. Możemy się tylko domyślać, że nie wziął jednak tego pod uwagę, zapewne był przeświadczony, że wszyscy wykonają jego polecenie i zgromadzą się w domu Sacharczuka. Tak się jednak nie stało, co skutkowało tragicznymi konsekwencjami. W wyniku działań żołnierzy „Burego” śmierć w Zaleszanach poniosło 15 mieszkańców, w tym co najmniej dwie - ale nie więcej niż pięć, zostały zastrzelone jako współpracownicy reżimu komunistycznego. Prawdopodobnie strzelano także do mężczyzn chcących gasić płonące zabudowania. Dodajmy, że jeden z mieszkańców wsi został zastrzelony przez partyzantów dwa dni później, w lesie pod Puchałami Starymi. Spalono większość domów, ocalały dwa budynki.

Należy zaznaczyć, że z zeznań większości mieszkańców Zaleszan wynika, że partyzanci „Burego” strzelali także do kobiet i dzieci uciekających z płonących zabudowań, a swoje ofiary wrzucali do ognia.
Nie dajemy wiary tym relacjom. Uznajemy je za nieprawdziwe, dyktowane zapotrzebowaniem propagandy komunistycznej w czasie procesu „Burego” i „Rekina”, a także głęboką niechęcią czy wręcz nienawiścią zeznających świadków do partyzantów 3 Brygady NZW, utrzymującą się zarówno wówczas, jak i w latach późniejszych.
Uczucia te są zresztą zrozumiałe. Zeznający byli przecież krewnymi lub sąsiadami osób, które straciły życie w Zaleszanach, a poza tym sami zostali zrujnowani materialnie przez partyzantów. Zwróćmy jednak uwagę, że można było zweryfikować prawdziwość tych zeznań, w wątkach dotyczących rzekomego strzelania do kobiet i dzieci w Zaleszanach. Konieczne było jednak przeprowadzenie ekshumacji i zbadanie szczątków tych ofiar, które przecież spoczywają w grobach rodzinnych, czego jednak w toku śledztwa sygn. akt S 28/02/Zi nie zrobiono.

Kpt. Romuald Rajs "Bury" z żoną i synkiem - również Romualdem (czytaj zapisy rozmów z synem kpt. "Burego": 1. Dzieciństwo miałem poszarpane, ale żalu nie mam, 2. Nazywali mnie synem bandyty...).

Po odejściu z Zaleszan partyzanci 3 Brygady NZW ruszyli dalej na wschód i dotarli do Wólki Wygonowskiej. W tej wsi zastrzelili dwóch mężczyzn – Stefana Babulewicza oraz Jana Zinkiewicza (wiadomo, że Stefan Babulewicz był przed wojną członkiem działającej przeciwko państwu polskiemu Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi) - i spalili sześć domów oraz kilkanaście budynków gospodarczych. Stawiamy hipotezę, że mężczyźni zastrzeleni w Wólce Wygonowskiej, podobnie jak gospodarze, których dobytek spalono, zostali wyselekcjonowani przez „Burego” na podstawie informacji pozyskanych od trzech mieszkańców tejże wioski, zabranych jako furmani i przewodnicy oddziału wieczorem 27 stycznia 1946 r. Przypomnijmy ponownie, że partyzanci podawali się wówczas za wojsko komunistyczne ścigające „bandę”. Dwóch z tych furmanów zostało zwolnionych następnego dnia w Łozicach, przy wymianie podwód, trzeci zapewne podążał z oddziałem przez kolejne dni i został zastrzelony pod Puchałami Starymi. Sformułowaną powyżej hipotezę pośrednio potwierdza zeznanie złożone przez Aleksandra Gawryluka w 1996 r., z których wynika, że według niektórych mieszkańców Wólki Wygonowskiej zastrzeleni mężczyźni mieli jakiś zatarg z jakimś podoficerem z roku 1939, nie wiem o co chodziło [zapewne usiłowali rozbroić lub zamordować owego podoficera WP].

ŚMIERĆ FURMANÓW

Po odejściu z Wólki Wygonowskiej 3 Brygada NZW przemieściła się do sąsiedniej wsi Moskiewce, a następnie skierowała się na północny-zachód do osady Krasna Wieś. Tam „Bury” zażądał od miejscowego sołtysa podstawienia 40 furmanek w celu wymiany wozów i koni. Możliwe, że w chwilowym zamieszaniu kilku, czy nawet kilkunastu dotychczasowych wozaków uciekło. Być może zostali oni zwolnieni przez „Burego”, w każdym razie nie strzelano za nimi ani nie ścigano ich. Wkrótce potem żołnierze 3 Brygady NZW zostali zauważeni przez samolot patrolujący okolice w poszukiwaniu partyzantów. Wobec zlokalizowania przez wroga, przerwano wymianę podwód i oddział natychmiast opuścił wieś.
Na podstawie relacji miejscowych można przypuszczać, że na podwody zabrano 13 mieszkańców Krasnej Wsi, z których 5 albo 6 wróciło do swoich domów, a pozostali zostali rozstrzelani 31 stycznia 1946 r. pod Puchałami Starymi. Z napisu pamiątkowego na pomniku poświęconym zastrzelonym furmanom, stojącym na cmentarzu wojennym w Bielsku Podlaskim, wynika z kolei, że pośród zastrzelonych pod Puchałami Starymi było 9 mieszkańców Krasnej Wsi. Przyjmując listę ofiar z pomnika za dokładną, należy uznać, że liczba mężczyzn z Krasnej Wsi wziętych na podwody przez żołnierzy 3 Brygady NZW była większa niż 13 – wynosiła 14 albo 15.  Oddział przemieścił się dalej na północny-zachód, mijając od północy Boćki, i dotarł na tereny zamieszkiwane w większości przez ludność polską. Na „dniówkę” 30 stycznia 1946 r. partyzanci zatrzymali się w rejonie wsi Bodaki. Kolejny postój, 31 stycznia 1946 r., przypadł w Puchałach Starych. Tego dnia na rozkaz „Burego” grupa partyzantów dowodzona przez NN „Modrzewia” rozstrzelała w pobliskim lesie 29 furmanów (są przesłanki, aby uznawać, że rozstrzelano wówczas 27 albo 30 osób; patrz: informacja o umorzeniu śledztwa). Z kolei Jerzy Kułak, w monografii 3 Brygady NZW „Rozstrzelany oddział”, podaje, że zastrzelono 28 wozaków.

Przypomnijmy, że partyzanci „Burego” do powrotu na tereny zamieszkiwane w większości przez ludność polską i pozostające pod kontrolą siatki NZW, co nastąpiło 30 stycznia 1946 r., udawali oddział wojska komunistycznego ścigającego „bandę”. Oficerowie - „Bury” i „Rekin” - mieli założone pagony sowieckich oficerów, a funkcyjni wydawali komendy w języku rosyjskim. Można oceniać, że furmani niemal do końca sądzili, że mają do czynienia z komunistyczną grupą operacyjną - nawet po działaniach represyjnych w Zaleszanach i Wólce Wygonowskiej. Wśród mieszkańców południowej części woj. białostockiego znane były fakty pacyfikowania przez NKWD, UB, KBW i MO wiosek na tamtym terenie. W 1945 r. poszły z dymem Guty-Bujno, Żale, Króle, Brzeziny, Mieszuki, Tybory-Kamianka, Łempice, częściowo Dąbrowa-Moczydły i Kuczyn, komuniści palili też polskie gospodarstwa w Patokach k. Brańska (dwukrotnie) i Kłyzówce pod Drohiczynem. Niektóre pacyfikacje, tak jak w Gutach-Bujnach, Łempicach i Kuczynie - miały krwawy przebieg.

Żołnierze PAS NZW Okręgu Białystok, od lewej: plut. Józef Kisiel "Pal”, szer. Tadeusz Stefaniak "Stal”, sierż. Ryszard Sosnowski "Wydra” - dowódca patrolu w 3. Brygadzie Wileńskiej NZW kpt. "Burego”. Zginął 16 września 1947 na skutek nieszczęśliwego wypadku z bronią.

Trzeba też wspomnieć, że mieliśmy okazję rozmawiać z uczestnikiem konspiracji poakowskiej, zamieszkałym na kolonii leżącej bardzo blisko miejsca egzekucji furmanów. Podkreślmy, że najdelikatniej mówiąc nasz rozmówca nie był zwolennikiem partyzantki spod znaku NZW (zapewne w konsekwencji konfliktu zaistniałego w latach 1945-1946 w powiecie Bielsk Podlaski pomiędzy „narodówką” i strukturami AKO-WiN). Nasz relant nie miał zatem żadnych powodów, aby „wybielać” żołnierzy NZW. Okazało się, że jego kolegą był urodzony i zamieszkały w nieodległym Brańsku Józef Korzeniewski „Osa”, od końca 1945 r. służący jako dowódca drużyny w 3 Brygadzie NZW (zginął w listopadzie 1946 r.). Kilka miesięcy po rozstrzelaniu furmanów „Osa” na czele patrolu NZW zatrzymał się na postój w gospodarstwie naszego rozmówcy. Zapytany wówczas przez niego o powód rozstrzelania furmanów „Osa” odpowiedział, że na rozkaz „Burego” furmani byli podczas jazdy z oddziałem wciągani przez wyznaczonych do tego partyzantów w rozmowy dotyczące ówczesnej sytuacji politycznej w Polsce, a także proszeni o wskazanie osób, które mają kontakty z „reakcyjnym podziemiem” lub są nieprzychylnie ustosunkowane do „władzy ludowej”. „Osa” miał też powiedzieć, że ci, którzy zostali zastrzeleni w lesie pod Puchałami Starymi „wygadali sobie” swój los. Z przywołanej powyżej relacji wynika, że furmani, którzy ujawnili się jako zwolennicy sowieckiej „demokracji”, przyznali się do popierania komunistów lub obciążyli jakieś osoby wskazując je jako wrogów „władzy ludowej” zostali rozstrzelani. Pozostałych, nie mniej niż dziesięciu, puszczono wolno. Takie, naszym zdaniem, były kryteria podziału na rozstrzelanych i zwolnionych. Nie były nimi, jak się dziś powszechnie uważa i co można przeczytać w informacji o umorzeniu śledztwa, wiara prawosławna i narodowość białoruska.
 
Dodajmy, że zetknęliśmy się też z relacjami starych ludzi, mieszkańców wioski nieodległej od Puchał Starych opanowanej przez siatkę konspiracyjną NZW, mówiącymi o tym, jak ich wieś wstawiła się za jednym prawosławnym furmanem pochodzącym z Krasnej Wsi. Wysłana delegacja, zaświadczając, że to porządny człowiek, poprosiła, by „Bury” go zwolnił. Ich prośba została spełniona. Właśnie na przykładzie furmanów z Krasnej Wsi dobrze widać, że chybione jest przyjmowanie kryterium narodowego i wyznaniowego jako decydującego o śmierci albo wypuszczeniu furmanów. Najprawdopodobniej wszyscy mężczyźni zabrani z tej wsi na podwody 29 stycznia 1946 r. przez żołnierzy 3 Brygady NZW była narodowości białoruskiej i wyznania prawosławnego. Pod Puchałami Starymi zastrzelono ośmiu albo dziewięciu mieszkańców Krasnej Wsi, 5 albo 6 powróciło do swych domów.
Nie ma  mocnych dowodów na to, że pośród co najmniej 40 furmanów będących przy oddziale „Burego” w dniu 31 stycznia 1946 r. byli jacyś Polacy lub osoby narodowości białoruskiej, ale wiary katolickiej. Prawdopodobnie wszyscy byli Białorusinami i prawosławnymi.

Dla porządku odnotowujemy, że odmiennie twierdził w czasie procesu „Burego” i „Rekina” jeden z ich podkomendnych - Antoni Cylwik „Szczygieł”, zeznając m.in. że część furmanów, którzy byli Polakami została zwolniona, a rozstrzelano Białorusinów. Na kryterium narodowościowe selekcji furmanów wskazywał w swych zeznaniach złożonych w 1949 r. także kolejny żołnierz 3 Brygady NZW - Józef Puławski „Gołąb”. Pamiętajmy jednak, że zarówno „Gołąb”, jak i „Szczygieł” występowali w charakterze świadków oskarżenia i składali zeznania zgodnie z zapotrzebowaniem propagandowym i procesowym określonym przez śledczych z UB. Dostosowując się do resortowych zaleceń wspomniani partyzanci walczyli o życie i swój cel zresztą osiągnęli. Mimo że obaj byli funkcyjnymi w 3 Brygadzie NZW i brali udział w szeregu akcji, w tym opisywanych działaniach z przełomu stycznia i lutego 1946 r. otrzymali „tylko” wyroki więzienia, podczas gdy ich podkomendnych najczęściej skazywano na karę śmierci. Dziwne, że ta okoliczność umknęła większości autorów analizujących zeznania złożone przez „ Szczygła” i „Gołębia” w 1949 r. Dodajmy jeszcze, że „Bury” podczas rozprawy w 1949 r. stwierdził krótko, że furmani zostali zastrzeleni za wrogie ustosunkowanie do nielegalnych organizacji [sic – organizacji niepodległościowych]. Podsumowując ten wątek, uważamy, że to nie wyznanie prawosławne lub narodowość białoruska rozstrzygały o zwolnieniu albo rozstrzelaniu konkretnych furmanów, lecz ich stosunek do państwa polskiego i reżimu komunistycznego oraz gotowość do współpracy z oddziałem „komunistycznego wojska”, za jakie podawali się partyzanci 3 Brygady NZW, przy ustalaniu przeciwników „władzy ludowej”.

Żołnierze zwiadu konnego wachm. Antoniego Cylwika „Szczygła” zgrupowania PAS Okręgu NZW Białystok w 1946 r.; od lewej: kpr. Józef Cylwik "Mietek”, kpr. NN "Jesion”, plut. Józef Stankiewicz "Kmicic”, Józef Juszkiewicz "Chętny”, NN, NN "Krakus”, Aleksander Trypuz "Jasny”.

W białoruskiej narracji dotyczącej śmierci furmanów przewijają się zupełnie zmyślone opisy torturowania a następnie mordowania trzonkami od siekier furmanów, którzy stracili życie pod Puchałami Starymi. Co ciekawe, taką właśnie opinię na temat okoliczności śmierci wozaków wydał biegły medyk sądowy w 1997 r. (jeśli chodzi o otoczenie polityczne był to, jak w czasie śledztwa S 28/02/Zi prowadzonego w latach 2002- 2005, czas rządów SLD), po tym jak dokonano ekshumacji szczątków furmanów. Otóż ten specjalista stwierdził, że ofiary, za wyjątkiem dwóch, w czaszkach  których natrafiono na ślady działania pocisków z broni palnej, mogły zostać pozbawione życia w wyniku urazów mechanicznych w głowę narzędziami tępymi, twardymi i tępokrawędzistymi (patrz: informacja o umorzeniu śledztwa)!
Na potrzeby śledztwa z lat 2002-2004 ten sam biegły został poproszony o wydanie uzupełniającej opinii. Wtedy radykalnie zmienił swoją ekspertyzę i stwierdził, że zgromadzony materiał w sprawie pozbawienia życia kilkudziesięciu mężczyzn – furmanów trudniących się zwózką drewna, nie dostarczył dowodów, że ofiary były pozbawione życia w inny sposób, niż przez rozstrzelanie (patrz: informacja o umorzeniu śledztwa).
Dzięki temu „Bury” i jego żołnierze z 3 Brygady NZW przynajmniej nie zostali „siekiernikami”, choć w taki właśnie sposób zostali przedstawieni w filmie Agnieszki Arnold „Bohater”, wyemitowanym swego czasu w telewizji publicznej.

Kpt. "Bury" a Białorusini - część 3/3>
Strona główna>
Prawa autorskie>

Kpt. "Bury" a Białorusini - część 3/3
PRÓBY REKONSTRUKCJI CIĄG DALSZY - ZANIE, SZPAKI, KOŃCOWIZNA

1 lutego 1946 r. 3 Brygada NZW kwaterowała we wsi Łubice, na styku powiatów bielskiego i wysokomazowieckiego. Podczas wieczornej odprawy kadry dowódczej oddziału „Bury” wyznaczył trzem plutonom zadanie przeprowadzenia działań represyjnych w trzech wioskach – Zaniach, Szpakach i Końcowiźnie. Do Zań poszedł pluton Jana Boguszewskiego „Bitnego” („Bitny” zginął 16 lutego 1946 r. w walce z NKWD pod wsią Gajrowskie), do Szpaków miał iść ze swymi podkomendnymi NN „Leszek”, zaś do Końcowizny pluton dowodzony przez Włodzimierza Jurasowa „Wiarusa”. „Bury” wraz ze swym zastępcą „Rekinem” towarzyszył plutonowi „Leszka”. Nie ma jednak pewności, czy plutony „Leszka” i „Wiarusa” działały oddzielnie. Jest możliwe, że najpierw wspólnie spaliły Szpaki, a potem, podczas marszu na północ, Końcowiznę. W poszczególnych wioskach objętych akcją „pacyfikacyjną” sytuacja potoczyła się w odmienny sposób.

Por. Jan Boguszewski "Bitny" (zdjęcie przedwojenne). Marynarz flotylli pińskiej, żołnierz kampanii wrześniowej, a następnie konspiracji niepodległościowej. Po wkroczeniu Sowietów żołnierz PAS NZW w pow. Bielsk Podlaski, od sierpnia 1945 r. dowódca oddziału PAS, działającego na terenie tego powiatu. Oddział złożony głównie z żołnierzy por. Zbigniewa Zalewskiego "Drzymały", poległego 17 maja 1945 r. w walce z NKWD we wsi Bodaki. Od listopada 1945 r. szef PAS w Komendzie Powiatu Bielsk Podlaski NZW. W styczniu 1946 r. dowódca 2. plutonu w składzie 3 Brygady Wileńskiej NZW, dowodzonej przez kpt. Romualda Rajsa "Burego". Zginął 16 lutego 1946 pod Gajrowskimi w bitwie z grupą operacyjną UB-NKWD.

