Zapomniani Bohaterowie

WSPARCIE STRONY
Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie na facebook
FUNDACJA ''PAMIĘTAMY''
THE DOOMED SOLDIERS
Freedom And Independence
NATIONAL ARMED FORCES
Instytut Pamięci Narodowej
Zeszyty Historyczne WiN-u
GLAUKOPIS - Pismo Społeczno-Historyczne
Historia miejscowości Gminy Urszulin
ENDECJA.pl
Brygada Świętokrzyska NSZ

Leopold Okulicki
GRH Ogniowcy
Pamięci Żołnierzy Wyklętych
KAMPANIA WRZEŚNIOWA 1939


www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza
ALBUM POLSKI - Nasze Małe Ojczyzny
Witryna poświęcona twórczości i życiu Józefa Mackiewicza (1902 - 1985)
Łysiakmania
WOLNI i SOLIDARNI
Społeczny Komitet Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem
13grudnia.org.pl
Żarowska Izba Historyczna
Strony Patriotyczne
SURGE POLONIA
Prawy Prosty. Niezależny Magazyn Informacyjny
Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
Ogrody Wspomnień
czwartek, 11 lutego 2016
Koncert Contra Mundum w TVP1 !
"CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" - koncert CONTRA MUNDUM w TVP1


W imieniu zespołu Contra Mundum jest mi niezmiernie miło poinformować, że 27 lutego 2016 r. (sobota) w TVP1, bezpośrednio po Teleexspresie, o godzinie 17.30 wyemitowany zostanie koncert Contra Mundum pt. "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM".

Będzie to 45-minutowy występ, podczas którego zespół wykona utwory z pierwszej i drugiej płyty, której premiera już niebawem. Niezmiernie cieszy doskonała pora sobotniej emisji, a co za tym idzie - miejmy nadzieję - wysoka oglądalność.

Zasiądźcie więc Szanowni Państwo tego popołudnia przed telewizorami. Niech w jak największej ilości polskich Domów zagoszczą słowa poezji wojennej - tej wysokiej, jak i tej bardziej żołnierskiej, zadziornej, szturmowej - ubranej w dźwięki Contra Mundum.

Przy wtórze organów Hammonda, gitarowych riffów, symfonicznych brzmień będziemy mieli zaszczyt opowiedzieć historie z barykad, partyzanckich mateczników, leśnych obozowisk; złożyć hołd Bohaterom, którzy oddali swe życie walcząc z niemieckim i sowieckim okupantem.


Zespół CONTRA MUNDUM podczas festiwalu "Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci", Gdynia 2014 r.

Gorąca prośba do Państwa, Przyjaciół zespołu, osób życzliwych Contra Mundum, o udostępnianie tej informacji, za co z góry dziękuję w imieniu zespołu.

Koncept programu "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" i wybór tekstów: Fundacja "Pamiętamy"

27 lutego 2016 r. w TVP 1 o godz. 17:30 będzie można usłyszeć m.in. "Hymn 5 Brygady Wileńskiej" majora "Łupaszki" oraz pieśń Żołnierzy Wyklętych "Bij bolszewika" w aranżacji zespołu:

CONTRA MUNDUM w składzie:
  • Norbert "Smoła" Smoliński – śpiew
  • Adam "Malczas" Malczewski – gitary
  • Tomasz Zień – organy Hammonda, piano, akordeon
  • Michał Kamiński – gitara basowa
  • Tomasz Zagórski – perkusja
Kontakt z zespołem CONTRA MUNDUM:
Więcej informacji na temat Contra Mundum i programu "Cześć i Chwała Bohaterom" tutaj:

Norbert "Smoła" Smoliński (CONTRA MUNDUM)

Strona główna>
Prawa autorskie>

sobota, 31 października 2015
Pomnik Żołnierzy Wyklętych odsłania w Ostrowi Mazowieckiej Fundacja "Pamiętamy"
Uroczystość odsłonięcia pomnika Żołnierzy Wyklętych Ziemi Ostrowskiej – 7 listopada 2015 r., godzina 12.00, Ostrów Mazowiecka


Fundacja „Pamiętamy” serdecznie zaprasza do Ostrowi Mazowieckiej na uroczystość odsłonięcia pomnika upamiętniającego żołnierzy antykomunistycznego podziemia i cywilnych mieszkańców Ziemi Ostrowskiej, którzy w latach 1944–1953 padli ofiarą terroru komunistycznego. Pomnik został wzniesiony staraniem Fundacji, przy wsparciu finansowym Banku Zachodniego WBK.

Uroczystość rozpocznie się 7 listopada br. o godzinie 12.00 mszą świętą w kościele pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, przy ul. Kościuszki 39. Po mszy świętej nastąpi uroczyste przejście pod Pomnik, usytuowany w Ostrowi Mazowieckiej przy skrzyżowaniu ulic 3 Maja i Dubois. Przy Pomniku, po jego uroczystym odsłonięciu i poświęceniu, zostaną wygłoszone mowy okolicznościowe. Bardzo ważnym elementem ceremonii przy Pomniku  będzie odczytanie, w asyście żołnierzy Wojska Polskiego, Apelu Poległych. Następnie żołnierze Wojska Polskiego oddadzą salwę honorową.


Wszyscy uczestnicy uroczystości będą mogli otrzymać bezpłatnie wydane staraniem Fundacji opracowanie autorstwa Kazimierza Krajewskiego „Żołnierze Wyklęci Ziemi Ostrowskiej”, przedstawiające historię podziemia antykomunistycznego na Ziemi Ostrowskiej (od 8 listopada br. przedmiotowe opracowanie będzie dostępne do pobrania w formacie PDF na stronie Fundacji "Pamiętamy", w zakładce "Nasze publikacje").
Pomnik poświęcony Żołnierzom Wyklętym walczącym na Ziemi Ostrowskiej, to kolejny projekt Fundacji "Pamiętamy" mający na celu przywrócenie i umocnienie dobrej pamięci wspólnotowej o Żołnierzach Wyklętych - Żołnierzach Niezłomnych i osobach, które udzielały im wsparcia w walce. Treścią tegoż projektu jest wzniesienie pomnika upamiętniającego poległych i pomordowanych żołnierzy antykomunistycznego podziemia i cywilnych mieszkańców Ziemi Ostrowskiej, którzy w latach 1944–1953 padli ofiarą terroru komunistycznego. Ziemia Ostrowska była terenem dużej aktywności podziemia niepodległościowego w okresie walki z reżimem komunistycznym. Badania przeprowadzone w ostatnich miesiącach przez historyków z Instytutu Pamięci Narodowej pozwoliły ustalić personalia lub pseudonimy oraz daty śmierci ponad 200 ofiar terroru komunistycznego z terenu Ziemi Ostrowskiej. Wszystkie te osoby zostaną upamiętnione Pomnikiem. Istotnym elementem idei wzniesienia Pomnika jest to, że znakomita większość spośród tych osób nie ma swoich grobów. Ich zwłoki zostały pogrzebane przez komunistów w nieustalonych dotychczas miejscach. Pomnik stanie się zatem istotnym czynnikiem w procesie przywracania regionalnej pamięci wspólnotowej w obszarze, w którym, z mocy decyzji władzy komunistycznej, miało jej nie być. Będzie to najważniejsze upamiętnienie ofiar terroru komunistycznego na terenie Ziemi Ostrowskiej.

Szkic pomnika w Ostrowi Mazowieckiej

Na pomniku wyryty zostanie pamiątkowy napis:
PAMIĘCI ŻOŁNIERZY
ARMII KRAJOWEJ
ZRZESZENIA "WOLNOŚĆ I NIEZAWISŁOŚĆ"
NARODOWYCH SIŁ ZBROJNYCH
NARODOWEGO ZJEDNOCZENIA WOJSKOWEGO
ORAZ
CYWILNYCH MIESZKAŃCÓW
ZIEMI OSTROWSKIEJ
POLEGŁYCH I POMORDOWANYCH
W WALCE Z KOMUNISTYCZNYM ZNIEWOLENIEM
W LATACH 1944-1953
ODDALI ŻYCIE
ZA NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI
WIARĘ PRZODKÓW I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA
DOBRZE ZASŁUŻYLI SIĘ OJCZYŹNIE


Pomnik zostanie wykonany z brązu, granitu i kamienia; w najwyższym punkcie będzie miał wysokość 4 metrów. Symbolika Pomnika będzie nawiązywała do wcześniejszych pomników wzniesionych przez Fundację dla upamiętnienia Żołnierzy Wyklętych. Wykonawcą Pomnika będzie artysta rzeźbiarz Marek Szczepanik, który jest także autorem projektu Pomnika. Ma on w swoim dorobku artystycznym realizację wielu pomników, wedle własnych projektów, w tym wszystkich upamiętnień dotychczas wzniesionych staraniem Fundacji. Wizualizację pomników wykonanych przez Marka Szczepanika w ramach współpracy z Fundacją można obejrzeć na naszej stronie w zakładce "Pomniki".

Serdecznie zapraszamy wszystkich, którym nie jest obojętna sprawa pamięci wspólnotowej o braciach naszych, którzy oddali życie w walce o wolność Ojczyzny, do udziału w uroczystości odsłonięcia Pomnika.


Grzegorz Wąsowski
członek Zarządu Fundacji "Pamiętamy",
zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach
polskiego podziemia niepodległościowego

z lat 1944-1954
Strona główna>
Prawa autorskie>

poniedziałek, 10 sierpnia 2015
W obronie dobrego imienia majora "Łupaszki"
dr Kazimierz Krajewski, Grzegorz Wąsowski

W obronie dobrego imienia majora "Łupaszki"

Major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka"

Instytut Pamięci Narodowej wspólnie z Instytutem Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk opublikował pracę Glinciszki i Dubinki. Zbrodnie wojenne na Wileńszczyźnie w połowie 1944 roku i ich konsekwencje we współczesnych relacjach polsko-litewskich, autorstwa dr. hab. Pawła Rokickiego. Jej lekturę kończy się z głębokim przekonaniem o słuszności tezy autora, że mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” [a nie „Łupaszko” jak u Rokickiego – przyp. KK i GW] jest zbrodniarzem wojennym, obciążonym rozkazem nakazującym zabijanie, w ramach polskiej akcji odwetowej wymierzonej przeciwko Litwinom, kobiet i dzieci.

Czytelnikowi towarzyszy też poczucie, że wskutek dotychczasowych zaniedbań będących udziałem badaczy dziejów polskiego podziemia niepodległościowego, którym to zaniedbaniom kres położył dopiero Rokicki, przywrócenie postaci mjra „Łupaszki” narodowej pamięci, mające miejsce po upadku komunizmu w Polsce, odbyło się w sposób niepełny i niewłaściwy. Jak pisze Rokicki:
wynikiem tego [zaniedbania] jest obecnie szeroka popularyzacja ułomnego – gdyż niepełnego – wizerunku wojennego bohatera. Tymczasem losy mjr. „Łupaszki” powinny nieść również przestrogę i inspirować do rozważań nad etycznym wymiarem metod prowadzenia walki (str. 221).


Tłem faktograficznym dla sformułowania przez Rokickiego poglądu, zgodnie z którym mjr „Łupaszka” jest zbrodniarzem wojennym, poglądu usankcjonowanego pieczęcią Instytutu Pamięci Narodowej, stały się mord popełniony 20 czerwca 1944 r. przez litewską policję na ludności polskiej w Glinciszkach (gdzie kompania 258 batalionu policji litewskiej rozstrzelała 39 Polaków, w tym kobiety, starców i jedenaścioro dzieci; zamordowany został także administrator majątków ziemskich Władysław Komar, polski działacz na Wileńszczyźnie) i będący jego konsekwencją odwet przeprowadzony przez oddziały AK na przedwojennym terytorium państwowym Litwy.
Główną rolę podczas działań odwetowych odegrały dwa pododdziały 5 Brygady Wileńskiej AK (dalej: 5 BW). Jednym z nich dowodził  wachm. Antoni Rymsza „Maks”, drugim por. cc Wacław Wiącek „Rakoczy”, pełniący wówczas funkcję zastępcy dowódcy 5 BW. Są one odpowiedzialne m.in. za śmierć 27 osób narodowości litewskiej w miejscowości Dubinki, w tym, niestety, także kobiet i dzieci. Łącznie w dniach 22- 30 czerwca 1944 r. w wyniku działań AK zginęło nie mniej niż 81 osób narodowości litewskiej, z czego ponad 60 od kul żołnierzy 5 BW.

Wileńszczyzna, 1944 r. Wachm. Antoni Rymsza "Maks", dowódca 3. Szwadronu 5. Brygady Wileńskiej AK, wraz z zastępcą Janem Kursewiczem "Akacją" idą obok maszerujących żołnierzy 5. Brygady.

Dla porządku należy zaznaczyć, że Rokicki nie dokonał żadnego odkrycia w badaniach nad relacjami polsko-litewskimi w latach II wojny światowej. Polskie działania odwetowe podjęte w reakcji na mord w Glinciszkach opisane bowiem zostały, choć nigdy nie tak szczegółowo jak uczynił to Rokicki, zarówno przez żołnierzy AK, uczestników tych działań, jak i przez historyków zajmujących się wojennymi dziejami Wileńszczyzny. Fakt, że ofiarą polskiego odwetu padły wówczas osoby cywilne jest znany każdemu, kto choć trochę interesuje się historią AK na Kresach. Rokicki, korzystając z szerokiej bazy źródłowej, osiągnął natomiast niespotykany dotąd stopień szczegółowości opisu tych wydarzeń, a zwłaszcza obrazu polskiego odwetu. W efekcie jego książka, pełna okropności zawartych w relacjach odnoszących się do śmierci litewskich cywilów, w tym kolejnych kobiet i dzieci, poniesionej z rąk żołnierzy AK, mocno oddziałuje na emocje polskiego czytelnika, czym  dodatkowo wzmacnia efekt dyskredytacji postaci „Łupaszki”.

Krzyż i tablica pamiątkowa w miejscu pochówku mieszkańców Glinciszek zamordowanych 20 czerwca 1944 r.


Z faktami nie należy polemizować, ludzie ci rzeczywiście zginęli, a opisane zdarzenia istotnie miały miejsce i nie mogą być dla strony polskiej powodem do dumy. Można jednak zastanawiać się, czy równie dużą staranność badawczą, jak przy odmalowaniu obrazu okropieństwa polskich działań odwetowych, zachował Rokicki wskazując mjra „Łupaszkę” jako osobę winną temu, że odwet ten został skierowany także wobec litewskich kobiet i dzieci.

W tym kontekście zasadnicze pytanie brzmi: czy Rokickiemu rzeczywiście udało się ustalić kto po stronie polskiej był wówczas rozkazodawcą działań, które przyniosły śmierć kobiet i dzieci? W ocenie niżej podpisanych prawidłowa odpowiedź na to pytanie jest niekorzystna dla autora książki. Uważna analiza pracy Rokickiego uzasadnia bowiem tezę, że z góry założył on winę dowódcy 5 BW, por./mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, choć nie potrafił tego w przekonywujący sposób dowieść. Jego tok rozumowania opierał się w tej kwestii, podobnie jak w wielu innych, na przypuszczeniach i spekulacjach. Tymczasem ustalenie dokładnej treści wydanego przez „Łupaszkę” rozkazu podjęcia działań odwetowych wobec Litwinów jest sprawą mającą absolutnie zasadnicze znaczenie dla przesądzenia o jego winie. Dokument ten nie zachował się, podobnie jak raport z odwetowego wypadu pododdziałów 5 BW na Litwę, choć jest wielce prawdopodobne, że takowy został sporządzony. Zapisy na temat owego rozkazu są w polskich relacjach i wspomnieniach bardzo ogólnikowe i wnoszą niewiele informacji. Z relacji „Rakoczego” wynika, że rozkaz istotnie wydał „Łupaszka” i była w nim mowa o egzekucji jako represji na ludności litewskiej. Kogo jednak taka represja miała dotyczyć, „Rakoczy” już nie precyzował. Jest wielce wątpliwe, że „Łupaszka” nakazał zabijanie kobiet i dzieci, ale dla Rokickiego wina dowódcy 5 BW jest oczywista. Dodajmy, że nigdy – ani wcześniej, ani później – rozkazów tego rodzaju „Łupaszka” nie wydał. Możemy posłużyć się analizą porównawczą z działaniami o charakterze odwetowym podejmowanymi przez odtworzoną w 1945 r. na Podlasiu 5 BW; w czasie kampanii wiosenno – letniej 1945 r. tej jednostki miały miejsce trzy tego rodzaju akcje, przy tym w żadnej nie wydano rozkazu represjonowania kobiet lub dzieci.

1944, Wileńszczyzna. Dowództwo 5 Brygady Wileńskiej AK w marszu. Od lewej: rtm Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" [dowódca 5 Brygady], NN, NN, NN, NN, ks. Aleksander Grabowski "Ignacy" [kapelan], ppor. Wiktor Wiącek "Rakoczy" [dowódca 1 komp. 5 Brygady], NN, NN, por. Grabowski "Pancerny", ppor. Sergiusz Sprudin [fotoreporter z Komendy Okręgu]. Fot. Mikołaj Sprudin / zbiory Ośrodka KARTA.

Rokicki, nie znając treści rozkazu „Łupaszki” dotyczącego odwetowego wypadu na Litwę, swoje przekonanie o odpowiedzialności dowódcy 5 BW za śmierć kobiet i dzieci, opiera wyłącznie na przypuszczeniach, pisząc m.in.
Z praktyki dowodzenia oddziałami partyzanckimi AK wynikałoby, że decyzję o sposobie przeprowadzenia akcji odwetowej podjął dowódca 5. Brygady AK rtm. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Jak można wnioskować ze skutków akcji, za jej cel uznał on najwyraźniej zniszczenie w całości wybranych rodzin. Tak bowiem zamordowano większość ofiar – w grupach rodzinnych. Za wyjątek można uznać cztery przypadki rozstrzelania wyłącznie młodych mężczyzn, czemu nie towarzyszyły represje wobec ich rodzin. Wspominaną w niektórych źródłach przygotowaną przed akcją listę osób do zgładzenia powinno się zatem interpretować jako listę rodzin (str. 61).
Dalej pisze Rokicki:
Jednocześnie od partyzantów [5 Brygady] wymagano ścisłego wykonywania otrzymanych rozkazów, w tym także egzekucji, nie pozostawiając miejsca na ocenę ich słuszności.
Na poparcie tej ostatniej tezy, uznawanej przez autorów niniejszego tekstu za zasadną, przywołuje przykład żołnierza 5 BW Zygmunta Mineyki „Lina”, który zimą 1944 r. za niewykonanie rozkazu likwidacji sowieckiego konfidenta został skazany na karę śmierci,  od wykonania której uratował go kapelan oddziału, wstawiając się za „Linem” u „Łupaszki”. W efekcie partyzantowi darowano życie, wydalając go jednak z szeregów 5 BW.

