|
Blog > Komentarze do wpisu
Mjr Franciszek Jerzy Jaskulski "Zagon", "Zagończyk" (1913 – 1947) - część 2
Akcje bojowe Od początku działalności w Radomskiem "Zagończyk" podjął walkę o odbicie "terenu" z rąk komunistów. Powstańcy przede wszystkim odbijali uwięzionych kolegów - rozbijali więzienia i posterunki MO/UB, niektóre kilkakrotnie. Z większych akcji
wspomnieć trzeba o przeprowadzonym 13 stycznia 1946 r. najeździe na
Pionki. Atak na czele 100-osobowego oddziału poprowadził osobiście
Jaskulski, opanowano posterunek MO, rozbrojono Straż Fabryczną przy
pionkowskiej wytwórni prochu, a przy okazji zdobyto 3 cekaemy,
6 pistoletów maszynowych, granaty i amunicję. 18 lutego oddziały
"Zagończyka" stoczyły bitwę w Laskach i Ponikwie z
obławą oddziałów NKWD wzmocnionych przez sowieciarzy z MO i
UB. Trudno powiedzieć, czy mieli świadomość, iż walczą na tym
samym miejscu, gdzie kiedyś walczyli żołnierze Piłsudskiego, a
sam Komendant właśnie pod Laskami został ranny. Walczyli - jakby
wiedzieli, obława NKWD została nieźle podziurawiona i z niczym
powróciła do baz. 10 kwietnia 1946 r.
żołnierze "Zagończyka" po raz drugi opanowali Pionki.
Poszukiwali "zasłużonych" UB-owców z Kielc i
Częstochowy, którzy jednak już wcześniej wyjechali z
miasta. Partyzanci zaimprowizowali wiec antykomunistyczny i po 4
godzinach wyjechali. 16 maja "Zagończycy"
wjechali do Zwolenia, opanowali posterunek MO, dokonali też akcji
ekspropriacyjnej w Spółdzielni Rolniczo-Handlowej. 22 maja miała miejsce
jedna z większych akcji "Zagończyka". W tym czasie
wracają już sowieckie oddziały z frontu, po drodze zachowują się
jak w kraju podbitym - rabując, a czasem nawet podpalając polskie
miasta. 22 maja na ich trasie znalazł się Zwoleń. Określenie
"pogrom" ludności nie będzie tu przesadzone. Ktoś jednak
zdołał zawiadomić partyzantów, którzy przegonili
(bądź tylko: dogonili) Rosjan i odbili zrabowane mienie. Podobne
akcje powtarzają się w tym okresie kilkakrotnie. 15 czerwca dochodzi do bitwy oddziałów "Zagończyka" z kolejnymi oddziałami NKWD wracającymi z frontu. Rosjanie znowu napadli na Zwoleń, akcja była jeszcze bardziej brutalna, były przypadki gwałtów i rabunków, spalono kilka domów. Wezwani przez mieszkańców partyzanci pobili czerwonoarmistów, padło co najmniej 35 zabitych (dane z uzasadnienia wyroku). Okoliczności tej akcji nie są jednak do końca jasne. Według jednej z wersji partyzanci szykowali w tym czasie atak na Kozienice, a na oddziały sowieckie wpadli przypadkiem w Zwoleniu czy nawet już za miasteczkiem. (Pozwoliło to mówić komunistom o "zasadzce"- jakby Rosjanie wiedzieli o zbliżających się partyzantach!). Według innej wersji "zagończycy" pod wpływem próśb mieszkańców Zwolenia o ratunek przerwali planowaną akcję i uderzyli na enkawudzistów. Rosjan uratowały oddziały sowieckich "pograniczników" (z osławionej "zbiorczej dywizji" NKWD) i "polskiego" UB/MO z Radomia. Prócz Zwolenia Sowieci napadli i obrabowali w tamtych dniach kilka sąsiednich miejscowości - partyzantom kilkakrotnie się udało odbijać ukradzione przez nich konie. Warto w tym miejscu zauważyć, iż prowokacja kielecka zwana poprawnie "pogromem" (4 lipca 1946 r.) mogła mieć nie tylko polityczny, międzynarodowy wymiar. Oczywiście kolejne próby wywołania zajść antyżydowskich (Kraków, Rzeszów) dowodzą, jak bardzo komunistom zależało na przedstawianiu Polski jako kraju antysemickiego, w którym tylko obecność "sowieciarzy" może zapewnić spokój. Ale konkretnie w lipcu 1946 r. chodziło także o odwrócenie uwagi od prawdziwych pogromów dokonywanych na polskiej ludności przez Rosjan, ale także przez "polskich" ubowców, wśród których było wielu Żydów.