W Szpakach, zamieszkiwanych wówczas przez blisko setkę osób, w ogromnej większości prawosławnych, zorganizowana była zbrojna „czerwona” grupa, w skład której wchodzili między innymi mężczyźni należący w okresie okupacji niemieckiej do sowieckiej partyzantki. Jak zeznał jeden z mieszkańców, Stefan Filipczuk:
Po przejściu frontu byli partyzanci normalnie pracowali na swoich gospodarstwach, ale udawali się niejednokrotnie do lasu, gdzie mieli ziemiankę. Broń też mieli. Ochraniali przez cały czas wieś. Wystawiali wartowników spośród mieszkańców. Wartownicy broni nie mieli.
Ostatnie zdanie tych zeznań nie brzmi wiarygodnie. Miejscowi prawosławni bojówkarze czy też mówiąc językiem współczesnym „ochroniarze”, wśród których byli niedawni „czerwoni” partyzanci, widzieli łunę od strony Zań  (Szpaki leżą ok. 10 km. na wschód od Zań), dlatego też otworzyli ogień do zbliżających się żołnierzy NZW. Potwierdza to w swych zeznaniach Raisa Pszczoła podając, że mieszkańcy wsi Szpaki "…mieli broń i strzelali". W Szpakach zastrzelono 6 mężczyzn (jedna z ofiar zmarła później w wyniku odniesionych ran w szpitalu) oraz spalono znaczną część wsi. Wśród zabitych był m.in. Paweł Filipczuk, były czerwony partyzant, zaangażowany w działalność komunistyczną. Jego córka, wspomniana Raisa Pszczoła, tak zeznawała w 1996 r.:
Po spaleniu wsi nie chciano przyjąć [nas] na zakwaterowanie. Twierdzono, że wieś ucierpiała na skutek działalności mojego ojca i takich jak on. Ludzie wiedzieli, że „chodził” on wraz z jakąś grupą w lesie….
Tych zeznań nie przeczytamy jednak w informacji o umorzeniu śledztwa. Wiele wskazuje na to, że także pozostali mężczyźni zastrzeleni w Szpakach nie byli przypadkowymi ofiarami. Naszym zdaniem zginęli oni w następstwie przekazania „Buremu” przez siatkę NZW, która na tym terenie była dobrze zorganizowana, obciążających informacji na ich temat. Niewyjaśnionym problemem pozostaje sprawa gwałtu na dwóch dziewczynach, do jakiego jakoby miało dojść w Szpakach (jedna z nich, stawiająca opór, miała zostać postrzelona i w wyniku odniesionych ran zmarła w szpitalu 6 lutego 1946 r.; patrz: informacja o umorzeniu śledztwa). Trudno dziś stwierdzić czy tak istotnie było, pytani po latach o tę sprawę dawni podkomendni „Burego” stanowczo zaprzeczali, by zdarzenie takie miało miejsce. Jeżeli jednak rzeczywiście do tego doszło, zbrodnie te (gwałt na jednej dziewczynie i zabójstwo innej dziewczyny, broniącej się przez gwałtem) obciążają wyłącznie ich sprawców. Nawet najbardziej nieprzychylni „Buremu” autorzy nie powinni mieć wątpliwości, że gdyby dowiedział się on o tych zdarzeniach, to osoby za nie odpowiedzialne zostałyby natychmiast rozstrzelane. W kwestiach służby i dyscypliny „Bury” był bowiem bezkompromisowy i nie wahał się traktować z najwyższą surowością swych podkomendnych.

Żołnierze 3 Brygady Wileńskiej NZW kpt. "Burego". Z lewej: Piotr Grabowski "Bajan" (młodszy brat Lucjana Grabowskiego "Wybickiego", dowódcy batalionu NZW w powiecie łomżyńskim). Aresztowany 28 czerwca 1946 r., w trybie doraźnym skazany na karę śmierci. Zamordowany 31 sierpnia 1946 r. w więzieniu w Białymstoku; obok niego NN "Tęcza".


W Szpakach spalono 22 gospodarstwa, w tym 17 domów mieszkalnych. Partyzanci NZW pozostawili we wsi ulotkę (następnego dnia znalazło ją przybyłe do wsi wojsko komunistyczne), która zawierała następujący tekst:
za strzelanie do żołnierzy polskich i oddziałów partyzanckich! Śmierć zdrajcom Ojczyzny!
oraz wezwanie ludności białoruskiej do opuszczenia wsi w terminie 14 dni. Co ciekawe, w informacji o umorzeniu śledztwa można wprawdzie przeczytać o znalezieniu wspomnianej ulotki w Szpakach, ale odnośnie jej treści już wyłącznie tyle, że wzywano w niej ludność białoruską do opuszczenia wsi. Okoliczność, że w ulotce jednoznaczne wskazano, iż pacyfikacja wsi jest odwetem za strzelanie do żołnierzy polskich w 1939 r. i partyzantów została w informacji o umorzeniu śledztwa pominięta!
Dodajmy jeszcze, że wg meldunku komendanta Obwodu WiN Bielsk Podlaski przybyła do wsi bezpieka znalazła w Szpakach [...] dużo broni i amunicji, między innymi dwa CKM-y.

Kolejną spaloną przez żołnierzy 3 Brygady NZW wsią była Końcowizna. Palił ją pluton Włodzimierza Jurasowa „Wiarusa”, prawosławnego żołnierza AK, a potem NZW (jeśli istotnie pododdział ten był kilka godzin wcześniej razem z „Burym”, „Rekinem” i „Leszkiem” w Szpakach, to zapewne także i oni znaleźli się w Końcowiźnie). W tej wsi spalono 3 domy oraz kilkanaście budynków gospodarczych. Wprawdzie i tutaj padały strzały, ofiar w ludziach jednak nie było. Żołnierze 3 Brygady NZW, zgodnie z otrzymanym rozkazem, strzelali w powietrze. Choć i w tej wsi doszło do wcześniejszych przypadków ostrzeliwania partyzantów, nie ustalono jednak ich sprawców i nikt z mieszkańców tej wsi nie znalazł się na liście osób przeznaczonych do likwidacji.
Wydaje się, że właśnie w Końcowiźnie, podobnie jak w Szpakach, działania represyjne wykonano zgodnie z założeniami rozkazu Komendy Okręgu NZW i poleceniami „Burego” (pomijamy tu rzecz jasna sprawę ewentualnego gwałtu i zabójstwa dziewczyny broniącej się przed gwałtem, do których to czynów miało jakoby dojść w Szpakach, a które wymykają się z jakichkolwiek rozkazów).

Ppor. Włodzimierz Jurasow "Wiarus", dowódca 1 plutonu w 3 Wileńskiej Brygadzie NZW, na zdjęciu jeszcze jako żołnierz 3 Wileńskiej Brygady AK kpt. Gracjana Fróga "Szczerbca", Wileńszczyzna, 1944 rok.

Zupełnie inaczej wydarzenia potoczyły się w Zaniach, zamieszkiwanych wówczas przez ponad sto osób, w tym przeszło 80% prawosławnych. Także w tej wsi niektórzy mężczyźni dysponowali bronią. Jak wspomina Janusz Bakuniak, który jako młody chłopak przeżył pacyfikację tej wsi,  [...] w Zaniach kilku miało broń (J. Bakuniak, „Stałem pod ścianą do rozstrzału”, [w:] "Nad Bugom i Narwoju" 1/2003). Gdy pluton „Bitnego” wkroczył do Zań, został ostrzelany przez mieszkających tam prawosławnych mężczyzn. Janusz Bakuniak przywołuje nawet nazwisko jednego spośród zbrojnych ze swej wioski:
Tego wieczoru [leśni] przyjechali od strony Świryd. Władek Antoniuk miał karabin – wyleciał z domu i zaczął strzelać. Karabin był jednostrzałowy [sic – powtarzalny pięciostrzałowy]. Oni zatrzymali się. Stanęli. Utworzyli dwa skrzydła i otoczyli wieś. Przestrzelili wieś rakietami. Podchodzili do wioski coraz bliżej.
Można sądzić, że także inni mężczyźni z Zań posiadający broń – użyli jej. Wskazują na to słowa „Rekina”, który w toku swego procesu w 1949 r. stwierdził, że miejscowi podjęli obronę, strzelając, i żołnierze 3 Brygady NZW odpowiedzieli ogniem (ponieważ „Rekin” był w tym czasie przy plutonie „Leszka”, należy przyjąć, że informację tę uzyskał od dowodzącego żołnierzami 3 Brygady NZW w Zaniach „Bitnego”). Opór miejscowych nie mógł trwać długo. Uciekający uzbrojeni mieszkańcy wsi wymieszali się z kryjącymi się po zakamarkach i rowach kobietami oraz dziećmi. Ścigający ich partyzanci nie zawsze zastanawiali się, do kogo w ciemności strzelają (opisywane wydarzenia w Zaniach rozegrały się po zapadnięciu zmroku). Sytuacja ta przyczyniła się do powiększenia strat wśród mieszkańców. Następnie partyzanci zaczęli podpalać zabudowania wsi. W jednej z podpalonych stodół wybuchła zmagazynowana amunicja, wyrzucając do góry dach. Z zeznań zarówno mieszkańców wsi, jak i partyzantów wynika, że podkomendni „Bitnego” strzelali, uniemożliwiając ludziom gaszenie pożaru. Niestety, były to nie tylko strzały w górę. Z zeznań części mieszkańców wsi wynika też, że niektórzy partyzanci utrudniali mieszkańcom opuszczanie płonących budynków. Z relacji ocalałych wynika, że partyzanci zastrzelili niektórych mieszkańców z rozmysłem. Nie wiemy czy pośród zastrzelonych były osoby wcześniej wytypowane do likwidacji. Raport Komendy Okręgu WiN Białystok za luty 1946 r. zawiera informację o likwidacji w Zaniach 6 osób. Nie można jednak wykluczyć, że nazwa wsi została wskazana błędnie, gdyż w rzeczywistości w raporcie tym chodziło o Szpaki. Łączna liczba ofiar w Zaniach wyniosła wg różnych źródeł od 20 do 30 osób (najprawdopodobniej 24), w tym kilkoro dzieci.

Białostocczyzna, lato 1946 roku, pluton konny 3 Brygady Wileńskiej NZW.

Zastanawiając się nad krwawym przebiegiem sytuacji w Zaniach bierzemy pod uwagę dwie hipotezy. Pierwsza sprowadza się do tego, że „Bitny” w ciemnościach utracił panowanie nad sytuacją i dopuścił do tego, by jego ludzie strzelali do osób zupełnie przypadkowych. W tym wariancie działania w Zaniach, które powinny być wymierzone w uzbrojonych bojówkarzy, wymknęły się spod kontroli dowództwa i przekroczyły ramy rozkazu wydanego przez Komendę Okręgu NZW. Druga hipoteza jest jeszcze mniej korzystna dla „Bitnego”. Mianowicie, pochodząc z powiatu bielskiego, działając na tym terenie jeszcze w czasie okupacji niemieckiej i mając, tak jak i jego podkomendni, z których większość także wywodziła się z tego powiatu, różne porachunki z miejscowymi prawosławnymi, mógł wykorzystać początkowy zbrojny opór niezidentyfikowanej części mieszkańców wsi jako pretekst, aby działania represyjne po złamaniu tego oporu skierować przeciwko przypadkowym osobom. Ponieważ kpt. "Burego" nie było w Zaniach przy plutonie „Bitnego”, jest oczywiste, że nie miał on wpływu na rozwój wypadków we wsi. Wydaje się jednak, że pomimo chaosu, palono specjalnie wytypowane gospodarstwa. Łącznie spłonęło 13 domów - na 21 znajdujących się we wsi. Osiem gospodarstw, które nie zostały podpalone, należały zarówno do Polaków, jak też i Białorusinów (tłumaczenie, że oszczędzono białoruskie gospodarstwa sąsiadujące z gospodarstwami polskimi nie wydaje nam się w pełni przekonywujące – tym bardziej, że nie wiadomo, by ich mieszkańców represjonowano w inny sposób). Trzy dni później komisja Powiatowej Rady Narodowej z Bielska Podlaskiego znalazła w zgliszczach elementy uzbrojenia, wyposażenia wojskowego i amunicję (m.in. automat PPSz, części do ręcznego karabinu maszynowego, amunicję i zasobniki na naboje karabinowe).
Cokolwiek by nie rzec o opisanych wydarzeniach, śmierć kobiet i dzieci to tragedia, która nie powinna była się wydarzyć.

NIEUPRAWNIONE MITY BUDOWANE W ZWIĄZKU ZE SPRAWĄ "BUREGO"

Należy odnieść się do kilku mitów czy też raczej antymitów zbudowanych i podtrzymywanych przez badaczy oraz dziennikarzy kierujących się motywacją ideologiczną i źle rozumianą poprawnością polityczną. Przedstawiają oni często prawosławnych mieszkańców terenów pomiędzy Bugiem i Narwią jako bierną masę, gromadę poczciwców pozbawionych własnych poglądów, posłusznych każdej władzy, przez wszystkich krzywdzonych. Tymczasem ludzie ci mieli jednak poglądy, przemawiały do nich pewne idee i tendencje polityczne. Byli nader podatni na demagogię społeczną uprawianą przez sowiecki system propagandowy. Kierowali się rusofilstwem i wrogością do państwa polskiego, czemu dawali wyraz we wrześniu 1939 r., a także podczas okupacji niemieckiej i po zainstalowaniu dyktatury komunistycznej w Polsce w 1944 r. Owi „poczciwcy” byli też zdolni do krzywdzenia innych – tj. ludzi nie podzielających ich poglądów czy też związanych z polską państwowością – co w okrutny sposób pokazali w 1939 r. i w latach późniejszych. Na marginesie można dodać, że chwilami odnosi się wrażenie, iż „białoruskość” owych „poczciwców” była po prostu instrumentem, narzędziem wykorzystywanym w sowieckiej grze politycznej wobec Polski.

Lato 1945, Białostocczyzna. Żołnierze 4. szwadronu 5. Brygady Wileńskiej AK. od lewej: sierż. Kazimierz Chmielowski "Rekin" (w 1946 r. w 3 Brygadzie NZW z-ca jej dowódcy kpt. "Burego"), ppor. Henryk Wieliczko "Lufa", Józef Bandzo "Jastrząb", wchm. Jerzy Lejkowski "Szpagat".

Kolejny mit to bezbronność tak srogo doświadczonych przez „Burego” prawosławnych wiosek. Wspierające władze komunistyczne grupy zbrojne złożone z mieszkańców białoruskich (prawosławnych) wiosek w powiecie Bielsk Podlaski w latach 1944-1946 to temat, który czeka dopiero na opracowanie. Można je porównać do późniejszej ORMO, którą zresztą prawosławni licznie zasilili. Wiadomo, że w 1945 r. prawosławnym mieszkańcom wsi w powiecie bielskim broń wydawali bezpośrednio funkcjonariusze NKWD. Oni też budowali sieć agenturalną, pracującą bezpośrednio dla potrzeb sowieckich służb specjalnych – z pominięciem miejscowej „polskiej” bezpieki (wspominał o tym ostatni p.o. prezesa Obwodu WiN Bielsk Podlaski, który w gronie owych agentów miał własnych informatorów). W skład organizowanych przez sowieckich czekistów grup zbrojnych prócz dawnych czerwonych partyzantów wchodzili także „zwyczajni” mieszkańcy prawosławnych wiosek. Przypomnijmy, że w tym czasie polskiemu chłopu za posiadanie broni groziła kara śmierci.
 
Kolejny obowiązujący mit, to przedstawianie „Burego” i jego podkomendnych z NZW jako nacjonalistów, jako polskich szowinistów. „Bury” równie bezwzględnie jak z prawosławnymi Białorusinami potrafił postępować z osobami narodowości polskiej i wyznania katolickiego, zaangażowanymi w instalowanie systemu komunistycznego (np. rozkazał rozstrzelać kilkunastu funkcjonariuszy UB i MO w kwietniu 1946 r. po walce pod wsią Brzozowo-Antonie). Ale przecież nie będziemy wysuwać tezy by była to „czystka etniczna” dokonana na części ludności polskiej! Sądzimy, że gdyby dokładnie opracować statystykę strat ludzkich spowodowanych działalnością 3 Brygady NZW, okazałoby się, że z rąk jej partyzantów poległo jednak więcej Polaków niż Białorusinów, lub że liczby te w swych proporcjach są porównywalne.

Kpt. Romuald Rajs "Bury", dowódca 3 Wileńskiej Brygady NZW.

Ostatnio coraz częściej powraca i upowszechniana jest teza, mówiąca o tym, że „Bury” dokonał czystek etnicznych i dopuścił się ludobójstwa. Teza bardzo śmiała, zwłaszcza w naszym państwie, którego oficjalnym przedstawicielom długo nie przechodziło przez gardło określenie rzezi Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w której zginęło sto kilkadziesiąt tysięcy Polaków - jako ludobójstwa. Dla zdefiniowania tej tragedii ministrowie czy posłowie jeszcze niedawno używali pojęcia „czystka etniczna o znamionach ludobójstwa”. W tym kontekście zadziwia, że inny funkcjonariusz naszego państwa – prokurator IPN, który prowadził śledztwo w sprawie sygn. akt. S 28/02/Zi - nie zawahał się, by ludobójstwem nazwać śmierć kilkudziesięciu osób, zabitych przez partyzantów 3 Brygady NZW w dniach 29 stycznia 1946 r. – 2 lutego 1946 r. W naszej ocenie tragiczne zdarzenia spowodowane przez „Burego” i jego żołnierzy nie odpowiadają definicji zbrodni ludobójstwa, które określone jest w Konwencji ONZ z 9 grudnia 1948 r. jako: czyn dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich. Uważamy, że „Bury” nie działał w zamiarze zniszczenia ani w całości, ani w części społeczności białoruskiej lub też społeczności prawosławnej zamieszkałej na terenie Polski w jej obecnych granicach. Miał przecież możliwości, by puścić z dymem nie pięć, ale znacznie więcej wiosek białoruskich w powiecie Bielsk Podlaski. Tymczasem pięć spalonych częściowo wsi, zastrzelenie łącznie kilkunastu mężczyzn w tychże wsiach oraz zabicie furmanów to zdarzenia bez precedensu w jego działalności, podobnie jak w działalności całego Białostockiego Okręgu NZW. Sądzimy, że nie wiara prawosławna i nie narodowość białoruska były powodem, że osoby te zginęły z rąk partyzantów 3 Brygady NZW. Według nas zginęli oni z przyczyn, które pokrótce przedstawiliśmy w niniejszym tekście. Natomiast śmierć kobiet i dzieci, która bez wątpienia kładzie się poważnym cieniem na działalności tak samego „Burego”, jak i jego podkomendnych z 3 Brygady NZW, nie była objęta przez tego dowódcę zamiarem. Wina „Burego” polega w tym zakresie na wykreowaniu sytuacji, nad którą potem nie był w stanie zapanować i w wyniku której, niezależnie od jego zamierzeń zginęły osoby, które w żadnym wypadku nie powinny były ucierpieć. „Bury” podkreślał wobec swych żołnierzy, że chce walczyć o wolność i sprawiedliwość, a dopuścił do czynów niesprawiedliwych, do tragedii.