Kolejny element rozumowania Rokickiego sprowadza się do spekulatywnego wykluczenia możliwości podjęcia podczas akcji odwetowej działań naruszających rozkaz „Łupaszki”. Przebieg wydarzeń podczas wypadu pododdziałów 5 BW na Litwę jednoznacznie jednak pokazuje, czego Rokicki nie dostrzega bądź dostrzec nie chce, że w trakcie realizacji działań odwetowych doszło do zmiany ich pierwotnych założeń. Bo albo rozkaz „Łupaszki” nakazywał zabijanie całych rodzin, albo zabijanie wyłącznie osadników wojskowych, szaulisów, policjantów i bojówkarzy. Pododdziały 5 BW nie zrealizowały konsekwentnie żadnego z tych założeń.

Przyjmując na chwilę tezę Rokickiego, że „Łupaszka” wydał rozkaz zabicia ludzi z listy z ich rodzinami, należy stwierdzić, że w czterech przypadkach dopuszczono się ewidentnej niesubordynacji, która powinna skutkować surowymi konsekwencjami wobec osób winnych niewykonania rozkazu (analogicznie jak w sprawie „Lina”) - nic o tym jednak nie wiadomo. Dwie pierwsze egzekucje odbyły się bowiem według schematu, że ginął tylko mężczyzna wytypowany do likwidacji, a jego rodzinę oszczędzono. W takich samych okolicznościach zginęły także dwie ostatnie ofiary analizowanych działań 5 BW. Czyli zarówno na początku akcji odwetowej pododdziałów 5 BW, jak i w jej końcowym etapie zastosowano ten sam model postępowania, istotnie odmienny od pozostałych wówczas dokonanych egzekucji. Dlaczego zatem tego modelu działania Rokicki nie uznaje za odpowiadający ramom rozkazu Łupaszki ani takiej możliwości nie dopuszcza, forsując wyłącznie tezę przeciwną?

Trzeba też zauważyć, że Paweł Rokicki stosuje niejednakowe kryteria przy ocenie odpowiedzialności oficerów AK za przelew krwi podczas odwetowego wypadu na Litwę. Pisze m.in., że:
W odrębny sposób [od akcji odwetowej 5 BW]  rozpatrywać należy sprawstwo zabójstw dokonanych w trakcie ekspedycji karnej 2. Zgrupowania AK. Przeprowadzona ona została na rozkaz komendanta okręgu ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „ Wilka”, więc przede wszystkim on ponosi za nią odpowiedzialność. Nie sposób tego potwierdzić bez znajomości treści rozkazu ppłk „Wilka” [...] Można jednak mieć wątpliwości, czy podczas realizacji zadania nie doszło do przekroczenia ram rozkazu przez jego wykonawców (str. 193).
Mamy zatem u Rokickiego dwie różne miary w stawianiu hipotez badawczych. Nie jest znana ani treść rozkazu „Łupaszki”, ani treść rozkazu „Wilka”, lecz w pierwszym przypadku Rokicki praktycznie wyklucza, że ramy rozkazu „Łupaszki” zostały przekroczone, natomiast w drugim taką możliwość dopuszcza.

W swej książce Rokicki cytuje fragment artykułu pt. „Jak prawy żołnierz polski”, który ukazał się 25 czerwca 1944 r. w organie prasowym BIP Komendy Okręgu Wilno „Pobudce”, napisany zapewne przez redaktora tego pisma - ppor. Lecha Beynara vel Pawła Jasienicę „Nowinę”. Jednoznacznie określono tam zasady moralne, jakimi powinni kierować się żołnierze AK (stanowczo odrzucono możliwość represjonowania osób cywilnych, kobiet i dzieci, uznając takie działania za haniebne). Nawet jeśli nie Jasienica był autorem wzmiankowanego tekstu, to bez wątpienia, jako główny redaktor „Pobudki”, z przesłaniem  artykułu  w pełni się utożsamiał. W tym kontekście bardzo wymowny jest fakt, że oficer ten już we wrześniu 1944 r. oddał się pod rozkazy „Łupaszki” i został jego zastępcą, walcząc u boku dowódcy 5 BW do połowy sierpnia 1945 r.

Od lewej: ppor. Lech Leon Beynar "Nowina" (Paweł Jasienica), mjr. Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka".

Okoliczność ta nie skłoniła jednak Rokickiego do rozważań, czy Paweł Jasienica był aż takim hipokrytą, że w trzy miesiące po ukazaniu się rzeczonego artykułu w „Pobudce” został podkomendnym człowieka, który, jak twierdzi Rokicki, wydał rozkaz zabijania litewskich kobiet i dzieci, czy też jednak przeciwnie -  Jasienica podjął taką decyzję, bo o treści rozkazu „Łupaszki” nakazującego podjęcie akcji odwetowej za zbrodnię popełnioną na Polakach w Glinciszkach miał wiedzę odmienną od przemyśleń, które w książce firmowanej przez IPN upowszechnia Rokicki. Dodajmy, że z relacji podkomendnych i współpracowników „Łupaszki” wynika, że stosunki pomiędzy nim i Pawłem Jasienicą charakteryzowały się wzajemnym szacunkiem, zaufaniem i przyjaźnią. Czy można uwierzyć, że intelektualista jakim był Paweł Jasienica pozostawałby w takich relacjach z człowiekiem, który rozkazał zabijać kobiety i dzieci? Czy przyjąłby funkcję jego zastępcy?

Maj 1944, Punżanki, woj. wileńskie. Rtm Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" (d-ca 5 Brygady Wileńskiej AK) z córką Barbarą. Fot. Sergiusz Sprudin.



Zdaniem autorów niniejszego tekstu, „Łupaszka”, wydając rozkaz o zastosowaniu odwetu na Litwinach, nie nakazywał zabijania kobiet i dzieci, zaś ramy jego rozkazu zostały przekroczone przez „Rakoczego” i „Maksa” - dowódców pododdziałów 5 BW skierowanych wówczas przez „Łupaszkę” na przedwojenne terytorium państwowym Litwy w celu wykonania działań odwetowych (sam „Łupaszka” nie wziął udziału w tych działaniach, pozostając z resztą sił 5 BW po polskiej stronie starej granicy państwowej). W pierwszej i ostatniej fazie akcji odwetowej, a zatem bezpośrednio po odebraniu rozkazu „Łupaszki” i gdy bliski był powrót do miejsca postoju dowódcy 5 BW, zastosowano się ściśle do treści rozkazu „Łupaszki”, pozbawiając życia wyłącznie osoby wytypowane do likwidacji. W innych momentach działań odwetowych rozkaz ten przekroczono, wybijając całe rodziny.

Kolejna istotną kwestią jest odpowiedź na pytanie czy odwet polski miał być rzeczywiście z założenia ślepy? Na liście osób wytypowanych do egzekucji znaleźli się osadnicy wojskowi, aktywni szaulisi, uczestnicy litewskiego ruchu powstańczego w czerwcu 1941 r., a także policjanci w służbie niemieckiej. Nie byli to ludzie bezbronni. Zaatakowane gospodarstwa zostały wskazane partyzantom 5 BW przez przewodników z siatki terenowej AK, którzy byli doskonale zorientowani, jak poszczególni Litwini zachowywali się w stosunku do Polaków. Że swej broni nie zdążyli oni użyć, to już zupełnie inna kwestia. Co oczywiście nie usprawiedliwia w najmniejszym stopniu tych partyzantów, którzy dopuścili się zabójstw kobiet lub dzieci.

Konkluzje poczynione przez Rokickiego odnośnie osoby majora „Łupaszki” wpisują się w doniosły sposób w dyskusję na temat „Panteonu Żołnierzy Wyklętych”. Nasuwają oczywiste pytanie, czy mjr „Łupaszka”, przedstawiony przez Rokickiego jako zbrodniarz wojenny, powinien tam się znaleźć. Problem polega na tym, że przekaz sformułowany przez Rokickiego jest ułomny. Autor nie zdołał ustalić okoliczności zupełnie zasadniczych dla przesądzenia o winie dowódcy 5 BW. Przyjmuje jednak za bezsporne, że „Łupaszka” wydał rozkaz zabijania litewskich kobiet i dzieci, czym skazuje go na infamię w oczach czytelników i szerszej opinii publicznej. Prawi przy tym morały o prawdzie i „właściwej ocenie” wydarzeń i postaci. Cóż, może jednak zdałoby się więcej rozwagi i powściągliwości w formułowaniu tego rodzaju osądów? Także wówczas, gdy ceną za to mógłby być mniejszy rozgłos nazwiska autora książki.


dr Kazimierz Krajewski
historyk, badacz dziejów polskiego podziemia niepodległościowego,
kierownik Referatu Badań Naukowych OBEP
Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie,
prezes Nowogródzkiego Okręgu Światowego Związku Żołnierzy AK


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

niedziela, 22 lutego 2015
CONTRA MUNDUM - "CZEŚĆ i CHWAŁA BOHATEROM"

REWELACYJNA PŁYTA "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" ZESPOŁU CONTRA MUNDUM UKAŻE SIĘ 27 LUTEGO 2015 R. JAKO BEZPŁATNY DODATEK DO KILKU TYTUŁÓW PRASOWYCH ! TRZEBA JĄ MIEĆ NA SWOJEJ PÓŁCE !

Muzyka rockowa nie  musi stać w sprzeczności do patriotyzmu, historii Narodu, szacunku do Bohaterów i pamięci o przelanej przez Nich krwi.
Przykładem na to niech będzie zespół CONTRA MUNDUM,
w tłumaczeniu: PRZECIW ŚWIATU.
My stajemy "tylko" i "aż" PRZECIW ZAPOMNIENIU.

Norbert "Smoła" Smoliński
(wokalista Contra Mundum)




Z wielką przyjemnością informuję, że znakomity program muzyczny "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM", w wykonaniu zespołu CONTRA MUNDUM, na który to program składają się teksty wybrane przez Fundację "Pamiętamy", już 27 lutego br. ukaże się w postaci insertu płytowego CD w sieci dzienników Grupy Wydawniczej POLSKAPRESSE na terenie niemal całego kraju (Dziennik Bałtycki, Gazeta Krakowska, Gazeta Wrocławska, Głos Wielkopolski, Kurier Lubelski, oraz na terenie Mazowsza - Polska The Times).

POSŁUCHAJ ZWIASTUNU ALBUMU
CONTRA MUNDUM "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" PREMIERA 27.02.2015


POSŁUCHAJ CONTRA MUNDUM z nowego albumu (27.02.2015)
"Noc zapada nad cichym jeziorem"


O tym projekcie muzycznym miałem okazję już pisać, informując o pierwszym publicznym jego wykonaniu – 12 września 2014 r. w gdyńskim klubie "Ucho", w ramach festiwalu "Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci". Przypomnę tylko, że muzycy zespołu CONTRA MUNDUM, grający ciężkiego, ale bardzo melodyjnego rocka, muzycy fantastyczni brzmieniowo i rewelacyjni warsztatowo, ze świetnym wokalistą - Norbertem „Smołą” Smolińskim, wykorzystując teksty m.in. S. Wyspiańskiego, J. Słowackiego, C.K. Norwida, K.K. Baczyńskiego, T. Gajcego, Z. Herberta, ale także dwie piosenki z partyzanckich obozowisk Żołnierzy Wyklętych przeprowadzają słuchaczy przez istotny fragment dziejów polskiego ducha wolnościowego, opowiadają o ludziach, którym Ojczyzna nie była dana, lecz zadana, o pokoleniach naszych przodków, które stawały w obronie wolności naszej wspólnoty narodowej.


Nie od dzisiaj wiemy, że muzyka rockowa może być doskonałym nośnikiem takich treści, czego znakomitym przykładem jest płyta "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM". Na ponad godzinny album (72 min.) składa się 15 utworów wykonanych w różnych konwencjach szeroko pojętej stylistyki rockowej. Niepowtarzalnego klimatu dodają płycie charakterystyczna barwa głosu wokalisty oraz orkiestracje i ciekawe instrumentarium zespołu (gitary elektryczne i akustyczne, organy Hammonda, akordeon, fortepian). W kolejne utwory wprowadza słuchacza odpowiednio dobrany fragment poezji lub myśl.

Zresztą, nie ma co więcej o tej płycie pisać. Jej trzeba, Szanowni Państwo, słuchać, do czego gorąco i serdecznie namawiam.

Posłuchaj wybranych fragmentów płyty
CONTRA MUNDUM "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM":
Oficjalnym sponsorem projektu muzycznego "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" jest Bank Zachodni WBK.


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954



Zespół CONTRA MUNDUM podczas festiwalu "Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci", Gdynia 2014 r.




Lista utworów z albumu
CONTRA MUNDUM - "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM"

  • 1. PROLOG - Adam Mickiewicz (fraza z dramatu "Dziady" cz.III; 1832 r.)/Stanisław Wyspiański (frag. dramatu "Wyzwolenie"; 1902 r.), wstęp jako motto programu: myśl prof. Henryka Elzenberga zapisana w jego dzienniku pod datą 13 października 1951 r.
  • 2. PIEŚŃ KONFEDERATÓW BARSKICH (fragm.) - Juliusz Słowacki (1843 r.) 3. SZTANDARY POLSKIE NA KREMLU - Mieczysław Romanowski (1857 r.), wstęp: fragm. poematu "Anhelli" – Juliusz Słowacki, treść napisu na sztandarze niesionym w Warszawie podczas demonstracji na cześć dekabrystów w styczniu 1831 r. Autor słów - Joachim Lelewel
  • 4. ZGASŁY DLA NAS NADZIEI PROMIENIE (fragm.) - Edmund Wasilewski, wstęp: fragm. depeszy Romualda Traugutta do księcia W. Czartoryskiego z dnia 9 grudnia 1863 r., fragm. wiersza "Opuszczona Cytadela" - Artur Oppman "Or-Ot"
  • 5. W PAMIĘTNIKU (fragm.) - Cyprian Kamil Norwid (1861 r.)/dodane wersy - Zbigniew Wąsowski (2015), wstęp: myśl Zbigniewa Herberta z listu do Haliny Misiołkowej z dnia 18 marca 1951 r.
  • 6. I ZNOWU TUPOT NÓG SOŁDACKICH - Władysław Sebyła (1938 r.), wstęp: fragm. "Traktatu poetyckiego" - Czesław Miłosz
  • 7. NOC ZAPADA NAD CICHYM JEZIOREM (fragm.) - Henryk Rasiewicz ps. "Kim" (24 grudnia 1943 r.), wstęp: fragm. roty przysięgi żołnierza Armii Krajowej w wykonaniu uczniów warszawskiego L.O. im.Władysława IV
  • 8. Z LASU - Krzysztof Kamil Baczyński (27 czerwca 1944 r.), wstęp: fragm. wiersza "Pokolenie" - Krzysztof Kamil Baczyński
  • 9. SCHODZĄC - Tadeusz Gajcy (1944 r.), wstęp: fragm. wiersza "Wiatr" - Krzysztof Kamil Baczyński
  • 10. POKOLENIE (fragm.) - Krzysztof Kamil Baczyński (22 lipca 1943 r.), wstęp: fragm. wiersza "Pieśń" z tomiku "Gdziekolwiek ziemia" -Tadeusz Borowski, fragm. recenzji tomiku "Gdziekolwiek ziemia" z prasy konspiracyjnej, 1943 r. - Wacław Bojarski
  • 11. DO POTOMNEGO (fragm.) - Tadeusz Gajcy (1944 r.), wstęp: fragm. wiersza "Śpiew murów" - Tadeusz Gajcy
  • 12. HYMN V BRYGADY WILEŃSKIEJ – Stefan Łaszkiewicz (?) ps. "Fryc" (lipiec 1945 r.), wstęp: fragm. wiersza "Dulce, decorum est pro patria mori" - Marian Hemar
  • 13. BALLADA O JANKU WIŚNIEWSKIM – muz. Andrzej Korzyński / sł. Krzysztof Dowgiałło (grudzień 1970), wstęp: fragm. wiersza "Przesłanie Pana Cogito" – Zbigniew Herbert, nawiązanie do zastrzelonych i zakatowanych w Trójmieście w grudniu 1970 r. oraz do wyroku sądu apelacyjnego w Warszawie w 2014 roku – Norbert “Smoła” Smoliński
  • 14. PROŚBA - Zbigniew Herbert (1957 r.), wstęp: parafraza myśli prof. Henryka Elzenberga
  • 15. EPILOG - fragm. poematu "Beniowski" - Juliusz Słowacki (1841 r.) / fragm. wiersza "Przesłanie Pana Cogito" - Zbigniew Herbert(1973 r.)


Koncept programu "CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM" oraz wybór tekstów:
Muzyka:
  • Norbert "Smoła" Smoliński - 1, 2, 3, 5, 6, 7, 9, 11, 12, 14, 15
  • Norbert "Smoła" Smoliński / Adam "Malczas" Malczewski - 4, 8, 10
  • W utworze "Noc zapada nad cichym jeziorem" wykorzystano motyw z marsza Pożegnanie Słowianki – muz. Wasyl Agapkin (na melodię tego marsza śpiewano pieśń "Rozszumiały się wierzby płaczące").
  • W utworze "Hymn V Brygady Wileńskiej" wykorzystano motyw z utworu "Szara Piechota" – muz. Leon Łuskino.
CONTRA MUNDUM w składzie:
  • Norbert "Smoła" Smoliński – śpiew
  • Adam "Malczas" Malczewski – gitary
  • Tomasz Zień – organy Hammonda, piano, akordeon
  • Michał Kamiński – gitara basowa
  • Emil Wernicki – perkusja
Kontakt z zespołem CONTRA MUNDUM:
Terminy najbliższych koncertów:
Strona główna>
Prawa autorskie>

sobota, 30 sierpnia 2014
Nowy projekt muzyczny Fundacji "Pamiętamy" !
PREMIEROWE WYKONANIE REWELACYJNEGO PROGRAMU MUZYCZNEGO
"NAS NAUCZONO. TRZEBA ZAPOMNIEĆ"

POSŁUCHAJ WYBRANYCH UTWORÓW I PRZECZYTAJ GDZIE I KIEDY ODBĘDZIE SIĘ KONCERT.
TAM TRZEBA BYĆ !

Pamiętacie Państwo płytę „Myśmy rebelianci” zespołu „De Press”? Ja pamiętam ją bardzo dobrze, może dlatego, że byłem jej pomysłodawcą. Wiedziałem wówczas, a było to pięć lat temu, że czas najwyższy, aby teksty śpiewane przez Żołnierzy Wyklętych – Żołnierzy Niezłomnych w leśnych obozowiskach zostały rozpowszechnione w formie atrakcyjnej dla współczesnych, przede wszystkim dla ludzi młodych, czyli, przyjmijmy, dla osób poniżej 60 roku życia – wychowanych w estetyce muzycznej rocka. Uznałem, że najlepszym nośnikiem przekazu treści wyśpiewywanych swego czasu przez bohaterów walki o wolność z lat 1944-1954 będzie właśnie muzyka rockowa. Ze swoim pomysłem i zbiorem wyselekcjonowanych wspólnie z Kazimierzem Krajewskim (wybitnym znawcą tematu polskiego podziemia niepodległościowego) tekstów zgłosiłem się do Muzeum Powstania Warszawskiego, które zgodziło się zostać wydawcą płyty a jako wykonawcę piosenek wybrało grupę De Press. W mojej ocenie, był to wybór bardzo dobry. Znana i szanowana kapela punk rockowa poniosła teksty Żołnierzy Wyklętych w świat w sposób przyjemny dla ucha a, co równie ważne, także bardzo skutecznie. Wystarczy zajrzeć do Youtube i sprawdzić jaką popularnością, mierzoną liczbą zarejestrowanych „wejść”, cieszą się takie kawałki, jak „Myśmy rebelianci”, „Marsz oddziału „Zapory”, „Piosenka ludzi bez domu” czy „Patrol”.

Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że tytułowe TO – czyli program muzyczny „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” (fraza wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego „Pokolenie”) – zgodnie z moim zamysłem, znakomicie zrealizowanym przez muzyków zespołu CONTRA MUNDUM grającego ciężkiego, ale bardzo melodyjnego rocka, muzyków fantastycznych brzmieniowo i  rewelacyjnych warsztatowo, z niesamowitym charyzmatycznym wokalistą – Norbertem „Smołą” Smolińskim, jest rozwinięciem tematu podjętego przez De Press na płycie „Myśmy rebelianci”. Przeciwko światu, bo tak należy tłumaczyć nazwę kapeli, wykorzystując teksty m.in. Wyspiańskiego, Słowackiego, Norwida, Baczyńskiego i Gajcego, przeprowadzi publiczność przez istotny fragment dziejów polskiego ducha wolnościowego, opowie o ludziach, którym ojczyzna nie była dana, lecz zadana,  o  pokoleniach naszych przodków, które, poczynając od Konfederacji Barskiej a kończąc na Żołnierzach Wyklętych, stawały w obronie wolności naszej wspólnoty narodowej.


To wydarzenie muzyczne – 12 września 2014 r., godz. 20.45, Gdynia, ul. Świętego Piotra 2, Klub Ucho - będzie jedną z imprez towarzyszących VI edycji festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”, którego twórcą i organizatorem, we współpracy z Miastem Gdynia, jest znany dokumentalista Arkadiusz Gołębiewski. Gorąco zapraszam Państwa na ten koncert (wstęp wolny). A czynię tak, bo program „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” jest po prostu znakomity i koncert zapowiada rewelacyjnie!

Nie mogę i nie chcę zdradzać wszystkiego, ale wiedzcie Państwo, że CONTRA MUNDUM zagra między innymi utwór do tekstu „Zgasły dla nas nadziei promienie” Edmunda Wasilewskiego (pieśń sztyletników z Powstania Styczniowego). Zapraszam do wysłuchania wersji demo zarejestrowanej podczas prób zespołu:



Powinniście Państwo też wiedzieć, że kamieniem węgielnym programu muzycznego „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” jest refleksja profesora Henryka Elzenberga, zanotowana przez niego w sztambuchu pod datą 5 grudnia 1941 roku:
Ale przecież w głębi jakiś stosunek do zdarzeń kształtować się musi (…). Poczucie absolutnej dwutorowości dziejów – dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity.
Ta myśl nadal zachowuje aktualność.

W programie „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć”, na który składa się kilkanaście utworów skomponowanych przez zespół, reprezentanci dziejów zbrodni praktycznie się nie pojawiają, bo i po co. Dla nich pozostaje jedynie pogardliwe zapomnienie. CONTRA MUNDUM chce przypominać i nieść pamięć o tych, którzy swym życiem zapisali karty dziejów ducha. Ale jest w tym programie utwór będący rodzajem specyficznego dialogu pomiędzy jednym z przedstawicieli świata opresji a reprezentantami dziejów ducha. To utwór do tekstu Mieczysława Romanowskiego (zginął w Powstaniu Styczniowym jako partyzant oddziału Marcina Borelowskiego „Lelewela” 24 kwietnia 1863 r. w boju pod Józefowem) „Sztandary Polskie na Kremlu”. Zespół zamierza odśpiewać go razem z publicznością. Rekomenduję rozpoczęcie własnych prób od zaraz; w tym celu proszę dobrze zapoznać się z wersją demo tego utworu zarejestrowaną podczas prób CONTRA MUNDUM:



Najważniejszą ideą  programu „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” jest opowieść o ludziach, którzy znaleźli w sobie moc, aby w obronie wolności zmierzyć się z losem. Jak pisał najwybitniejszy współczesny poeta polski Zbigniew Herbert w eseju „Hamlet na granicy milczenia: los jest nieubłaganą obcą siłą, z którą ani paktować nie można, ani jej skruszyć. Bohaterowie tedy buntują się i walczą. Program „Nas nauczono. Trzeba zapomnieć” w wykonaniu CONTRA MUNDUM jest hołdem dla tych sprawiedliwych naszych przodków, którzy – tu znów przywołam Poetę – nie wygrażali pięściami niebu, ale dorośli do losu. Kiedy się go już dotknie rozumem i sercem, kiedy się go wewnętrznie zaakceptuje, przestaje on być gwałtem, a staje się siłą bohatera. Jakże  adekwatnie a jednocześnie dramatycznie  napisał  o tym  Krzysztof Kamil Baczyński w wierszu "Pokolenie":
Do palców przymarzły struny
Z cienkiego krzyku roślin.
Tak się dorasta do trumny,
jakeśmy w czasie dorośli
Jednymi z tych, którzy dorośli do losu, w znaczeniu, o którym pisali Baczyński i Herbert, byli żołnierze podległych  majorowi „Łupaszce” oddziałów 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK. Spośród ponad 400 partyzantów, którzy przewinęli się przez te formacje w latach 1945-1952, życie w walce komunistami oddało blisko 180 żołnierzy. Pozostała po nich, pośród tych, którym droga jest sprawa krwi przelanej za wolność naszej ojczyzny i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, dobra pamięć. Pozostała też pieśń – śpiewany na melodię „Szarej piechoty” Hymn 5 Brygady Wileńskiej mjra „Łupaszki” (spopularyzowany przez De Press w formie ballady „Wiernie iść"). Został napisany przez żołnierza 1 szwadronu o pseudonimie „Fryc” (Stanisław Łaszkiewicz; ”Fryc” dostał się do niewoli po zwycięskiej dla partyzantów walce z  komunistyczną grupą operacyjną  8 sierpnia 1945 r. pod Sikorami na Podlasiu. Był przesłuchiwany przez „Smiersz”, zaginął bez śladu). W wykonaniu CONTRA MUNDUM Hymn 5 Brygady Wileńskiej zabrzmi następująco (wersja demo, zarejestrowana podczas prób zespołu):


I już naprawdę niczego więcej na temat występu CONTRA MUNDUM nie zdradzę. No, jeszcze tylko, że o oprawę sceniczną koncertu zadba Tomasz Madejski, znakomity polski operator filmowy, autor zdjęć do takich obrazów, jak „Testosteron” czy „Pod mocnym aniołem”, twórca teledysku do utworu De Press „Myśmy rebelianci”.

Mam nadzieję, że teraz już wiecie Państwo, że koncertu CONTRA MUNDUM po prostu trzeba wysłuchać. Zagrają dla Państwa:
  • Norbert „Smoła” Smoliński – śpiew,
  • Adam „Malczas” Malczewski – gitara,
  • Tomasz Zień – organy Hammonda, pianino,
  • Michał Kamiński – gitara basowa,
  • Emil Wernicki – perkusja.



Do zobaczenia 12 września br. w Gdyni.



Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

sobota, 01 marca 2014
Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 1/2
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy - Grzegorz Makus]

KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT LOSÓW POSTACI DRUGIEGO PLANU W DRAMACIE ZWANYM HISTORIĄ, W KONTEKŚCIE DNIA PAMIĘCI ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH I ZBLIŻAJĄCEGO SIĘ UPIORNEGO RECHOTU  DZIEJÓW
           

EPOPEI  ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH OBRAZ WSPÓŁCZESNY

Hieronim Dekutowski „Zapora”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Władysław Łukasiuk „Młot”, Zdzisław Broński „Uskok”, bracia Leon i Edward Taraszkiewiczowie, z których pierwszy to „Jastrząb” drugi to „Żelazny”, Stanisław Sojczyński „Warszyc”, Kazimierz Kamieński „Huzar” czy Józef Kuraś „Ogień” to dla każdego, kto choć trochę interesuje się historią walki stoczonej z komunistami o niepodległość naszego kraju i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, nazwiska i pseudonimy doskonale znane. To elita Żołnierzy Wyklętych, Żołnierzy Niezłomnych.


Przywołane przeze mnie postacie to oczywiście tylko przykłady z długiej listy nazwisk zasłużonych dowódców oddziałów antykomunistycznego podziemia. Jednak dziś, spośród wielu tysięcy heroicznych przegranych obrońców sprawy wolności z tamtych czasów, to chyba oni właśnie są najlepiej rozpoznawalni. Na tyle dobrze, że zaryzykuję twierdzenie, iż może nawet całe pięć procent dorosłej populacji Polaków wie w jakich czasach ludzie ci żyli, z kim walczyli i za co zginęli. A przecież  jeszcze kilka lat temu z naszą zbiorową pamięcią w tym obszarze było znacznie gorzej. Przyrost świadomości i wrażliwości społecznej na epopeję żołnierzy podziemia antykomunistycznego zawdzięczamy w dużej mierze wprowadzeniu, z inicjatywy Janusza Kurtyki popartej formalnie przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i podtrzymanej przez jego następcę, Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych do kalendarza naszego życia publicznego. I oczywiście sumie wysiłków wielu środowisk i instytucji zaangażowanych w organizację obchodów tego dnia. Imponująca wręcz wielość inicjatyw społecznych, zwłaszcza działań będących owocem aktywności ludzi młodych, daje nadzieję, że przynajmniej odnośnie tego wycinka naszych dziejów najnowszych świadomość zbiorowa przekraczać będzie zwykły, nędzny, poziom, będący funkcją bylejakości systemu nauczania historii na poziomie gimnazjalnym i licealnym. Oby żywe zainteresowanie podziemiem antykomunistycznym było zjawiskiem o charakterze trwałym. Jeżeli tak się stanie, to może nawet doczekamy czasów, w których dla osób uznających, jak przykładowo aktualna wicemarszałek Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej Wanda Nowicka, że „kto za młodu nie był komunistą, ten nie będzie przyzwoitym człowiekiem”, nie znajdzie się miejsce pośród wybieranych przez nas  posłów i senatorów.

Emocje osób nieobojętnych wobec losów – jak nazwał ich Zbigniew Herbert - „Wilków”, zwłaszcza wśród ludzi młodych, poruszają spektakularne akcje i zacięte bitwy. Historia Żołnierzy Wyklętych (wszystkich, którzy chcą poznać lub przypomnieć sobie rodowód określenia „Żołnierze Wyklęci” zachęcam do lektury mojego tekstu: ŻOŁNIERZE WYKLĘCI… ALE PRZEZ KOGO? REFLEKSJE W PRZEDDZIEŃ ŚWIĘTA) obfituje w takie zdarzenia. Rozbicie więzienia w Kielcach, Radomiu, Radomsku, brawurowy atak na PUBP we Włodawie, w Puławach, walka z Sowietami w Lesie Stockim, Miodusach Pokrzywnych, Łempicach, pod Kuryłówką, Zwoleniem czy w Ostrowach Tuszowskich – to tylko kilka przykładów z  długiej listy pasjonujących epizodów epopei podziemia antykomunistycznego, pełnych dynamiki, napięcia, dramatyzmu oraz przykładów niezwykłej odwagi i ofiarności. To przez pryzmat tych i podobnych im wydarzeń postrzegamy obraz ówczesnych zmagań o wolność. Współczesne wyobrażenie o realiach tamtej walki uzupełniają, zatrzymane w kadrach fotografii, postacie „leśnych” - zwykle w pełnym umundurowaniu, często z ryngrafami na piersiach, z prezentowaną dumnie bronią. Na wielu zdjęciach Żołnierze Wyklęci uwiecznieni zostali na tle wiejskich chat, czasami w izbach.

Żołnierze oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa ppor. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” na jednej z najbardziej zaufanych kwater oddziału we wsi Lipniak (pow. Włodawa), styczeń 1946 r. Od lewej: Feliks Prucnal „Grunwald”, Józef Piasecki „Sokół” († 12 II 1946), Józef Taraszkiewicz (5-letni brat dowódcy oddziału), Henryka Kotlarska - współpracowniczka oddziału, Tadeusz Korzeniewski „Wilk”, Zdzisław Kogut „Ryś” († 24 XII 1946) (IPN).

Ale niezwykle rzadko, co z uwagi na wymogi konspiracji zupełnie zrozumiałe, można znaleźć na tych fotografiach twarze gospodarzy, twarze tych bezimiennych dla nas, a jakże odważnych ludzi, którzy z narażeniem siebie i najbliższych otwierali drzwi swoich domów przed partyzantami, karmili ich i udzielali im noclegu. Nie ma ich na tych zdjęciach i nie istnieją w rekonstruowanym dziś w pamięci zbiorowej obrazie epopei Żołnierzy Wyklętych. A przecież historia każdej wojny partyzanckiej to suma wspólnego wysiłku i ofiary, tak zbrojnych, jak i dającego im schronienie i wspierającego ich zaplecza.

MIARA RYZYKA

Żadna partyzantka nie utrzyma się nawet przez kilka tygodni w terenie, jeżeli nie ma realnego poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalnością „leśnych” – to zależność dość oczywista. Podobnie jak ta, że im bardziej okrutna jest władza, przeciwko której trwa w lasach zbrojny opór, tym większe represje spadają na ludność wspierającą walczących. Dobre wyobrażenie o realiach panujących w okresie pierwszych lat rządów partii komunistycznej dają fragmenty raportu szefa WUBP w Warszawie ppłk. Tadeusza Paszty oraz dowódcy WBW województwa warszawskiego płk. Rubinsztejna z 28 grudnia 1946 r. na temat działań władzy ludowej wymierzonych w ludność powiatu sokołowskiego na Podlasiu, podjętych u schyłku roku 1946:
"W dniach od 24-27 XII 1946 r. grupa nr 1 przeprowadziła operacje we wsiach Dzierzby, Sewerynówka, Bujały, Korczew, Józefin, Księżopole-Budki, Paczuski-Duże, Tosie Krupy, Rytele Świeckie i Garnek. Grupa nr 2 we wsiach Obryte, Pełchy i Wojtkowice-Glinne. Przepuszczono przez „filtr” ponad 250 osób, konfiskując jednocześnie inwentarz żywy u rodzin bandyckich lub udzielających pomocy bandytów. We wsi Wojtkowice-Glinne na 19 istniejących gospodarstw 14 gospodarstw okazało się bandyckich. U wszystkich 14-tu rodzin inwentaż żywy został skonfiskowany, u 5-ciu rodzin niezwiązanych z bandami - pozostawiono (…) W dniu 24 XII 1946 r.  we wsi Kamieńczyk został publicznie rozstrzelany Florczak Aleksander za systematyczne przetrzymywanie bandy „Młota” i udzielanie jej pomocy przez przeprowadzanie wywiadu na rzecz  bandy (...) ludność powiatu sokołowskiego jest bardzo przestraszona, na widok i odgłos samochodu wszyscy uciekają ze wsi (...) ludność powiatu sokołowskiego poczuła władzę państwową i zaczyna się z nią liczyć".
Tak, tak, Szanowni Czytelnicy, to nie jest obraz z okresu okupacji niemieckiej, to są realia z okresu Świąt Bożego Narodzenia  1946 r. w jednym z rejonów Podlasia.

Przypomnijmy, bo warto to uczynić dla lepszego zrozumienia jakiej odwagi wymagało niesienie pomocy Żołnierzom Wyklętym, że za niepoinformowanie władzy ludowej o napotkaniu partyzantów groziła kara do pięciu lat więzienia (z tzw. paragrafu „wiedział nie powiedział”),  za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy za okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło do dziesięciu lat więzienia, zaś za stałą współpracę z oddziałami partyzanckimi, polegającą na systematycznym udzielaniu gościny żołnierzom podziemia lub informowaniu ich o ruchach komunistycznych grup operacyjnych czy w ogóle o sytuacji w danym terenie, groziła kara śmierci bądź dożywotniego więzienia. Kary wymierzane współpracownikom Żołnierzy Wyklętych przez sądy komunistyczne poprzedzało bardzo często zniszczenie całego dobytku aresztowanych, a zawsze piekło nieludzkich przesłuchań w ubeckich katowniach.

Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (IPN)

Tym, którzy wątpią, że tak właśnie było, polecam zapoznanie się z drobnym epizodem z tamtych czasów odnotowanym przez kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, od września 1947 r. dowódcę podziemia antykomunistycznego z terenów południowej Lubelszczyzny. „Uskok” zapisał go w swych notatkach pod datą  30 maja 1948 r., prawie równo rok przed swoją śmiercią:
"Przed dom „faszystowski” zajeżdża ciężarówka z ubejcami [ubekami]. Dzieje się to w biały dzień, w małym miasteczku, wśród gęsto kręcącej się ludności. Byłoby rzeczą śmieszną pozorować rewizję za bandytami i bronią, gdyż taka rewizja miała miejsce w tym domu już kilkanaście razy, więc „kominiarze” (od rozwalania kominów) przystępują do dzieła bez ceregieli. Większość z nich jest porządnie wstawiona, nie wyłączając sprawującego komendę porucznika Gola z lubelskiego UB, notabene znanego z dawnych czasów złodzieja (…) Hołota opadła dom i wtargnęła do środka. W domu znajdowała się tylko chora gospodyni w łóżku. Reszta domowników w porę się ulotniła (…)
– Chora, stara, k…a! Ale jeszcze dziś by tańcowała za zwycięstwo faszystów. Hej, chłopcy. W kozły broń i przygotować się do rewizji! - zawarczał Gol.
Ubejcy odłożyli broń, poczęli uzbrajać się w siekiery, drągi, haki, piły itp. przybory znajdujące się pod ręką. Najpierw napadnięto na kaflowy piec, jeden z rycerzy ze słowami: „Wyłaź sku…synu z pieca!” – grzmotnął siekierą w kafle. Inni mu dopomogli i po chwili piec zdruzgotano, a mieszkanie wypełniło się tumanami kurzu i sadzy. „Okna!” – ryknął któryś. Zabrzęczały szyby, zatrzeszczały ramy i  w miejscu okien pozostały obskurne otwory, przez które kurz wydobywał się na zewnątrz. Kobieta patrzyła na to z łóżka szeroko rozwartymi z przerażenia oczami. (…) Widziała tylko, że na podłodze, z której też kilka desek wyrąbano, rośnie jakiś okropnie smutny w swoim widoku stos. Na stos ten bestialskie ręce zrzucają w stanie już zniszczonym wszystko to, co pracą tylu długich lat uciułało się i nagromadziło przy domowym ognisku. Z brzękiem padają naczynia i skorupy. Skorupy mieszają się z porwanymi fotografiami rodzinnymi i strzępami portretów jej męża i syna nieboszczyka….".
"WIATR POPIÓŁ ROZWIEJE, DESZCZ ŚLADY WYMYJE"

Poruszający jest ten opis wizyty przedstawicieli władzy ludowej w domu zamieszkałym przez rodzinę sprzyjającą podziemiu, po której z nawiedzonego przez nich domostwa nie pozostał przysłowiowy kamień na kamieniu. Z ryzykiem takich odwiedzin musiał liczyć się każdy, kto decydował się na pomoc Żołnierzom Wyklętym. Pomimo tego, dziesiątki tysięcy naszych rodaków takiego wyboru dokonało i w sposób systematyczny wspierało partyzantkę antykomunistyczną. Co najmniej kilkanaście tysięcy z nich zapłaciło za to bardzo wysoką cenę, niektórzy najwyższą.