Nie powiodła się natomiast
próba opanowania Kozienic. Była to jedna z najpoważniejszych
akcji podziemia antykomunistycznego w regionie radomskim. Żołnierze Franciszka
Jaskulskiego opracowali również i realizowali plany
eliminowania funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa.
Zabili m.in. kpt. Dymitra Bakuna, dowódcę Komendy Powiatowej
MO w Kielcach. Nawet poruszanie się w sporej obstawie nie uchroniło
ubeckich siepaczy przed kulami partyzantów WiN. 18 lipca 1946
roku miała miejsce jedna z najbardziej spektakularnych akcji
zgrupowania "Zagończyka". Oddział Tadeusza Zielińskiego,
ps. "Igła", zorganizował zasadzkę na konwój, w
którym jechał płk UB Alfred Wnukowski, szef aparatu
bezpieczeństwa w Rzeszowie, jeden z bardziej znanych wówczas
oprawców. W okolicach Modrzejowic, na trasie Radom - Iłża,
Wnukowski wpadł w ręce żołnierzy "Igły", został
zastrzelony; zginęła również jego żona Irena Sztejnach. Ta
właśnie akcja była koronnym argumentem radomskiego SLD przeciwko
postawieniu pomnika żołnierzy WiN w Radomiu. Postkomuniści
twierdzą bowiem, że partyzanci dokonali wtedy egzekucji na
bezbronnej kobiecie, która była w ciąży. Z relacji
uczestników akcji wynika natomiast, że Irena Sztejnach była
uzbrojona. Kamień ku czci Wnukowskiego znajduje się nadal w miejscu
zorganizowania zasadzki. Niestety, w tym samym
czasie, gdy przeprowadzono udaną akcję przeciwko Wnukowskiemu,
zaciskała się pętla wokół Franciszka Jaskulskiego, który
10 lipca 1946 r. zostaje mianowany dowódcą okręgu
Kieleckiego WiN. 24 lipca 1946 roku "Zagończyk" odbił
więźniów z transportu kolejowego na stacji Jedlnia-Letnisko.
Istnieją poszlaki, że informację o transporcie przekazał Urząd
Bezpieczeństwa. Po tej akcji, wobec konieczności ukrycia
uwolnionych ludzi, "Zagończyk" pozostał w Jedlni
praktycznie bez obstawy. Zdrada Podobnie jak "Uskok"
czy "Orlik" również "Zagończyk" padł
ofiarą zdrady.
Podczas pobytu w celi, komuniści próbowali
przekonać "Zagończyka" do zawarcia swoistego układu: w
zamian za ujawnienie się jego ludzi, miał uzyskać wolność. Dla
władz było to ważne, bo przez zgrupowanie przewijało się od 800
do 1.000 ludzi. Oczywiście major Jaskulski (od lipca dowódca
okręgu WiN) nie miał w rzeczywistości żadnych szans na łagodne
potraktowanie. Jeden z wyklętych 11
stycznia 1947 roku odbył się w sądzie w Kielcach już drugi proces
"Zagończyka" zorganizowany przez komunistów.
Wyrokiem Sądu Rejonowego w Kielcach wydanym 17 stycznia 1947 r.
major Franciszek Jaskulski skazany został na karę śmierci. W
ostatnim słowie zresztą nie prosił o życie, tylko o śmierć. Akt
oskarżenia zarzucał, że jego - jak to określono - "bandy"
zamordowały: 17 funkcjonariuszy UBP, 25 funkcjonariuszy MO, 18
żołnierzy Wojsk Polskich, 48 żołnierzy Armii Czerwonej oraz 12
działaczy demokratycznych. Prośbę o ułaskawienie Jaskulskiego
napisał w jego imieniu adwokat - Bierut jednak prośbę odrzucił.
Major Franciszek Jaskulski został stracony 19 lutego 1947 roku, trzy
dni przed ogłoszeniem amnestii. UB bardzo zależało na tym, aby jej
nie doczekał. Egzekucję przeprowadzono w tajemnicy, nie wiadomo
nawet, gdzie "Zagończyk" został pochowany. Historia przyznała jednak rację Jaskulskiemu i jego żołnierzom. Poza SLD nikt nie kwestionuje patriotycznego charakteru działalności powojennego podziemia antykomunistycznego. Dziesięć lat temu prawnej rehabilitacji doczekał się również major "Zagończyk". 6 grudnia 1991 roku Sąd Wojewódzki w Kielcach unieważnił wyrok ze stycznia 1947 roku, skazujący Jaskulskiego na śmierć. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że mjr Franciszek Jaskulski "Zagończyk" działał na rzecz niepodległego państwa polskiego. Za walki z Niemcami "Zagończyk" otrzymał Krzyż Virtuti Militari i Krzyż Walecznych. Część 1 > czwartek, 20 kwietnia 2006, gregg71
|