Wyrok śmierci wydany przez komunistów przed laty na Romualda Rajsa „Burego” i jego zastępcę z 1946 r. - Kazimierza Chmielowskiego „Rekina”, został w 1995 r. unieważniony. Warto przypomnieć istotę uzasadnienia wydanego wówczas przez niezawisły sąd postanowienia stwierdzającego nieważność wyroku, bo naszym zdaniem jest ona kluczem do właściwego zinterpretowania sprawy.

Zdjęcie sygnalityczne kpt. Romualda Rajsa "Burego" wykonane przez funkcjonariuszy MBP w Warszawie 14 listopada 1948 r., dzień po aresztowaniu.

Zdjęcie sygnalityczne por. Kazimierza Chmielowskiego "Rekina" wykonane przez funkcjonariuszy MBP w Warszawie 4 grudnia 1948 r., dzień po aresztowaniu.

Otóż Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego uznał, że
Wymienieni [R. Rajs i K. Chmielowski] jednak uważali, że naczelnym zadaniem, które winni realizować w ramach udziału w NZW jest wyzwolenie kraju spod dominacji ówczesnego związku sowieckiego, a także rozbicie aparatu państwowego ówczesnego Ludowego Państwa. W ich przekonaniu więc dobra poświęcone przedstawiały mniejszą wartość od dobra ratowanego, tj. niepodległości i niezależności kraju. W tym miejscu należy też podnieść, że nie może być wątpliwości co do zamiaru obydwu represjonowanych, wobec których wykonano wyrok śmierci, a którzy podejmowali działania zmierzające do realizacji celów nadrzędnych, jakim był dla nich niepodległy byt Państwa Polskiego. Z kolei rozważając kwestię czynów za które wyżej wymienionych skazano na karę śmierci [...] nie można zdaniem sądu stwierdzić, że działania podejmowane przez Romualda Rajsa i Kazimierza Chmielowskiego pomimo poświęcenia najwyższego dobra jakim było życie ludzkie, były rażąco niewspółmierne i pozostawały w rażącej dysproporcji do skutków, które tymi działaniami zamierzano uzyskać, lub dóbr, które chciano chronić.
Przywołane zdania uzasadnienia orzeczenia Sądu dobrze korespondują z fragmentem listu, który „Rekin” napisał w celi białostockiego więzienia 23 lutego 1949 r. Jego adresatką była Halina Cistówna. List miał zostać przemycony z więzienia i doręczony przy pomocy osoby, która rzekomo przychodziła na widzenia z współosadzonym w celi z „Rekinem”. Współwięzień „Rekina” był jednak informatorem UB i przekazany mu przez „Rekina” list trafił nie do adresatki, lecz do funkcjonariuszy UB. „Rekin” napisał:
[…] wiesz, że jeżeli nawet zginę – to zginę za to w co święcie wierzyłem i nie zasługuję na miano „bandyty” – takich było nas tysiące, szliśmy w krwawym znoju żołnierskim znacząc nasz bojowy szlak cichymi mogiłami, koszlawymi krzyżami partyzanckimi, nie walcząc o krzyże i dobra materialne lecz ginąc z wiarą w nasz święty cel […].

Dr Kazimierz Krajewski
historyk, badacz dziejów polskiego podziemia niepodległościowego,
kierownik Referatu Badań Naukowych OBEP IPN w Warszawie,
prezes Nowogródzkiego Okręgu Światowego Związku Żołnierzy AK


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

Kpt. "Bury" a Białorusini - część 1/3>
Strona główna>
Prawa autorskie>

czwartek, 11 lutego 2016
Koncert Contra Mundum w TVP1 !
"CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" - koncert CONTRA MUNDUM w TVP1


W imieniu zespołu Contra Mundum jest mi niezmiernie miło poinformować, że 27 lutego 2016 r. (sobota) w TVP1, bezpośrednio po Teleexspresie, o godzinie 17.30 wyemitowany zostanie koncert Contra Mundum pt. "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM".

Będzie to 45-minutowy występ, podczas którego zespół wykona utwory z pierwszej i drugiej płyty, której premiera już niebawem. Niezmiernie cieszy doskonała pora sobotniej emisji, a co za tym idzie - miejmy nadzieję - wysoka oglądalność.

Zasiądźcie więc Szanowni Państwo tego popołudnia przed telewizorami. Niech w jak największej ilości polskich Domów zagoszczą słowa poezji wojennej - tej wysokiej, jak i tej bardziej żołnierskiej, zadziornej, szturmowej - ubranej w dźwięki Contra Mundum.

Przy wtórze organów Hammonda, gitarowych riffów, symfonicznych brzmień będziemy mieli zaszczyt opowiedzieć historie z barykad, partyzanckich mateczników, leśnych obozowisk; złożyć hołd Bohaterom, którzy oddali swe życie walcząc z niemieckim i sowieckim okupantem.


Zespół CONTRA MUNDUM podczas festiwalu "Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci", Gdynia 2014 r.

Gorąca prośba do Państwa, Przyjaciół zespołu, osób życzliwych Contra Mundum, o udostępnianie tej informacji, za co z góry dziękuję w imieniu zespołu.

Koncept programu "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" i wybór tekstów: Fundacja "Pamiętamy"

27 lutego 2016 r. w TVP 1 o godz. 17:30 będzie można usłyszeć m.in. "Hymn 5 Brygady Wileńskiej" majora "Łupaszki" oraz pieśń Żołnierzy Wyklętych "Bij bolszewika" w aranżacji zespołu:

CONTRA MUNDUM w składzie:
  • Norbert "Smoła" Smoliński – śpiew
  • Adam "Malczas" Malczewski – gitary
  • Tomasz Zień – organy Hammonda, piano, akordeon
  • Michał Kamiński – gitara basowa
  • Tomasz Zagórski – perkusja
Kontakt z zespołem CONTRA MUNDUM:
Więcej informacji na temat Contra Mundum i programu "Cześć i Chwała Bohaterom" tutaj:

Norbert "Smoła" Smoliński (CONTRA MUNDUM)

Strona główna>
Prawa autorskie>

sobota, 31 października 2015
Pomnik Żołnierzy Wyklętych odsłania w Ostrowi Mazowieckiej Fundacja "Pamiętamy"
Uroczystość odsłonięcia pomnika Żołnierzy Wyklętych Ziemi Ostrowskiej – 7 listopada 2015 r., godzina 12.00, Ostrów Mazowiecka


Fundacja „Pamiętamy” serdecznie zaprasza do Ostrowi Mazowieckiej na uroczystość odsłonięcia pomnika upamiętniającego żołnierzy antykomunistycznego podziemia i cywilnych mieszkańców Ziemi Ostrowskiej, którzy w latach 1944–1953 padli ofiarą terroru komunistycznego. Pomnik został wzniesiony staraniem Fundacji, przy wsparciu finansowym Banku Zachodniego WBK.

Uroczystość rozpocznie się 7 listopada br. o godzinie 12.00 mszą świętą w kościele pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, przy ul. Kościuszki 39. Po mszy świętej nastąpi uroczyste przejście pod Pomnik, usytuowany w Ostrowi Mazowieckiej przy skrzyżowaniu ulic 3 Maja i Dubois. Przy Pomniku, po jego uroczystym odsłonięciu i poświęceniu, zostaną wygłoszone mowy okolicznościowe. Bardzo ważnym elementem ceremonii przy Pomniku  będzie odczytanie, w asyście żołnierzy Wojska Polskiego, Apelu Poległych. Następnie żołnierze Wojska Polskiego oddadzą salwę honorową.


Wszyscy uczestnicy uroczystości będą mogli otrzymać bezpłatnie wydane staraniem Fundacji opracowanie autorstwa Kazimierza Krajewskiego „Żołnierze Wyklęci Ziemi Ostrowskiej”, przedstawiające historię podziemia antykomunistycznego na Ziemi Ostrowskiej (od 8 listopada br. przedmiotowe opracowanie będzie dostępne do pobrania w formacie PDF na stronie Fundacji "Pamiętamy", w zakładce "Nasze publikacje").
Pomnik poświęcony Żołnierzom Wyklętym walczącym na Ziemi Ostrowskiej, to kolejny projekt Fundacji "Pamiętamy" mający na celu przywrócenie i umocnienie dobrej pamięci wspólnotowej o Żołnierzach Wyklętych - Żołnierzach Niezłomnych i osobach, które udzielały im wsparcia w walce. Treścią tegoż projektu jest wzniesienie pomnika upamiętniającego poległych i pomordowanych żołnierzy antykomunistycznego podziemia i cywilnych mieszkańców Ziemi Ostrowskiej, którzy w latach 1944–1953 padli ofiarą terroru komunistycznego. Ziemia Ostrowska była terenem dużej aktywności podziemia niepodległościowego w okresie walki z reżimem komunistycznym. Badania przeprowadzone w ostatnich miesiącach przez historyków z Instytutu Pamięci Narodowej pozwoliły ustalić personalia lub pseudonimy oraz daty śmierci ponad 200 ofiar terroru komunistycznego z terenu Ziemi Ostrowskiej. Wszystkie te osoby zostaną upamiętnione Pomnikiem. Istotnym elementem idei wzniesienia Pomnika jest to, że znakomita większość spośród tych osób nie ma swoich grobów. Ich zwłoki zostały pogrzebane przez komunistów w nieustalonych dotychczas miejscach. Pomnik stanie się zatem istotnym czynnikiem w procesie przywracania regionalnej pamięci wspólnotowej w obszarze, w którym, z mocy decyzji władzy komunistycznej, miało jej nie być. Będzie to najważniejsze upamiętnienie ofiar terroru komunistycznego na terenie Ziemi Ostrowskiej.

Szkic pomnika w Ostrowi Mazowieckiej

Na pomniku wyryty zostanie pamiątkowy napis:
PAMIĘCI ŻOŁNIERZY
ARMII KRAJOWEJ
ZRZESZENIA "WOLNOŚĆ I NIEZAWISŁOŚĆ"
NARODOWYCH SIŁ ZBROJNYCH
NARODOWEGO ZJEDNOCZENIA WOJSKOWEGO
ORAZ
CYWILNYCH MIESZKAŃCÓW
ZIEMI OSTROWSKIEJ
POLEGŁYCH I POMORDOWANYCH
W WALCE Z KOMUNISTYCZNYM ZNIEWOLENIEM
W LATACH 1944-1953
ODDALI ŻYCIE
ZA NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI
WIARĘ PRZODKÓW I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA
DOBRZE ZASŁUŻYLI SIĘ OJCZYŹNIE


Pomnik zostanie wykonany z brązu, granitu i kamienia; w najwyższym punkcie będzie miał wysokość 4 metrów. Symbolika Pomnika będzie nawiązywała do wcześniejszych pomników wzniesionych przez Fundację dla upamiętnienia Żołnierzy Wyklętych. Wykonawcą Pomnika będzie artysta rzeźbiarz Marek Szczepanik, który jest także autorem projektu Pomnika. Ma on w swoim dorobku artystycznym realizację wielu pomników, wedle własnych projektów, w tym wszystkich upamiętnień dotychczas wzniesionych staraniem Fundacji. Wizualizację pomników wykonanych przez Marka Szczepanika w ramach współpracy z Fundacją można obejrzeć na naszej stronie w zakładce "Pomniki".

Serdecznie zapraszamy wszystkich, którym nie jest obojętna sprawa pamięci wspólnotowej o braciach naszych, którzy oddali życie w walce o wolność Ojczyzny, do udziału w uroczystości odsłonięcia Pomnika.


Grzegorz Wąsowski
członek Zarządu Fundacji "Pamiętamy",
zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach
polskiego podziemia niepodległościowego

z lat 1944-1954
Strona główna>
Prawa autorskie>

poniedziałek, 10 sierpnia 2015
W obronie dobrego imienia majora "Łupaszki"
dr Kazimierz Krajewski, Grzegorz Wąsowski

W obronie dobrego imienia majora "Łupaszki"

Major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka"

Instytut Pamięci Narodowej wspólnie z Instytutem Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk opublikował pracę Glinciszki i Dubinki. Zbrodnie wojenne na Wileńszczyźnie w połowie 1944 roku i ich konsekwencje we współczesnych relacjach polsko-litewskich, autorstwa dr. hab. Pawła Rokickiego. Jej lekturę kończy się z głębokim przekonaniem o słuszności tezy autora, że mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” [a nie „Łupaszko” jak u Rokickiego – przyp. KK i GW] jest zbrodniarzem wojennym, obciążonym rozkazem nakazującym zabijanie, w ramach polskiej akcji odwetowej wymierzonej przeciwko Litwinom, kobiet i dzieci.

Czytelnikowi towarzyszy też poczucie, że wskutek dotychczasowych zaniedbań będących udziałem badaczy dziejów polskiego podziemia niepodległościowego, którym to zaniedbaniom kres położył dopiero Rokicki, przywrócenie postaci mjra „Łupaszki” narodowej pamięci, mające miejsce po upadku komunizmu w Polsce, odbyło się w sposób niepełny i niewłaściwy. Jak pisze Rokicki:
wynikiem tego [zaniedbania] jest obecnie szeroka popularyzacja ułomnego – gdyż niepełnego – wizerunku wojennego bohatera. Tymczasem losy mjr. „Łupaszki” powinny nieść również przestrogę i inspirować do rozważań nad etycznym wymiarem metod prowadzenia walki (str. 221).


Tłem faktograficznym dla sformułowania przez Rokickiego poglądu, zgodnie z którym mjr „Łupaszka” jest zbrodniarzem wojennym, poglądu usankcjonowanego pieczęcią Instytutu Pamięci Narodowej, stały się mord popełniony 20 czerwca 1944 r. przez litewską policję na ludności polskiej w Glinciszkach (gdzie kompania 258 batalionu policji litewskiej rozstrzelała 39 Polaków, w tym kobiety, starców i jedenaścioro dzieci; zamordowany został także administrator majątków ziemskich Władysław Komar, polski działacz na Wileńszczyźnie) i będący jego konsekwencją odwet przeprowadzony przez oddziały AK na przedwojennym terytorium państwowym Litwy.
Główną rolę podczas działań odwetowych odegrały dwa pododdziały 5 Brygady Wileńskiej AK (dalej: 5 BW). Jednym z nich dowodził  wachm. Antoni Rymsza „Maks”, drugim por. cc Wacław Wiącek „Rakoczy”, pełniący wówczas funkcję zastępcy dowódcy 5 BW. Są one odpowiedzialne m.in. za śmierć 27 osób narodowości litewskiej w miejscowości Dubinki, w tym, niestety, także kobiet i dzieci. Łącznie w dniach 22- 30 czerwca 1944 r. w wyniku działań AK zginęło nie mniej niż 81 osób narodowości litewskiej, z czego ponad 60 od kul żołnierzy 5 BW.

Wileńszczyzna, 1944 r. Wachm. Antoni Rymsza "Maks", dowódca 3. Szwadronu 5. Brygady Wileńskiej AK, wraz z zastępcą Janem Kursewiczem "Akacją" idą obok maszerujących żołnierzy 5. Brygady.

Dla porządku należy zaznaczyć, że Rokicki nie dokonał żadnego odkrycia w badaniach nad relacjami polsko-litewskimi w latach II wojny światowej. Polskie działania odwetowe podjęte w reakcji na mord w Glinciszkach opisane bowiem zostały, choć nigdy nie tak szczegółowo jak uczynił to Rokicki, zarówno przez żołnierzy AK, uczestników tych działań, jak i przez historyków zajmujących się wojennymi dziejami Wileńszczyzny. Fakt, że ofiarą polskiego odwetu padły wówczas osoby cywilne jest znany każdemu, kto choć trochę interesuje się historią AK na Kresach. Rokicki, korzystając z szerokiej bazy źródłowej, osiągnął natomiast niespotykany dotąd stopień szczegółowości opisu tych wydarzeń, a zwłaszcza obrazu polskiego odwetu. W efekcie jego książka, pełna okropności zawartych w relacjach odnoszących się do śmierci litewskich cywilów, w tym kolejnych kobiet i dzieci, poniesionej z rąk żołnierzy AK, mocno oddziałuje na emocje polskiego czytelnika, czym  dodatkowo wzmacnia efekt dyskredytacji postaci „Łupaszki”.

Krzyż i tablica pamiątkowa w miejscu pochówku mieszkańców Glinciszek zamordowanych 20 czerwca 1944 r.


Z faktami nie należy polemizować, ludzie ci rzeczywiście zginęli, a opisane zdarzenia istotnie miały miejsce i nie mogą być dla strony polskiej powodem do dumy. Można jednak zastanawiać się, czy równie dużą staranność badawczą, jak przy odmalowaniu obrazu okropieństwa polskich działań odwetowych, zachował Rokicki wskazując mjra „Łupaszkę” jako osobę winną temu, że odwet ten został skierowany także wobec litewskich kobiet i dzieci.

W tym kontekście zasadnicze pytanie brzmi: czy Rokickiemu rzeczywiście udało się ustalić kto po stronie polskiej był wówczas rozkazodawcą działań, które przyniosły śmierć kobiet i dzieci? W ocenie niżej podpisanych prawidłowa odpowiedź na to pytanie jest niekorzystna dla autora książki. Uważna analiza pracy Rokickiego uzasadnia bowiem tezę, że z góry założył on winę dowódcy 5 BW, por./mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, choć nie potrafił tego w przekonywujący sposób dowieść. Jego tok rozumowania opierał się w tej kwestii, podobnie jak w wielu innych, na przypuszczeniach i spekulacjach. Tymczasem ustalenie dokładnej treści wydanego przez „Łupaszkę” rozkazu podjęcia działań odwetowych wobec Litwinów jest sprawą mającą absolutnie zasadnicze znaczenie dla przesądzenia o jego winie. Dokument ten nie zachował się, podobnie jak raport z odwetowego wypadu pododdziałów 5 BW na Litwę, choć jest wielce prawdopodobne, że takowy został sporządzony. Zapisy na temat owego rozkazu są w polskich relacjach i wspomnieniach bardzo ogólnikowe i wnoszą niewiele informacji. Z relacji „Rakoczego” wynika, że rozkaz istotnie wydał „Łupaszka” i była w nim mowa o egzekucji jako represji na ludności litewskiej. Kogo jednak taka represja miała dotyczyć, „Rakoczy” już nie precyzował. Jest wielce wątpliwe, że „Łupaszka” nakazał zabijanie kobiet i dzieci, ale dla Rokickiego wina dowódcy 5 BW jest oczywista. Dodajmy, że nigdy – ani wcześniej, ani później – rozkazów tego rodzaju „Łupaszka” nie wydał. Możemy posłużyć się analizą porównawczą z działaniami o charakterze odwetowym podejmowanymi przez odtworzoną w 1945 r. na Podlasiu 5 BW; w czasie kampanii wiosenno – letniej 1945 r. tej jednostki miały miejsce trzy tego rodzaju akcje, przy tym w żadnej nie wydano rozkazu represjonowania kobiet lub dzieci.