Wieś Wąwolnica podpalona przez funkcjonariuszy UB 2 maja 1946 r. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)
Dnia 2 maja 1946 ok. godz. 13 [w odwecie za współpracę z oddziałem mjr. Mariana Bernaciaka "Orlika"] do osady Wąwolnica pow. puławskiego przybyli samochodem funkcjonariusze PUBP z Puław w liczbie 25 osób. Ludność, widząc uzbrojony tak liczny oddział, zaczęła uciekać w stronę tzw. Zarzecza. Na terenie Zarzecza funkcjonariusze UB wbiegli na podwórze Leszczyńskiego Wacława. Domownicy zostali spędzeni do mieszkania z zakazem opuszczania go. Zamknięci słyszeli strzelaninę, wybuchy granatów. Po chwili wyskoczyli przez okno z płonącego domu. Okoliczni mieszkańcy spieszący do pożaru nie zostali dopuszczeni do akcji ratowniczej. Wśród funkcjonariuszy UB rozpoznano por. Stefaniaka i ppor. Wargockiego z Puław. Po pewnym czasie cały oddział wycofał się z miasteczka bez żadnych przeszkód ze strony mieszkańców tej wsi. Ok. godz. 15 tego samego dnia do Wąwolnicy przybyli ponownie funkcjonariusze UB i rozbiegłszy się po miasteczku palili zabudowania bądź to przy pomocy pocisków zapalających, bądź też przy pomocy granatów, albo też używając do podpalenia zapałek. Pastwą płomieni padło: 101 domów mieszkalnych, 106 stodół, 121 obór, 120 chlewów i innych budynków, 255 świń, 2 krowy, 5 kóz, 145 kur i 60 królików. Straty te według szacunku mieszkańców wynoszą 70 364 800 zł. Ponadto spaleniu uległy 2 osoby, a szereg innych odniosło ciężkie lub lżejsze oparzenia. Jedna osoba zmarła wskutek udaru serca, a jedna wskutek wstrząsu nerwowego dostała pomieszania zmysłów.
Załącznik nr 6 do protokołu z posiedzenia
Komisji Administracji i Bezpieczeństwa KRN
z dnia 24.05.1946 r.


Pogorzelcy i ich niewielki dobytek, jaki udało się im uratować z płonącej Wąwolnicy. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)

Rozpacz ocalałej z pożogi mieszkanki Wąwolnicy (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)

Niezależne jak potoczyły się ich indywidualne dzieje, dostrzegam wspólną, wyrazistą cechę ich doli czy raczej niedoli. Z tych cichych bohaterów ówcześnie stoczonej i przegranej walki o wolność żaden nie znalazł należnego miejsca w naszej pamięci społecznej, a dokładnie nie znalazł w niej go w ogóle. A przecież bez nich historii Żołnierzy Wyklętych po prostu by nie było. Pewnie to normalne, że ci ludzie tak całkowicie bezgłośnie zginęli w otchłani czasu przeszłego dokonanego, pewnie nie można mieć o to do nikogo pretensji. Pamięć zbiorowa jest przecież tylko malutką wysepką na ogromnym oceanie zbiorowego zapomnienia. Nie ma na niej miejsca dla aktorów drugiego planu zdarzeń przeszłych, mimo że przecież bez nich nie byłoby głównych scen dramatu. Wobec nich znacznie szybciej i intensywnej, niż w stosunku do postaci wiodących dla danego wycinka dziejów, zachodzi proces, którego istotę dobrze oddaje fraza „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje”. Tak było, jest i zapewne zawsze będzie, nie tylko pod naszym niebem.

Jako dobry przykład wspomnianego procesu, w którym zakodowany jest zresztą drobny wycinek smutnej paralelności pomiędzy Powstaniem Styczniowym a epopeją Żołnierzy Wyklętych (więcej na ten temat w tekście: KRÓTKA REFLEKSJA O PARALELNOŚCI NA MARGINESIE TEKSTU PROF. NOWAKA O POWSTANIU STYCZNIOWYM, CZYLI RZECZ O DWÓCH „UZIEMIONYCH” POLITRUKACH I TYLU TEŻ DZIELNYCH KOWALACH), można przywołać wątek dotyczący pierwszej z wymienionych wyżej batalii o wolność. Spośród tych naszych rodaków, którzy mają wiedzę, że elementem dziejów naszego skrawka ziemi jest insurekcja styczniowa, pewnie wszyscy kojarzą postać księdza Stanisława Brzóski – dowódcy oddziału powstańczego na Podlasiu, aż do kwietnia 1865 r. wymykającego się ścigającym go Moskalom. Niektórzy z tego grona są również świadomi tego, że ksiądz Brzóska został pojmany i stracony ze swym adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim. Kto jednak, poza prawdziwymi znawcami tematu, wie pod czyim dachem ukrywali się ci dwaj powstańcy w ostatnim okresie przed aresztowaniem i jakie były losy człowieka, który był aż tak odważny, że dawał im schronienie? A dodajmy, że czynił tak mimo, że już dobrze od ponad roku wiadomo było, że powstanie zakończyło się klęską, że marzenia o niepodległości Ojczyzny nie ziszczą się szybko, wreszcie, że w razie wpadki przyjdzie mu drogo zapłacić za pomoc okazywaną dowódcy szajki (Rosjanie, polując na szajkę księdza Brzóski, ogłosili, że osoby ukrywające bandytów będą sądzone według prawa wojennego przez sądy polowe a ich domy zostaną zniszczone). Wiedza, jak brzmi nazwisko tego człowieka, jest udziałem wyłącznie garstki ludzi i nie ma znaczenia dla pamięci zbiorowej. Niemniej skoro już wywołałem ten wątek, to aby grono osób znających ów historyczny detal powiększyło się o kolejne jednostki dopowiem, że był nim Ksawery Bieliński. Za pomoc niesioną księdzu Brzósce skazany został na karę śmierci, którą carski namiestnik zamienił następnie na karę osiedlenia na Syberii. Nie zdołał wrócić do swoich, zmarł na zesłaniu. Osierocił córkę i syna. Tego ostatniego nie było mu dane nigdy zobaczyć; w chwili gdy został aresztowany jego żona, Julianna, była w drugim miesiącu ciąży. Poświęcił wszystko co było mu drogie, niosąc pomoc ściganym przez władze zaborcze uczestnikom przegranej batalii o świętą sprawę wolności. I stosunkowo szybko zniknął w mrokach wspólnotowej niepamięci. W tym miejscu jego dzieje są całkowicie zbieżne z losem kilkorga ludzi, o których chciałbym w dalszej części niniejszego szkicu cokolwiek powiedzieć. Zadanie to nie jest łatwe, bo nie wiem o nich wiele. W zasadzie jedynie to, że w czasach dla wolności najtrudniejszych dali z siebie wszystko i że zapłacili za to strasznie wysoką cenę. I jeszcze to, że jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni. Oto krótkie streszczenie  ich  losów.

ZARZYCCY

Władysław i Stefania Zarzyccy gospodarowali na ponad jedenastu hektarach ziemi, na kolonii Łuszczów, położonej niecałe 30 km na zachód od Łęcznej. Mieli trójkę dzieci. W początkach wiosny 1949 r. oczekiwali narodzin czwartego potomka, rozwiązanie miało nastąpić za kilka tygodni. Jak zdecydowana większość naszych przodków, byli przeciwnikami komunizmu, a „leśnych” uważali za swoich. Wielokrotnie gościli w swoim domu partyzantów walczących pod komendą kpt. „Uskoka”.
Ludzie nad wyraz poczciwi, uczciwi – oto najogólniejsza charakterystyka rodziny pp. Zarzyckich – tak wspomniał ich w swoich zapiskach „Uskok”.
Pierwszym ogniwem łańcucha zdarzeń, które doprowadziły do tragedii tej rodziny był donos złożony przez członka PPR i współpracownika UB Franciszka Drygałę. Za jego przyczyną w dniu 31 marca 1949 r. funkcjonariusze UB pojmali dwóch członków podległego „Uskokowi” patrolu Walentego Waśkowicza „Strzały”. Katowanie zatrzymanych partyzantów zaczęło się natychmiast i od razu też dało efekty. W wyniku pozyskanych w ten sposób informacji komuniści dzień później zastrzelili „Strzałę”. Ustalili także miejsce i orientacyjny czas umówionego spotkania dowódców partyzantki z południowej Lubelszczyzny – „Uskoka”, „Strzały”, Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, Stanisława Kuchciewicza „Wiktora” i Józefa Franczaka „Lalka”. Tym miejscem był właśnie dom państwa Zarzyckich.

Kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, ppor. Stanisław Kuchciewicz „Wiktor” (IPN)

Na podstawie zapisków pozostawionych przez „Uskoka” a także w oparciu o raporty wytworzone przez funkcjonariuszy sił komunistycznych możemy odtworzyć przebieg zdarzeń w zabudowaniach Zarzyckich. „Uskok” zanotował:
"Nocą z 2 na 3 kwietnia [1949 r.] zaszliśmy tam [do domu pp. Zarzyckich] z „Wiktorem” i „Żelaznym”. „Lalusia” jeszcze nie było (…) Po omacku, aby nie pokazywać światła o tak późnej porze, ulokowaliśmy się, jak komu przypadło i czekamy. Na zewnątrz nie ubezpieczaliśmy się , aby nie drażnić psów. W domu oprócz nas  znajdowała się pani Zarzycka i dwoje dzieci w szkolnym wieku. Mąż z kilkuletnią córeczką spał w obok położonym budynku inwentarskim, w którym urządzone było  mieszkanko. O naszym przybyciu Zarzycki został powiadomiony, aby na wszelki wypadek zawczasu wiedział, jakich gości ma u siebie. Oczekiwanie trwało ponad cztery godziny. Aby nie zasnąć, gawędziliśmy z panią Zarzycką, która też – jak mówiła- wybiła się ze snu. Przez okna zaglądała noc pogodna i rozgwieżdżona, choć bezksiężycowa. Psy szczekały od czasu do czasu i za każdym razem nasłuchiwaliśmy, czy nie nadchodzą oczekiwani [„Lalek” i „Strzała”], ale cisza panowała dalej, nikt w umówiony sposób nie stukał w okna."
Gdy partyzanci tak sobie gawędzili z gospodynią, za oknami czaiło się śmiertelne niebezpieczeństwo, które materializowała przybyła z Lublina grupa operacyjna UB-KBW-MO. Pełną i bolesną świadomość sytuacji, w dosłownym znaczeniu tego określenia, miał już wtedy Władysław Zarzycki. Z budynku, w którym nocował został wywabiony przez jednego ze schwytanych kilka dni wcześniej  partyzantów z patrolu „Strzały”, któremu towarzyszyli dwaj udający „leśnych” funkcjonariusze UB. Zarzycki był nieco zdezorientowany sytuacją, bo o ile partyzanta znał i kilka razy gościł pod swym dachem, to dwóch pozostałych widział pierwszy raz w życiu. Zapewne dlatego na zadane mu pytanie: czy jest kapitan (?), czyli „Uskok”, odpowiedział ostrożnie, że tego nie wie, zaś jeżeli jest, to w budynku mieszkalnym. Zachował czujność - wszak, jak wynika z notatek „Uskoka”, dobrze wiedział, że partyzancki dowódca  przebywa w jego domu. W chwilę potem przekonał się, że ma do czynienia z siłami reżimu, zobaczył bowiem sylwetki kilku żołnierzy KBW, wysłanych w ślad za udającymi partyzantów funkcjonariuszami UB. Zaraz też odprowadzony został na skraj nieodległego od jego zabudowań lasu, gdzie znajdowało się stanowisko dowództwa obławy. Był okrutnie bity, pomimo tego nie potwierdził, że partyzanci są w jego domu. Swoją postawą dał im cień szansy na wyrwanie się z matni. Gdyby wtedy przyznał, że „Uskok” jest w jego mieszkaniu, dowództwo obławy zamknęłoby szczelny pierścień okrążenia wokół zabudowań, wstrzymałoby się  z działaniami zaczepnymi do rana,  ściągając w tym czasie na miejsce duże posiłki, i epopeja partyzancka „Uskoka”, „Żelaznego” oraz „Wiktora” skończyłaby się ich śmiercią albo aresztowaniem w obrębie zabudowań Zarzyckich. Ale Władysław Zarzycki tego nie zrobił, mimo że przecież musiał mieć świadomość, że takim zachowaniem pogarsza, już i tak dostatecznie dramatyczne, położenie swoje i osób mu najbliższych; przypomnijmy: żony będącej w ostatnich tygodniach ciąży i trójki małoletnich dzieci. Dzięki jego postawie, dowództwo obławy nadal nie miało pewności czy partyzanci są w zabudowaniach.

Ppor. Edward Taraszkiewicz "Żelazny", Zdzisław Kogut "Ryś". Zima 1946 r. (IPN)

Do świtu pozostawało wówczas około godziny. Wtedy postanowiono wysłać pięciu milicjantów, aby zajęli stanowiska w bezpośredniej bliskości domu mieszkalnego Zarzyckich, w miejscach niewidocznych z okien czy drzwi budynku. Podczas podchodzenia do zabudowań zostali zauważeni przez partyzantów. Nie wiedząc o tym dwóch milicjantów podjęło próbę wejścia do mieszkania, zaraz też zostali śmiertelnie ranni od kul wystrzelonych przez „Uskoka” i „Wiktora”. Chwilę potem partyzanci rzucili na podwórze kilka granatów, pod ich osłoną  wybiegli z zabudowań i przez ogród ruszyli w stronę lasu. Następnie, przy dość biernej postawie żołnierzy KBW, przedarli się przez linię obławy i zniknęli w zbawiennym lesie. Tam byli bezpieczni. Zanim wybiegli z domu  Zarzyckich „Uskok”, jak zapisał w swych notatkach, usłyszał jeszcze od Stefanii Zarzyckiej: „Nie dacie rady? Może na strych? O Boże! Ratujcie się!”.

Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 2/2>
Strona główna>
Prawa autorskie>
Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 2/2
Dalej los Zarzyckich potoczył się tak, jak potoczyć się musiał. Właściwie to był on przesądzony już w chwili, kiedy Franciszek Drygała składał swój donos. Kominiarze z UB doszczętnie zdemolowali wnętrza zabudowań państwa Zarzyckich, a znajdującą się w nich żywność, zapasy mąki i ziarna zalali naftą. Stefanię i Władysława Zarzyckich oczywiście aresztowano i osadzono na Zamku w Lublinie.

Dawne więzienie NKWD–MBP w Lublinie - Zamek Lubelski.

W zniszczonym mieszkaniu pozostawiono na pastwę losu trójkę ich dzieci: dwie dziewczynki, Marysię i Zosię, w wieku odpowiednio 9 i 12 lat, i 11-letniego Henia. Przez kilka miesięcy cała ta trójka koczowała w ruinach rodzinnych zabudowań. Najpierw w pomieszczeniu nad chlewem, bo tam było nieco cieplej niż w zdemolowanym mieszkaniu, a później w jamie wygrzebanej w stercie słomy. Żywność potajemnie dostarczało im kilka osób z sąsiedztwa. Dopiero w październiku 1949 r. najstarsza córka Zarzyckich została umieszczona w szkole ogrodniczej w nieodległych Kijanach, zaś dwójka młodszych dzieci trafiła do domu dziecka. Ich siostrzyczka, Magdalena, urodzona już na Zamku w Lublinie, podzieliła los siostry i brata – także znalazła się w domu dziecka. Matki nigdy nie poznała. Dla komunistów nie miało bowiem żadnego znaczenia, bo i dlaczego miałoby dla nich mieć jakiekolwiek, że Stefania Zarzycka ma troje małych dzieci i że jest w zaawansowanej ciąży. Jeżeli brali pod uwagę te okoliczności, to tylko w tym kontekście, że mieli lepsze możliwości nacisku, tak na samą panią Stefanię, jak i na jej męża. Państwo Zarzyccy zostali poddani ciężkiemu śledztwu, połączonemu z torturami. Jak wspominała osadzona wówczas na Zamku w Lublinie, a pracująca w więziennym szpitalu kobieta, pochodząca z jednej z miejscowości sąsiadujących z Łuszczowem, Stefania Zarzycka była cała sina od pobicia. Znalazła w sobie jeszcze tyle sił, że dała życie swojemu czwartemu dziecku. Zmarła w więziennym szpitalu tuż po porodzie w dniu 29 maja 1949 r. Jej mąż po wyjściu z więzienia tak wspomniał, co komuniści wyprawiali z jego żoną  i z nim; relacja ta jest znana z przekazu jednej z jego córek:
"Ojca i matkę umieszczono w dwóch sąsiednich celach przedzielonych cienką ścianką. Jeden z ubeków wszedł do celi ojca i zapytał: - Słyszałeś jak drze się z bólu twoja baba? Nie? To zaraz usłyszysz. Po chwili z sąsiedniej celi rozlegał się przeraźliwy krzyk torturowanej, ciężarnej matki. Trwało to jakiś czas. Potem drzwi się otwierały, wchodziło kilku i mówiło do ojca: - A teraz ona usłyszy, jak ty wyjesz! - I rozpoczynało się bezlitosne bicie i kopanie".
Inaczej niż jego żonie, Władysławowi Zarzyckiemu dane było przeżyć piekło śledztwa. Sąd komunistyczny skazał go na 15 lat więzienia i orzekł konfiskatę całego majątku. W 1955 r. Zarzycki opuścił więzienne mury, wtedy też odzyskał dzieci. Po wyjściu z więzienia zamieszkał w Starachowicach, gdzie pracował w kopalni jako pomocnik górnika. Zmarł w 1963 r.

Swoim heroicznym uporem, jaki wykazał przez te kilkanaście minut na około godzinę przed świtem 3 kwietnia 1949 r., gdy katowany przez komunistów nie potwierdził, że kpt. „Uskok” przebywa w jego zabudowaniach, nie odmienił losu tych, których zdołał wówczas ochronić. „Uskok” zginął w niecałe dwa miesiące później. Nie zdążył ustalić kto złożył donos, który spowodował  śmierć „Strzały” i tragedię rodziny Zarzyckich. Dodajmy, że uczynili to jego podkomendni, „Wiktor” i „Lalek”. "Podziękowanie" nastąpiło 25 sierpnia 1951 r. – konfident został zastrzelony, a jego zabudowania spalone. „Wiktor” zginął 9 lutego 1953 r. Trzeci z partyzantów ocalonych dzięki Władysławowi Zarzyckiemu w ów kwietniowy dzień 1949 r., Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, poległ  w walce 6 października 1951 r.

WNIOSKI ODZNACZENIOWE  JAKO AKTY OSKARŻENIA

Z historią grupy „Żelaznego” związane są postacie Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi. Ich losy są kolejnymi smutnymi symbolami dziejów tej zapomnianej przez nas zbiorowości, której na imię „współpracownicy Żołnierzy Wyklętych”.

Roman Dobrowolski „Ostrożny”, współpracownik oddziału „Żelaznego”, aresztowany 7 X 1951 r., skazany na śmierć i 3 XII 1951 r. zamordowany na Zamku w Lublinie (IPN).

Odnośnie Romana Dobrowolskiego, wszystko to co istotne dla tego tekstu zawarte jest w zaświadczeniu, jakie wystawił Józef Domański „Znicz”, żołnierz oddziału Józefa Struga „Ordona”, a od jesieni 1949 r. podkomendny „Żelaznego”. Wspomniany dokument powstał 2 kwietnia 1951 r., na pół roku przed tragedią całej trójki: ”Żelaznego”, „Znicza” i Romana Dobrowolskiego. Oto jego treść:
"Niniejszym zaświadczam, że Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” urodzony 10 II 1906 roku, imię matki Jadwiga, imię ojca Stanisław, zamieszkały w Urszulinie, powiatu Włodawskiego, z chwilą okupacji sowieckiej z pełnym poświęceniem dla sprawy Polski Podziemnej, udzielał zawsze pomocy dla członków podziemia oraz oddziałów zbrojnych. Dom jego służył często za kwaterę oddziału ś.p. „Ordona”, oraz punkt opatrunkowy dla rannych członków oddziału. W chwilach najbardziej krytycznych, gdy U.B. przeprowadzało akcje na oddziały podziemne, Dobrowolski Roman z narażeniem swego życia oraz całej rodziny, robił u siebie kryjówki, by ratować żołnierzy podziemia. W roku 1947-48, gdy fala terroru reżimowego wzrosła do najwyższego stopnia, i gdy wielu członków oddziałów zbrojnych poległo (mogę powiedzieć, że zostały tylko jednostki), Dobrowolski Roman i tym razem nie zawahał się i nie odmówił pomocy dla członków oddziałów podziemnych. W roku 1948 w jesieni gdy naprawdę straciłem nadzieję, czy zdołam przetrwać zimę, która się zbliżała, (tym bardziej, ponieważ byłem rannym w lecie tegoż roku i ze zdrowiem szwankowałem jeszcze dość poważnie) Dobrowolski Roman nie odmówił mi pomocy, robiąc w swych budynkach kryjówkę, gdzie do listopada 1949 roku szczęśliwie u niego przeżyłem. W listopadzie tegoż roku spotkałem się z kolegą „Żelaznym”. Kol. „Żelazny” także doznał od Dobrowolskiego Romana wprost rodzinnego współczucia i pomocy. Większą część zimy 1950-1951 razem z kol. „Żelaznym” i kol. „Kazikiem” przeżyliśmy u Dobrowolskiego Romana, dodać jeszcze muszę, że pomoc jakiej nam udzielał była zawsze szczera i bezinteresowna. Dużo by można wyliczyć szczegółów i szlachetnego poświęcenia dla Polski Podziemnej przez tyle lat. Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” zasługuje na odznaczenie Złotym Krzyżem Zasługi".

Zaświadczenie (strona 1 i 2) wydane przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu (IPN). [kliknij w obraz aby powiększyć]

Podobnie wysoką ocenę partyzantów uzyskała Regina Ozga, także – jak Roman Dobrowolski - od lat niosąca pomoc „leśnym”. Ona również została przedstawiona do odznaczenia Złotym Krzyżem Zasługi. Zaświadczenie dla Reginy Ozgi wystawił osobiście „Żelazny”. Nosi ono datę 19 czerwca 1951 r. Czytamy w nim :
"Niniejszym zaświadcza się, że koleżanka Ozga Regina, pseudonim „Lilka” zamieszkała we wsi Jagodno gminy Wola – Wereszczyńska powiatu Włodawskiego, jest aktywnym członkiem podziemnej organizacji „WiN”. Koleżanka „Lilka” w pracy podziemnej czynna jest od czasu okupacji niemieckiej bez przerwy- do czasu obecnego. W czasie swej konspiracyjnej pracy kol „Lilka” udzielała aktywnej pomocy dla oddziałów ś.p „Ordona” i  „Jastrzębia”, pracując jako łączniczka i członek wywiadu. Oprócz tego w domu kol. ”Lilki” był swego czasu szpital polowy oddziału „Ordona” gdzie kol. „Lilka” pracowała jako sanitariuszka. Dla mej grupy w czasie obecnym kol. „Lilka” oddała niezmiernie ważne usługi i to w czasie kulminacyjnego terroru ze strony U.B. i kompartji. Gdyby mi sądzonem było przetrwać do wyzwolenia Polski, przedstawię koleżankę „Lilkę”  do odznaczenia „Złotym Krzyżem Zasługi” za Jej poświęcenie osobiste i ofiarną pracę dla dobra Polski Podziemnej".

Regina Ozga „Lilka”, łączniczka grupy „Żelaznego”, aresztowana 6 X 1951 r., skazana na karę śmierci, zamienioną na dożywotnie więzienie. Zdjęcie sygnalityczne wykonane przez UB (IPN).

Tyle że „Żelaznemu” nie było dane doczekać wolnej Polski. A kiedy wnioski te sporządzono, nie było już w podziemiu nikogo, kto byłby władny je rozpoznać – były pisane z nadzieją na lepsze czasy. Przejęte przez komunistów, przeleżały dziesiątki lat w archiwach bezpieki. Miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Dziś są pierwszorzędnym, choć raczej mało kogo obchodzącym, świadectwem bohaterstwa osób w nich opisanych. W każdym razie Regina Ozga ani Roman Dobrowolski nie otrzymali Złotych Krzyży Zasługi, choć po stokroć na nie zasłużyli. Ich oddanie dla idei wolności Ojczyzny zostało natomiast odpowiednio docenione przez komunistów.

Legitymacja (awers i rewers) członka Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” wydana przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu "Ostrożnemu" w dniu 2 IV 1951 r. (IPN)

Los obojga został wyznaczony przez koniec grupy „Żelaznego”, który nastąpił 6 października 1951 r. Ostatnia walka tej czteroosobowej wówczas grupy - pełna dynamiki, zwrotów akcji, brawury i zimnej krwi wykazanej przez „Żelaznego” ale i, niestety, również przez jednego z jego przeciwników - zakończyła się śmiercią dowódcy, jego podkomendnego oraz aresztowaniem dwóch pozostałych partyzantów (wszystkich zainteresowanych poznaniem lub przypomnieniem sobie szczegółów tego boju zachęcam do lektury znakomitego tekstu autorstwa Grzegorza Makusa - OSTATNIA WALKA PPOR. "ŻELAZNEGO"). Od kul funkcjonariuszy UB i KBW zginęli również gospodarze, u których „leśni” kwaterowali – Natalia i Teodor Kaszczukowie, przy czym Natalia Kaszczuk zmarła z upływu krwi, bo jako meliniarce bandy nie udzielono jej pomocy.
Jednym z dwóch pojmanych wówczas partyzantów „Żelaznego” był „Znicz”, ten sam, który pół roku wcześniej wystawił zaświadczenie opisujące oddanie Romana Dobrowolskiego dla sprawy wolności. Nie wytrzymał bicia i szybko wyjawił UB najważniejszych współpracowników oddziału. Na czele tej listy znajdowali się Roman Dobrowolski i Regina Ozga.

Zdjęcia wykonane przez bandytów z UB 6 października 1951 r. na  dziedzińcu PUBP we Włodawie. Leżą zabici: Kazimierz Torbicz "Kazik" (z lewej) i Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (z prawej). W środku siedzi Stanisław Marciniak "Niewinny", skazany na karę śmierci, zamordowany wraz z Józefem Domańskim "Łukaszem" 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie (IPN).


Hołota, o której pisał „Uskok”, odmalowując w swych notatkach wizytę funkcjonariuszy UB w jednym z faszystowskich domów gdzieś pod Lublinem, zjawiła się w zabudowaniach Romana Dobrowolskiego i jego siostry Janiny ps. "Joanna" (wspólnie prowadzili gospodarstwo i razem nieśli pomoc partyzantom) o świcie 7 października 1951 r. Na miejscu znalazła kompletne archiwum oddziału „Żelaznego”, w tym przywołane w niniejszym tekście wnioski awansowe, które z chwilą przejęcia ich przez UB, zaczęły pełnić funkcję gotowych aktów oskarżenia. Dzień wcześniej, 6 października 1951 r., aresztowana została Regina Ozga. Dodajmy, dla ścisłości opisu, choć to dla tematu niniejszego tekstu rzecz drugorzędna, że jej aresztowanie nie było wynikiem informacji pozyskanych przez UB od „Znicza”. Nastąpiło wcześniej i zostało spowodowane przez agenta, za przyczyną którego komunistom udało się ustalić miejsce pobytu partyzantów.

Janina Dobrowolska "Joanna" i jej brat Roman Dobrowolski "Ostrożny" z matką (IPN).

CENA  I  ŚWIADECTWO

Roman Dobrowolski został skazany na karę śmierci i zamordowany 3 grudnia 1951 r. na Zamku w Lublinie  (jego siostra Janina, otrzymała karę 12 lat więzienia; więzienne mury opuściła 30 kwietnia 1956 r.). Majątek rodzeństwa Dobrowolskich skonfiskowano. Miejsce pogrzebania doczesnych szczątków Romana Dobrowolskiego pozostaje nieznane. Regina Ozga usłyszała ten sam wyrok co Roman Dobrowolski - karę śmierci.

Legitymacja Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” Reginy Ozgi „Lilki”, wydana w kwietniu 1951 r. przez Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” (IPN).

Podczas rozprawy przed sądem komunistycznym oświadczyła: "byłam i jestem wrogiem Polski Ludowej". Trudno, zważywszy na okoliczności w jakich wypowiedziała te słowa, o piękniejsze i większe świadectwo hartu ducha i wiary w sprawę wolności. Powiedziała też: "wobec Boga i Ojczyzny i ludzi mam czyste sumienie, bo nikomu nic złego nie zrobiłam". Ta jej postawa została przywołana przez sąd komunistyczny w opinii na temat ewentualnego ułaskawienia skazanej; opinii oczywiście negatywnej. Orzeczona wobec niej kara śmierci została decyzją Bieruta zamieniona na dożywocie, a po pewnym czasie, w wyniku amnestii, zmniejszona do 15 lat więzienia. Jej rodzice, Zygmunt i Maria Ozgowie, byli sądzeni w oddzielnym procesie. Skazano ich na 15 lat więzienia. Majątek rodziny Ozgów skonfiskowano. Regina Ozga opuściła mury więzienia 26 lutego 1958 r. Zmarła 1 lipca 1994 r. w Pile.

Opinia składu sądzącego Reginę Ozgę „Lilkę” (strona 1 i 2), świadcząca o jej wyjątkowo godnej postawie w obliczu zasądzonej kary śmierci w dn. 14 VIII 1952 r. (IPN). [kliknij w obraz aby powiększyć]

REFLEKSJE FUNERALNE NA MARGINESIE PEWNEJ PRZEMOWY

Nie łudźmy się, dla poprawy nastroju, że w wolnej Polsce Regina Ozga doczekała się  jakichkolwiek wyrazów oficjalnego uznania za swoją ofiarę dla sprawy wolności. Jestem przekonany, że także na jej pogrzebie nie zaistniał jakikolwiek oficjalny akcent. Umarła zbyt wcześnie. O epopei Żołnierzy Wyklętych dopiero zaczynało się wtedy mówić. 

Niecałe dziesięć lat wcześniej, w październiku 1984 r., miała miejsce pewna uroczystość. Sądzę, że w kontekście tego tekstu należy ją przypomnieć. Przy pracy nad nim odtworzyłem sobie zapisane na taśmie filmowej fragmenty wspomnianej ceremonii. Oto jej oprawa i najważniejsze momenty: uroczystość odbywa się w niewielkiej auli. Na jednej ze ścian rozciągnięta jest czerwona kotara. Na kotarze, z prawej strony, zawieszony jest artystycznie wykonany napis "40 lat SB i MO". Prawa strona kotary służy jako tło dla tablicy, na której czytamy: "funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej Zawsze wierni socjalistycznej ojczyźnie".


Aula wypełniona jest gośćmi, wielu z nich przybyło w strojach mundurowych, niektórzy mają piersi udekorowane szeregiem orderów. Do zebranych przemawia przyszły pierwszy prezydent III Rzeczypospolitej Polskiej, wtedy jeszcze pierwszy sekretarz partii tow. Wojciech Jaruzelski. Od objęcia funkcji prezydenta dzieli go niecałe pięć lat.


Słowa, które wówczas padły z ust pana prezydenta in spe wydają mi się stosunkowo ważne i warte przypomnienia:
"Szanowne towarzyszki, szanowni towarzysze, drodzy moi,
chciałem złożyć serdeczne gratulacje, wam, czołowemu, kierowniczemu aktywowi resortu a za waszym pośrednictwem wszystkim funkcjonariuszom i żołnierzom najgorętsze gratulacje i życzenia w związku z czterdziestoletnim jubileuszem. Czterdzieści lat to przecież w historii odcinek nie tak długi, ale w życiu naszego narodu to cała epoka (…) W tej walce byliście zawsze i jesteście na pierwszej linii. Brzmi to na pozór banalnie, ale przecież ta pierwsza linia oznacza, że od narodzin Polski ludowej funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, milicjanci, wszyscy służący pod waszym znakiem musieli toczyć dzień po dniu ostrą walkę klasową. Ja szczycę się tym, że miałem możność i mam możność pracować i służyć razem z wami, na tej właśnie pierwszej linii (…) Na zakończenie złożę wam najserdeczniejsze również życzenia, aby wasza trudna służba przynosiła coraz większe owoce, by wróg został ostatecznie zepchnięty do defensywy i wyrzucony za burtę. Byśmy szli dalej z podniesioną głową w nowe, lepsze jutro socjalizmu".

Wędrówką życie jest człowieka. Prawda ta, wyrażona strofą piosenki, oznacza też, że dla każdego przychodzi wędrówki kres. Nikt z nas nie zna dnia ani godziny, nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało. Możemy tylko z pewnym prawdopodobieństwem zakładać, że niektórzy, na przykład z racji wieku, mają bliżej do końca swej ziemskiej wędrówki niż inni. Powyższe pozwala przypuszczać, że w stosunkowo nieodległym czasie przyjdzie po pierwszego prezydenta III Rzeczypospolitej Polskiej „zegarmistrz światła purpurowy”. Taka jest kolej rzeczy, po prostu. I tylko wizja obrazów z jego pogrzebu z asystą Kompanii Honorowej Wojska Polskiego, z udziałem najwyższych władz państwowych - z Prezydentem Rzeczypospolitej na czele, z odegraniem hymnu państwowego, z orderami ułożonymi na lawecie z trumną, z biciem werbli i salwą honorową jawi mi się tak niesamowitym i upiornym rechotem historii, że aż…


Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS (i) fragmenty notatek kpt. „Uskoka” przywołałem za publikacją: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (ii) „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje” – fragment tekstu Jacka Kaczmarskiego, „Kataryniarz”; (iii) faktografię dotyczącą  Ksawerego Bielińskiego zaczerpnąłem z artykułu mec. Bogusława Niemirki, „Powstańcy styczniowi regionu sokołowskiego w świetle spisów represjonowanych”; publ: Sokołowski Rocznik Historyczny (nr 1/2013); (iv) fragment „jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Raport z oblężonego miasta”; (v) losy rodziny Zarzyckich były tematem kilku artykułów, m.in.: Grzegorz Makus, Tragedia rodziny Zarzyckich, publ: „Gazeta Polska"; relacja córki Władysława Zarzyckiego oddająca jego wspomnienia z okresu śledztwa została przywołana za książką Henryka Pająka, „Uskok” kontra UB, Lublin 1992 r.; (vi) najpełniejszy opis działań grupy operacyjnej przeprowadzającej w kolonii Łuszczów operację przeciwko kpt. „Uskokowi” przedstawiony został w sporządzonym 13 kwietnia 1949 r. raporcie p.o. naczelnika Wydziału ds. Funkcjonariuszy MBP płk. Jerzego Siedleckiego do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza; publ: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (vii) treść wniosków odznaczeniowych dot. Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi podałem za: Grzegorz Makus, "Bracia Wyklęci". Działalność oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" w latach 1945–1951 (Zarys monograficzny), praca niepublikowana; (viii) fragmenty uroczystości z okazji 40-lecia MO i SB z udziałem Wojciecha Jaruzelskiego zostały przypomniane w filmie dokumentalnym „Bezpieka. Pretorianie komunizmu”, w reż. Bogdana Łoszewskiego; (ix) „wędrówką życie jest człowieka” – tytuł i fragment tekstu Edwarda Stachury, (x) fragment  „nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Proces”; (xi) „zegarmistrz światła purpurowy” - tytuł piosenki Tadeusza Woźniaka.

Postacie drugiego planu... refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - część 1/2>
Strona główna>
Prawa autorskie>
poniedziałek, 06 stycznia 2014
O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 1/2
Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć - autor strony]

O SIOSTRZE ZAKONNEJ, FILMIE PEERELOWSKIM Z PLEJADĄ GWIAZD, LUDZIACH BEZ GROBÓW I DWUTOROWOŚCI DZIEJÓW, CZYLI KRÓTKA REFLEKSJA WOKÓŁ POMNIKA W  RADOMSKU

SIOSTRA

„Po nocach śni się brat, który zginął, któremu oczy żywcem wykłuto, któremu kości kijem złamano” – napisał w wierszu „Pokolenie” Krzysztof Kamil Baczyński. Ciężar i siłę tej poetyckiej frazy zrozumiałem z całą mocą podczas uroczystości odsłonięcia pomnika poświęconego ponad dwustu trzydziestu żołnierzom Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległym i pomordowanym w walce z komunistami w latach 1945 – 1955.


Odsłonięty 26 września 2010 r. w Radomsku pomnik poświęcony pamięci żołnierzy i współpracowników Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem.