1944, Wileńszczyzna. Dowództwo 5 Brygady Wileńskiej AK w marszu. Od lewej: rtm Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" [dowódca 5 Brygady], NN, NN, NN, NN, ks. Aleksander Grabowski "Ignacy" [kapelan], ppor. Wiktor Wiącek "Rakoczy" [dowódca 1 komp. 5 Brygady], NN, NN, por. Grabowski "Pancerny", ppor. Sergiusz Sprudin [fotoreporter z Komendy Okręgu]. Fot. Mikołaj Sprudin / zbiory Ośrodka KARTA.

Rokicki, nie znając treści rozkazu „Łupaszki” dotyczącego odwetowego wypadu na Litwę, swoje przekonanie o odpowiedzialności dowódcy 5 BW za śmierć kobiet i dzieci, opiera wyłącznie na przypuszczeniach, pisząc m.in.
Z praktyki dowodzenia oddziałami partyzanckimi AK wynikałoby, że decyzję o sposobie przeprowadzenia akcji odwetowej podjął dowódca 5. Brygady AK rtm. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Jak można wnioskować ze skutków akcji, za jej cel uznał on najwyraźniej zniszczenie w całości wybranych rodzin. Tak bowiem zamordowano większość ofiar – w grupach rodzinnych. Za wyjątek można uznać cztery przypadki rozstrzelania wyłącznie młodych mężczyzn, czemu nie towarzyszyły represje wobec ich rodzin. Wspominaną w niektórych źródłach przygotowaną przed akcją listę osób do zgładzenia powinno się zatem interpretować jako listę rodzin (str. 61).
Dalej pisze Rokicki:
Jednocześnie od partyzantów [5 Brygady] wymagano ścisłego wykonywania otrzymanych rozkazów, w tym także egzekucji, nie pozostawiając miejsca na ocenę ich słuszności.
Na poparcie tej ostatniej tezy, uznawanej przez autorów niniejszego tekstu za zasadną, przywołuje przykład żołnierza 5 BW Zygmunta Mineyki „Lina”, który zimą 1944 r. za niewykonanie rozkazu likwidacji sowieckiego konfidenta został skazany na karę śmierci,  od wykonania której uratował go kapelan oddziału, wstawiając się za „Linem” u „Łupaszki”. W efekcie partyzantowi darowano życie, wydalając go jednak z szeregów 5 BW.

Kolejny element rozumowania Rokickiego sprowadza się do spekulatywnego wykluczenia możliwości podjęcia podczas akcji odwetowej działań naruszających rozkaz „Łupaszki”. Przebieg wydarzeń podczas wypadu pododdziałów 5 BW na Litwę jednoznacznie jednak pokazuje, czego Rokicki nie dostrzega bądź dostrzec nie chce, że w trakcie realizacji działań odwetowych doszło do zmiany ich pierwotnych założeń. Bo albo rozkaz „Łupaszki” nakazywał zabijanie całych rodzin, albo zabijanie wyłącznie osadników wojskowych, szaulisów, policjantów i bojówkarzy. Pododdziały 5 BW nie zrealizowały konsekwentnie żadnego z tych założeń.

Przyjmując na chwilę tezę Rokickiego, że „Łupaszka” wydał rozkaz zabicia ludzi z listy z ich rodzinami, należy stwierdzić, że w czterech przypadkach dopuszczono się ewidentnej niesubordynacji, która powinna skutkować surowymi konsekwencjami wobec osób winnych niewykonania rozkazu (analogicznie jak w sprawie „Lina”) - nic o tym jednak nie wiadomo. Dwie pierwsze egzekucje odbyły się bowiem według schematu, że ginął tylko mężczyzna wytypowany do likwidacji, a jego rodzinę oszczędzono. W takich samych okolicznościach zginęły także dwie ostatnie ofiary analizowanych działań 5 BW. Czyli zarówno na początku akcji odwetowej pododdziałów 5 BW, jak i w jej końcowym etapie zastosowano ten sam model postępowania, istotnie odmienny od pozostałych wówczas dokonanych egzekucji. Dlaczego zatem tego modelu działania Rokicki nie uznaje za odpowiadający ramom rozkazu Łupaszki ani takiej możliwości nie dopuszcza, forsując wyłącznie tezę przeciwną?

Trzeba też zauważyć, że Paweł Rokicki stosuje niejednakowe kryteria przy ocenie odpowiedzialności oficerów AK za przelew krwi podczas odwetowego wypadu na Litwę. Pisze m.in., że:
W odrębny sposób [od akcji odwetowej 5 BW]  rozpatrywać należy sprawstwo zabójstw dokonanych w trakcie ekspedycji karnej 2. Zgrupowania AK. Przeprowadzona ona została na rozkaz komendanta okręgu ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „ Wilka”, więc przede wszystkim on ponosi za nią odpowiedzialność. Nie sposób tego potwierdzić bez znajomości treści rozkazu ppłk „Wilka” [...] Można jednak mieć wątpliwości, czy podczas realizacji zadania nie doszło do przekroczenia ram rozkazu przez jego wykonawców (str. 193).
Mamy zatem u Rokickiego dwie różne miary w stawianiu hipotez badawczych. Nie jest znana ani treść rozkazu „Łupaszki”, ani treść rozkazu „Wilka”, lecz w pierwszym przypadku Rokicki praktycznie wyklucza, że ramy rozkazu „Łupaszki” zostały przekroczone, natomiast w drugim taką możliwość dopuszcza.

W swej książce Rokicki cytuje fragment artykułu pt. „Jak prawy żołnierz polski”, który ukazał się 25 czerwca 1944 r. w organie prasowym BIP Komendy Okręgu Wilno „Pobudce”, napisany zapewne przez redaktora tego pisma - ppor. Lecha Beynara vel Pawła Jasienicę „Nowinę”. Jednoznacznie określono tam zasady moralne, jakimi powinni kierować się żołnierze AK (stanowczo odrzucono możliwość represjonowania osób cywilnych, kobiet i dzieci, uznając takie działania za haniebne). Nawet jeśli nie Jasienica był autorem wzmiankowanego tekstu, to bez wątpienia, jako główny redaktor „Pobudki”, z przesłaniem  artykułu  w pełni się utożsamiał. W tym kontekście bardzo wymowny jest fakt, że oficer ten już we wrześniu 1944 r. oddał się pod rozkazy „Łupaszki” i został jego zastępcą, walcząc u boku dowódcy 5 BW do połowy sierpnia 1945 r.

Od lewej: ppor. Lech Leon Beynar "Nowina" (Paweł Jasienica), mjr. Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka".

Okoliczność ta nie skłoniła jednak Rokickiego do rozważań, czy Paweł Jasienica był aż takim hipokrytą, że w trzy miesiące po ukazaniu się rzeczonego artykułu w „Pobudce” został podkomendnym człowieka, który, jak twierdzi Rokicki, wydał rozkaz zabijania litewskich kobiet i dzieci, czy też jednak przeciwnie -  Jasienica podjął taką decyzję, bo o treści rozkazu „Łupaszki” nakazującego podjęcie akcji odwetowej za zbrodnię popełnioną na Polakach w Glinciszkach miał wiedzę odmienną od przemyśleń, które w książce firmowanej przez IPN upowszechnia Rokicki. Dodajmy, że z relacji podkomendnych i współpracowników „Łupaszki” wynika, że stosunki pomiędzy nim i Pawłem Jasienicą charakteryzowały się wzajemnym szacunkiem, zaufaniem i przyjaźnią. Czy można uwierzyć, że intelektualista jakim był Paweł Jasienica pozostawałby w takich relacjach z człowiekiem, który rozkazał zabijać kobiety i dzieci? Czy przyjąłby funkcję jego zastępcy?

Maj 1944, Punżanki, woj. wileńskie. Rtm Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" (d-ca 5 Brygady Wileńskiej AK) z córką Barbarą. Fot. Sergiusz Sprudin.



Zdaniem autorów niniejszego tekstu, „Łupaszka”, wydając rozkaz o zastosowaniu odwetu na Litwinach, nie nakazywał zabijania kobiet i dzieci, zaś ramy jego rozkazu zostały przekroczone przez „Rakoczego” i „Maksa” - dowódców pododdziałów 5 BW skierowanych wówczas przez „Łupaszkę” na przedwojenne terytorium państwowym Litwy w celu wykonania działań odwetowych (sam „Łupaszka” nie wziął udziału w tych działaniach, pozostając z resztą sił 5 BW po polskiej stronie starej granicy państwowej). W pierwszej i ostatniej fazie akcji odwetowej, a zatem bezpośrednio po odebraniu rozkazu „Łupaszki” i gdy bliski był powrót do miejsca postoju dowódcy 5 BW, zastosowano się ściśle do treści rozkazu „Łupaszki”, pozbawiając życia wyłącznie osoby wytypowane do likwidacji. W innych momentach działań odwetowych rozkaz ten przekroczono, wybijając całe rodziny.

Kolejna istotną kwestią jest odpowiedź na pytanie czy odwet polski miał być rzeczywiście z założenia ślepy? Na liście osób wytypowanych do egzekucji znaleźli się osadnicy wojskowi, aktywni szaulisi, uczestnicy litewskiego ruchu powstańczego w czerwcu 1941 r., a także policjanci w służbie niemieckiej. Nie byli to ludzie bezbronni. Zaatakowane gospodarstwa zostały wskazane partyzantom 5 BW przez przewodników z siatki terenowej AK, którzy byli doskonale zorientowani, jak poszczególni Litwini zachowywali się w stosunku do Polaków. Że swej broni nie zdążyli oni użyć, to już zupełnie inna kwestia. Co oczywiście nie usprawiedliwia w najmniejszym stopniu tych partyzantów, którzy dopuścili się zabójstw kobiet lub dzieci.

Konkluzje poczynione przez Rokickiego odnośnie osoby majora „Łupaszki” wpisują się w doniosły sposób w dyskusję na temat „Panteonu Żołnierzy Wyklętych”. Nasuwają oczywiste pytanie, czy mjr „Łupaszka”, przedstawiony przez Rokickiego jako zbrodniarz wojenny, powinien tam się znaleźć. Problem polega na tym, że przekaz sformułowany przez Rokickiego jest ułomny. Autor nie zdołał ustalić okoliczności zupełnie zasadniczych dla przesądzenia o winie dowódcy 5 BW. Przyjmuje jednak za bezsporne, że „Łupaszka” wydał rozkaz zabijania litewskich kobiet i dzieci, czym skazuje go na infamię w oczach czytelników i szerszej opinii publicznej. Prawi przy tym morały o prawdzie i „właściwej ocenie” wydarzeń i postaci. Cóż, może jednak zdałoby się więcej rozwagi i powściągliwości w formułowaniu tego rodzaju osądów? Także wówczas, gdy ceną za to mógłby być mniejszy rozgłos nazwiska autora książki.


dr Kazimierz Krajewski
historyk, badacz dziejów polskiego podziemia niepodległościowego,
kierownik Referatu Badań Naukowych OBEP
Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie,
prezes Nowogródzkiego Okręgu Światowego Związku Żołnierzy AK


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

niedziela, 22 lutego 2015
CONTRA MUNDUM - "CZEŚĆ i CHWAŁA BOHATEROM"

REWELACYJNA PŁYTA "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" ZESPOŁU CONTRA MUNDUM UKAŻE SIĘ 27 LUTEGO 2015 R. JAKO BEZPŁATNY DODATEK DO KILKU TYTUŁÓW PRASOWYCH ! TRZEBA JĄ MIEĆ NA SWOJEJ PÓŁCE !

Muzyka rockowa nie  musi stać w sprzeczności do patriotyzmu, historii Narodu, szacunku do Bohaterów i pamięci o przelanej przez Nich krwi.
Przykładem na to niech będzie zespół CONTRA MUNDUM,
w tłumaczeniu: PRZECIW ŚWIATU.
My stajemy "tylko" i "aż" PRZECIW ZAPOMNIENIU.

Norbert "Smoła" Smoliński
(wokalista Contra Mundum)




Z wielką przyjemnością informuję, że znakomity program muzyczny "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM", w wykonaniu zespołu CONTRA MUNDUM, na który to program składają się teksty wybrane przez Fundację "Pamiętamy", już 27 lutego br. ukaże się w postaci insertu płytowego CD w sieci dzienników Grupy Wydawniczej POLSKAPRESSE na terenie niemal całego kraju (Dziennik Bałtycki, Gazeta Krakowska, Gazeta Wrocławska, Głos Wielkopolski, Kurier Lubelski, oraz na terenie Mazowsza - Polska The Times).

POSŁUCHAJ ZWIASTUNU ALBUMU
CONTRA MUNDUM "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" PREMIERA 27.02.2015


POSŁUCHAJ CONTRA MUNDUM z nowego albumu (27.02.2015)
"Noc zapada nad cichym jeziorem"


O tym projekcie muzycznym miałem okazję już pisać, informując o pierwszym publicznym jego wykonaniu – 12 września 2014 r. w gdyńskim klubie "Ucho", w ramach festiwalu "Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci". Przypomnę tylko, że muzycy zespołu CONTRA MUNDUM, grający ciężkiego, ale bardzo melodyjnego rocka, muzycy fantastyczni brzmieniowo i rewelacyjni warsztatowo, ze świetnym wokalistą - Norbertem „Smołą” Smolińskim, wykorzystując teksty m.in. S. Wyspiańskiego, J. Słowackiego, C.K. Norwida, K.K. Baczyńskiego, T. Gajcego, Z. Herberta, ale także dwie piosenki z partyzanckich obozowisk Żołnierzy Wyklętych przeprowadzają słuchaczy przez istotny fragment dziejów polskiego ducha wolnościowego, opowiadają o ludziach, którym Ojczyzna nie była dana, lecz zadana, o pokoleniach naszych przodków, które stawały w obronie wolności naszej wspólnoty narodowej.


Nie od dzisiaj wiemy, że muzyka rockowa może być doskonałym nośnikiem takich treści, czego znakomitym przykładem jest płyta "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM". Na ponad godzinny album (72 min.) składa się 15 utworów wykonanych w różnych konwencjach szeroko pojętej stylistyki rockowej. Niepowtarzalnego klimatu dodają płycie charakterystyczna barwa głosu wokalisty oraz orkiestracje i ciekawe instrumentarium zespołu (gitary elektryczne i akustyczne, organy Hammonda, akordeon, fortepian). W kolejne utwory wprowadza słuchacza odpowiednio dobrany fragment poezji lub myśl.

Zresztą, nie ma co więcej o tej płycie pisać. Jej trzeba, Szanowni Państwo, słuchać, do czego gorąco i serdecznie namawiam.

Posłuchaj wybranych fragmentów płyty
CONTRA MUNDUM "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM":
Oficjalnym sponsorem projektu muzycznego "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" jest Bank Zachodni WBK.


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954



Zespół CONTRA MUNDUM podczas festiwalu "Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci", Gdynia 2014 r.




Lista utworów z albumu
CONTRA MUNDUM - "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM"

  • 1. PROLOG - Adam Mickiewicz (fraza z dramatu "Dziady" cz.III; 1832 r.)/Stanisław Wyspiański (frag. dramatu "Wyzwolenie"; 1902 r.), wstęp jako motto programu: myśl prof. Henryka Elzenberga zapisana w jego dzienniku pod datą 13 października 1951 r.
  • 2. PIEŚŃ KONFEDERATÓW BARSKICH (fragm.) - Juliusz Słowacki (1843 r.) 3. SZTANDARY POLSKIE NA KREMLU - Mieczysław Romanowski (1857 r.), wstęp: fragm. poematu "Anhelli" – Juliusz Słowacki, treść napisu na sztandarze niesionym w Warszawie podczas demonstracji na cześć dekabrystów w styczniu 1831 r. Autor słów - Joachim Lelewel
  • 4. ZGASŁY DLA NAS NADZIEI PROMIENIE (fragm.) - Edmund Wasilewski, wstęp: fragm. depeszy Romualda Traugutta do księcia W. Czartoryskiego z dnia 9 grudnia 1863 r., fragm. wiersza "Opuszczona Cytadela" - Artur Oppman "Or-Ot"
  • 5. W PAMIĘTNIKU (fragm.) - Cyprian Kamil Norwid (1861 r.)/dodane wersy - Zbigniew Wąsowski (2015), wstęp: myśl Zbigniewa Herberta z listu do Haliny Misiołkowej z dnia 18 marca 1951 r.
  • 6. I ZNOWU TUPOT NÓG SOŁDACKICH - Władysław Sebyła (1938 r.), wstęp: fragm. "Traktatu poetyckiego" - Czesław Miłosz
  • 7. NOC ZAPADA NAD CICHYM JEZIOREM (fragm.) - Henryk Rasiewicz ps. "Kim" (24 grudnia 1943 r.), wstęp: fragm. roty przysięgi żołnierza Armii Krajowej w wykonaniu uczniów warszawskiego L.O. im.Władysława IV
  • 8. Z LASU - Krzysztof Kamil Baczyński (27 czerwca 1944 r.), wstęp: fragm. wiersza "Pokolenie" - Krzysztof Kamil Baczyński
  • 9. SCHODZĄC - Tadeusz Gajcy (1944 r.), wstęp: fragm. wiersza "Wiatr" - Krzysztof Kamil Baczyński
  • 10. POKOLENIE (fragm.) - Krzysztof Kamil Baczyński (22 lipca 1943 r.), wstęp: fragm. wiersza "Pieśń" z tomiku "Gdziekolwiek ziemia" -Tadeusz Borowski, fragm. recenzji tomiku "Gdziekolwiek ziemia" z prasy konspiracyjnej, 1943 r. - Wacław Bojarski
  • 11. DO POTOMNEGO (fragm.) - Tadeusz Gajcy (1944 r.), wstęp: fragm. wiersza "Śpiew murów" - Tadeusz Gajcy
  • 12. HYMN V BRYGADY WILEŃSKIEJ – Stefan Łaszkiewicz (?) ps. "Fryc" (lipiec 1945 r.), wstęp: fragm. wiersza "Dulce, decorum est pro patria mori" - Marian Hemar
  • 13. BALLADA O JANKU WIŚNIEWSKIM – muz. Andrzej Korzyński / sł. Krzysztof Dowgiałło (grudzień 1970), wstęp: fragm. wiersza "Przesłanie Pana Cogito" – Zbigniew Herbert, nawiązanie do zastrzelonych i zakatowanych w Trójmieście w grudniu 1970 r. oraz do wyroku sądu apelacyjnego w Warszawie w 2014 roku – Norbert “Smoła” Smoliński
  • 14. PROŚBA - Zbigniew Herbert (1957 r.), wstęp: parafraza myśli prof. Henryka Elzenberga
  • 15. EPILOG - fragm. poematu "Beniowski" - Juliusz Słowacki (1841 r.) / fragm. wiersza "Przesłanie Pana Cogito" - Zbigniew Herbert(1973 r.)


Koncept programu "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" oraz wybór tekstów:
Muzyka:
  • Norbert "Smoła" Smoliński - 1, 2, 3, 5, 6, 7, 9, 11, 12, 14, 15
  • Norbert "Smoła" Smoliński / Adam "Malczas" Malczewski - 4, 8, 10
  • W utworze "Noc zapada nad cichym jeziorem" wykorzystano motyw z marsza Pożegnanie Słowianki – muz. Wasyl Agapkin (na melodię tego marsza śpiewano pieśń "Rozszumiały się wierzby płaczące").
  • W utworze "Hymn V Brygady Wileńskiej" wykorzystano motyw z utworu "Szara Piechota" – muz. Leon Łuskino.
CONTRA MUNDUM w składzie:
  • Norbert "Smoła" Smoliński – śpiew
  • Adam "Malczas" Malczewski – gitary
  • Tomasz Zień – organy Hammonda, piano, akordeon
  • Michał Kamiński – gitara basowa
  • Emil Wernicki – perkusja
Kontakt z zespołem CONTRA MUNDUM:
Terminy najbliższych koncertów:
Strona główna>
Prawa autorskie>

sobota, 30 sierpnia 2014
Nowy projekt muzyczny Fundacji "Pamiętamy" !
PREMIEROWE WYKONANIE REWELACYJNEGO PROGRAMU MUZYCZNEGO
"NAS NAUCZONO. TRZEBA ZAPOMNIEĆ"

POSŁUCHAJ WYBRANYCH UTWORÓW I PRZECZYTAJ GDZIE I KIEDY ODBĘDZIE SIĘ KONCERT.
TAM TRZEBA BYĆ !

Pamiętacie Państwo płytę „Myśmy rebelianci” zespołu „De Press”? Ja pamiętam ją bardzo dobrze, może dlatego, że byłem jej pomysłodawcą. Wiedziałem wówczas, a było to pięć lat temu, że czas najwyższy, aby teksty śpiewane przez Żołnierzy Wyklętych – Żołnierzy Niezłomnych w leśnych obozowiskach zostały rozpowszechnione w formie atrakcyjnej dla współczesnych, przede wszystkim dla ludzi młodych, czyli, przyjmijmy, dla osób poniżej 60 roku życia – wychowanych w estetyce muzycznej rocka. Uznałem, że najlepszym nośnikiem przekazu treści wyśpiewywanych swego czasu przez bohaterów walki o wolność z lat 1944-1954 będzie właśnie muzyka rockowa. Ze swoim pomysłem i zbiorem wyselekcjonowanych wspólnie z Kazimierzem Krajewskim (wybitnym znawcą tematu polskiego podziemia niepodległościowego) tekstów zgłosiłem się do Muzeum Powstania Warszawskiego, które zgodziło się zostać wydawcą płyty a jako wykonawcę piosenek wybrało grupę De Press. W mojej ocenie, był to wybór bardzo dobry. Znana i szanowana kapela punk rockowa poniosła teksty Żołnierzy Wyklętych w świat w sposób przyjemny dla ucha a, co równie ważne, także bardzo skutecznie. Wystarczy zajrzeć do Youtube i sprawdzić jaką popularnością, mierzoną liczbą zarejestrowanych „wejść”, cieszą się takie kawałki, jak „Myśmy rebelianci”, „Marsz oddziału „Zapory”, „Piosenka ludzi bez domu” czy „Patrol”.

Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że tytułowe TO – czyli program muzyczny „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” (fraza wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego „Pokolenie”) – zgodnie z moim zamysłem, znakomicie zrealizowanym przez muzyków zespołu CONTRA MUNDUM grającego ciężkiego, ale bardzo melodyjnego rocka, muzyków fantastycznych brzmieniowo i  rewelacyjnych warsztatowo, z niesamowitym charyzmatycznym wokalistą – Norbertem „Smołą” Smolińskim, jest rozwinięciem tematu podjętego przez De Press na płycie „Myśmy rebelianci”. Przeciwko światu, bo tak należy tłumaczyć nazwę kapeli, wykorzystując teksty m.in. Wyspiańskiego, Słowackiego, Norwida, Baczyńskiego i Gajcego, przeprowadzi publiczność przez istotny fragment dziejów polskiego ducha wolnościowego, opowie o ludziach, którym ojczyzna nie była dana, lecz zadana,  o  pokoleniach naszych przodków, które, poczynając od Konfederacji Barskiej a kończąc na Żołnierzach Wyklętych, stawały w obronie wolności naszej wspólnoty narodowej.


To wydarzenie muzyczne – 12 września 2014 r., godz. 20.45, Gdynia, ul. Świętego Piotra 2, Klub Ucho - będzie jedną z imprez towarzyszących VI edycji festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”, którego twórcą i organizatorem, we współpracy z Miastem Gdynia, jest znany dokumentalista Arkadiusz Gołębiewski. Gorąco zapraszam Państwa na ten koncert (wstęp wolny). A czynię tak, bo program „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” jest po prostu znakomity i koncert zapowiada rewelacyjnie!

Nie mogę i nie chcę zdradzać wszystkiego, ale wiedzcie Państwo, że CONTRA MUNDUM zagra między innymi utwór do tekstu „Zgasły dla nas nadziei promienie” Edmunda Wasilewskiego (pieśń sztyletników z Powstania Styczniowego). Zapraszam do wysłuchania wersji demo zarejestrowanej podczas prób zespołu:



Powinniście Państwo też wiedzieć, że kamieniem węgielnym programu muzycznego „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” jest refleksja profesora Henryka Elzenberga, zanotowana przez niego w sztambuchu pod datą 5 grudnia 1941 roku:
Ale przecież w głębi jakiś stosunek do zdarzeń kształtować się musi (…). Poczucie absolutnej dwutorowości dziejów – dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity.
Ta myśl nadal zachowuje aktualność.

W programie „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć”, na który składa się kilkanaście utworów skomponowanych przez zespół, reprezentanci dziejów zbrodni praktycznie się nie pojawiają, bo i po co. Dla nich pozostaje jedynie pogardliwe zapomnienie. CONTRA MUNDUM chce przypominać i nieść pamięć o tych, którzy swym życiem zapisali karty dziejów ducha. Ale jest w tym programie utwór będący rodzajem specyficznego dialogu pomiędzy jednym z przedstawicieli świata opresji a reprezentantami dziejów ducha. To utwór do tekstu Mieczysława Romanowskiego (zginął w Powstaniu Styczniowym jako partyzant oddziału Marcina Borelowskiego „Lelewela” 24 kwietnia 1863 r. w boju pod Józefowem) „Sztandary Polskie na Kremlu”. Zespół zamierza odśpiewać go razem z publicznością. Rekomenduję rozpoczęcie własnych prób od zaraz; w tym celu proszę dobrze zapoznać się z wersją demo tego utworu zarejestrowaną podczas prób CONTRA MUNDUM:



Najważniejszą ideą  programu „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” jest opowieść o ludziach, którzy znaleźli w sobie moc, aby w obronie wolności zmierzyć się z losem. Jak pisał najwybitniejszy współczesny poeta polski Zbigniew Herbert w eseju „Hamlet na granicy milczenia: los jest nieubłaganą obcą siłą, z którą ani paktować nie można, ani jej skruszyć. Bohaterowie tedy buntują się i walczą. Program „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” w wykonaniu CONTRA MUNDUM jest hołdem dla tych sprawiedliwych naszych przodków, którzy – tu znów przywołam Poetę – nie wygrażali pięściami niebu, ale dorośli do losu. Kiedy się go już dotknie rozumem i sercem, kiedy się go wewnętrznie zaakceptuje, przestaje on być gwałtem, a staje się siłą bohatera. Jakże  adekwatnie a jednocześnie dramatycznie  napisał  o tym  Krzysztof Kamil Baczyński w wierszu "Pokolenie":
Do palców przymarzły struny
Z cienkiego krzyku roślin.
Tak się dorasta do trumny,
jakeśmy w czasie dorośli
Jednymi z tych, którzy dorośli do losu, w znaczeniu, o którym pisali Baczyński i Herbert, byli żołnierze podległych  majorowi „Łupaszce” oddziałów 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK. Spośród ponad 400 partyzantów, którzy przewinęli się przez te formacje w latach 1945-1952, życie w walce komunistami oddało blisko 180 żołnierzy. Pozostała po nich, pośród tych, którym droga jest sprawa krwi przelanej za wolność naszej ojczyzny i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, dobra pamięć. Pozostała też pieśń – śpiewany na melodię „Szarej piechoty” Hymn 5 Brygady Wileńskiej mjra „Łupaszki” (spopularyzowany przez De Press w formie ballady „Wiernie iść"). Został napisany przez żołnierza 1 szwadronu o pseudonimie „Fryc” (Stanisław Łaszkiewicz; ”Fryc” dostał się do niewoli po zwycięskiej dla partyzantów walce z  komunistyczną grupą operacyjną  8 sierpnia 1945 r. pod Sikorami na Podlasiu. Był przesłuchiwany przez „Smiersz”, zaginął bez śladu). W wykonaniu CONTRA MUNDUM Hymn 5 Brygady Wileńskiej zabrzmi następująco (wersja demo, zarejestrowana podczas prób zespołu):


I już naprawdę niczego więcej na temat występu CONTRA MUNDUM nie zdradzę. No, jeszcze tylko, że o oprawę sceniczną koncertu zadba Tomasz Madejski, znakomity polski operator filmowy, autor zdjęć do takich obrazów, jak „Testosteron” czy „Pod mocnym aniołem”, twórca teledysku do utworu De Press „Myśmy rebelianci”.

Mam nadzieję, że teraz już wiecie Państwo, że koncertu CONTRA MUNDUM po prostu trzeba wysłuchać. Zagrają dla Państwa:
  • Norbert „Smoła” Smoliński – śpiew,
  • Adam „Malczas” Malczewski – gitara,
  • Tomasz Zień – organy Hammonda, pianino,
  • Michał Kamiński – gitara basowa,
  • Emil Wernicki – perkusja.



Do zobaczenia 12 września br. w Gdyni.



Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

sobota, 01 marca 2014
Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 1/2
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy - Grzegorz Makus]

KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT LOSÓW POSTACI DRUGIEGO PLANU W DRAMACIE ZWANYM HISTORIĄ, W KONTEKŚCIE DNIA PAMIĘCI ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH I ZBLIŻAJĄCEGO SIĘ UPIORNEGO RECHOTU  DZIEJÓW
           

EPOPEI  ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH OBRAZ WSPÓŁCZESNY

Hieronim Dekutowski „Zapora”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Władysław Łukasiuk „Młot”, Zdzisław Broński „Uskok”, bracia Leon i Edward Taraszkiewiczowie, z których pierwszy to „Jastrząb” drugi to „Żelazny”, Stanisław Sojczyński „Warszyc”, Kazimierz Kamieński „Huzar” czy Józef Kuraś „Ogień” to dla każdego, kto choć trochę interesuje się historią walki stoczonej z komunistami o niepodległość naszego kraju i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, nazwiska i pseudonimy doskonale znane. To elita Żołnierzy Wyklętych, Żołnierzy Niezłomnych.


Przywołane przeze mnie postacie to oczywiście tylko przykłady z długiej listy nazwisk zasłużonych dowódców oddziałów antykomunistycznego podziemia. Jednak dziś, spośród wielu tysięcy heroicznych przegranych obrońców sprawy wolności z tamtych czasów, to chyba oni właśnie są najlepiej rozpoznawalni. Na tyle dobrze, że zaryzykuję twierdzenie, iż może nawet całe pięć procent dorosłej populacji Polaków wie w jakich czasach ludzie ci żyli, z kim walczyli i za co zginęli. A przecież  jeszcze kilka lat temu z naszą zbiorową pamięcią w tym obszarze było znacznie gorzej. Przyrost świadomości i wrażliwości społecznej na epopeję żołnierzy podziemia antykomunistycznego zawdzięczamy w dużej mierze wprowadzeniu, z inicjatywy Janusza Kurtyki popartej formalnie przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i podtrzymanej przez jego następcę, Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych do kalendarza naszego życia publicznego. I oczywiście sumie wysiłków wielu środowisk i instytucji zaangażowanych w organizację obchodów tego dnia. Imponująca wręcz wielość inicjatyw społecznych, zwłaszcza działań będących owocem aktywności ludzi młodych, daje nadzieję, że przynajmniej odnośnie tego wycinka naszych dziejów najnowszych świadomość zbiorowa przekraczać będzie zwykły, nędzny, poziom, będący funkcją bylejakości systemu nauczania historii na poziomie gimnazjalnym i licealnym. Oby żywe zainteresowanie podziemiem antykomunistycznym było zjawiskiem o charakterze trwałym. Jeżeli tak się stanie, to może nawet doczekamy czasów, w których dla osób uznających, jak przykładowo aktualna wicemarszałek Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej Wanda Nowicka, że „kto za młodu nie był komunistą, ten nie będzie przyzwoitym człowiekiem”, nie znajdzie się miejsce pośród wybieranych przez nas  posłów i senatorów.

Emocje osób nieobojętnych wobec losów – jak nazwał ich Zbigniew Herbert - „Wilków”, zwłaszcza wśród ludzi młodych, poruszają spektakularne akcje i zacięte bitwy. Historia Żołnierzy Wyklętych (wszystkich, którzy chcą poznać lub przypomnieć sobie rodowód określenia „Żołnierze Wyklęci” zachęcam do lektury mojego tekstu: ŻOŁNIERZE WYKLĘCI… ALE PRZEZ KOGO? REFLEKSJE W PRZEDDZIEŃ ŚWIĘTA) obfituje w takie zdarzenia. Rozbicie więzienia w Kielcach, Radomiu, Radomsku, brawurowy atak na PUBP we Włodawie, w Puławach, walka z Sowietami w Lesie Stockim, Miodusach Pokrzywnych, Łempicach, pod Kuryłówką, Zwoleniem czy w Ostrowach Tuszowskich – to tylko kilka przykładów z  długiej listy pasjonujących epizodów epopei podziemia antykomunistycznego, pełnych dynamiki, napięcia, dramatyzmu oraz przykładów niezwykłej odwagi i ofiarności. To przez pryzmat tych i podobnych im wydarzeń postrzegamy obraz ówczesnych zmagań o wolność. Współczesne wyobrażenie o realiach tamtej walki uzupełniają, zatrzymane w kadrach fotografii, postacie „leśnych” - zwykle w pełnym umundurowaniu, często z ryngrafami na piersiach, z prezentowaną dumnie bronią. Na wielu zdjęciach Żołnierze Wyklęci uwiecznieni zostali na tle wiejskich chat, czasami w izbach.

Żołnierze oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa ppor. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” na jednej z najbardziej zaufanych kwater oddziału we wsi Lipniak (pow. Włodawa), styczeń 1946 r. Od lewej: Feliks Prucnal „Grunwald”, Józef Piasecki „Sokół” († 12 II 1946), Józef Taraszkiewicz (5-letni brat dowódcy oddziału), Henryka Kotlarska - współpracowniczka oddziału, Tadeusz Korzeniewski „Wilk”, Zdzisław Kogut „Ryś” († 24 XII 1946) (IPN).

Ale niezwykle rzadko, co z uwagi na wymogi konspiracji zupełnie zrozumiałe, można znaleźć na tych fotografiach twarze gospodarzy, twarze tych bezimiennych dla nas, a jakże odważnych ludzi, którzy z narażeniem siebie i najbliższych otwierali drzwi swoich domów przed partyzantami, karmili ich i udzielali im noclegu. Nie ma ich na tych zdjęciach i nie istnieją w rekonstruowanym dziś w pamięci zbiorowej obrazie epopei Żołnierzy Wyklętych. A przecież historia każdej wojny partyzanckiej to suma wspólnego wysiłku i ofiary, tak zbrojnych, jak i dającego im schronienie i wspierającego ich zaplecza.

MIARA RYZYKA

Żadna partyzantka nie utrzyma się nawet przez kilka tygodni w terenie, jeżeli nie ma realnego poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalnością „leśnych” – to zależność dość oczywista. Podobnie jak ta, że im bardziej okrutna jest władza, przeciwko której trwa w lasach zbrojny opór, tym większe represje spadają na ludność wspierającą walczących. Dobre wyobrażenie o realiach panujących w okresie pierwszych lat rządów partii komunistycznej dają fragmenty raportu szefa WUBP w Warszawie ppłk. Tadeusza Paszty oraz dowódcy WBW województwa warszawskiego płk. Rubinsztejna z 28 grudnia 1946 r. na temat działań władzy ludowej wymierzonych w ludność powiatu sokołowskiego na Podlasiu, podjętych u schyłku roku 1946:
"W dniach od 24-27 XII 1946 r. grupa nr 1 przeprowadziła operacje we wsiach Dzierzby, Sewerynówka, Bujały, Korczew, Józefin, Księżopole-Budki, Paczuski-Duże, Tosie Krupy, Rytele Świeckie i Garnek. Grupa nr 2 we wsiach Obryte, Pełchy i Wojtkowice-Glinne. Przepuszczono przez „filtr” ponad 250 osób, konfiskując jednocześnie inwentarz żywy u rodzin bandyckich lub udzielających pomocy bandytów. We wsi Wojtkowice-Glinne na 19 istniejących gospodarstw 14 gospodarstw okazało się bandyckich. U wszystkich 14-tu rodzin inwentaż żywy został skonfiskowany, u 5-ciu rodzin niezwiązanych z bandami - pozostawiono (…) W dniu 24 XII 1946 r.  we wsi Kamieńczyk został publicznie rozstrzelany Florczak Aleksander za systematyczne przetrzymywanie bandy „Młota” i udzielanie jej pomocy przez przeprowadzanie wywiadu na rzecz  bandy (...) ludność powiatu sokołowskiego jest bardzo przestraszona, na widok i odgłos samochodu wszyscy uciekają ze wsi (...) ludność powiatu sokołowskiego poczuła władzę państwową i zaczyna się z nią liczyć".
Tak, tak, Szanowni Czytelnicy, to nie jest obraz z okresu okupacji niemieckiej, to są realia z okresu Świąt Bożego Narodzenia  1946 r. w jednym z rejonów Podlasia.