Ceremonia ta odbyła się w Radomsku we wrześniu 2010 r. Miałem zaszczyt uroczystość tę współorganizować, w ścisłej współpracy z Prezydent Radomska Anną Milczanowską (jako warszawiak, ciężko doświadczony wolą większości głosujących w stolicy w ostatnich dwóch wyborach samorządowych, mogę tylko zazdrościć mieszkańcom Radomska gospodarza miasta), i prowadzić. Chwilę po tym, jak zapowiedziałem odczytanie apelu pamięci podeszła do mnie starsza wiekiem zakonnica. Była drobnej budowy i niewielkiego wzrostu. Miała delikatne rysy i dobrotliwą twarz. W rękach trzymała różaniec. Od razu widać było, że silnie przeżywa wydarzenia pod pomnikiem. Powiedziała do mnie: jestem siostrą rodzoną Ryszarda Nurkowskiego. Nic nie odpowiedziałem, bo i co też miałem tej kobiecie wówczas powiedzieć. Pochyliłem się jedynie w głębokim przed nią ukłonie. Staliśmy blisko siebie, gdy oficer Wojska Polskiego wzywał do apelu kolejnych poległych i pomordowanych żołnierzy KWP. Po kilku minutach ludzie zgromadzeni przy pomniku usłyszeli:
"Was wzywam!

Żołnierze piotrkowskiego batalionu KWP kryptonim „Żniwiarka”: Janie Rogulko „Grocie”, Ryszardzie Kapczyński „Szary”, Benedykcie Ratajski „Mikusiu”, Ryszardzie Chmielewski „Blondynie”, Ryszardzie Nurkowski „Mewo”, Czesławie Turlejski, Stanisławie Wersalu, Karolu Wielochu, Piotrze Proszewski „Wrono”, Józefie Koniarski, Tadeuszu Schabowski, Leopoldzie Słomczyński, którzyście z 19 na 20 kwietnia 1946 roku przynieśli wolność braciom naszym, więzionym przez komunistów w radomszczańskim więzieniu, a 12 maja 1946 roku, bestialsko pomordowani przez komunistów, swoje młode życie Bogu i Polsce w ofierze złożyli.

Stańcie do apelu!"
I na to odpowiedź pododdziału Wojska Polskiego:
"zginęli śmiercią męczeńską!"


Moja uwaga skupiona była wtedy na stojącej obok mnie zakonnicy. Gdy wyczytano nazwisko jej brata skuliła ramiona i na dłuższą chwilę przymknęła oczy. To wtedy przyszła mi na myśl przywołana na początku tego tekstu fraza wiersza Baczyńskiego. Skojarzenie chyba było adekwatne, bo przecież brata tej pani i jedenastu innych żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego komuniści zamordowali ze szczególnym okrucieństwem. Zrobili to w zemście za udział tej dwunastki w akcji opanowania Radomska, której efektem było rozbicie miejscowego więzienia i uwolnienie 70 skazańców.

Uderzenie oddziałów KWP na Radomsko miało miejsce w nocy  z 19 na 20 kwietnia 1946 r. Ryszard Nurkowski był jednym z 167 uczestników tej akcji. Został aresztowany przez UB już dwa dni później, 22 kwietnia 1946 r. 7 maja 1946 r. zasiadł wraz z szesnastoma innymi żołnierzami KWP jako oskarżony w pokazowym procesie w sali radomszczańskiego kina „Kinema”.

Ryszard Nurkowski, żołnierz KWP, uczestnik akcji na więzienie w Radomsku, skazany na śmierć i zamordowany przez komunistów w maju 1946 r.

Jeszcze nim zapadł zmierzch dwunastu żołnierzy KWP zostało skazanych na karę śmierci. Wszyscy oni zostali zamordowani w okrutny sposób przez komunistów w nocy z 12 na 13 maja 1946 r. (niektóre relacje podają, że do mordu doszło w nocy z 9 na 10 maja 1946 r.). Zwłoki ofiar  porzucono  w poniemieckim bunkrze  w lesie blisko Bąkowej Góry. Przypadkowym świadkiem tego był kilkunastoletni chłopiec z pobliskiej wsi, który powiadomił jej mieszkańców. Przybyli na miejsce ludzie wynieśli ciała z bunkra. Wezwano lekarza, zaprzysiężonego członka KWP, który dokonał  oględzin zwłok. To między innymi z jego relacji, przekazanej towarzyszom broni pomordowanych, wiadomo, że ciała nosiły ślady okrutnych okaleczeń, a kończyny i żebra ofiar były połamane. W chwili swej męczeńskiej śmierci Ryszard Nurkowski miał 20 lat. Ponad sześćdziesiąt lat później, gdy Radomsko oddawało honory swoim bohaterom, stałem obok jego rodzonej siostry. Byłem wówczas i nadal jestem przekonany, że brat śnił się jej wielokrotnie a i wtedy, przy pomniku, po raz kolejny miała go przed oczami.

Zbiorowa mogiła 12 zamordowanych przez komunistów żołnierzy KWP.

"KLINGA" I ROZSTRZELANIE SOWIETÓW

Niedawne jeszcze usytuowanie mojej kancelarii powodowało, że prawie codziennie przechodziłem przez ulicę Nowogrodzką, w miejscu jej zetknięcia z ulicą Chałubińskiego. To ścisłe centrum Warszawy. Dawno temu, w 1946 roku, na rogu Nowogrodzkiej i Chałubińskiego, na chodniku po drugiej stronie Nowogrodzkiej niż zbudowany w końcu lat 80–tych ubiegłego stulecia hotel Marriott stała budka z napojami.
31 sierpnia 1946 r. zatrzymało się przy niej dwóch mężczyzn. Chcieli ugasić pragnienie. Nie zdążyli. Jeden z nich został obezwładniony przez kilku osiłków z Informacji Wojskowej, którzy wyrośli jak spod ziemi, i zawleczony do zaparkowanego nieopodal auta. Miał przed sobą niespełna sześć miesięcy życia, choć bez wielkiej przesady można powiedzieć, że w chwili gdy wrzucono go wówczas do samochodu był już martwy. Pozostała mu tylko pełna męki „droga pod górę zwaną czaszka”; był jednym z tysięcy naszych rodaków, którym za sprawą komunistów przemierzyć przyszło tę najtrudniejszą z ludzkich dróg. Nazywał się Henryk Glapiński, nosił pseudonim „Klinga” i, w mojej ocenie, zasłużył na miano najlepszego dowódcy polowego  KWP. Towarzyszący mu wówczas mężczyzna odszedł z miejsca zdarzenia nie niepokojony. Wcale nie dlatego, że miał szczęście i umknął uwadze tych, którzy pojmali „Klingę”. Po prostu nie mieli oni żadnego powodu, aby go zatrzymać. Przeciwnie, zasłużył na ich pochwałę, gdyż w sposób perfekcyjny wykonał swoje zadanie. „Z-24”. To on zaprowadził „Klingę” na śmierć (przywiózł Glapińskiego oraz dwóch innych żołnierzy KWP do Warszawy pod pretekstem rozpoznania możliwości przerzutu za granicę). Zresztą, nie tylko „Klingę”…

Por. Henryk Glapiński "Klinga", dowódca Oddziału Partyzanckiego Służby Ochrony Społeczeństwa "Warszawa", walczącego w pow. radomszczańskim.

W ataku na Radomsko, który, wbrew dość powszechnym sądom, zakończył się tylko połowicznym sukcesem partyzantów KWP (rozbito więzienie, ale nie opanowano miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa i nie uwolniono przetrzymywanych tam ludzi), „Klinga” dowodził jednym z oddziałów biorących udział w tej operacji. Podczas odwrotu z miasta oddział „Klingi” najpierw zatrzymał wojskową ciężarówkę wiozącą mundury i zaopatrzenie dla jednostki KBW z Katowic, a chwilę potem samochód wojskowy, w którym jechało ośmiu enkawudzistów. Ich dowódca, w stopniu lejtnanta, słusznie, co do zasady, uznając, że w kwietniu 1946 r. na ziemi polskiej podbitej przez komunistów to on decyduje, co komu wolno, a co nie, i że nikt mu tu jego samochodu nie będzie zatrzymywał, starał się krzykiem zaprowadzić porządek a dla dodania sobie autorytetu sięgnął po broń. Miał pecha. Nie mógł wiedzieć, bo i skąd, że zasada jego funkcjonowania w zniewolonej Polsce doznaje właśnie wyjątku. Zapewne sądził, że ludzie, którzy mieli czelność zatrzymać samochód, w którym jechał, są jakąś miejscową komunistyczną formacją mundurową. Po prostu popełnił błąd w ocenie. Chwilę potem już nie żył, zastrzelony przez ochraniającego „Klingę” żołnierza. Pozostali enkawudziści zostali zabrani przez partyzantów.
Oddział „Klingi”, wykorzystując dwa zarekwirowane samochody, przemieścił się w rejon gajówki Borowe, położonej nieco ponad kilometr od wsi Graby (ok. 20 km na południe od Radomska), i tam zatrzymał się na odpoczynek. Sowietom nakazano (służyli w kompanii łączności) założyć linię telefoniczną łączącą wysuniętą w kierunku wsi czujkę partyzanckiego oddziału z gajówką, w której stały główne siły „Klingi”. Wkrótce zwiad oddziału przyniósł informację, że wieś Graby została zajęta przez UB i KBW. Walka z obławą była już tylko kwestią czasu. W tej sytuacji „Klinga” podjął decyzję o likwidacji siedmiu enkawudzistów. Zostali rozstrzelani przez wydzieloną w tym celu sekcję z plutonu Mariana Knopa „Własowa”.

Plut. Marian Knop "Własow", "Wicher", fotografia wykonana po aresztowaniu przez GZI WP (zamordowany przez komunistów 19 II 1947 r.)

Uderzenie sił komunistycznych na 46-osobowy wówczas  oddział „Klingi” nastąpiło 20 kwietnia 1946 r. około godziny 18.00. Grupa operacyjna atakująca partyzantów KWP liczyła około 180 ludzi i była uzbrojona m.in. w działko oraz ciężkie karabiny maszynowe. Główne siły oddziału „Klingi”, uprzedzone meldunkiem przekazanym z wykorzystaniem polowej linii telefonicznej, wytrzymały napór atakujących a następnie przeszły do kontrataku, wyrzucając grupę pościgową z lasu na otwartą przestrzeń. To był klucz do sukcesu partyzantów. W zaciętej i zwycięskiej dla KWP walce pod Grabami zginął dowodzący ścigającą oddział „Klingi” grupą operacyjną kapitan o czysto polskim nazwisku Kuzarow a także kilku innych oficerów. Łączne straty po stronie atakujących wyniosły 11 zabitych i 16 rannych; kilkunastu innych poddało się partyzantom, reszta uciekła z pola walki. Partyzanci zdobyli czternaście ciężkich karabinów maszynowych i większą liczbę broni automatycznej a także jedno działko i kilka samochodów. Po stronie oddziału „Klingi” poległ jeden żołnierz (Jerzy Karnicki „Bursztyn”). Należy podkreślić, że wszyscy ranni  i wzięci do niewoli w  tym starciu członkowie grupy operacyjnej zostali przez partyzantów „Klingi” puszczeni wolno, a dodatkowo partyzanci zwolnili na potrzeby rannych dwa spośród przejętych samochodów.

Por. Henryk Glapiński "Klinga", dowódca oddziału partyzanckiego SOS "Warszawa". W czasie odwrotu po ataku na Radomsko dowodzony przez niego oddział stoczył 20 kwietnia 1946 r. zwycięską walkę z żołnierzami 6. pp WP, po której część z nich przeszła na stronę KWP.

Niemniej wydarzenia pod Grabami posłużyły komunistom do celów propagandowych. Podczas procesu I Komendy Głównej KWP reżimowa prasa mocno eksponowała fakt rozstrzelania siedmiu Sowietów, oczywiście nie wspominając, że służyli w NKWD. Pośród sądzonych wówczas byli m.in. twórca i dowódca KWP Stanisław Sojczyński „Warszyc”, Henryk Glapiński „Klinga” i Marian Knop „Własow” (cała ta trójka wraz z trzema innymi skazanymi w tym procesie na karę śmierci została zamordowana przez komunistów 19 lutego 1947 r.; miejsce pogrzebania Ich ciał pozostaje nieznane).

Proces "Warszyca" i jego 11 podkomendnych przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi, w dniach 9-14 grudnia 1946 r. Na zdjęciu: Kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc" (na pierwszym planie), por. Ksawery Błasiak "Albert" (drugi z prawej), por. Czesław Kijak "Romaszewski" (pierwszy z prawej), sierż. Marian Knop "Własow" (pierwszy z lewej), Albin Ciesielski "Montwiłł" (drugi z lewej).

„Warszyc”, jak można sądzić powodowany troską o właściwy obraz KWP w opinii publicznej, mimo że ona (jeżeli pod pojęciem opinii publicznej rozumieć niezależne od władzy podmioty przekazujące wiadomości do masowego odbiorcy) w tamtych czasach nie istniała, potępił „Klingę” za wydanie rozkazu likwidacji Sowietów. „Klinga” twierdził zaś, że działał pod wpływem zamroczenia alkoholowego i niewiele pamięta, co zresztą pozwoliło mu zasłaniać się niepamięcią także odnośnie tego, kto jego rozkaz wykonał.

Czemu o tym wspominam? Dlatego, że niektórzy współcześni mędrcy, przywołując wyjaśnienia „Warszyca” i „Klingi” złożone przez przed sądem komunistycznym i snując na ich podstawie dywagacje na temat podziemia, sprawiają wrażenie, że nie potrafią uczynić użytku z wiedzy, że kazamaty UB, w których więźniów oprawiano długo, metodycznie i z całą bezwzględną fachowością, a przed procesem zapowiadano im, że jeżeli nie będą odpowiednio zachowywać się na rozprawie, to ponownie zasmakują przyjemności spotkania ze śledczymi, nie były miejscami sprzyjającymi przygotowaniu do naturalnej w kontekście wydarzeń pod Grabami obrony, to znaczy powiedzeniu prawdy wyrażonej  np. takimi słowy:
"wydałem rozkaz rozstrzelania tych enkawudzistów, gdyż ludzi służących w tej formacji traktowaliśmy jak wcześniej, w czasie okupacji niemieckiej, traktowaliśmy esesmanów. To znaczy nie puszczaliśmy ich żywych. Nie dysponowałem aresztem, a poza tym, w tej konkretnej sytuacji, czekała mnie walka z grupą pościgową. Nie mogłem ich wypuścić, bo zdradziliby pozycje obronne i liczebność mojego oddziału, nie mogłem też tych Sowietów dłużej przetrzymywać, bo co najmniej dwóch moich żołnierzy musiałoby ich pilnować w czasie walki, w której broniliśmy się przed kilkakrotnie liczniejszym i znacznie lepiej uzbrojonym przeciwnikiem; nie mogłem i nie chciałem dodatkowo osłabiać na naszą niekorzyść proporcji sił. Dlatego zostali rozstrzelani".
Warto mieć to na uwadze, ferując współcześnie sądy o podjętej wówczas przez „Klingę” decyzji, bez wątpienia trudnej, ale przy pewnym wysiłku myślowym i poszanowaniu dla prawdy życia, w pełni zrozumiałej.

O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 2/2>
Strona główna>
Wsparcie>
O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 2/2
FILM

Odwrót partyzantów „Klingi” po uderzeniu KWP na więzienie w Radomsku przyniósł ze sobą kilka jeszcze, poza walką pod Grabami, emocjonujących zdarzeń, których suma zasługuje na film fabularny. Ale taki film póki co nie powstał, co nie oznacza, że żadna z wymienionych przeze mnie w tekście osób nie została uwieczniona obrazem filmowym. Doczekał się tego „Z-24”. Ten sam, który od budki z napojami, przy której pojmano „Klingę”, odszedł nie niepokojony. Był bardzo skutecznym agentem Zarządu Głównego Informacji Wojskowej. W szeregi KWP przeniknął tuż po aresztowaniu „Warszyca”, gdy pozbawiona dowódcy i osłabiona aresztowaniami organizacja przeżywała poważny kryzys. Podawał się za wysłannika gen. Andersa (po wojnie „Z-24” służył przez kilka miesięcy w PSZ na Zachodzie). Na kanwie jego osiągnięć w walce z KWP powstał film „Akcja Brutus”. Ta peerelowska produkcja została zrealizowana w 1970 roku. Należy ją zaliczyć do  klasycznych przykładów materializacji ducha moczarowskiego w sztuce filmowej. „Akcja Brutus” jest ekranizacją powieści Zbigniewa Nienackiego „Worek Judaszów, którą autor przygód Pana Samochodzika popełnił w 1961 roku.

Plakat reklamujący film "Akcja Brutus"


Temat potraktowano bardzo poważnie, wszak opowieść dotyczyła okresu utrwalania władzy ludowej. Scenariusz filmu napisał sam Nienacki, a reżyserował Jerzy Passendorfer. Konsultantem historycznym filmu był Tadeusz Maj „Łokietek” (w okresie okupacji niemieckiej dowodził oddziałem Armii Ludowej, miał na sumieniu morderstwa na Żydach i zasługi w zwalczaniu partyzantki niepodległościowej; w okresie walki z reakcją był najpierw oficerem KBW a następnie szefem prokuratury w Łodzi). W „Akcji Brutus” wystąpiła plejada znanych i lubianych aktorów. W rolę ekranowego odpowiednika „Z-24” (jest pokazany w filmie nie jako agent Informacji Wojskowej, lecz oficer UB, który, udając zrzutka z „Londynu”, zyskuje zaufanie bandytów) wcielił się Zygmunt Hübner, przez wielu uznawany za najlepszego aktora tamtych czasów. Kreację postaci dowódcy bandy zawdzięczamy niezawodnemu Witoldowi Pyrkoszowi (wcześniej aktor ten znakomicie wcielił się w rolę herszta bandy, „Malutkiego”, w filmie Jerzego Kawalerowicza „Cień” nakręconym na podstawie scenariusza Aleksandra Ścibora-Rylskiego; warto przy tym wspomnieć, że inny przywódca bandy reakcyjnego podziemia, nie pokazany, a jedynie przywoływany w tym dziele późniejszego reżysera „Quo vadis”, nosił  pseudonim będący prostą emanacją tęsknoty za wolnością i z tego też powodu bardzo popularny w szeregach leśnej braci: „Pompiarz”). Wtyczkę bandy w UB zagrał powszechnie lubiany Marian Kociniak, a cyngla (egzekutora) bandy nie mniej popularny Wojciech Pokora. Łączniczką dowódcy bandy była niezapomniana Ewa Krzyżewska. W rolę szefa lokalnego UB, szczerego, ale i stanowczego towarzysza, wcielił się Tadeusz Szmidt.