Przypomnijmy, bo warto to uczynić dla lepszego zrozumienia jakiej odwagi wymagało niesienie pomocy Żołnierzom Wyklętym, że za niepoinformowanie władzy ludowej o napotkaniu partyzantów groziła kara do pięciu lat więzienia (z tzw. paragrafu „wiedział nie powiedział”),  za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy za okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło do dziesięciu lat więzienia, zaś za stałą współpracę z oddziałami partyzanckimi, polegającą na systematycznym udzielaniu gościny żołnierzom podziemia lub informowaniu ich o ruchach komunistycznych grup operacyjnych czy w ogóle o sytuacji w danym terenie, groziła kara śmierci bądź dożywotniego więzienia. Kary wymierzane współpracownikom Żołnierzy Wyklętych przez sądy komunistyczne poprzedzało bardzo często zniszczenie całego dobytku aresztowanych, a zawsze piekło nieludzkich przesłuchań w ubeckich katowniach.

Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (IPN)

Tym, którzy wątpią, że tak właśnie było, polecam zapoznanie się z drobnym epizodem z tamtych czasów odnotowanym przez kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, od września 1947 r. dowódcę podziemia antykomunistycznego z terenów południowej Lubelszczyzny. „Uskok” zapisał go w swych notatkach pod datą  30 maja 1948 r., prawie równo rok przed swoją śmiercią:
"Przed dom „faszystowski” zajeżdża ciężarówka z ubejcami [ubekami]. Dzieje się to w biały dzień, w małym miasteczku, wśród gęsto kręcącej się ludności. Byłoby rzeczą śmieszną pozorować rewizję za bandytami i bronią, gdyż taka rewizja miała miejsce w tym domu już kilkanaście razy, więc „kominiarze” (od rozwalania kominów) przystępują do dzieła bez ceregieli. Większość z nich jest porządnie wstawiona, nie wyłączając sprawującego komendę porucznika Gola z lubelskiego UB, notabene znanego z dawnych czasów złodzieja (…) Hołota opadła dom i wtargnęła do środka. W domu znajdowała się tylko chora gospodyni w łóżku. Reszta domowników w porę się ulotniła (…)
– Chora, stara, k…a! Ale jeszcze dziś by tańcowała za zwycięstwo faszystów. Hej, chłopcy. W kozły broń i przygotować się do rewizji! - zawarczał Gol.
Ubejcy odłożyli broń, poczęli uzbrajać się w siekiery, drągi, haki, piły itp. przybory znajdujące się pod ręką. Najpierw napadnięto na kaflowy piec, jeden z rycerzy ze słowami: „Wyłaź sku…synu z pieca!” – grzmotnął siekierą w kafle. Inni mu dopomogli i po chwili piec zdruzgotano, a mieszkanie wypełniło się tumanami kurzu i sadzy. „Okna!” – ryknął któryś. Zabrzęczały szyby, zatrzeszczały ramy i  w miejscu okien pozostały obskurne otwory, przez które kurz wydobywał się na zewnątrz. Kobieta patrzyła na to z łóżka szeroko rozwartymi z przerażenia oczami. (…) Widziała tylko, że na podłodze, z której też kilka desek wyrąbano, rośnie jakiś okropnie smutny w swoim widoku stos. Na stos ten bestialskie ręce zrzucają w stanie już zniszczonym wszystko to, co pracą tylu długich lat uciułało się i nagromadziło przy domowym ognisku. Z brzękiem padają naczynia i skorupy. Skorupy mieszają się z porwanymi fotografiami rodzinnymi i strzępami portretów jej męża i syna nieboszczyka….".
"WIATR POPIÓŁ ROZWIEJE, DESZCZ ŚLADY WYMYJE"

Poruszający jest ten opis wizyty przedstawicieli władzy ludowej w domu zamieszkałym przez rodzinę sprzyjającą podziemiu, po której z nawiedzonego przez nich domostwa nie pozostał przysłowiowy kamień na kamieniu. Z ryzykiem takich odwiedzin musiał liczyć się każdy, kto decydował się na pomoc Żołnierzom Wyklętym. Pomimo tego, dziesiątki tysięcy naszych rodaków takiego wyboru dokonało i w sposób systematyczny wspierało partyzantkę antykomunistyczną. Co najmniej kilkanaście tysięcy z nich zapłaciło za to bardzo wysoką cenę, niektórzy najwyższą.

Wieś Wąwolnica podpalona przez funkcjonariuszy UB 2 maja 1946 r. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)
Dnia 2 maja 1946 ok. godz. 13 [w odwecie za współpracę z oddziałem mjr. Mariana Bernaciaka "Orlika"] do osady Wąwolnica pow. puławskiego przybyli samochodem funkcjonariusze PUBP z Puław w liczbie 25 osób. Ludność, widząc uzbrojony tak liczny oddział, zaczęła uciekać w stronę tzw. Zarzecza. Na terenie Zarzecza funkcjonariusze UB wbiegli na podwórze Leszczyńskiego Wacława. Domownicy zostali spędzeni do mieszkania z zakazem opuszczania go. Zamknięci słyszeli strzelaninę, wybuchy granatów. Po chwili wyskoczyli przez okno z płonącego domu. Okoliczni mieszkańcy spieszący do pożaru nie zostali dopuszczeni do akcji ratowniczej. Wśród funkcjonariuszy UB rozpoznano por. Stefaniaka i ppor. Wargockiego z Puław. Po pewnym czasie cały oddział wycofał się z miasteczka bez żadnych przeszkód ze strony mieszkańców tej wsi. Ok. godz. 15 tego samego dnia do Wąwolnicy przybyli ponownie funkcjonariusze UB i rozbiegłszy się po miasteczku palili zabudowania bądź to przy pomocy pocisków zapalających, bądź też przy pomocy granatów, albo też używając do podpalenia zapałek. Pastwą płomieni padło: 101 domów mieszkalnych, 106 stodół, 121 obór, 120 chlewów i innych budynków, 255 świń, 2 krowy, 5 kóz, 145 kur i 60 królików. Straty te według szacunku mieszkańców wynoszą 70 364 800 zł. Ponadto spaleniu uległy 2 osoby, a szereg innych odniosło ciężkie lub lżejsze oparzenia. Jedna osoba zmarła wskutek udaru serca, a jedna wskutek wstrząsu nerwowego dostała pomieszania zmysłów.
Załącznik nr 6 do protokołu z posiedzenia
Komisji Administracji i Bezpieczeństwa KRN
z dnia 24.05.1946 r.


Pogorzelcy i ich niewielki dobytek, jaki udało się im uratować z płonącej Wąwolnicy. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)

Rozpacz ocalałej z pożogi mieszkanki Wąwolnicy (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)

Niezależne jak potoczyły się ich indywidualne dzieje, dostrzegam wspólną, wyrazistą cechę ich doli czy raczej niedoli. Z tych cichych bohaterów ówcześnie stoczonej i przegranej walki o wolność żaden nie znalazł należnego miejsca w naszej pamięci społecznej, a dokładnie nie znalazł w niej go w ogóle. A przecież bez nich historii Żołnierzy Wyklętych po prostu by nie było. Pewnie to normalne, że ci ludzie tak całkowicie bezgłośnie zginęli w otchłani czasu przeszłego dokonanego, pewnie nie można mieć o to do nikogo pretensji. Pamięć zbiorowa jest przecież tylko malutką wysepką na ogromnym oceanie zbiorowego zapomnienia. Nie ma na niej miejsca dla aktorów drugiego planu zdarzeń przeszłych, mimo że przecież bez nich nie byłoby głównych scen dramatu. Wobec nich znacznie szybciej i intensywnej, niż w stosunku do postaci wiodących dla danego wycinka dziejów, zachodzi proces, którego istotę dobrze oddaje fraza „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje”. Tak było, jest i zapewne zawsze będzie, nie tylko pod naszym niebem.

Jako dobry przykład wspomnianego procesu, w którym zakodowany jest zresztą drobny wycinek smutnej paralelności pomiędzy Powstaniem Styczniowym a epopeją Żołnierzy Wyklętych (więcej na ten temat w tekście: KRÓTKA REFLEKSJA O PARALELNOŚCI NA MARGINESIE TEKSTU PROF. NOWAKA O POWSTANIU STYCZNIOWYM, CZYLI RZECZ O DWÓCH „UZIEMIONYCH” POLITRUKACH I TYLU TEŻ DZIELNYCH KOWALACH), można przywołać wątek dotyczący pierwszej z wymienionych wyżej batalii o wolność. Spośród tych naszych rodaków, którzy mają wiedzę, że elementem dziejów naszego skrawka ziemi jest insurekcja styczniowa, pewnie wszyscy kojarzą postać księdza Stanisława Brzóski – dowódcy oddziału powstańczego na Podlasiu, aż do kwietnia 1865 r. wymykającego się ścigającym go Moskalom. Niektórzy z tego grona są również świadomi tego, że ksiądz Brzóska został pojmany i stracony ze swym adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim. Kto jednak, poza prawdziwymi znawcami tematu, wie pod czyim dachem ukrywali się ci dwaj powstańcy w ostatnim okresie przed aresztowaniem i jakie były losy człowieka, który był aż tak odważny, że dawał im schronienie? A dodajmy, że czynił tak mimo, że już dobrze od ponad roku wiadomo było, że powstanie zakończyło się klęską, że marzenia o niepodległości Ojczyzny nie ziszczą się szybko, wreszcie, że w razie wpadki przyjdzie mu drogo zapłacić za pomoc okazywaną dowódcy szajki (Rosjanie, polując na szajkę księdza Brzóski, ogłosili, że osoby ukrywające bandytów będą sądzone według prawa wojennego przez sądy polowe a ich domy zostaną zniszczone). Wiedza, jak brzmi nazwisko tego człowieka, jest udziałem wyłącznie garstki ludzi i nie ma znaczenia dla pamięci zbiorowej. Niemniej skoro już wywołałem ten wątek, to aby grono osób znających ów historyczny detal powiększyło się o kolejne jednostki dopowiem, że był nim Ksawery Bieliński. Za pomoc niesioną księdzu Brzósce skazany został na karę śmierci, którą carski namiestnik zamienił następnie na karę osiedlenia na Syberii. Nie zdołał wrócić do swoich, zmarł na zesłaniu. Osierocił córkę i syna. Tego ostatniego nie było mu dane nigdy zobaczyć; w chwili gdy został aresztowany jego żona, Julianna, była w drugim miesiącu ciąży. Poświęcił wszystko co było mu drogie, niosąc pomoc ściganym przez władze zaborcze uczestnikom przegranej batalii o świętą sprawę wolności. I stosunkowo szybko zniknął w mrokach wspólnotowej niepamięci. W tym miejscu jego dzieje są całkowicie zbieżne z losem kilkorga ludzi, o których chciałbym w dalszej części niniejszego szkicu cokolwiek powiedzieć. Zadanie to nie jest łatwe, bo nie wiem o nich wiele. W zasadzie jedynie to, że w czasach dla wolności najtrudniejszych dali z siebie wszystko i że zapłacili za to strasznie wysoką cenę. I jeszcze to, że jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni. Oto krótkie streszczenie  ich  losów.

ZARZYCCY

Władysław i Stefania Zarzyccy gospodarowali na ponad jedenastu hektarach ziemi, na kolonii Łuszczów, położonej niecałe 30 km na zachód od Łęcznej. Mieli trójkę dzieci. W początkach wiosny 1949 r. oczekiwali narodzin czwartego potomka, rozwiązanie miało nastąpić za kilka tygodni. Jak zdecydowana większość naszych przodków, byli przeciwnikami komunizmu, a „leśnych” uważali za swoich. Wielokrotnie gościli w swoim domu partyzantów walczących pod komendą kpt. „Uskoka”.
Ludzie nad wyraz poczciwi, uczciwi – oto najogólniejsza charakterystyka rodziny pp. Zarzyckich – tak wspomniał ich w swoich zapiskach „Uskok”.
Pierwszym ogniwem łańcucha zdarzeń, które doprowadziły do tragedii tej rodziny był donos złożony przez członka PPR i współpracownika UB Franciszka Drygałę. Za jego przyczyną w dniu 31 marca 1949 r. funkcjonariusze UB pojmali dwóch członków podległego „Uskokowi” patrolu Walentego Waśkowicza „Strzały”. Katowanie zatrzymanych partyzantów zaczęło się natychmiast i od razu też dało efekty. W wyniku pozyskanych w ten sposób informacji komuniści dzień później zastrzelili „Strzałę”. Ustalili także miejsce i orientacyjny czas umówionego spotkania dowódców partyzantki z południowej Lubelszczyzny – „Uskoka”, „Strzały”, Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, Stanisława Kuchciewicza „Wiktora” i Józefa Franczaka „Lalka”. Tym miejscem był właśnie dom państwa Zarzyckich.

Kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, ppor. Stanisław Kuchciewicz „Wiktor” (IPN)

Na podstawie zapisków pozostawionych przez „Uskoka” a także w oparciu o raporty wytworzone przez funkcjonariuszy sił komunistycznych możemy odtworzyć przebieg zdarzeń w zabudowaniach Zarzyckich. „Uskok” zanotował:
"Nocą z 2 na 3 kwietnia [1949 r.] zaszliśmy tam [do domu pp. Zarzyckich] z „Wiktorem” i „Żelaznym”. „Lalusia” jeszcze nie było (…) Po omacku, aby nie pokazywać światła o tak późnej porze, ulokowaliśmy się, jak komu przypadło i czekamy. Na zewnątrz nie ubezpieczaliśmy się , aby nie drażnić psów. W domu oprócz nas  znajdowała się pani Zarzycka i dwoje dzieci w szkolnym wieku. Mąż z kilkuletnią córeczką spał w obok położonym budynku inwentarskim, w którym urządzone było  mieszkanko. O naszym przybyciu Zarzycki został powiadomiony, aby na wszelki wypadek zawczasu wiedział, jakich gości ma u siebie. Oczekiwanie trwało ponad cztery godziny. Aby nie zasnąć, gawędziliśmy z panią Zarzycką, która też – jak mówiła- wybiła się ze snu. Przez okna zaglądała noc pogodna i rozgwieżdżona, choć bezksiężycowa. Psy szczekały od czasu do czasu i za każdym razem nasłuchiwaliśmy, czy nie nadchodzą oczekiwani [„Lalek” i „Strzała”], ale cisza panowała dalej, nikt w umówiony sposób nie stukał w okna."
Gdy partyzanci tak sobie gawędzili z gospodynią, za oknami czaiło się śmiertelne niebezpieczeństwo, które materializowała przybyła z Lublina grupa operacyjna UB-KBW-MO. Pełną i bolesną świadomość sytuacji, w dosłownym znaczeniu tego określenia, miał już wtedy Władysław Zarzycki. Z budynku, w którym nocował został wywabiony przez jednego ze schwytanych kilka dni wcześniej  partyzantów z patrolu „Strzały”, któremu towarzyszyli dwaj udający „leśnych” funkcjonariusze UB. Zarzycki był nieco zdezorientowany sytuacją, bo o ile partyzanta znał i kilka razy gościł pod swym dachem, to dwóch pozostałych widział pierwszy raz w życiu. Zapewne dlatego na zadane mu pytanie: czy jest kapitan (?), czyli „Uskok”, odpowiedział ostrożnie, że tego nie wie, zaś jeżeli jest, to w budynku mieszkalnym. Zachował czujność - wszak, jak wynika z notatek „Uskoka”, dobrze wiedział, że partyzancki dowódca  przebywa w jego domu. W chwilę potem przekonał się, że ma do czynienia z siłami reżimu, zobaczył bowiem sylwetki kilku żołnierzy KBW, wysłanych w ślad za udającymi partyzantów funkcjonariuszami UB. Zaraz też odprowadzony został na skraj nieodległego od jego zabudowań lasu, gdzie znajdowało się stanowisko dowództwa obławy. Był okrutnie bity, pomimo tego nie potwierdził, że partyzanci są w jego domu. Swoją postawą dał im cień szansy na wyrwanie się z matni. Gdyby wtedy przyznał, że „Uskok” jest w jego mieszkaniu, dowództwo obławy zamknęłoby szczelny pierścień okrążenia wokół zabudowań, wstrzymałoby się  z działaniami zaczepnymi do rana,  ściągając w tym czasie na miejsce duże posiłki, i epopeja partyzancka „Uskoka”, „Żelaznego” oraz „Wiktora” skończyłaby się ich śmiercią albo aresztowaniem w obrębie zabudowań Zarzyckich. Ale Władysław Zarzycki tego nie zrobił, mimo że przecież musiał mieć świadomość, że takim zachowaniem pogarsza, już i tak dostatecznie dramatyczne, położenie swoje i osób mu najbliższych; przypomnijmy: żony będącej w ostatnich tygodniach ciąży i trójki małoletnich dzieci. Dzięki jego postawie, dowództwo obławy nadal nie miało pewności czy partyzanci są w zabudowaniach.

Ppor. Edward Taraszkiewicz "Żelazny", Zdzisław Kogut "Ryś". Zima 1946 r. (IPN)

Do świtu pozostawało wówczas około godziny. Wtedy postanowiono wysłać pięciu milicjantów, aby zajęli stanowiska w bezpośredniej bliskości domu mieszkalnego Zarzyckich, w miejscach niewidocznych z okien czy drzwi budynku. Podczas podchodzenia do zabudowań zostali zauważeni przez partyzantów. Nie wiedząc o tym dwóch milicjantów podjęło próbę wejścia do mieszkania, zaraz też zostali śmiertelnie ranni od kul wystrzelonych przez „Uskoka” i „Wiktora”. Chwilę potem partyzanci rzucili na podwórze kilka granatów, pod ich osłoną  wybiegli z zabudowań i przez ogród ruszyli w stronę lasu. Następnie, przy dość biernej postawie żołnierzy KBW, przedarli się przez linię obławy i zniknęli w zbawiennym lesie. Tam byli bezpieczni. Zanim wybiegli z domu  Zarzyckich „Uskok”, jak zapisał w swych notatkach, usłyszał jeszcze od Stefanii Zarzyckiej: „Nie dacie rady? Może na strych? O Boże! Ratujcie się!”.

Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 2/2>
Strona główna>
Prawa autorskie>
Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 2/2
Dalej los Zarzyckich potoczył się tak, jak potoczyć się musiał. Właściwie to był on przesądzony już w chwili, kiedy Franciszek Drygała składał swój donos. Kominiarze z UB doszczętnie zdemolowali wnętrza zabudowań państwa Zarzyckich, a znajdującą się w nich żywność, zapasy mąki i ziarna zalali naftą. Stefanię i Władysława Zarzyckich oczywiście aresztowano i osadzono na Zamku w Lublinie.

Dawne więzienie NKWD–MBP w Lublinie - Zamek Lubelski.

W zniszczonym mieszkaniu pozostawiono na pastwę losu trójkę ich dzieci: dwie dziewczynki, Marysię i Zosię, w wieku odpowiednio 9 i 12 lat, i 11-letniego Henia. Przez kilka miesięcy cała ta trójka koczowała w ruinach rodzinnych zabudowań. Najpierw w pomieszczeniu nad chlewem, bo tam było nieco cieplej niż w zdemolowanym mieszkaniu, a później w jamie wygrzebanej w stercie słomy. Żywność potajemnie dostarczało im kilka osób z sąsiedztwa. Dopiero w październiku 1949 r. najstarsza córka Zarzyckich została umieszczona w szkole ogrodniczej w nieodległych Kijanach, zaś dwójka młodszych dzieci trafiła do domu dziecka. Ich siostrzyczka, Magdalena, urodzona już na Zamku w Lublinie, podzieliła los siostry i brata – także znalazła się w domu dziecka. Matki nigdy nie poznała. Dla komunistów nie miało bowiem żadnego znaczenia, bo i dlaczego miałoby dla nich mieć jakiekolwiek, że Stefania Zarzycka ma troje małych dzieci i że jest w zaawansowanej ciąży. Jeżeli brali pod uwagę te okoliczności, to tylko w tym kontekście, że mieli lepsze możliwości nacisku, tak na samą panią Stefanię, jak i na jej męża. Państwo Zarzyccy zostali poddani ciężkiemu śledztwu, połączonemu z torturami. Jak wspominała osadzona wówczas na Zamku w Lublinie, a pracująca w więziennym szpitalu kobieta, pochodząca z jednej z miejscowości sąsiadujących z Łuszczowem, Stefania Zarzycka była cała sina od pobicia. Znalazła w sobie jeszcze tyle sił, że dała życie swojemu czwartemu dziecku. Zmarła w więziennym szpitalu tuż po porodzie w dniu 29 maja 1949 r. Jej mąż po wyjściu z więzienia tak wspomniał, co komuniści wyprawiali z jego żoną  i z nim; relacja ta jest znana z przekazu jednej z jego córek:
"Ojca i matkę umieszczono w dwóch sąsiednich celach przedzielonych cienką ścianką. Jeden z ubeków wszedł do celi ojca i zapytał: - Słyszałeś jak drze się z bólu twoja baba? Nie? To zaraz usłyszysz. Po chwili z sąsiedniej celi rozlegał się przeraźliwy krzyk torturowanej, ciężarnej matki. Trwało to jakiś czas. Potem drzwi się otwierały, wchodziło kilku i mówiło do ojca: - A teraz ona usłyszy, jak ty wyjesz! - I rozpoczynało się bezlitosne bicie i kopanie".
Inaczej niż jego żonie, Władysławowi Zarzyckiemu dane było przeżyć piekło śledztwa. Sąd komunistyczny skazał go na 15 lat więzienia i orzekł konfiskatę całego majątku. W 1955 r. Zarzycki opuścił więzienne mury, wtedy też odzyskał dzieci. Po wyjściu z więzienia zamieszkał w Starachowicach, gdzie pracował w kopalni jako pomocnik górnika. Zmarł w 1963 r.

Swoim heroicznym uporem, jaki wykazał przez te kilkanaście minut na około godzinę przed świtem 3 kwietnia 1949 r., gdy katowany przez komunistów nie potwierdził, że kpt. „Uskok” przebywa w jego zabudowaniach, nie odmienił losu tych, których zdołał wówczas ochronić. „Uskok” zginął w niecałe dwa miesiące później. Nie zdążył ustalić kto złożył donos, który spowodował  śmierć „Strzały” i tragedię rodziny Zarzyckich. Dodajmy, że uczynili to jego podkomendni, „Wiktor” i „Lalek”. "Podziękowanie" nastąpiło 25 sierpnia 1951 r. – konfident został zastrzelony, a jego zabudowania spalone. „Wiktor” zginął 9 lutego 1953 r. Trzeci z partyzantów ocalonych dzięki Władysławowi Zarzyckiemu w ów kwietniowy dzień 1949 r., Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, poległ  w walce 6 października 1951 r.

WNIOSKI ODZNACZENIOWE  JAKO AKTY OSKARŻENIA

Z historią grupy „Żelaznego” związane są postacie Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi. Ich losy są kolejnymi smutnymi symbolami dziejów tej zapomnianej przez nas zbiorowości, której na imię „współpracownicy Żołnierzy Wyklętych”.

Roman Dobrowolski „Ostrożny”, współpracownik oddziału „Żelaznego”, aresztowany 7 X 1951 r., skazany na śmierć i 3 XII 1951 r. zamordowany na Zamku w Lublinie (IPN).

Odnośnie Romana Dobrowolskiego, wszystko to co istotne dla tego tekstu zawarte jest w zaświadczeniu, jakie wystawił Józef Domański „Znicz”, żołnierz oddziału Józefa Struga „Ordona”, a od jesieni 1949 r. podkomendny „Żelaznego”. Wspomniany dokument powstał 2 kwietnia 1951 r., na pół roku przed tragedią całej trójki: ”Żelaznego”, „Znicza” i Romana Dobrowolskiego. Oto jego treść:
"Niniejszym zaświadczam, że Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” urodzony 10 II 1906 roku, imię matki Jadwiga, imię ojca Stanisław, zamieszkały w Urszulinie, powiatu Włodawskiego, z chwilą okupacji sowieckiej z pełnym poświęceniem dla sprawy Polski Podziemnej, udzielał zawsze pomocy dla członków podziemia oraz oddziałów zbrojnych. Dom jego służył często za kwaterę oddziału ś.p. „Ordona”, oraz punkt opatrunkowy dla rannych członków oddziału. W chwilach najbardziej krytycznych, gdy U.B. przeprowadzało akcje na oddziały podziemne, Dobrowolski Roman z narażeniem swego życia oraz całej rodziny, robił u siebie kryjówki, by ratować żołnierzy podziemia. W roku 1947-48, gdy fala terroru reżimowego wzrosła do najwyższego stopnia, i gdy wielu członków oddziałów zbrojnych poległo (mogę powiedzieć, że zostały tylko jednostki), Dobrowolski Roman i tym razem nie zawahał się i nie odmówił pomocy dla członków oddziałów podziemnych. W roku 1948 w jesieni gdy naprawdę straciłem nadzieję, czy zdołam przetrwać zimę, która się zbliżała, (tym bardziej, ponieważ byłem rannym w lecie tegoż roku i ze zdrowiem szwankowałem jeszcze dość poważnie) Dobrowolski Roman nie odmówił mi pomocy, robiąc w swych budynkach kryjówkę, gdzie do listopada 1949 roku szczęśliwie u niego przeżyłem. W listopadzie tegoż roku spotkałem się z kolegą „Żelaznym”. Kol. „Żelazny” także doznał od Dobrowolskiego Romana wprost rodzinnego współczucia i pomocy. Większą część zimy 1950-1951 razem z kol. „Żelaznym” i kol. „Kazikiem” przeżyliśmy u Dobrowolskiego Romana, dodać jeszcze muszę, że pomoc jakiej nam udzielał była zawsze szczera i bezinteresowna. Dużo by można wyliczyć szczegółów i szlachetnego poświęcenia dla Polski Podziemnej przez tyle lat. Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” zasługuje na odznaczenie Złotym Krzyżem Zasługi".

Zaświadczenie (strona 1 i 2) wydane przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu (IPN). [kliknij w obraz aby powiększyć]

Podobnie wysoką ocenę partyzantów uzyskała Regina Ozga, także – jak Roman Dobrowolski - od lat niosąca pomoc „leśnym”. Ona również została przedstawiona do odznaczenia Złotym Krzyżem Zasługi. Zaświadczenie dla Reginy Ozgi wystawił osobiście „Żelazny”. Nosi ono datę 19 czerwca 1951 r. Czytamy w nim :
"Niniejszym zaświadcza się, że koleżanka Ozga Regina, pseudonim „Lilka” zamieszkała we wsi Jagodno gminy Wola – Wereszczyńska powiatu Włodawskiego, jest aktywnym członkiem podziemnej organizacji „WiN”. Koleżanka „Lilka” w pracy podziemnej czynna jest od czasu okupacji niemieckiej bez przerwy- do czasu obecnego. W czasie swej konspiracyjnej pracy kol „Lilka” udzielała aktywnej pomocy dla oddziałów ś.p „Ordona” i  „Jastrzębia”, pracując jako łączniczka i członek wywiadu. Oprócz tego w domu kol. ”Lilki” był swego czasu szpital polowy oddziału „Ordona” gdzie kol. „Lilka” pracowała jako sanitariuszka. Dla mej grupy w czasie obecnym kol. „Lilka” oddała niezmiernie ważne usługi i to w czasie kulminacyjnego terroru ze strony U.B. i kompartji. Gdyby mi sądzonem było przetrwać do wyzwolenia Polski, przedstawię koleżankę „Lilkę”  do odznaczenia „Złotym Krzyżem Zasługi” za Jej poświęcenie osobiste i ofiarną pracę dla dobra Polski Podziemnej".

Regina Ozga „Lilka”, łączniczka grupy „Żelaznego”, aresztowana 6 X 1951 r., skazana na karę śmierci, zamienioną na dożywotnie więzienie. Zdjęcie sygnalityczne wykonane przez UB (IPN).

Tyle że „Żelaznemu” nie było dane doczekać wolnej Polski. A kiedy wnioski te sporządzono, nie było już w podziemiu nikogo, kto byłby władny je rozpoznać – były pisane z nadzieją na lepsze czasy. Przejęte przez komunistów, przeleżały dziesiątki lat w archiwach bezpieki. Miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Dziś są pierwszorzędnym, choć raczej mało kogo obchodzącym, świadectwem bohaterstwa osób w nich opisanych. W każdym razie Regina Ozga ani Roman Dobrowolski nie otrzymali Złotych Krzyży Zasługi, choć po stokroć na nie zasłużyli. Ich oddanie dla idei wolności Ojczyzny zostało natomiast odpowiednio docenione przez komunistów.

Legitymacja (awers i rewers) członka Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” wydana przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu "Ostrożnemu" w dniu 2 IV 1951 r. (IPN)

Los obojga został wyznaczony przez koniec grupy „Żelaznego”, który nastąpił 6 października 1951 r. Ostatnia walka tej czteroosobowej wówczas grupy - pełna dynamiki, zwrotów akcji, brawury i zimnej krwi wykazanej przez „Żelaznego” ale i, niestety, również przez jednego z jego przeciwników - zakończyła się śmiercią dowódcy, jego podkomendnego oraz aresztowaniem dwóch pozostałych partyzantów (wszystkich zainteresowanych poznaniem lub przypomnieniem sobie szczegółów tego boju zachęcam do lektury znakomitego tekstu autorstwa Grzegorza Makusa - OSTATNIA WALKA PPOR. "ŻELAZNEGO"). Od kul funkcjonariuszy UB i KBW zginęli również gospodarze, u których „leśni” kwaterowali – Natalia i Teodor Kaszczukowie, przy czym Natalia Kaszczuk zmarła z upływu krwi, bo jako meliniarce bandy nie udzielono jej pomocy.
Jednym z dwóch pojmanych wówczas partyzantów „Żelaznego” był „Znicz”, ten sam, który pół roku wcześniej wystawił zaświadczenie opisujące oddanie Romana Dobrowolskiego dla sprawy wolności. Nie wytrzymał bicia i szybko wyjawił UB najważniejszych współpracowników oddziału. Na czele tej listy znajdowali się Roman Dobrowolski i Regina Ozga.

Zdjęcia wykonane przez bandytów z UB 6 października 1951 r. na  dziedzińcu PUBP we Włodawie. Leżą zabici: Kazimierz Torbicz "Kazik" (z lewej) i Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (z prawej). W środku siedzi Stanisław Marciniak "Niewinny", skazany na karę śmierci, zamordowany wraz z Józefem Domańskim "Łukaszem" 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie (IPN).


Hołota, o której pisał „Uskok”, odmalowując w swych notatkach wizytę funkcjonariuszy UB w jednym z faszystowskich domów gdzieś pod Lublinem, zjawiła się w zabudowaniach Romana Dobrowolskiego i jego siostry Janiny ps. "Joanna" (wspólnie prowadzili gospodarstwo i razem nieśli pomoc partyzantom) o świcie 7 października 1951 r. Na miejscu znalazła kompletne archiwum oddziału „Żelaznego”, w tym przywołane w niniejszym tekście wnioski awansowe, które z chwilą przejęcia ich przez UB, zaczęły pełnić funkcję gotowych aktów oskarżenia. Dzień wcześniej, 6 października 1951 r., aresztowana została Regina Ozga. Dodajmy, dla ścisłości opisu, choć to dla tematu niniejszego tekstu rzecz drugorzędna, że jej aresztowanie nie było wynikiem informacji pozyskanych przez UB od „Znicza”. Nastąpiło wcześniej i zostało spowodowane przez agenta, za przyczyną którego komunistom udało się ustalić miejsce pobytu partyzantów.

Janina Dobrowolska "Joanna" i jej brat Roman Dobrowolski "Ostrożny" z matką (IPN).

CENA  I  ŚWIADECTWO

Roman Dobrowolski został skazany na karę śmierci i zamordowany 3 grudnia 1951 r. na Zamku w Lublinie  (jego siostra Janina, otrzymała karę 12 lat więzienia; więzienne mury opuściła 30 kwietnia 1956 r.). Majątek rodzeństwa Dobrowolskich skonfiskowano. Miejsce pogrzebania doczesnych szczątków Romana Dobrowolskiego pozostaje nieznane. Regina Ozga usłyszała ten sam wyrok co Roman Dobrowolski - karę śmierci.

Legitymacja Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” Reginy Ozgi „Lilki”, wydana w kwietniu 1951 r. przez Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” (IPN).

Podczas rozprawy przed sądem komunistycznym oświadczyła: "byłam i jestem wrogiem Polski Ludowej". Trudno, zważywszy na okoliczności w jakich wypowiedziała te słowa, o piękniejsze i większe świadectwo hartu ducha i wiary w sprawę wolności. Powiedziała też: "wobec Boga i Ojczyzny i ludzi mam czyste sumienie, bo nikomu nic złego nie zrobiłam". Ta jej postawa została przywołana przez sąd komunistyczny w opinii na temat ewentualnego ułaskawienia skazanej; opinii oczywiście negatywnej. Orzeczona wobec niej kara śmierci została decyzją Bieruta zamieniona na dożywocie, a po pewnym czasie, w wyniku amnestii, zmniejszona do 15 lat więzienia. Jej rodzice, Zygmunt i Maria Ozgowie, byli sądzeni w oddzielnym procesie. Skazano ich na 15 lat więzienia. Majątek rodziny Ozgów skonfiskowano. Regina Ozga opuściła mury więzienia 26 lutego 1958 r. Zmarła 1 lipca 1994 r. w Pile.

Opinia składu sądzącego Reginę Ozgę „Lilkę” (strona 1 i 2), świadcząca o jej wyjątkowo godnej postawie w obliczu zasądzonej kary śmierci w dn. 14 VIII 1952 r. (IPN). [kliknij w obraz aby powiększyć]

REFLEKSJE FUNERALNE NA MARGINESIE PEWNEJ PRZEMOWY

Nie łudźmy się, dla poprawy nastroju, że w wolnej Polsce Regina Ozga doczekała się  jakichkolwiek wyrazów oficjalnego uznania za swoją ofiarę dla sprawy wolności. Jestem przekonany, że także na jej pogrzebie nie zaistniał jakikolwiek oficjalny akcent. Umarła zbyt wcześnie. O epopei Żołnierzy Wyklętych dopiero zaczynało się wtedy mówić. 

Niecałe dziesięć lat wcześniej, w październiku 1984 r., miała miejsce pewna uroczystość. Sądzę, że w kontekście tego tekstu należy ją przypomnieć. Przy pracy nad nim odtworzyłem sobie zapisane na taśmie filmowej fragmenty wspomnianej ceremonii. Oto jej oprawa i najważniejsze momenty: uroczystość odbywa się w niewielkiej auli. Na jednej ze ścian rozciągnięta jest czerwona kotara. Na kotarze, z prawej strony, zawieszony jest artystycznie wykonany napis "40 lat SB i MO". Prawa strona kotary służy jako tło dla tablicy, na której czytamy: "funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej Zawsze wierni socjalistycznej ojczyźnie".


Aula wypełniona jest gośćmi, wielu z nich przybyło w strojach mundurowych, niektórzy mają piersi udekorowane szeregiem orderów. Do zebranych przemawia przyszły pierwszy prezydent III Rzeczypospolitej Polskiej, wtedy jeszcze pierwszy sekretarz partii tow. Wojciech Jaruzelski. Od objęcia funkcji prezydenta dzieli go niecałe pięć lat.


Słowa, które wówczas padły z ust pana prezydenta in spe wydają mi się stosunkowo ważne i warte przypomnienia:
"Szanowne towarzyszki, szanowni towarzysze, drodzy moi,
chciałem złożyć serdeczne gratulacje, wam, czołowemu, kierowniczemu aktywowi resortu a za waszym pośrednictwem wszystkim funkcjonariuszom i żołnierzom najgorętsze gratulacje i życzenia w związku z czterdziestoletnim jubileuszem. Czterdzieści lat to przecież w historii odcinek nie tak długi, ale w życiu naszego narodu to cała epoka (…) W tej walce byliście zawsze i jesteście na pierwszej linii. Brzmi to na pozór banalnie, ale przecież ta pierwsza linia oznacza, że od narodzin Polski ludowej funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, milicjanci, wszyscy służący pod waszym znakiem musieli toczyć dzień po dniu ostrą walkę klasową. Ja szczycę się tym, że miałem możność i mam możność pracować i służyć razem z wami, na tej właśnie pierwszej linii (…) Na zakończenie złożę wam najserdeczniejsze również życzenia, aby wasza trudna służba przynosiła coraz większe owoce, by wróg został ostatecznie zepchnięty do defensywy i wyrzucony za burtę. Byśmy szli dalej z podniesioną głową w nowe, lepsze jutro socjalizmu".