Obsada „Akcji Brutus” jest zatem gwiazdorska. Ale jak każde dzieło propagandowe, a ten film należy do tej kategorii, obraz wywołuje raczej smutne wrażenie. I to jest refleksja pozafilmowa, dotyczy kondycji ludzkiej. Henryk Elzenberg napisał, że „o człowieku nigdy nie można myśleć dość pesymistycznie”. Mnie się zdaje, że „Akcja Brutus” - owoc podjętego w roku 1970 wysiłku twórczego szeregu osób - może służyć za przykład, drobniuteńki, z nieskończonego zbioru ludzkich postaw, że przywołana myśl tego filozofa jest nader trafna. Jeśli chodzi natomiast o wymiar artystyczny filmu, to gdy kilka lat temu oglądałem go, pamiętając, że został nakręcony bardzo na poważnie i miał widza trzymać w napięciu, towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że człowiek nie znający kontekstu historycznego, w tym realiów, w jakich obraz ten powstał, taki dajmy na to Amerykanin, może w sposób uzasadniony odebrać „Akcję Brutus” jako mało udaną parodię obrazów sensacyjnych z  wątkiem szpiegowskim; coś w rodzaju produkcji z nieodżałowanym Leslie Nielsenem, typu „Naga broń”, tyle że ze znacznie wolniejszym tempem akcji oraz mniej wyrazistą manierą szyderstwa i kpiny. W każdym razie jeżeli dla twórców jest porażką, gdy poważne w ich założeniu dzieło przeradza się w sposób niezamierzony w jego własną parodię, to w mojej ocenie „Akcja Brutus” jest takiej porażki klasycznym wręcz przykładem.

DYGRESYJNIE O PEERELOWSKIEJ SZKOLE FILMOWEJ

Jedna kwestia w ramach wywołanego wątku filmowego wydaje mi się warta zaakcentowania. Pisząc o „Akcji Brutus”, że jest to produkcja peerelowska, nie miałem na celu wyrządzenia komuś przykrości czy wyostrzenia oceny dla uzyskania lepszego efektu u odbiorcy tego tekstu. Chciałem po prostu być w miarę precyzyjny w opisie. Poruszałem już w jednym ze swych tekstów  ten temat  (patrz: O NIENAKRĘCONYM ODCINKU SERIALU „CZTEREJ PANCERNI I PIES” ORAZ DWÓCH FILMACH ANDRZEJA WAJDY, CZYLI ZDAŃ KILKA NA TEMAT PEERELOWSKIEJ SZKOŁY FILMOWEJ), ale ponieważ wydaję mi się on ważny, pozwolę sobie powtórzyć, że zagadnienie czy filmy powstałe w okresie rządów partii komunistycznej w Polsce należy zaliczyć do polskiej czy peerelowskiej szkoły filmowej (?) warte jest głębszej refleksji. Uznaję je za zbyt poważne, abym pozwolił sobie tylko na wynurzenia własne, bez właściwego wsparcia.
Otóż  w 1967 r. podobną kwestię, w znakomitym artykule „Droga Pani”, podjął Józef Mackiewicz. Wprawdzie tekst Mackiewicza poświęcony jest rozważaniom na temat literatury z okresu Peerelu, ale gdyby zamienić w nim wyraz „literatura” na „film” a przemyślenia adresowane przez Pisarza do pojęcia „literatura” zastąpić, przy zachowaniu ich istoty, właściwymi dla terminu „film”, to wydaje się on idealnie pasować do wywołanego przeze mnie zagadnienia. Mackiewicz napisał:
"jestem osobiście jedynym bodaj wyjątkiem, który nie uważa literatury PRLu w  jej całości, za literaturę, i w tradycyjnym, i w ścisłym znaczeniu: polską. Podobnie jak nikomu nie przyszłoby nawet do głowy przed wojną literaturę sowiecką - nawet tę z okresu leninowskiego NEPu, która cieszyła się o wiele większą swobodą, niż dzisiejsza „peerelowska” w komunistycznej Polsce - nazywać „rosyjską”. Termin byłby wówczas zgoła niezrozumiały. Literatura rosyjska, to była ta sprzed rewolucji bolszewickiej, plus jej kontynuatorka na emigracji. Pod Sowietami zaś powstała: sowiecka, jako całość; choćby poszczególne książki traktowały o dziecinnych zabawach, czy zawiedzionej miłości. I tak to cały świat rozumiał. Po ostatniej wojnie, od czasu „ewolucyjnego” konkursu rozpisanego w świecie zachodnim: kto niżej w pas pokłoni się komunistom (...), to już się dawno zmieniło. Osobiście jednak zachowałem przedrewolucyjny pogląd, i tak też patrzę na całość literatury peerelowskiej. Sprawdzianem każdej literatury jest, moim zdaniem, jej szczerość. Komunista piszący w wolnym świecie, jeżeli nie jest wyjątkowo funkcjonariuszem, lecz, załóżmy, szczerze wypowiada swe komunistyczne poglądy, należy niewątpliwie do całości literatury narodowej swego kraju. Natomiast nie tylko komunista, ale i nie-komunista piszący w państwach komunistycznych, tzn. podlegający i fizycznej, i psychicznej reglamentacji, ustanowionej przez ustrój komunistyczny, nie należy już do literatury swego kraju, lecz do literackiego typu temu krajowi narzuconego. (Mówię tu ciągle o całości literatury jako takiej, a nie o poszczególnych dziełach). Sprawdzianem tego typu przestaje być indywidualna szczerość twórcy, lecz nadrzędny postulat obowiązujący (stale, i w jakimś stopniu) każdą indywidualność literacką. Słowem to, co, jak wspomniałem wyżej, Miłosz nazywa „zniewolony umysł”, Jedlicki „relatywizm prawdy”, a przedwojenny Stanisław Mackiewicz „myśl w obcęgach”.”
To jest dla mnie bardzo przekonywujący wywód. Uważam, że powinniśmy mówić o literaturze peerelowskiej i filmie peerelowskim. Bynajmniej nie z tendencji, wynikającej np. z wysoce negatywnego stosunku do tamtego czasu, lecz z potrzeby ścisłości.

PRAWDA CZASU I PRAWDA EKRANU

Z szeregu paskudnych scen w „Akcji Brutus” jedna zapadła mi w pamięć. Otóż w finałowych  sekwencjach filmu członkowie leśnego oddziału, czyli ekranowej bandy, mają być przerzuceni przez filmowego odpowiednika agenta „Z-24” na inny teren, na Lubelszczyznę, do „Żelaznego”. Zanim wyruszą w tę podróż, ostatnią w swoim życiu, stoją karnie na zbiórce. Kamera robi bliski najazd na stojące w szeregu postacie, kolejno przesuwając się po nich. I wtedy widzimy na ekranie twarze, z których znakomita większość to ponure gęby, przy których fotografie z albumu Lombroso mogą być śmiało zakwalifikowane jako katalog zdjęć pretendentów do tytułu Mister World. Dodajmy, że bandyci sportretowani we wspomnianej scenie „Akcji Brutus” nie dotarli na Lubelszczyznę. Zgodnie z planem prowokacyjnego przerzutu mieli zostać aresztowani, jednak w przypadkowym w sumie, kończącym film starciu z plutonem MO wszyscy zginęli. Stało się tak na skutek eksplozji amunicji i granatów złożonych na skrzyni samochodu ciężarowego, którym podróżowali i z którego otworzyli ogień do milicjantów.

Finałowe sceny przerzutu i śmierci grupy zbrojnych w filmie „Akcja Brutus” nawiązują do mającej miejsce w rzeczywistości zagłady części oddziału Adama Dulęby „Jura” z KWP. To właśnie partyzantów z tej grupy „Z-24”, w ramach prowokacji zaplanowanej przez Zarząd Główny Informacji Wojskowej, „przerzucał” na Lubelszczyznę. Do pomocy miał kierowcę, przydzielonego przez UB z Łodzi. 9 września 1946 r. w godzinach rannych na skrzynię ciężarówki wsiadło trzynastu partyzantów KWP. Wyruszyli z okolic Prusicka (ok. 15 km na zachód od Radomska). Za kierownicą siedział wspomniany funkcjonariusz UB, obok niego „Z-24”. Wszystko potoczyło się zgodnie z planem operacji. Nieopodal Garwolina samochód wiozący partyzantów stanął w miejscu, w którym miał stanąć. Kierowca i „Z-24” wyskoczyli z szoferki i ukryli się w przydrożnym rowie. Wtedy z boku szosy zagrały cztery cekaemy ustawione tam wcześniej przez Informację Wojskową i UB. Żaden z partyzantów nie zdołał nawet zeskoczyć ze skrzyni ciężarówki. Zadowolony z siebie „Z-24” mógł zaraportować do swoich mocodawców:
"Wykonałem wszystko w myśl planu, z auta nikt nie wyszedł, wszyscy zostali zlikwidowani".
Można tylko jeszcze dodać, że później pogrzebano Ich, niczym martwe zwierzęta, gdzieś nieopodal drogi, na której zostali rozstrzelani pociskami z cekaemów. Wspomnijmy chociaż pseudonimy kilku z nich: „Jur”, „Kmicic”, „Odważny”, ”Księżyc”, „Twardy”, „Morus”. I miejmy nadzieję, że kiedyś Krzysztof Szwagrzyk i jego współpracownicy zlokalizują miejsce, w którym spoczywają doczesne szczątki tych partyzantów, i że ci żołnierze KWP zostaną pochowani jak ludzie, z należnymi im honorami. Do tego czasu zaś symbolicznym grobem niech będzie dla nich pomnik wzniesiony w Radomsku, na którym utrwalone zostały ich leśne imiona i (o ile mieliśmy taką wiedzę) nazwiska.

O DWUTOROWOŚCI DZIEJÓW

Własnego grobu nie ma także „Z-24”, czyli Zygmunt Lercel, który działał jako agent Informacji Wojskowej do jesieni 1948 r. Wtedy to popadł w niełaskę komunistów, a ponieważ o stosowanych przez nich metodach wiedział za dużo, został aresztowany, oskarżony o okupacyjną kolaborację z Niemcami (w czasie wojny należał  do AK, ale miał też krótki epizod pracy w niemieckiej policji kryminalnej Kripo) i skazany na karę śmierci.

Zygmunt Lercel ps. "Siwiński" oraz "Z-24", agent specjalny Głównego Zarządu Informacji WP.

Czekając na wykonanie wyroku napisał list do swych, niedawnych jeszcze, mocodawców z Zarządu Głównego Informacji Wojskowej. Zawarł w nim  następujące słowa:
„[…] pragnąłem dosłużyć się i dostać mundur, być Waszym kolegą i żyć wśród Was. […]”.
Munduru mu nie dano, 1 czerwca 1950 r. dostał  natomiast kulę w tył głowy. Wyrok śmierci na Lercelu wykonano w warszawskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej a jego zwłoki pogrzebano na znanej dziś chyba wszystkim Łączce, na której udało się ekipie kierowanej przez Krzysztofa Szwagrzyka odnaleźć m.in. szczątki legendarnych dowódców polowych antykomunistycznego podziemia: Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” i Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Zapewne szczątki „Z-24” też już ekshumowano. Swoją drogą, fakt, że Lercel spoczywał obok takich ludzi, jak wspomniani dowódcy partyzanccy jawi się jako ponury raczej paradoks. A piszącemu te słowa nasuwa na myśl kolejną bardzo trafną i wartą powtarzania refleksję Henryka Elzenberga, zanotowaną przez niego w sztambuchu pod datą 5 grudnia 1941 roku:
"Ale przecież w głębi jakiś stosunek do zdarzeń kształtować się musi (…). Poczucie absolutnej dwutorowości dziejów – dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity."

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS (i) „droga pod górę zwaną czaszka” – fraza wiersza Zbigniewa Herberta „Na marginesie procesu”; (ii) we fragmentach tekstu przywołujących fakty z dziejów Konspiracyjnego Wojska Polskiego oparłem się na pracy monograficznej autorstwa Ksawerego Jasiaka „Działalność  partyzancka Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Z dziejów II Konspiracji w środkowej Polsce w latach 1945–1955”, Wieluń – Opole 2008; czytelnikom zainteresowanym historią KWP gorąco polecam tę pozycję; (iii) refleksja Henryka Elzenberga „o człowieku nigdy nie można myśleć dość pesymistycznie” została przez niego zanotowana pod datą 21 grudnia 1941 r. (Henryk Elzenberg „Kłopoty z istnieniem”, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994 r.); (iv) tekst Józefa Mackiewicza „Droga Pani” ukazał się po raz pierwszy w londyńskich „Wiadomościach” 1967 nr 10, za: Józef Mackiewicz Barbara Toporska „Droga Pani...” Kontra. Londyn 1993 r.; (v) fakty z życiorysu Zygmunta Lercela, w tym fragment jego listu  z więzienia, przywołałem za tekstem Jerzego Bednarka „Zagadka kapitana „Z 24”, Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej (nr 1-2 z 2007 roku); (vi) końcowy fragment tekstu za: Henryk Elzenberg „Kłopoty z istnieniem”, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994 r.

O ludziach bez grobów... refleksja wokół pomnika w Radomsku - część 1/2>
Strona główna>
Wsparcie>
wtorek, 27 sierpnia 2013
Odsłonięcie pomnika Żołnierzy Wyklętych poległych na Kresach - FOTOREPORTAŻ
Pomnik  Żołnierzy Wyklętych poległych na Kresach odsłonięty! - FOTOREPORTAŻ


Augustów 2013 r. Pomnik poświęcony żołnierzom Polski Podziemnej poległym na Kresach II Rzeczypospolitej w walce z Sowietami w latach 1944-1954.

25 sierpnia 2013 r. w Augustowie, staraniem Fundacji "Pamiętamy", przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Burmistrza Augustowa, odsłonięty został pomnik poświęcony żołnierzom Polski Podziemnej, którzy polegli na Kresach II Rzeczypospolitej w walce z Sowietami w latach 1944-1954.

Na pomniku uwiecznione zostały personalia lub pseudonimy - w zależności od stanu aktualnej wiedzy – ponad 650 naszych rodaków, Żołnierzy Wyklętych, Żołnierzy Niezłomnych, którzy wytrwali do końca na kresowych, straconych posterunkach – płacąc za to cenę najwyższą. Kolejnych  858 naszych braci, którzy w walce tej stracili życie, a których nazwisk ani pseudonimów nie udało się dotąd ustalić, zostało uhonorowanych wspólnym napisem memoratywnym.



Pomnik upamiętnia zatem ofiarę ponad 1500 żołnierzy Polski Podziemnej, którzy zginęli na terenach na wschód od linii Curzona (za tzw. kordonem) w walce z Sowietami po lipcu 1944 r. Dla znakomitej większości z Nich jest on symboliczną mogiłą, gdyż Ich doczesne szczątki zostały pogrzebane przez Sowietów w nieznanych do dziś miejscach. Pomnik, który stanął w Augustowie, jest pierwszym w naszej Ojczyźnie zbiorowym upamiętnieniem Żołnierzy Wyklętych z Kresów poległych i pomordowanych, w tym zamęczonych w łagrach, za kordonem.




W uroczystości zorganizowanej przez władze miasta Augustowa i Fundację „Pamiętamy” udział wzięło  kilkaset osób. Jeszcze przed jej  rozpoczęciem pod pomnik przybyli uczestnicy tegorocznego Rajdu Katyńskiego. Oddali oni hołd naszym kresowym bohaterom i ruszyli dalej w swoją motocyklową pielgrzymkę na wschód.







Podczas ceremonii pod pomnikiem okolicznościowe przemówienia wygłosili: Burmistrz Augustowa Kazimierz Kożuchowski, Minister Andrzej Krzysztof Kunert, Prezes Mateusz Morawiecki i Poseł Jarosław Zieliński. Szczególnie wzruszającym momentem uroczystości były słowa wypowiedziane przy pomniku przez Panią Weronikę Sebastianowicz, mieszkankę Grodna. Jej brat, Antoni Oleszkiewicz „Iwan”, partyzant ziemi wołkowyskiej, poległ od kul NKWD w 1952 r., zaś ona została skazana przez sąd  sowiecki na 25 lat katorgi. Pani Weronika Sebastianowicz powiedziała m.in., że pomnik jest dla niej bardzo ważnym miejscem - symboliczną mogiłą brata, oraz że jest wdzięczna za to, że ofiara złożona przez jej brata i innych uwiecznionych pomnikiem  kresowych bohaterów walki z sowieckim zniewoleniem nie została w Ojczyźnie zapomniana. Chyba dla wszystkich osób zaangażowanych w ideę budowy pomnika słowa Pani Weroniki Sebastianowicz były wspaniałą nagrodą za wysiłek włożony realizację tego dzieła.

Kpt. Weronika Sebastianowicz "Różyczka"

Bardzo  podniosłym elementem ceremonii był odczytany w przejmujący sposób przez Rafała Werbanowskiego Apel Pamięci. Asysty wojskowej na potrzeby uroczystości odsłonięcia pomnika udzielił pododdział Wojska Polskiego z 14 Suwalskiego  Dywizjonu Artylerii Przeciwpancernej imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego. Po Apelu Poległych żołnierze oddali salwę honorową.

Podczas uroczystości jej uczestnicy otrzymali bezpłatnie okazjonalnie wydane opracowanie, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, zatytułowane "Polegli na straconych posterunkach. Z dziejów polskiego podziemia niepodległościowego na Kresach  II Rzeczypospolitej (1944-1956)", które - klikając na okładkę poniżej - można pobrać w całości (w formacie PDF).



Zapraszam do obejrzenia dalszej części fotorelacji, do której zdjęcia udostępniła Fundacja "Pamiętamy".
























APEL POLEGŁYCH !



Od prawej: mec. Grzegorz Wąsowski, prezes Fundacji "Pamiętamy" oraz Pan Marek Szczepanik, rzeźbiarz z Radomia, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, autor i pomysłodawca pomnika w Augustowie, jak również twórca wszystkich wzniesionych przez Fundację "Pamiętamy" pomników i tablic pamiątkowych.











Więcej zdjęć i fragment Apelu Poległych zobacz tutaj:

Zainteresowanych walką polskich partyzantów na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej (m.in. ppłk cc Macieja Kalenkiewicza "Kotwicza", por. Jana Borysewicza "Krysi", ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera", ppor. Anatola Radziwonika "Olecha") po wkroczeniu Sowietów, zapraszam do lektury kategorii Im poświęconej:


Strona główna>
sobota, 17 sierpnia 2013
Pomnik Żołnierzy Wyklętych poległych na Kresach odsłania w Augustowie Fundacja "Pamiętamy"
"NIE DAJMY ZGINĄĆ POLEGŁYM", CZYLI  AUGUSTÓW, 25 SIERPNIA 2013 r., godz. 12.00. TAM TRZEBA BYĆ !



POMNIK  ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH POLEGŁYCH  NA KRESACH

25 sierpnia br. (niedziela) w Augustowie, staraniem Fundacji "Pamiętamy", przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Burmistrza Augustowa, odsłonięty zostanie pomnik poświęcony żołnierzom Polski Podziemnej, którzy polegli na Kresach II Rzeczypospolitej w walce z Sowietami w latach 1944-1954.

Uroczystość  rozpocznie się o godzinie 12.00 Mszą Św. w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa, przy ul. 3 Maja. Po Mszy Św. nastąpi uroczysty przemarsz pod pomnik (ul. Portowa, przy moście), gdzie będzie miała miejsce dalsza część ceremonii, m.in. odczytany zostanie Apel Pamięci.

Na pomniku uwiecznione zostaną personalia lub pseudonimy - w zależności od stanu aktualnej wiedzy – ponad 650 naszych rodaków, Żołnierzy Wyklętych, Żołnierzy Niezłomnych, którzy wytrwali do końca na kresowych, straconych posterunkach – płacąc za to cenę najwyższą. Kolejnych  858 naszych braci, którzy w walce tej stracili życie, a których nazwisk ani pseudonimów nie udało się dotąd ustalić, zostanie uhonorowanych wspólnym napisem memoratywnym.

Pomnik upamiętni zatem ofiarę ponad 1500 żołnierzy Polski Podziemnej, którzy zginęli na terenach na wschód od linii Curzona (za tzw. kordonem) w walce z Sowietami po lipcu 1944 r.

Jeden z pododdziałów ppor. Anatola Radziwonika "Olecha" przed ziemianką. Ppor. "Olech" siedzi przed grupą, nad nim NN "Lis". Drugi od lewej (w rogatywce) adiutant ppor. "Olecha", Zygmunt Olechnowicz "Zygma", "Grom". W okresie okupacji niemieckiej partyzant oddziału ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera"; ciężko ranny wiosną 1949 r. wpadł w ręce NKWD. Skazany na 25 lat łagrów, po wyjściu zamknięty w psychuszce, gdzie zmarł. Zdjęcie ze stycznia 1948 r.

Dla znakomitej większości z Nich będzie on symboliczną mogiłą, gdyż Ich doczesne szczątki zostały pogrzebane przez Sowietów w nieznanych do dziś miejscach. Pomnik, który stanie w Augustowie, będzie pierwszym w naszej Ojczyźnie zbiorowym upamiętnieniem Żołnierzy Wyklętych z Kresów poległych i pomordowanych, w tym zamęczonych w łagrach, za kordonem.

Ostatnie prace nad pomnikiem Fundacji "Pamiętamy" poświęconym Żołnierzom Wyklętym poległym na Kresach, który zostanie odsłonięty w Augustowie 25 sierpnia 2013 r.

W imieniu organizatorów – Fundacji „Pamiętamy” i władz miasta Augustowa  - gorąco zapraszam do udziału w uroczystości. Niech przy pomniku, podczas odczytywania Apelu Pamięci, gdy zawołamy po imieniu naszych kresowych bohaterów z okresu walki z Sowietami, będzie nas jak najwięcej. Bo przecież jesteśmy "stróżami naszych braci". Bo przecież upamiętniona zostanie tam historia naprawdę heroicznego przywiązania do wartości wysokich, jakimi są niepodległość Ojczyzny i wolność jednostki ludzkiej, historia wierności napisana krwią, nie byle jaka historia.

ZA  "RENA" NIE BYŁO KOGO ARESZTOWAĆ

Tych z Państwa, którzy z różnych względów nie będą mogli przybyć do Augustowa, aby wziąć udział w ceremonii odsłonięcia pomnika, nieśmiało proszę o myśl serdeczną o Żołnierzach Wyklętych poległych na kresowych posterunkach.

Pomyślcie ciepło, choć przez krótką chwilę, o Mieczysławie Niedzińskim "Menie", "Renie", "Niemnie" - komendancie Samoobrony Ziemi Grodzieńskiej i jego żołnierzach, którzy wraz z nim padli w walce z NKWD w maju 1948 r. na przedpolach Grodna.

Tak o Ich ostatnim boju, stoczonym w otwartym, bezleśnym terenie w chutorach wioski Łopiejki koło Kulbak pod Grodnem (dziś to przedmieścia tego miasta), pisze jeden z żołnierzy grodzieńskiej organizacji AK Jan Łopaciński "Skowroński":
"[…] oddział pod dowództwem Niedzińskiego przyszedł na dniówkę do wsi Dąbrowa, około 5 km od Grodna, gdzie się zamaskowali w liczbie 16 ludzi. Tam rozszyfrował ich szpicel i dał cynk sowietom do Grodna. Ze względu na bliskość Grodna, nadjechała szybko samochodami masa wojsk sowieckich i okrążyła wieś z daleka, posuwając się tyralierą. AK-wcy w tej sytuacji próbowali się bronić, a raczej przebić przez okrążenie, ale przy takiej masie wojska, a w dodatku na odkrytym terenie […] cała obrona była bezskuteczna. Ostatni dowódca obwodu Grodno, kapitan Mieczysław Niedziński ps. "Niemen" trafiony w głowę zginął na miejscu i większość żołnierzy została tam zabita. […] Bolszewicy chcieli się upewnić, czy rzeczywiście zabito dowódcę 5-ej kompanii w Druskiennikach, a ostatnio dowódcę Obwodu Grodno, kapitana Mieczysława Niedzińskiego ps. "Niemen". W dniu 5-go maja 1948 r. wożono zabitego Niedzińskiego po wszystkich wioskach wokoło w celu rozpoznania głównego "bandyty" w grodzieńskim, a na końcu przywieziono go do Druskiennik, gdzie rzucono na rynku miejskim, aby ludzie mogli rozpoznać i ktoś może przyzna się do niego. Leżał na tym rynku, aż zaczęło czuć od niego, wtedy zabrano te zwłoki i wywieziono w nieznanym kierunku. Nikt nie wie, gdzie zostało rzucone […] Za Mieczysława Niedzińskiego ps. "Men", "Ren", "Niemen" nie było kogo aresztować, bo wcześniej jego całą rodzinę Niemcy aresztowali i rozstrzelali."
OSTATNIE CHWILE „SAMOTNEGO”

Pomyślcie ciepło, proszę, także o Józefie Stasiewiczu "Samotnym", podkomendnym "Mena". Jemu udało się wyrwać z okrążenia pod Kulbakami. Ci z Państwa, którzy słyszeli płytę grupy De Press "Myśmy Rebelianci", powinni kojarzyć utwór "Szesnastka". Jest to fragment tekstu autorstwa "Samotnego", w którym opisał on śmierć "Mena" i swoich kolegów z oddziału. Przypomnimy kilka zwrotek tego tekstu:
W piękny ciepły dzień majowy
niebo było całkiem jasne
Gdy pod Grodnem koło Kulbak
otoczyli naszych krasne.

Wszędzie pola, lasu nie ma
a żołnierzy ruskich wiele.
Wszystkim chłopcom serca drżały
w naszym małym tym oddziele.

Naszych garstka, ruskich mrowie
nacierają z każdej strony
Gdzie nie spojrzysz, wszędzie pola
wszędzie pola i zagony

I jak kosą ścięte zboże
na zagonach chłopcy padli
kule z wroga broni strasznej
młode życie ich pokradli.

"Samotny" przeżył swego dowódcę o dwadzieścia miesięcy. Dowodził kilkuosobową grupą partyzantów z oddziału "Mena". Zginął 17 stycznia 1950 r. Ostatnie chwile "Samotnego" tak wspomina jeden z jego podkomendnych:
"Zdradził nas osobisty łącznik […] ze wsi Krasne. Dnia 17 stycznia 1950 r. o świcie wydał nas naprowadzając masę wojska sowieckiego. […] W takiej sytuacji powstało od razu zamieszanie. Dowódca ["Samotny"] widząc sytuację bez wyjścia w kilku słowach przeprowadził naradę, a w międzyczasie z zimną krwią zdążył spalić wszystkie dokumenty oraz pozwalając na wyjście i poddanie się sowietom, kto tego sobie życzy. Partyzanci wychodzili z baraku na zewnątrz z podniesionymi rękami, a sowieci strzelali po tych rękach z automatów. W ten sposób zostali ranni żołnierze, "Ryś" i "Żbik", których to potem skazano w sądzie na karę śmierci i stracono. […] Z baraku wyszło pięciu partyzantów, a trzech popełniło samobójstwo. Dowódca oddziału "Samotny" – "Kowadło" strzelił sobie w usta z pistoletu, a "Iskra" z Łuszniewa strzelił sobie pod brodę z pistoletu, natomiast "Benak" rozerwał się granatem."
OPLUTE CIAŁO "SKOCZKA"

Wspomnijcie ,proszę, także czterech partyzantów wywodzących się z oddziału "Mena", w tym dowódcę tej grupy - Stanisława Burbę "Skoczka". Kres Ich żołnierskiej wędrówki przypadł na maj 1952 r. Jak wspomina Jan Łopaciński:
"Wszystkich członków oddziałku, czterech ludzi na miejscu rozstrzelano [w tym "Skoczka"], natomiast dowódcę oddziału Burbę ps. Skoczek zabrano i przywieziono do Grodna. W Grodnie na placu Stefana Batorego, który sowieci przemianowali na Sowieckaja Płoszczadź, przywiązano go do słupa. Rozebrano go prawie do naga […] Przechodzący bolszewicy charkali i opluwali [jego] ciało […]. Ten barbarzyński czyn miał zademonstrować miejscowej ludności siłę i spryt NKWD, która ujęła i rozstrzelała ostatniego "bandytę" AK w Ziemi Grodzieńskiej."
DOBRZE ZASŁUŻYLI SIĘ OJCZYŹNIE

Obejmijcie, proszę, myślą serdeczną ppłk. cc Macieja Kalenkiewicza "Kotwicza", por. Jana Borysewicza "Krysię", ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera", ppor. Anatola Radziwonika "Olecha" - bohaterskich dowódców polskiego oporu przeciwko sowietyzacji Kresów po lipcu 1944 r.

Mjr/ppłk cc Maciej Kalenkiewicz ps. "Kotwicz".

Por. Jan Borysewicz "Krysia", Mściciel". Zdjęcie przedwojenne. [ze zbiorów Michała Wołłejko]

Ppor. Czesław Zajączkowski ps. "Ragner", dowódca IV batalionu 77 pp AK, a następnie Zgrupowania "Południe" na Nowogródczyźnie.

Ppor. Anatol Radziwonik „Olech”, „Mruk”, „Ojciec”, „Stary”, oficer VII batalionu 77 pp AK, komendant połączonych poakowskich obwodów Szczuczyn i Lida, walczył z reżimem komunistycznym do 12 maja 1949 r., kiedy to poległ przebijając się przez trzy kordony obławy NKWD.

A także Ich podkomendnych, którzy padli w kolejnych bojach z Sowietami bądź zostali zamęczeni w sowieckich więzieniach lub łagrach.

Im wszystkim poświęcony zostanie główny napis pamiątkowy na pomniku:

PAMIĘCI
ŻOŁNIERZY POLSKI PODZIEMNEJ
POLEGŁYCH
NA KRESACH II RZECZYPOSPOLITEJ
W WALCE Z SOWIECKIM ZNIEWOLENIEM
W LATACH 1944-1954

 WYTRWALI DO KOŃCA
NA STRACONYCH POSTERUNKACH

ODDALI ŻYCIE
ZA  POLSKĘ
WIARĘ PRZODKÓW I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA

DOBRZE ZASŁUŻYLI SIĘ OJCZYŹNIE


"WYLECZYŁ MNIE BÓG, WRÓCIŁ PAMIĘĆ, DAŁ CIERPLIWOŚĆ"

Ofiara złożona przez Żołnierzy Wyklętych, którzy podjęli na Kresach walkę z Sowietami, to także tysiące aresztowanych i wywiezionych do łagrów w Rosji Sowieckiej. Ci, którzy przeżyli to piekło na ziemi również powinni mieć miejsce w naszej pamięci. Wybór, którego dokonali – walka z reżimem komunistycznym - zadecydował przecież o całym ich życiu. Miał również wpływ na pozycję społeczną ich rodzin. To oczywiście dotyczy także bliskich tych, którzy w walce tej zginęli. "Bandyckie rodziny", obywatele trzeciej kategorii nie mogący realizować aspiracji zawodowych – taka była w okresie komunizmu dola bliskich Żołnierzy Wyklętych. To cena jaką ludzie ci zapłacili za odwagę swoich ojców, mężów i braci, za ich heroiczne przywiązanie do polskości i wolności w czasach brutalnego triumfu systemu, który w całych dotychczasowych dziejach był największym zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze. O tym też warto pamiętać. Także wtedy, gdy zastanawiamy się nad przyczynami jakże słabej kondycji naszych współczesnych elit…

Wymownym przykładem tragicznych losów kresowych żołnierzy AK, którzy podjęli walkę z Sowietami i którym przyszło przejść przez piekło sowieckiej niewoli, jest ujęta w formę zwięzłego życiorysu historia jednego z żołnierzy placówki VI batalionu 77 pp AK, a następnie partyzanta oddziałów Michała Durysa i Jana Bukatko, Edwarda Sapieżki:
"Ojciec mój, syn Antoniego i Rozalii, był legionistą, a od 1922 r. zawodowym, stałodziennym kolejarzem. W 1939 r. skończyłem 4 kl[asy] w szkole nr 3 w Lidzie. W 1943 r. spełniło się mnie 14 lat. Niemcy dali mnie paszport i urządzili na robotę w TOT [Todt]. Pracowałem na budowie, pomocnikiem u cieślów. 22 kwietnia 1944 r. na placówce 311 w Bieńkiewiczach organizowała się 3 kompania VI [batalionu] 77 pp AK. Przed szeregiem stali ojciec z małoletnim synem i składali przysięgę do por. «Szczura» Lalewskiego. Mój pseudonim był «Edward», a ojca mego [pseudonim] «Jodła». 1 lipca 1944 r. nasze zgrupowanie pod dowództwem kap[itana] «Pala», Dedelisa, rozbroiło Niemców i BAK w miasteczku Traby. 7 lipca 1944 r. [kompania] brała udział w operacji «Ostra Brama» w Wilnie. [...] 18 lipca 1944 r. - około Miedników okrążyli nas sowiety. Dali ultimatum: «Zdawajcieś!» Dowódca pułku, major «Kotwicz» dał rozkaz: »Małymi grupami, przerywać się!» Brat mój Józef ps[eudonim] «Burza III», «Groszek» Romuald Grański, ja, «Szperacz» i «Butelka» Franek Grański, szczęśliwie przerwali się z okrążenia. Za dwie nocy przyszli pod Lidę. A ojca już zastaliśmy w domu. Mieszkali my w czworaku w folwarku w Rekściach. Ojciec koniem swoim pracował na roli, a ja stałem na atasie [straży]. Uwidzę sowietów, siadam na konia i uciekam do lasu, żeby nie zabrali, albo nie obmienili. W okolicy Zaleskich istniała radiostacja. Posyłali nas często na jej obespieczenie. Poprosili mego ojca: «Żeby rozwiózł prowiant». Rozwiózł. Na jutro jego aresztowało NKWD. Sądzili jego na 10 lat. A w 1948 r. zmarł w obozie w Nowosady [Nowosadach] na Białorusi. Poprosili mnie: «Żebym przeszedł po placówce i przepisał, kto u kogo mieszka». Na jutro łazili rakiem po moich śladach [NKWD]. Musiałem oddalić się do lasu, w bunkier. Znalazłem się w grupie ojca Michała Durysa. Stary Mazur, legionista [osadnik wojskowy]. Rozbili nas 13 czerwca 1947 r. w Wielkim Siole. Zabili ś.p. Ojca [Durysa], a mnie ranionemu w prawy bok udało się ukryć w lesie. Wyleczyli mnie dobre ludzie i zaprowadzili do grupy ojca Bukatko. 28 marca 1948 r. napadli na nas [NKWD] całym batalionem we wsi Domejki. Zabili ojca Jana Bukatko, Smolaka Waleriana, Wacława Królika. Mnie ranionego w głowę przywieźli w bardzo ciężkim stanie, bez przytomności w szoku, do więzienia. Wyleczył mnie Bóg, wrócił pamięć, dał cierpliwość. 27 lipca 1948 r. Grodzieński Wojenny trybunał W/M WD sądził [mnie] po paragrafie 63-1, 70,76 na 25 lat ITŁ. 6 lat odbywałem wyrok w Komi ASRR p/o Inta, p/s 388, 14 lat w Mordowskiej ASRR p/o Jawas p/s 385. [...] 28 marca 1968 r. zwolnili mnie. Przyjechałem do Lidy".



Mam nadzieję, że tych z Państwa, którym nie jest obca wrażliwość na dzieje naszej wspólnoty narodowej zachęciłem do wzięcia udziału w uroczystości odsłonięcia pomnika 25 sierpnia br. w Augustowie, a w każdym razie do poświęcenia chwili czasu na myśl serdeczną o Żołnierzach Wyklętych poległych na Kresach w walce z Sowietami. O ludziach, których motywację do czynnego oporu przeciwko sowieckiemu zniewoleniu bardzo dobrze oddają fragmenty tekstu piosenki śpiewanej w oddziałach Samoobrony Wołkowyskiej, organizacji rozbitej przez NKWD latem 1948 r. (tekst ten został przypomniany przez grupę De Press na płycie "Myśmy Rebelianci"):
Bij bolszewika w każdej go postaci,
bo to jest twój największy dzisiaj wróg.
To przecież on kościami twoich braci,
brukował sieć swych niezliczonych dróg.
[...]
To przecież on w katyńskim ciemnym lesie
wbił w polską pierś znienacka ostry nóż,
mordując tam najlepszych polskich synów
jak podły zbir, nikczemny zdrajca, tchórz.
[…]
To przecież on nie wierzyć w Boga zmusza
tumaniąc nas potęgą krasnych szmat,
by człowieczeństwo w sercu twoim zgasło,
byś ty nie wiedział, co to znaczy brat.
[…]
To przecież on braterstwa głosząc hasła
do więzień pcha młodzieży naszej kwiat.
by człowieczeństwo w sercu twoim zgasło,
byś ty nie wiedział, co to znaczy brat.

Zasłonę więc zrzuć z oczu miły bracie,
Niech zagrzmi znów praojców złoty róg.
Bij bolszewika w każdej go postaci
bo to jest twój największy dzisiaj wróg.

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS. (i) osoby, które zdecydują się na wzięcie udziału w uroczystości, do której nawiązuje niniejszy tekst, będą miały okazję otrzymać okazjonalnie wydane opracowanie, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, zatytułowane "Polegli na straconych posterunkach. Z dziejów polskiego podziemia niepodległościowego na Kresach  II Rzeczypospolitej (1944- 1956)"; tekst tego opracowania dostępny będzie od 26 sierpnia br. na stronie www.fundacjapamietamy.pl (w zakładce "Nasze publikacje"), (ii) "nie dajmy zginąć poległym" to fraza z wiersza Zbigniewa Herberta "Trzy wiersze z pamięci"(iii) "jesteśmy stróżami naszych braci" to zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta "Pan Cogito o potrzebie ścisłości".

Zainteresowanych walką polskich partyzantów na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej (m.in. ppłk cc Macieja Kalenkiewicza "Kotwicza", por. Jana Borysewicza "Krysi", ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera", ppor. Anatola Radziwonika "Olecha") po wkroczeniu Sowietów, zapraszam do lektury kategorii Im poświęconej:


Strona główna>
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5