Wędrówką życie jest człowieka. Prawda ta, wyrażona strofą piosenki, oznacza też, że dla każdego przychodzi wędrówki kres. Nikt z nas nie zna dnia ani godziny, nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało. Możemy tylko z pewnym prawdopodobieństwem zakładać, że niektórzy, na przykład z racji wieku, mają bliżej do końca swej ziemskiej wędrówki niż inni. Powyższe pozwala przypuszczać, że w stosunkowo nieodległym czasie przyjdzie po pierwszego prezydenta III Rzeczypospolitej Polskiej „zegarmistrz światła purpurowy”. Taka jest kolej rzeczy, po prostu. I tylko wizja obrazów z jego pogrzebu z asystą Kompanii Honorowej Wojska Polskiego, z udziałem najwyższych władz państwowych - z Prezydentem Rzeczypospolitej na czele, z odegraniem hymnu państwowego, z orderami ułożonymi na lawecie z trumną, z biciem werbli i salwą honorową jawi mi się tak niesamowitym i upiornym rechotem historii, że aż…


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS (i) fragmenty notatek kpt. „Uskoka” przywołałem za publikacją: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (ii) „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje” – fragment tekstu Jacka Kaczmarskiego, „Kataryniarz”; (iii) faktografię dotyczącą  Ksawerego Bielińskiego zaczerpnąłem z artykułu mec. Bogusława Niemirki, „Powstańcy styczniowi regionu sokołowskiego w świetle spisów represjonowanych”; publ: Sokołowski Rocznik Historyczny (nr 1/2013); (iv) fragment „jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Raport z oblężonego miasta”; (v) losy rodziny Zarzyckich były tematem kilku artykułów, m.in.: Grzegorz Makus, Tragedia rodziny Zarzyckich, publ: „Gazeta Polska"; relacja córki Władysława Zarzyckiego oddająca jego wspomnienia z okresu śledztwa została przywołana za książką Henryka Pająka, „Uskok” kontra UB, Lublin 1992 r.; (vi) najpełniejszy opis działań grupy operacyjnej przeprowadzającej w kolonii Łuszczów operację przeciwko kpt. „Uskokowi” przedstawiony został w sporządzonym 13 kwietnia 1949 r. raporcie p.o. naczelnika Wydziału ds. Funkcjonariuszy MBP płk. Jerzego Siedleckiego do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza; publ: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (vii) treść wniosków odznaczeniowych dot. Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi podałem za: Grzegorz Makus, "Bracia Wyklęci". Działalność oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" w latach 1945–1951 (Zarys monograficzny), praca niepublikowana; (viii) fragmenty uroczystości z okazji 40-lecia MO i SB z udziałem Wojciecha Jaruzelskiego zostały przypomniane w filmie dokumentalnym „Bezpieka. Pretorianie komunizmu”, w reż. Bogdana Łoszewskiego; (ix) „wędrówką życie jest człowieka” – tytuł i fragment tekstu Edwarda Stachury, (x) fragment  „nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Proces”; (xi) „zegarmistrz światła purpurowy” - tytuł piosenki Tadeusza Woźniaka.

Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 1/2>
Strona główna>
Prawa autorskie>
poniedziałek, 06 stycznia 2014
O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 1/2
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć - autor strony]

O SIOSTRZE ZAKONNEJ, FILMIE PEERELOWSKIM Z PLEJADĄ GWIAZD, LUDZIACH BEZ GROBÓW I DWUTOROWOŚCI DZIEJÓW, CZYLI KRÓTKA REFLEKSJA WOKÓŁ POMNIKA W  RADOMSKU

SIOSTRA

„Po nocach śni się brat, który zginął, któremu oczy żywcem wykłuto, któremu kości kijem złamano” – napisał w wierszu „Pokolenie” Krzysztof Kamil Baczyński. Ciężar i siłę tej poetyckiej frazy zrozumiałem z całą mocą podczas uroczystości odsłonięcia pomnika poświęconego ponad dwustu trzydziestu żołnierzom Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległym i pomordowanym w walce z komunistami w latach 1945 – 1955.


Odsłonięty 26 września 2010 r. w Radomsku pomnik poświęcony pamięci żołnierzy i współpracowników Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem.

Ceremonia ta odbyła się w Radomsku we wrześniu 2010 r. Miałem zaszczyt uroczystość tę współorganizować, w ścisłej współpracy z Prezydent Radomska Anną Milczanowską (jako warszawiak, ciężko doświadczony wolą większości głosujących w stolicy w ostatnich dwóch wyborach samorządowych, mogę tylko zazdrościć mieszkańcom Radomska gospodarza miasta), i prowadzić. Chwilę po tym, jak zapowiedziałem odczytanie apelu pamięci podeszła do mnie starsza wiekiem zakonnica. Była drobnej budowy i niewielkiego wzrostu. Miała delikatne rysy i dobrotliwą twarz. W rękach trzymała różaniec. Od razu widać było, że silnie przeżywa wydarzenia pod pomnikiem. Powiedziała do mnie: jestem siostrą rodzoną Ryszarda Nurkowskiego. Nic nie odpowiedziałem, bo i co też miałem tej kobiecie wówczas powiedzieć. Pochyliłem się jedynie w głębokim przed nią ukłonie. Staliśmy blisko siebie, gdy oficer Wojska Polskiego wzywał do apelu kolejnych poległych i pomordowanych żołnierzy KWP. Po kilku minutach ludzie zgromadzeni przy pomniku usłyszeli:
"Was wzywam!

Żołnierze piotrkowskiego batalionu KWP kryptonim „Żniwiarka”: Janie Rogulko „Grocie”, Ryszardzie Kapczyński „Szary”, Benedykcie Ratajski „Mikusiu”, Ryszardzie Chmielewski „Blondynie”, Ryszardzie Nurkowski „Mewo”, Czesławie Turlejski, Stanisławie Wersalu, Karolu Wielochu, Piotrze Proszewski „Wrono”, Józefie Koniarski, Tadeuszu Schabowski, Leopoldzie Słomczyński, którzyście z 19 na 20 kwietnia 1946 roku przynieśli wolność braciom naszym, więzionym przez komunistów w radomszczańskim więzieniu, a 12 maja 1946 roku, bestialsko pomordowani przez komunistów, swoje młode życie Bogu i Polsce w ofierze złożyli.

Stańcie do apelu!"
I na to odpowiedź pododdziału Wojska Polskiego:
"zginęli śmiercią męczeńską!"


Moja uwaga skupiona była wtedy na stojącej obok mnie zakonnicy. Gdy wyczytano nazwisko jej brata skuliła ramiona i na dłuższą chwilę przymknęła oczy. To wtedy przyszła mi na myśl przywołana na początku tego tekstu fraza wiersza Baczyńskiego. Skojarzenie chyba było adekwatne, bo przecież brata tej pani i jedenastu innych żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego komuniści zamordowali ze szczególnym okrucieństwem. Zrobili to w zemście za udział tej dwunastki w akcji opanowania Radomska, której efektem było rozbicie miejscowego więzienia i uwolnienie 70 skazańców.

Uderzenie oddziałów KWP na Radomsko miało miejsce w nocy  z 19 na 20 kwietnia 1946 r. Ryszard Nurkowski był jednym z 167 uczestników tej akcji. Został aresztowany przez UB już dwa dni później, 22 kwietnia 1946 r. 7 maja 1946 r. zasiadł wraz z szesnastoma innymi żołnierzami KWP jako oskarżony w pokazowym procesie w sali radomszczańskiego kina „Kinema”.

Ryszard Nurkowski, żołnierz KWP, uczestnik akcji na więzienie w Radomsku, skazany na śmierć i zamordowany przez komunistów w maju 1946 r.

Jeszcze nim zapadł zmierzch dwunastu żołnierzy KWP zostało skazanych na karę śmierci. Wszyscy oni zostali zamordowani w okrutny sposób przez komunistów w nocy z 12 na 13 maja 1946 r. (niektóre relacje podają, że do mordu doszło w nocy z 9 na 10 maja 1946 r.). Zwłoki ofiar  porzucono  w poniemieckim bunkrze  w lesie blisko Bąkowej Góry. Przypadkowym świadkiem tego był kilkunastoletni chłopiec z pobliskiej wsi, który powiadomił jej mieszkańców. Przybyli na miejsce ludzie wynieśli ciała z bunkra. Wezwano lekarza, zaprzysiężonego członka KWP, który dokonał  oględzin zwłok. To między innymi z jego relacji, przekazanej towarzyszom broni pomordowanych, wiadomo, że ciała nosiły ślady okrutnych okaleczeń, a kończyny i żebra ofiar były połamane. W chwili swej męczeńskiej śmierci Ryszard Nurkowski miał 20 lat. Ponad sześćdziesiąt lat później, gdy Radomsko oddawało honory swoim bohaterom, stałem obok jego rodzonej siostry. Byłem wówczas i nadal jestem przekonany, że brat śnił się jej wielokrotnie a i wtedy, przy pomniku, po raz kolejny miała go przed oczami.

Zbiorowa mogiła 12 zamordowanych przez komunistów żołnierzy KWP.

"KLINGA" I ROZSTRZELANIE SOWIETÓW

Niedawne jeszcze usytuowanie mojej kancelarii powodowało, że prawie codziennie przechodziłem przez ulicę Nowogrodzką, w miejscu jej zetknięcia z ulicą Chałubińskiego. To ścisłe centrum Warszawy. Dawno temu, w 1946 roku, na rogu Nowogrodzkiej i Chałubińskiego, na chodniku po drugiej stronie Nowogrodzkiej niż zbudowany w końcu lat 80–tych ubiegłego stulecia hotel Marriott stała budka z napojami.
31 sierpnia 1946 r. zatrzymało się przy niej dwóch mężczyzn. Chcieli ugasić pragnienie. Nie zdążyli. Jeden z nich został obezwładniony przez kilku osiłków z Informacji Wojskowej, którzy wyrośli jak spod ziemi, i zawleczony do zaparkowanego nieopodal auta. Miał przed sobą niespełna sześć miesięcy życia, choć bez wielkiej przesady można powiedzieć, że w chwili gdy wrzucono go wówczas do samochodu był już martwy. Pozostała mu tylko pełna męki „droga pod górę zwaną czaszka”; był jednym z tysięcy naszych rodaków, którym za sprawą komunistów przemierzyć przyszło tę najtrudniejszą z ludzkich dróg. Nazywał się Henryk Glapiński, nosił pseudonim „Klinga” i, w mojej ocenie, zasłużył na miano najlepszego dowódcy polowego  KWP. Towarzyszący mu wówczas mężczyzna odszedł z miejsca zdarzenia nie niepokojony. Wcale nie dlatego, że miał szczęście i umknął uwadze tych, którzy pojmali „Klingę”. Po prostu nie mieli oni żadnego powodu, aby go zatrzymać. Przeciwnie, zasłużył na ich pochwałę, gdyż w sposób perfekcyjny wykonał swoje zadanie. „Z-24”. To on zaprowadził „Klingę” na śmierć (przywiózł Glapińskiego oraz dwóch innych żołnierzy KWP do Warszawy pod pretekstem rozpoznania możliwości przerzutu za granicę). Zresztą, nie tylko „Klingę”…

Por. Henryk Glapiński "Klinga", dowódca Oddziału Partyzanckiego Służby Ochrony Społeczeństwa "Warszawa", walczącego w pow. radomszczańskim.

W ataku na Radomsko, który, wbrew dość powszechnym sądom, zakończył się tylko połowicznym sukcesem partyzantów KWP (rozbito więzienie, ale nie opanowano miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa i nie uwolniono przetrzymywanych tam ludzi), „Klinga” dowodził jednym z oddziałów biorących udział w tej operacji. Podczas odwrotu z miasta oddział „Klingi” najpierw zatrzymał wojskową ciężarówkę wiozącą mundury i zaopatrzenie dla jednostki KBW z Katowic, a chwilę potem samochód wojskowy, w którym jechało ośmiu enkawudzistów. Ich dowódca, w stopniu lejtnanta, słusznie, co do zasady, uznając, że w kwietniu 1946 r. na ziemi polskiej podbitej przez komunistów to on decyduje, co komu wolno, a co nie, i że nikt mu tu jego samochodu nie będzie zatrzymywał, starał się krzykiem zaprowadzić porządek a dla dodania sobie autorytetu sięgnął po broń. Miał pecha. Nie mógł wiedzieć, bo i skąd, że zasada jego funkcjonowania w zniewolonej Polsce doznaje właśnie wyjątku. Zapewne sądził, że ludzie, którzy mieli czelność zatrzymać samochód, w którym jechał, są jakąś miejscową komunistyczną formacją mundurową. Po prostu popełnił błąd w ocenie. Chwilę potem już nie żył, zastrzelony przez ochraniającego „Klingę” żołnierza. Pozostali enkawudziści zostali zabrani przez partyzantów.
Oddział „Klingi”, wykorzystując dwa zarekwirowane samochody, przemieścił się w rejon gajówki Borowe, położonej nieco ponad kilometr od wsi Graby (ok. 20 km na południe od Radomska), i tam zatrzymał się na odpoczynek. Sowietom nakazano (służyli w kompanii łączności) założyć linię telefoniczną łączącą wysuniętą w kierunku wsi czujkę partyzanckiego oddziału z gajówką, w której stały główne siły „Klingi”. Wkrótce zwiad oddziału przyniósł informację, że wieś Graby została zajęta przez UB i KBW. Walka z obławą była już tylko kwestią czasu. W tej sytuacji „Klinga” podjął decyzję o likwidacji siedmiu enkawudzistów. Zostali rozstrzelani przez wydzieloną w tym celu sekcję z plutonu Mariana Knopa „Własowa”.

Plut. Marian Knop "Własow", "Wicher", fotografia wykonana po aresztowaniu przez GZI WP (zamordowany przez komunistów 19 II 1947 r.)

Uderzenie sił komunistycznych na 46-osobowy wówczas  oddział „Klingi” nastąpiło 20 kwietnia 1946 r. około godziny 18.00. Grupa operacyjna atakująca partyzantów KWP liczyła około 180 ludzi i była uzbrojona m.in. w działko oraz ciężkie karabiny maszynowe. Główne siły oddziału „Klingi”, uprzedzone meldunkiem przekazanym z wykorzystaniem polowej linii telefonicznej, wytrzymały napór atakujących a następnie przeszły do kontrataku, wyrzucając grupę pościgową z lasu na otwartą przestrzeń. To był klucz do sukcesu partyzantów. W zaciętej i zwycięskiej dla KWP walce pod Grabami zginął dowodzący ścigającą oddział „Klingi” grupą operacyjną kapitan o czysto polskim nazwisku Kuzarow a także kilku innych oficerów. Łączne straty po stronie atakujących wyniosły 11 zabitych i 16 rannych; kilkunastu innych poddało się partyzantom, reszta uciekła z pola walki. Partyzanci zdobyli czternaście ciężkich karabinów maszynowych i większą liczbę broni automatycznej a także jedno działko i kilka samochodów. Po stronie oddziału „Klingi” poległ jeden żołnierz (Jerzy Karnicki „Bursztyn”). Należy podkreślić, że wszyscy ranni  i wzięci do niewoli w  tym starciu członkowie grupy operacyjnej zostali przez partyzantów „Klingi” puszczeni wolno, a dodatkowo partyzanci zwolnili na potrzeby rannych dwa spośród przejętych samochodów.

Por. Henryk Glapiński "Klinga", dowódca oddziału partyzanckiego SOS "Warszawa". W czasie odwrotu po ataku na Radomsko dowodzony przez niego oddział stoczył 20 kwietnia 1946 r. zwycięską walkę z żołnierzami 6. pp WP, po której część z nich przeszła na stronę KWP.

Niemniej wydarzenia pod Grabami posłużyły komunistom do celów propagandowych. Podczas procesu I Komendy Głównej KWP reżimowa prasa mocno eksponowała fakt rozstrzelania siedmiu Sowietów, oczywiście nie wspominając, że służyli w NKWD. Pośród sądzonych wówczas byli m.in. twórca i dowódca KWP Stanisław Sojczyński „Warszyc”, Henryk Glapiński „Klinga” i Marian Knop „Własow” (cała ta trójka wraz z trzema innymi skazanymi w tym procesie na karę śmierci została zamordowana przez komunistów 19 lutego 1947 r.; miejsce pogrzebania Ich ciał pozostaje nieznane).

Proces "Warszyca" i jego 11 podkomendnych przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi, w dniach 9-14 grudnia 1946 r. Na zdjęciu: Kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc" (na pierwszym planie), por. Ksawery Błasiak "Albert" (drugi z prawej), por. Czesław Kijak "Romaszewski" (pierwszy z prawej), sierż. Marian Knop "Własow" (pierwszy z lewej), Albin Ciesielski "Montwiłł" (drugi z lewej).

„Warszyc”, jak można sądzić powodowany troską o właściwy obraz KWP w opinii publicznej, mimo że ona (jeżeli pod pojęciem opinii publicznej rozumieć niezależne od władzy podmioty przekazujące wiadomości do masowego odbiorcy) w tamtych czasach nie istniała, potępił „Klingę” za wydanie rozkazu likwidacji Sowietów. „Klinga” twierdził zaś, że działał pod wpływem zamroczenia alkoholowego i niewiele pamięta, co zresztą pozwoliło mu zasłaniać się niepamięcią także odnośnie tego, kto jego rozkaz wykonał.

Czemu o tym wspominam? Dlatego, że niektórzy współcześni mędrcy, przywołując wyjaśnienia „Warszyca” i „Klingi” złożone przez przed sądem komunistycznym i snując na ich podstawie dywagacje na temat podziemia, sprawiają wrażenie, że nie potrafią uczynić użytku z wiedzy, że kazamaty UB, w których więźniów oprawiano długo, metodycznie i z całą bezwzględną fachowością, a przed procesem zapowiadano im, że jeżeli nie będą odpowiednio zachowywać się na rozprawie, to ponownie zasmakują przyjemności spotkania ze śledczymi, nie były miejscami sprzyjającymi przygotowaniu do naturalnej w kontekście wydarzeń pod Grabami obrony, to znaczy powiedzeniu prawdy wyrażonej  np. takimi słowy:
"wydałem rozkaz rozstrzelania tych enkawudzistów, gdyż ludzi służących w tej formacji traktowaliśmy jak wcześniej, w czasie okupacji niemieckiej, traktowaliśmy esesmanów. To znaczy nie puszczaliśmy ich żywych. Nie dysponowałem aresztem, a poza tym, w tej konkretnej sytuacji, czekała mnie walka z grupą pościgową. Nie mogłem ich wypuścić, bo zdradziliby pozycje obronne i liczebność mojego oddziału, nie mogłem też tych Sowietów dłużej przetrzymywać, bo co najmniej dwóch moich żołnierzy musiałoby ich pilnować w czasie walki, w której broniliśmy się przed kilkakrotnie liczniejszym i znacznie lepiej uzbrojonym przeciwnikiem; nie mogłem i nie chciałem dodatkowo osłabiać na naszą niekorzyść proporcji sił. Dlatego zostali rozstrzelani".
Warto mieć to na uwadze, ferując współcześnie sądy o podjętej wówczas przez „Klingę” decyzji, bez wątpienia trudnej, ale przy pewnym wysiłku myślowym i poszanowaniu dla prawdy życia, w pełni zrozumiałej.

O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 2/2>
Strona główna>
Wsparcie>
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5